Katarzyna Woydyło – Mery Lu
- 29 mar
- 7 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 31 mar
Tylko nie idź na strych, mówiła mi matka. Nie wałęsaj się po kamienicy. Nie szukaj
nieszczęścia pomiędzy ścianami, co kruszą się mokrym pyłem. Nie wchodź po schodach, bo one skrzypieniem raz dwa mi o tym doniosą. Nawet jeśli na piętrach zobaczysz ludzi podobnych do nas, to na strychu mieszka już tylko ona. Mery Lu. Stara, niepewna tego, gdzie jest i kto do niej przychodzi. Gdy zejdzie na dół, powiedz dzień dobry. Zawsze mów. Nieważne, czy kogoś znasz. Po prostu mów dzień dobry, a jak ktoś jest wychowany, to na to odpowie. Z Mery Lu też się przywitaj, ale na dole, koło drzwi naszych. Nie idź na górę. To czarownica. Nie daj się zwabić, bo wtedy tam utkniesz na zawsze. Nie idź na strych, mówiła mi matka. Tam mieszka Mery Lu.
Byliśmy głośną dzieciarnią, co przekrzykiwała się w wyliczankach, popychała na schodach, albo biegała na dworze, a potem prosiła rodziców o jeszcze pięć minut. Ostatnie pięć minut, mamo. Pięć minut później mieliśmy wrócić do nudy i pustych butelek w domu, które staną się powodem naszych problemów w przyszłości. Wcześniej jednak ostatnie pięć minut. Pięć minut spania do południa, a potem bezkarnego jedzenia lodów na cienkich i długich patykach. Im dłuższy patyk, tym większe i bardziej skręcone lody, co śmietankowym zlepem spływały po palcach. Jak polizało się palce, to kosztowało się przy tym, jak smakuje klatka, klamka, albo różnej świeżości pościel, w której każde z nas spało. Nie myliśmy rąk i wychodziliśmy rano bez mycia zębów. Chcieliśmy siedzieć przez cały dzień na murku i na obiad znowu jeść lody. Lato mogłoby się dla nas nie kończyć.
Ulubioną zabawą było huśtanie się na drzwiach klatki schodowej. Zawieszania się całym ciałem na klamce i wciskanie trampka w niewielkie wtłoczenie w drzwiach. Tak długo, jak pozwoliły uda. Bawiliśmy się tak do południa, ciągnęliśmy za koszulki, żeby jedno z nas zeszło, drugie weszło i tak na zmianę. Nie mogło być tak, że huśta się ciągle ta sama osoba, a potem ktoś inny nie zdąży, bo ojciec wyjdzie i wszystkich przegoni. Jeżeli kogoś nie było, nigdy nie pytaliśmy dlaczego. Żadne z nas nie rozmyślało, gdzie są ci, którzy nie wyszli na dwór. Dopiero, gdy było nas tak mało, że o klamkę w drzwiach nie trzeba było się bić, przypominaliśmy sobie, gdzie kto z nas mieszka i kto przestał wychodzić na dwór i na nasze wołanie pod oknem nie odpowiada. Staliśmy tam wystarczająco długo, żeby dostrzec, jak coś przemyka w ciemnościach, porusza delikatnie firanką. Wtedy po raz pierwszy na poważnie potraktowałam słowa matki. Te o Mery Lu. Pomyślałam, że dzieci weszły na strych i już tam zostały, że stało się to, przed czym ostrzegała mnie matka. Sama Mery Lu jednak rzadko schodziła na dół. Tylko raz, gdy wracałam ze sklepu z mamą, minęłyśmy ją przy drzwiach naszego mieszkania. Mery Lu spuściła głowę i wyszeptała coś niewyraźnie pod nosem. Latem widziałam ją zaś z daleka, jak przed klatką zakłada na głowę niebieską chustę w maleńkie białe kwiaty. Zimą podpierała się o drewnianą laskę. Na stopach nosiła przez cały rok te same buty. Do kostki, sznurowane rzemykiem. Jej dłonie i łydki były usiane brązowymi, owłosionymi znamionami. Mama zabroniła mi się temu przyglądać. Pod koniec lata na murku siedziałam już sama.
