Klaudia Rogowicz – cztery miniatury prozą
- 1 dzień temu
- 3 minut(y) czytania
Justyna
W przestronnej kuchni kobieta za drewnianym stołem bardzo sękatym jeszcze nie wygryzionym przez korniki blond długie wodospady spływają na wyszkieletowane ramiona boi się ale coś robi kroi marchewki ale nic nie widać to takie przywidzenia gdy punkt obiektu przemieszcza się on stoi tam w tle jej mąż patrzy jak wychyla się na stół ściśnięta gorsetem i suknią jak tą ślubną bo zawsze chciała by było to jej wspomnienie z ich najszczęśliwszego dnia myśl że będzie miał kochanki i zostawi jej patykowate ramiona i obojczyki wyginające się jak kręgosłup gdy tamtej nocy oboje szczytowali waniliowy zapach kremowy dochodzi od białych kwiatów miała taki bukiet perły i czarne skórzane rękawiczki ta miłość to takie wiśta wio czuła się jak panienka trochę pierdolnięta szurnięta jebnięta od jego aparycji i dykcji z jaką mówił po francusku ona miała flakony z liliowym zapachem z nutą kalii bo wierzyła zbyt romantycznie klasycznie w tą miłość tak mocno podkoloryzowaną jej to się zdaje ale to snobizm nie mieć kochanki mówi mąż do niej odwraca się płacze błaga by nie zostawił jej i przytula podwija te białe falbany wargi ma sromowe koralowe nieszminkowane naturalne smakuje mu jak dziki bez z ostrygami i fois gras kwiaty na oknie pocą się razem, z nimi a rękawiczki poszły sobie jęki zamazały czerń lepiej od proszków czyszczących czystość cnoty niewieście wybielających uniósł się sufit i spadły z krzykiem wykrzyknikiem wynikiem od tyłu przy oknie Justyna upuszcza te cuda kaletnicze ponownie dziewicze mąż nie musi się smucić cucić włóczyć wystarczy mu rękawiczki wyrzucić albo i zakopać w doniczce i storczyka zasadzić w wełnistej przestrzeni oboje podkręceni zakochani pomieszani przerąbani śmieją się w twarz owocom kwiatom odcieniom i pieśniom z chodnika a rękawiczki niemodne niech też sobie wezmą ślub
Kuropatwy
W zielonej głuszy rozpuściły się włosy. Słońce pada na nie , tak jak on padł na ziemię, gdy
uciekła ostatnia kuropatwa. Przepióreczka śmiała się, nalewając prądu do ptasiego mleczka. .
Kukułka wołała, gdy jechał, wpadając wzrokiem na pannę kuropatwę. Strzelił piorun, a może
Parki zerwały ostatnią nić? Szata leżała gotowa na Spotkanie.
Spadał tak, jakby był jesienią, fale, czarne membrany, wtopiły się w krajobraz.
Przez drzewa patrzyli przerażeni towarzysze.
Jego życie było tak nieprzewidywalne, jak burzowe fronty w środku lata. Koniec końców
pogodził się ze wszystkimi, z królem i przyrodą.
Czerwień zasiliła podszyt, z niego powstanie kolejne drzewo, kolejny kwiat. Grzybnia
uchwyci płyn i złączy się z jego materią.
Kto przyjdzie do tego lasu, poczuje, jakby go spotkał, choć on będzie gdzie indziej, na wyspie
tak błękitnej i ludnej, że tylko puści oko.
Las będzie szumiał, a kuropatwy zajrzą, od czasu do czasu, grzebiąc pomiędzy drzewami.
Kuropatwy. Koniec
Słońce umykało w siwych pierzynach. Ziemia kończyła obieg, wraz z wiatrem żegnała rok.
Po polach jeszcze szeleściły kikuty mietlic.
Jechali przez śnieg. Kuropatwy tuliły się, drżące od mrozu i strachu.
Strzał! Ptaki spłoszyły się, upada czerń loków, miesza się w odwieczny kontrast. Czerwień
nie farba, bo jelenie się skryły w puszczach. Odleciały kuropatwy gonione tylko końcem roku.
Stali nad nim, nie udało mu się przejść między latami. Wrota, które o północy miały go wpuścić z weselem, północą, zamknęły się. Mówiono o nim źle ale prawie nikomu nie było znane, że serce zgasiła iskra przebaczenia,
I czym ta ziemia zgruchotana? Tylko niwą, miejscem na chwilę.
Kuropatwy wybrały królową o północy.
Epoki epokom epokami
Zegarek na czas, w wazonie świeże kwiaty.
Powstała opera, panowie i panie chodzili na sobotnie premiery. W sklepach kość słoniowa, koronki i puchary ze złota. Wąsy opadły wraz z powiekami. Róże i krzyż, na drogę Ancient Regime, niech prowadzi ich płomień korowodu ostatniego balu w strzelistych komnatach.
-Puk, puk!
Wchodzi bosonoga dziewczyna, roześmiane chłopaki, lotofagowie. Nie zabrakło Simone i Paula.
Miłość, ślady szminki są jak hurma, którą noszą na rękach. Prowadzi ich Wodnik. Wszystko, na co spojrzy człowiek, mieni się kolorami.
Niech nam radość na wieki wieków OM!
-Puk, puk!
Stoi kobieta w kolii koloru jej ust, dzierżąc gotycką parasolkę. Mało sprośny mnich marszczy czoło. Czy to powrócił Ancient Regime? Nie, to przebierańcy, a ich imiona Nienawiść, Obojętność i Wilk, bo nim powinien być człowiek człowiekowi.
Miłość to tylko chory obowiązek, a lekarstwem wypowiadanie modlitw, na klęczkach, w
pokorze i Państwo Boga, w którym Go nie ma.
Ryglujemy drzwi deskami i metalowymi prętami. Coraz głośniej prą do nich cienie anihilacji.
Mając jeszcze nadzieję, oglądamy występy drag queen w duchu Ancient Regime.

