top of page

Krzysztof Koch – Starsza pani miała dość

1 dzień temu
4 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 5 godzin temu


Stary Malchik, operator wahadła, powitał ją inaczej niż zwykle. Oprócz radosnego
machania przez szybę pojazdu, zobaczyła jego postać wysuwającą się z kabiny, gdy akurat
przekraczała linię weryfikacyjną platformy erstopu. Bez opłat – przejazd na sesję
obowiązkową, głosił komunikat na przejrzystych drzwiach, które rozsunęły się z delikatnym
szumem.
- Znowu cię wzywają? – zapytał z irytacją w głosie. Na tym wygwizdowie nikt nie
wsiadał, pojazd zapełniał się dopiero dwa erstopy dalej, więc można było pozwolić sobie na
moment swobody.
- Znowu…
- Który to już raz?
- Ja wiem? Chyba piąty.
Brwi na jego pomarszczonym czole obniżyły lot, a bladoniebieskie tęczówki objęły
czubki ich butów, dziarsko wycelowane w siebie nawzajem. Starte zelówki - ślady szurania
widać na pierwszy rzut oka, pomyślała. Nogi stawiać wysoko, a reszta jakoś pójdzie. Nie
szurać.
- Ostatnio włączyli mi głos… i prawie uległem.

***
Budynek otoczony był sięgającym sporo ponad głowę murem z betonowych modułów
prefabrykowanych. Ranty skruszone jak od zaawansowanej próchnicy, a w miejscach łączeń
porosty mchu. Ostatni ślad zainteresowania żywego człowieka majaczył po prawej od
wejścia: wielokrotnie wywabiany spray zostawił cień na żelbetowej konstrukcji i, mimo
kolejnych warstw farby, układał się w napis: HWITZ.
- Widzę, że energia panią rozpiera! - wydobyło się spomiędzy szerokich warg
blondynki samotnie zajmującej salę spotkań.
Ze stawianiem wysoko nóg chyba ździebko przesadziła.
Antracytowe okulary i popielaty kitel, jak u wszystkich terapeutów w ośrodku.
- Jestem Sydonia, miło panią poznać.
Wycyzelowany tatuaż na górnej jedynce przedstawiał skrzydlatą postać. Orzeł?
Jastrząb? Zaskakujący przejaw ekstrawagancji w pachnącej podgrzanym styropianem sali
o ścianach w kolorze porcelany, która nigdy się nie znudzi. Z oknami wychodzącymi na
walec obłożonego klinkierem komina.
- Proszę mówić mi po imieniu – Sydonia nie przestawała świecić jedynkami.
Że niby dzięki temu starej lamie zrobi się lepiej?
- Chyba czułabym się dziwnie... - odpowiedziała nieśmiało, wyciągając dłoń i
wymawiając swoje imię i nazwisko.
Tatuaż schował się pod wargą. To nie był orzeł, a mężczyzna ze skrzydłami. Tanatos.
- Nikt więcej nie przyjdzie? - zapytała, gdy zajęły miejsca naprzeciwko siebie. Za
plecami Sydonii szprosy ramy okiennej dzieliły fragment muru komina na równe cztery pola.
W jednym z nich widniał symbol: K06.
- Zmieniły się zasady i obecnie nie łączymy już nowych z tymi bardziej
doświadczonymi. Wątpliwości nie służą utrzymaniu dobrostanu podopiecznych…
Dobrostan podopiecznych. Niezłe.
- …którzy oceniają ośrodek na osiemnaście coma dziewięć cztery sześć. Trzeci wynik
w kraju! - Sydonia rozchyliła mięsiste wargi i ukazała równiutkie trzonowce po obu stronach
boga śmierci.
- Oceniają przed czy po wyborze opcji "tak"?
Dłoń Sydonii powędrowała na czubek głowy i odgarnęła dawno już odgarnięte fale
włosów. Niezliczone bransoletki o grubości nici dentystycznej zadzwoniły intrygująco.
Kobieta westchnęła, odczekała chwilę, po czym dodała koncyliacyjnie:
- Nie zamierzam pani do niczego nakłaniać.
- Jak to?
- A tak to.
Rok - może półtora temu dwadzieścia pięć osób na sali i wymoczek w popielatym
kitlu opowiadający komunały, po co państwo każe tarabanić się tutaj co trzy miesiące
każdemu, kto przekroczył czerwoną linię metryki. I spowiadać, dlaczego nie chce odciążyć
systemu, który okazał się niewydolny. Dwadzieścia cztery osoby karnie wypowiedziały
magiczne "tak” i uruchomiły rozpylacze gazu ostatniej przyjemności. Przez żelbetową bramę
wychodziła zalana łzami, aż nawet przemknęła jej przez głowę myśl, że wróci i poprosi o
dokładkę. Malchik wysiadł z kabiny i przytulił ją na peronie erstopu.
- I nie będzie mi pani wmawiać, że tylko czekam na moment, by uruchomić...
- Absolutnie!
- Ani że życie po osiemdziesiątce to współczesna via dolorosa?
Na poprzedniej sesji natarczywy typ gdakał coś o tym, że statystycznie czeka ją
neurodystrofia albo rak przewodu pokarmowego. A ten to zmieni trzewia w bulgocącą
latrynę, z fetorem dającym o sobie znać nawet w wydychanym powietrzu. I że nie ma
środków publicznych na leczenie całego społeczeństwa, i dlatego...
- Mogę zapytać, co robicie z ciałami?
- Ciałami?
- Tych, którzy uruchomią gazowanie w tubie.
- Tuboablację...
- ...gazowanie!
- Nie lubię tego słowa, nie oddaje istoty zagadnienia... Niemniej, po tuboablacji
preparuje się ewaporaty...
- Ewaporaty?
Prowadzących jakoś nikt nie przygotowywał na pytanie zasadnicze: co się stanie ze
mną po?
- ...odsącza się wodę, żeby...
- ...tym kominem? - Palcem wskazała K06 w krzyżu szprosów okiennych.
- Co "tym kominem"?
- Czy tym kominem odprowadza się parę z zagazowanych ciał, które maszynowo
osuszacie?