Jakie dziwne jest przeczucie, że za chwilę wszystko się zmieni. Swędzi w nosie jak na
kichnięcie, a czasem napełnia stopy mrówkami, które nie pozwalają się ruszyć. Po latach nietrudno przypomnieć mi sobie dzień, gdy zmiana nadeszła. Weszłam na strych, bo tęskniłam za dziećmi na murku. Spędzać samotnie wakacje, to nuda. Po tygodniu miałam dosyć zerkania przez okno w nadziei, że któreś z nich wyszło. Tak bardzo chciałabym zrzucić winę na kogoś innego. Kogoś, kto mnie popchnął na schody, albo zapomniał po prostu przywołać do domu. Pewnie tak byłoby łatwiej. Nie mogę. Podchodziłam w stronę schodów codziennie, a Mery Lu wołała mnie po imieniu. Może tylko mnie brakowało na strychu. Tak to sobie tłumaczyłam i stawałam na trzecim stopniu. Stamtąd niczego nie było widać. Dopiero, gdy weszłam wyżej, zmrużyłam oczy. Mery Lu wychylała się i przybliżała do mnie. Powoli, jakby nie chciała mnie spłoszyć. Widziałam brązowe plamy na jej twarzy i wystające z nich pojedyncze włosy. Jeden sięgał aż do mocno ściśniętych ust. Długie siwe kołtuny staruszki opadły na moje ramiona, które objęła ciasnym uściskiem. Nie wiem, która była godzina, ale czułam, jakbym stała tam połowę nocy. Matka znalazła mnie ostatecznie nad ranem. Szukała na dworze, nie spodziewała się, że leżę pogrążona we śnie na strychu. Nie pamiętam jej krzyków, jakby inne głosy, niż głos Mery Lu, już do mnie nie docierały. Matka zabrała mnie do domu i pamiętam, że płakała nade mną aż do południa. Czułam każdą jej łzę, która spadała prosto na moje czoło. Nie mogłam jej jednak pocieszyć. Mery Lu unosiła się w powietrzu i odprawiała nade mną czary.
Całymi nocami wędrowałam w snach prosto na strych. W niewielkim mieszkaniu pod skosem mieszkała kobieta o srebrnych włosach. Każde z dzieci, z którymi spędzałam lato, siedziało w kręgu i obserwowało jak stoi w środku i kręci się wokół własnej osi. Niektóre klaskały, tyle że zupełnie bezgłośnie. Oblicze kobiety różniło się od tego, które zapamiętałam, gdy mijałyśmy ją wtedy z mamą, a jednak od razu ją rozpoznałam. Nie wiem, czy to za sprawą długich włosów, czy może pojedynczej brązowej plamki na łydce. W snach była wyraźnie młodsza.
Nie miała na sobie ani fartucha, ani starej sukienki. Smukłe ramiona i talię opinała jedwabna suknia do kolan w kolorze butelkowej zieleni. Nigdy nie widziałam na żywo złotych guzików, ale te wyglądały dostojnie. Jako dziecko lubiłam wszystko, co błyszczy, tak więc te guziki pamiętam ze snów nad wyraz dokładnie. Mery zaprosiła mnie do kręgu dzieci, a gdy nie zareagowałam, objęła swoją dłonią obie moje dłonie na raz. Zauważyłam, że jej palce są smukłe, a paznokcie zadbane. Zimniejsze jednak od lodu. Do dzieci dołączałam pełna nadziei, że jeżeli im nic się nie stało, to i mnie Mery Lu oszczędzi.
Po każdym przebudzeniu wąchałam swoją piżamę, która śmierdziała jak cudza. Po kilku nocach dostałam ataków kaszlu, który brzmiał jak ten, który rzęził w płucach Mery Lu. Nad ranem matka powtarzała, że ledwo mnie rozpoznaje. Dlaczego, pytałam zdziwiona. Ale ona kręciła głową i patrzyła na mnie spod byka. Ja za to obawiałam się, że może to przez moje ciało, które próchniało tak samo jak bele na strychu. Czułam to w kościach. Codziennie budziłam się niepewna tego, kogo za chwilę zobaczę. Właściwie to bałam się, że obudzę się tuż obok Mery Lu. Wstawałam i chwiałam się na cienkich nogach. Na śniadanie jadłam mniej, niż wcześniej. Włosy na rękach jeżyły mi się na myśl o płatkach czekoladowych, jakby zaszkodzić miało mi nawet tłuste mleko. Ledwo sięgałam po ciepłą herbatę. Bez przerwy było mi zimno. W grubym szlafroku matki, zakopana pod kołdrą myślałam: Co jeśli kiedyś się nie obudzę? To wtedy zaczęłam sprawdzać, czy moje nogi nie mają brązowych znamion. Z ulgą gładziłam palcami skórę na udach, a przed snem kąpałam się w radosnym poczuciu, że wciąż jestem młoda.
Innej nocy bardzo wyraźnie widziałam we śnie Mery Lu. Nie było tam innych dzieci. Nie poruszyłam się w nim nawet odrobinę, z obawy, że jeśli drgnę, Mery Lu mnie zauważy. Ona jednak dobrze wiedziała, że stoję tuż obok. Nawoływała mnie tym samym głosem, który mnie przywiódł tej jednej nocy na schody. Głosem, co działa jak plaster na ranę, tak delikatnym jak delikatne są śmietankowe lody. Ciężko było się oprzeć, a mimo to pilnowałam tego, by nie stać zbyt blisko Mery Lu. Nie do końca ufałam jej nowemu obliczu. Skórze wolnej od zmarszczek, która błyszczała nawet w ciemnościach. Oczom, które niepokryte bielmem, oceniały świat nad wyraz uważnie. I temu słodkiemu głosowi, który chciał mną zawładnąć. Byłam dzieckiem. Co rano myślałam o moich kolegach, z którymi spędzałam lato na murku. Czy oni też tak szybko się postarzeli i tym samym wyrośli z zabawy na dworze? Wiedziałam, że na to pytanie nie odpowie mi mama. Odpowiedź mogła znać tylko Mery Lu.
