top of page

Karol Płatek – Teoria strun, praktyka bębnów

2 dni temu
6 minut(y) czytania

Pierwszy dzień wiosny – jedna z ulubionych iluzji. Obietnica lżejszego oddechu, wybuch witalizmu, Dzień Wagarowicza. Umowna nadzieja na lepsze jutro. Problem w tym, że po pierwszym dniu wiosny przychodzi dzień drugi. Orientujemy się, że nie jesteśmy odporni na to, co wszędzie dookoła – na czas, wielką i małą politykę, bezinteresowną podłość, którą od niektórych dostajemy całkiem w gratisie. Gdybym teraz napisał, że o tym właśnie jest najnowsza powieść Jacka Bieruta, pewnie bym przeszarżował z patosem. Niemniej książka ta jest gęsta i wielowarstwowa, dlatego tak – jest też i o tym. O budzeniu się ze snu, o ściąganiu zasłony.
Główny zrąb akcji Drugiego dnia wiosny dzieje się 22 marca 1983 roku w Jeleniej Górze i okolicach. Narracyjne oko skupia swoją uwagę na kilku nastolatkach – chłopakach mających stawić się na Wojskowej Komendzie Uzupełnień. System umieszcza na szali ich wolność. Marzenia o karierze piłkarskiej i/lub o poświęceniu się grze na gitarze mogą zaraz zostać podeptane przez kamasze. Raju, Waciu i Hrabia – trzej kumple stojący u progu prawdziwej dojrzałości. A dalej opowieść o pierwszych rozczarowaniach, końcu przyjaźni, wchodzeniu w nowe role. Tak mogłaby wyglądać bardziej standardowa historia osadzona w realiach pierwszej połowy lat 80. Jacek Bierut nie jest jednak standardowym opowiadaczem. Jego ambicje idą dalej. Kilkakrotnie podrzuca nam tropy, zastawia pułapki – a ostatecznie i tak robi uskok.
Rzeczą, która od razu zwraca uwagę, jest artystyczna bezkompromisowość. Zacząłem tę książkę szanować, jeszcze zanim mi się spodobała (a przecież spodobała mi się szybko). Bierut igra z naszymi oczekiwaniami i przyzwyczajeniami. Potencjalnie sztampowa opowieść o dojrzewaniu przeistacza się – dzięki pomnożeniu postaci i ich dopowiedzeniu od wewnątrz, mnogości punktów widzenia, psychologicznej wiarygodności – w zbiorowy portret, w miniaturę społeczeństwa polskiego w konkretnym momencie historycznym. Myślę, że dzieje się tak również (a może przede wszystkim) dzięki doskonale skonstruowanym bohaterkom – co nie jest w prozie pisanej przez mężczyzn takie znowu częste. Z pozoru chłopacka historia nabiera głębi i wiarygodności dzięki kobietom, które zapewniają uziemiający kontrapunkt. I to nie przez bycie tłem, paprotkami. Drugi dzień wiosny nie jest powieleniem seksistowskiego schematu opowieści o działających mężczyznach i kobietach czekających w domu przy stygnącym obiedzie. Działania Muszyny, Strychniny czy Radki zlepiają świat powieści w całość, ale też przypominają nam o wadze podjętych decyzji; o ich realnych, życiowych konsekwencjach. 
   
Czy są jeszcze interesujące, świeże sposoby opowiadania o tzw. tamtych czasach? Czy da się wyjść poza klisze – styropianowy patos z jednej strony, sentymentalne estetyzowanie z drugiej? Jasne, że się da, ale czasem o tym zapominamy, czasem zapadamy na uwiąd wyobraźni. Bierut stawia na multiplikację zbliżeń, na rekonstrukcję stanów psychicznych ludzi z opisywanej epoki. Dodatkową zaletą jest to, że niejako odcina się od nostalgicznego opowiadania o własnych doświadczeniach. Mimo że ślady jego biografii są tu wyraźne, to własny emocjonalny interes autora ani przez moment nie przysłania całości świata powieści. Dzięki temu – mimo że to, zwłaszcza jak na tego twórcę, książka raczej krótka, skondensowana – mamy do czynienia z czymś na kształt fresku, a nie z narracją quasiwspomnieniową mającą obsłużyć palące potrzeby ego.
Drugim wymiarem bezkompromisowości jest skala zaufania, którą Bierut nas obdarza. Drugi dzień wiosny się nie przymila. Wejście w tę powieść nie należy do najgładszych. Jest trochę dezorientacji, właściwie nie wiadomo, jak ustawić radary, jak dostroić czujniki. Zwłaszcza że bardzo szybko orientujemy się, że świat powieści jest rozdwojony. Warstwa prostsza, bardziej po bożemu, ta, która opowiada o młodych ludziach u progu prawdziwej dorosłości, o małej i dużej polityce, o esbekach i o miłości, przeplata się z warstwą trochę odgiętą od standardów, odrealnioną. Coś jak senny majak, tyle że psychodelicznie podkręcony. Albo – bo i taka interpretacja jest moim zdaniem na miejscu – mamy do czynienia z opowieścią napędzaną silnikiem science-fiction. Stopa i Werbel, dwóch chłopaków (żołnierze? dezerterzy? uciekinierzy z domu dziecka? – na początku trzeba się zastanowić i zbierać okruchy informacji) chodzących po jakimś tajnym (po)radzieckim bunkrze, wplątują się w bez mała kosmiczną awanturę. W kolejnych pomieszczeniach natrafiają na dziwne ekrany, na których wyświetlane są relacje z różnych zakątków świata i z różnych czasów (bo i przyszłość się tu chyba załapała), wpadają na tajemniczą postać owiniętą kocem, a w końcu muszą się przeistoczyć w gladiatorów i stoczyć podszyte erotycznym napięciem pojedynki z przeciwniczkami z innych światów. To nie jest rzecz, która bez walki ulega streszczeniom, zresztą chyba takie potraktowanie Drugiego dnia wiosny byłoby nietrafioną propozycją. Atmosfera, którą udało się Bierutowi wykrzesać, jest fantastyczna, w pewnym sensie znajoma i dziwaczna za jednym zamachem. Coś jak serial przygodowy dla dzieci przepuszczony przez filtr chorej wyobraźni; reżyser filmowy ogarnięty obsesją badania mechaniki śnienia – Tajemnica Sagali w wersji Davida Lyncha?
Bierut wrzuca nas w swoje kosmiczne fantazje, a my możemy spytać: po co? Mam swoje domysły. Sąsiedztwo rozdziałów, nazwijmy je, realistycznych i tych „fantastycznonaukowych” uwypukla absurdy minionej rzeczywistości lat 80. I mam tu na myśli absurdy egzystencjalne, głębsze niż chichranie z „bareizmów”; stawka powieści Bieruta jest większa, nie chodzi mi więc o prosty ładunek parodystyczny. Oczywiście, dochodzi tu do wyzyskania humoru, ale nie on sam w sobie jest celem. Dlatego mam też drugą propozycję: a może wątek Stopy i Werbla jest plastycznym unaocznieniem tego, że my, jako jednostki, wpływ mamy na naprawdę niewiele aspektów życia, zwłaszcza jeśli przyszło nam egzystować w warunkach politycznej opresji czy jawnej przemocy? Kosmiczna kabała, w którą wplątują się bohaterowie, jest jak gdyby narzucona na nich odgórnie, nienaruszalnie. Tak jak odgórne – z punktu widzenia i sprawczości jednostki właśnie – i nienaruszalne są procesy polityczne, warunkujące nasz byt (a w świecie powieści: całej palety postaci próbujących ułożyć sobie życie w schyłkowym PRL-u, w mimo wszystko prowincjonalnej przecież Kotlinie Jeleniogórskiej). Może przesadzam, ale w tę stronę skręciłem, kiedy zamiast szukać różnic między dwoma światami – pomyślałem o szukaniu podobieństw.