***

Tuba wyglądała inaczej niż poprzednio. Ktoś starał się tchnąć w nią powiew klasy
premium, jeśli można tak powiedzieć. Miękka leżanka i oksfordzka, pikowana tapicerka
z fibroskóry. Klasyczne, jasne brązy dodawały jakiegoś paradoksalnego optymizmu.
Zajęła miejsce i skupiła na tym, żeby się nie odezwać. Nieopatrzne wypowiedzenie
czegoś niewyraźnego groziło błędnym zakwalifikowaniem przez system jako zgody. Nie było
to łatwe, bo we wnętrzu emitowano przyjemne zapachy, migawki z przeszłości, a nawet
animowane wizerunki najbliższych, które co rusz zachęcały do interakcji.
Tym razem nie było żadnego obrazu, a wyłącznie muzyka.
Chromatyzowane interwały, synkopa totalna i pozorne dysonanse. Minimalizm,
główna linia melodyczna na mocnym staccato i z nietuzinkowym metrum.
Trzecia Gnosienne?
Od wypadku Satie wylądował na indeksie, za bardzo się kojarzył. Zresztą, prawdę
mówiąc sama już o nim zapomniała. Skąd Sydonia wie, że w samochodzie leciała akurat
Gnosienne?
Strużka łzy spłynęła po policzku i wylądowała w małżowinie usznej, powodując
nieprzyjemne łaskotanie.

***

Trzy miesiące później na peron erstopu wdrapała się dzięki składanej lasce.
Wahadło wtoczyło się na platformę ruchem jednostajnym, jak wąż w grach
komputerowych z dzieciństwa.
Malchika nie było.
Z kabiny operatora wysunęła się postać kobiety, która rzuciła uśmiech przez całą
długość pojazdu i zagaiła przyjaźnie:
- A jednak czasem ktoś tu wsiada!




Krzysztof Koch (ur. 1979) – adwokat, działacz społeczny, aktywista miejski. Zaangażowany w liczne projekty kulturalne i rewitalizacyjne w śródmieściu Poznania. Absolwent studiów pisarskich na UAM. Laureat Konkursu im. Anny Świrszczyńskiej na Książkowy Debiut poetycki za tom cytostatycznie (2026); wyróżniony w Konkursie Poetyckim Michała Kajki. Teksty literackie publikował w „Polonistyce”, “Suburbii”  i „Odrze” (cykl Karola Maliszewskiego), a Teatr Nowy w Łodzi wystawił ostatnio jego miniaturę dramaturgiczną.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page