Katarzyna Furmaniak – trzy wiersze
- 1 dzień temu
- 3 minut(y) czytania
Stary molos mocno śpi
Posądzają mnie o lenistwo,
a jestem przecież równie pracowity,
co mój brat Tanatos.
Innym przynoszę odpoczynek,
lecz sam nigdy się nie kładę,
nie zamykam oczu.
O ile ludzkie sny potrafią znużyć,
o tyle zwierzęce wciąż mnie zadziwiają.
Delfinom marzą się perły i trójzęby,
sowom krosna i latające delfiny.
Lwy zbierają złote jabłka,
a psy – psy śnią o swoich ludziach.
Żadna zawiść ich nie dręczy,
żaden pot ze wstydu nie oblewa.
Kłamstwa nie spędzają im snu z powiek.
Śpią smacznie jak ciastka z miodem.
Psim snom towarzyszą
zjawiska niewytłumaczalne.
Porywczy kupcy potrafią cały wieczór
wpatrywać się w drgające łapy i uszy.
Władcy nie wstają z tronów,
gdy im pies zaśnie na kolanach.
Żony, które narzekają na chrapiących mężów,
tylko się uśmiechają, gdy charczy szczeniak.
Przyglądam się,
jak stary molos ze szramą na pysku
mocno śpi.
Dzieli posłanie ze swoim człowiekiem,
a przecież obaj ledwo się na nim mieszczą.
Ciężką łapą przygniata człowiekowi brzuch,
obślinia mu chiton.
Przed świtem budzi go
zniecierpliwionym ogonem.
Człowiek przeciera rozespane oczy.
Nie marszczy czoła,
mówi psu coś na ucho
i siada, rozmasowując kolana.
Wścibski nie jestem,
ale chciałbym wiedzieć,
co takiego wyszeptał.

W najśmielszych snach
Mały Endymion marzył o miłości.
Z rozdziawioną buzią słuchał aojdów,
z rozwianą czupryną właził na drzewa.
Co dzień świtały mu nowe pomysły,
które razem wprowadzaliśmy w życie.
Jak heros i jego ogar skradaliśmy się do kotów,
udając, że to lwy nemejskie.
Jak władca i jego molos dowodziliśmy
oddziałami świń, kur i owiec.
Mój pan wiercił się do późna.
Śniły mu się przygody na morzu,
powabne nimfy, nieznane krainy
i olbrzymie niebezpieczeństwa,
z których zawsze wychodził cało.
Dorosły Endymion przymyka zaspane oczy
na rzeczywistość pierworodnego syna.
Ziewa w ogrodach, ziewa na występach.
Coraz częściej zmierzcha mu cierpliwość,
aby wysłuchiwać nieporadnie zatroskanej matki.
Jak wieszcz i jego owczarek spoglądamy
w przyszłość ze zmarszczonymi brwiami.
Jak królewicz i jego alopeki milczymy –
nie wiadomo przez kogo zaklęci w kamień.
Mój pan zwija się w kłębek nerwów.
Ani mu się śni, że gdzieś tam czekają
wyspy do obwąchania i laury do zdobycia,
że ktoś mógłby go kochać
czy też cicho, cierpliwie uczyć arytmetyki.
Zbudziwszy się o północy, widzę,
jak do pogrążonego we śnie Endymiona
skrada się nieśmiało poświata Selene.
Już prawie muska jego dłoń na przywitanie,
lecz wnet się wycofuje
w obawie, że jej zauroczenie
wyjdzie na jaw.
Głodnej mąż na myśli
Przyszłam na świat jako ostatnia
i najmniejsza z miotu.
Nie wybrał mnie Ares, nie wybrała Artemis.
Skomlałam cicho, żałośnie,
póki nie poczułam ciepła czyichś rąk.
Były to ręce Ojnone: urobione po łokcie,
szorstkie, sękate.
Moja pani gotowała mnóstwo jedzenia
i nie rozumiała,
dlaczego mąż za każdym razem odmawiał dokładki.
Po jego odejściu
straciła apetyt. Werwę czerpała z amfory goryczy,
a żywiła się czerstwą urazą.
Pytania schły jej w niedocałowanych ustach.
Na długo przed tym,
jak boginie posprzeczały się o złote jabłko,
budziła się nad ranem
i oddychała piersią pełną złych przeczuć.
Parys nie spodziewał się,
że będzie go zatrzymywać; jej szlochów słuchał
z zakłopotaniem.
Ojnone przekonywała go, by nie porzucał rodziny.
Próżno się jednak starała,
próżno prosiła i złorzeczyła na przemian.
Wybrał inaczej.
Helena wykluła się z łabędziego jaja. O jej delikatną rękę
walczyli królowie.
Jadała ponoć winogrona i niebieskie migdały,
o których nie śnili
poddani jej ojczyma oraz licznych zalotników.
Poślubiła Menelaosa;
słodki posmak jego pochlebstw zwiększał jej apetyt.
Chichotała, gdy ją łaskotał
czułostkami, gdy się zabłąkał w gęstwinie
jej złocistych włosów.
Żaden pies jej najwyraźniej nie zawrócił,
kiedy zostawiała rodzinę
i za namową bogini uciekła z Parysem,
który na wojnie,
jeśli wierzyć wiatrom, co huczą z północy,
pokonał samego Achillesa
(choć mu do pięt nie sięgał – rzekła cierpko
moja pani).
Helena uchodziła za kobietę pyszną. Czy nią była?
Próżne domysły.
Dusz nie strzegłam, herosów nie wykarmiłam.
Bogom nic nie upolowałam.
Próżno skakałam na niezdarnych łapach,
próżno psociłam.
Mej pani nie dało się rozśmieszyć.