Był to Sylwester, który w większości przespałam trzęsąc się z zimna. Matka przyniosła wieczorem z piwnicy farelkę, a w piecu nagrzała tak, że na początku niepotrzebny był gościom w domu alkohol, żeby się rozgrzać. Przy odliczaniu niektórzy już tak sapali z gorąca, że Nowy Rok woleli witać stojąc po kolana w śniegu. O północy matka przyszła i zapytała, czy chcę wyjść na zewnątrz, żeby zobaczyć fajerwerki. Wiedziała, że uwielbiam patrzeć, jak kolorowe światło przecina niebo i pęka nad głową na setki małych kryształków. Wychrypiałam, że nie dam rady i odpłynęłam w kolejną drzemkę. Ze snu obudziły mnie strzały. Podparłam się na łóżku i podeszłam do okna. Ostatni strzelali ci, którzy, podobnie jak ja, przysnęli. Dopiero, gdy ostatni rozbłysk zniknął na niebie, a na podwórku zapadła pierwsza noworoczna cisza, przed domem pojawiła się zgarbiona postać.
Pojedynczy goście zaczęli wychodzić. Dziękowali matce za wyśmienitego śledzia i dopijali w progu ostatnią lampkę szampana. Żadne z nich nie wydawało się przejmować staruszką, która stała wsparta o lasce przed wejściem do klatki. Jakby nie było warto życzyć jej szczęścia. Otworzyłam okno. Dawno nie oddychałam świeżym powietrzem. Moje płuca skurczyły się, jakby zapomniały do czego służą. Mery Lu drżąc z zimna patrzyła w niebo. Na jej twarzy nie było widać przygnębienia, które wynikałoby z tego, że marznie. Księżyc oświetlał jej twarz, a ona, jak w snach wydawała się młodnieć. Jej twarz przeorana przez lata zmarszczkami zmieniała się w oblicze kobiety, którą musiała być kiedyś. Długie, siwe włosy lśniły srebrzyście. Mery Lu nie miała znamion, które pokrywały jej ciało. Skóra na łydkach, które wystawały spod spódnicy, była jędrna i gładka. Mery Lu machała przyjaźnie w moją stronę. Za jej plecami przemykały cienie goniących się dzieci. W tym jednym momencie Nowego Roku Mery Lu nie była już straszna.
Ostatniego dnia zimy mama zawołała do domu znachora. Nie było nas stać na prywatne wizyty lekarza z przychodni, a znachor był tańszy i z polecenia. Matka wprowadziła go do mojego pokoju, a potem od razu wyszła, jakby wszystko miała z nim dogadane. Mężczyzna pachniał ogniskiem i suchą trawą. Szorstkimi, czerwonymi od mrozu, dłońmi, odsunął delikatnie mój szlafrok i spojrzał na wystające spod niego kostki. Wyglądał tak, jakby mierzył, ile mi jeszcze zostało ciała. Spoglądał w oczy uważnie i bez pośpiechu. W tym spojrzeniu było więcej rachunku, niż troski. Jeżeli liczył na zapłatę matki, to tego nie ukrywał. Nie wyglądał nawet jak ktoś, kto przyszedł leczyć. Raczej jak ktoś, kto sprawdza, czy w ogóle warto. Gdy otworzył po
wszystkim usta, na chwilę zawiesił słowa. Myślałam wtedy, że szuka odpowiedniego języka, tak żeby zrozumiało go dziecko. On jednak najpierw wypowiedział kilka zdań po łacinie, a potem dodał, że byłam głupia, ale wciąż nie jest dla mnie za późno. Noc mnie zabrała, ale jeszcze nie całą. Po tych słowach uszczypnął mnie niespodziewanie grubymi palcami w policzki. Do teraz nie wiem, czy znachor dopomógł w odejściu Mery Lu. Za siedem minut badania zażądał od matki stu złotych.
***
Wigilia Wielkanocy. Tuż przed północą świecący czarny worek zaszeleścił na klatce. Zasapani ratownicy umęczyli się na schodach ciasnej klatki. Jeden z nich uderzył łokciem w drzwi. Zasuwa zamka odszczeknęła z łoskotem. Dziecko, które wspinało się do wizjera, spadło z krzesła. Matka poczerwieniała i wyniosła krzesło. Córka z trudem się pozbierała. Resztę nocy spędziła u siebie. Płakała. Nie sprawdziła nawet, czy matka zamknęła drzwi na noc. Tej nocy o niczym nie śniła. Rano nie wyszła na murek i lody. Nie szukała zająca. Leżała pod kołdrą i patrzyła w szczeliny pomiędzy kasetonami. W szczelinach wypatrywała siwego włosa.

