top of page

Lesław Nowara – pięć wierszy

  • 1 dzień temu
  • 3 minut(y) czytania

Maria M.

(z cyklu: Portrety trumienne)

Rozłożyła się na kocu

Na kocu w żółte i czerwone pasy
jej biała skóra
odcina się jak od ciemności

jej skóra biała jak kinowy ekran
chłonie światło
w jej skórze światło ginie
zamieniając się miejscami
z ciemnością

Stopę ma ułożoną na stopie
nogi złamane w kolanach

Gdyby nie ręce
zapięte pod głową
wyglądałaby jak ukrzyżowana

Dzielą ją tylko trzy łokcie
od myszy polnej
rozbieranej
przez szpitalne mrówki

A ona
rozłożona na kocu
nie jest 
jeszcze rozbierana
Choć minęła godzina
od kiedy na kocu
zaczęła się rozkładać

Ale jest gotowa

Na samą myśl
o gwoździu
przechodzą ją potliwe dreszcze
Na samą myśl
o krzyżu
otwierają jej się ramiona
I rozprostowują palce

Czuje na sobie
cień
który jest ciężki
i dziwnie znajomy

Czuje w sobie cień
który wnika głęboko
w jej światło

Który unosi ją w ciemność
jak pochodnię


Zimne piekło

Zaczynając od opuszków palców 
i nie kończąc w ustach
z których i tak tylko chłód
i oddech studzienny
i z których słyszę tylko mój głos 
odbity głucho od lodowego dna
piekło w tobie jest zupełnie zimne


Nie ma ciepło w tobie nie ma w tobie jest
jest tylko nie ma 
i pewnie to wszystko nie ma co jest w tobie
jest przeznaczone dla mnie

Takie jest całe to twoje piekło 
w którym nie ma nawet Śmierć 
jest tylko życie moje życie 
które sobie odbieram teraz 
z twojego ciała
które dla mnie jest 
zupełnie niezdatne do życia



Czarna Kropka 

1.

Przechylając tę butelkę
do końca
coraz wyraźniej
widzę na dnie

Czarną Kropkę

Więc w tej sukience 
do kostek
taka wąska w biodrach
bez trudu 
przeciśniesz się
nawet przez szkło?


2.

Przez twoją skórę 
prześwitują twarze mężczyzn

Widzę je
gdy nachylam się
nad tobą
jak nad filiżanką
i napełniam
gorącym

Odwzajemniasz się
obejmując mnie
ustami i opuszkami palców

Czy to ciepło
które czuję 
pochodzi
z twoich ust i rąk?



Noemi K.

(z cyklu: Portrety trumienne)

Wiedziała, że za sobą ma połowę życia, lecz nie przypuszczała,
że to już ta druga połowa, z której zresztą prawie nic już nie zostało.

Tak z dnia na dzień, we własnym mieszkaniu, została pogrzebana żywcem, 
przygnieciona bryłą powietrza jak granitową płytą. 

Próbowała krzyczeć, lecz z jej ust wydobywały się tylko bezgłośne bańki, 
podobne do wypalonych zniczy.

Zdołała się wyczołgać, ale drzewa przed domem, zbite się w ciasny kordon,
nie pozwalały się przedrzeć.
Uderzała pięściami w konary i pnie, lecz słychać było tylko głuchy odgłos, 
jakby waliła w membranę bębna lub wieko trumny.

Zanim wszystko ucichło, gdzieś w oddali słychać było jeszcze 
górniczą orkiestrę, monotonny głos księdza, stłumione szlochanie kobiet,
szelest rozwijanych z celofanu kwiatów.

I już.


Sabina W. 

(z cyklu: Portrety trumienne)

– Zabiorę ci tylko minutę – powiedziała sąsiadka, przychodząc, jak zawsze, bez zapowiedzi. I faktycznie, zabrała tylko jedną minutę, której jednak nigdy już jej nie oddała.

Jakie znaczenie ma jedna minuta, skoro w każdej godzinie jest ich aż sześćdziesiąt? Przecież co najmniej czterech minut potrzeba, by ugotować jajko, piętnastu minut nie żal na wymoczenie się w wannie, a czterdzieści pięć z trudem wystarcza na jedną tylko połowę meczu. 

Ta brakująca minuta, która Sabina zgodziła się oddać, zaczęła odtąd wypełniać puste miejsce po sobie, zabierając po jednej minucie wszystkim jej krewnym i znajomym. Odtąd ciasta były pieczone o minutę za krótko, filmy w telewizji zaczynały się o minutę wcześniej, a goście przychodzili na minutę przed czasem.

Każda godzina, pozbawiona tej jednej minuty, także i w jej zegarku zaczęła odtąd chrobotać jak wyszczerbiona. Zdążyłaby na pociąg, gdyby wyszła z domu o minutę wcześniej, gdyby przyjechała o minutę prędzej, nie zamknięto by jej przed nosem okienka na poczcie, a co dzień rano mogłaby pospać o minutę dłużej, mieć minutę więcej na wypicie kawy. Od tej pory na ostatnią minutę już nie mogła niczego zostawiać, wpadać gdziekolwiek w ostatniej minucie, w jedną minutę uporać się z czymkolwiek. 

Po tej jednej, zabranej minucie, wokół Sabiny nagle zapadła się cała przestrzeń. Nie było już niczego, do czego dotrzeć mogłaby w minutę, nie było już niczego  o minutę drogi. To co dotąd było zawsze tak blisko, oddaliło się teraz od o minutę świetlną, zaciskając wokół niej pierścień, który wypełniła zupełna ciemność. Ciemność, w którą zapadały się też wszystkie dźwięki, nie pozostawiając po sobie niczego, co by było choć trochę podobne do znanej jej ciszy w milczeniu lub milczenia w ciszy. 


fot. Michał Buksa
fot. Michał Buksa







Lesław Nowara (ur. 1963) – poeta, felietonista, recenzent literacki. Ostatnio wydał: Ość wieloryba (2020) i Przed nami jeszcze potop (2023). Mieszka w Gliwicach.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page