Hrabia – mimo wszystkich zmyłek, zakrętów i rozwarstwień to jego traktowałbym jako postać wiodącą – myśli przy użyciu trzech paradygmatów, trzech słowników, które pozwalają mu analizować rzeczywistość i iść naprzód. Są to: piłka nożna, muzyka i fizyka. Zwłaszcza dwie ostatnie kategorie wydają mi się ważne w kontekście całości kompozycji książki. Hrabia rozmyśla w pewnym momencie nad teorią strun – naukową koncepcją, dziś już raczej odstawioną do lamusa, według której podstawą materii nie są punktowe cząsteczki, a właśnie struny. Nie będę udawał, że rozumiem założenia tej teorii, zresztą chyba nie o to idzie; ważne jest to, że jedną z jej konsekwencji najbardziej działających na wyobraźnię jest rozszerzenie czasoprzestrzeni. Według strunowych teoretyków ma ona bowiem nie cztery (trzy przestrzenne plus czas), a przynajmniej dziesięć wymiarów. Nadwyżkowe wymiary nie są dostępne naszemu normalnemu doświadczaniu świata ze względu na swoją mikroskopijność. Hrabia myśli o tych sprawach, bo próbuje poukładać sobie w głowie kwestię błyskawicznego zakochania w dziewczynie zobaczonej na przystanku: „Nie miał żadnego planu. Na niego też żadnego planu przecież nie było. I na nią. Na nich. Co niby miałoby go mieć? Czy da się to coś odnaleźć w teorii strun? W odbiciu nieba w kałuży. Przecież to czysty przypadek, że oboje pojawili się na jednym przystanku w tym samym momencie. Nie da się doświadczalnie tego sprawdzić, ale z rachunku prawdopodobieństwa można wnioskować tylko, że to niemożliwe. Jakikolwiek chłopak i jakakolwiek dziewczyna tak, ale nie oni”. I jeszcze: „Teoria strun – aż się uśmiechnął – polega chyba tylko na wierze, że u podstawy wszystkiego jest jednak jakieś dobro”. Ciekawe: to, co zostaje w ten miękki sposób niejako odrzucone przez Hrabiego, ma wciąż ogromne znaczenie dla powieści, w której występuje. Bo w końcu czy rozdziały, których akcja rozgrywa się w „kosmicznym bunkrze”, nie pochodzą jak gdyby z tych dodatkowych wymiarów? Czy przedziwna historia Stopy i Werbla nie dzieje się na skrzyżowaniu światów i percepcji? I jeszcze aspekt muzyczny: Hrabia jest gitarzystą, to jest jego prywatna teoria strun. Ale czym jest sama gitara bez sekcji rytmicznej? Chłopaki, których ksywy to przecież elementy zestawu perkusyjnego, czekają w wymiarze obok. Gitara w Jeleniej Górze i perkusja na kosmicznym rozstaju dróg. Teoria strun, praktyka bębnów. Powieściowe warstwy pasują do siebie ściślej, niż się z początku wydaje.  
Nie da się – chyba dziś możemy już to nieśmiało przyznać – napisać o wszystkim naraz, o pełni doświadczeń, marzeń i wyobraźni, nie da się stworzyć powieści prawdziwie totalnej, która na poziomie klarownej opowieści uchwyci całość. Czasy wysokiego modernizmu minęły, to znaczy: widzimy ograniczenia wypracowanych kiedyś narzędzi prozatorskich. Da się natomiast tak skonstruować powieściowy mechanizm, by jego poszczególne elementy (połączone strunami?) współgrały ze sobą, dając przez moment wrażenie harmonicznej spójności; doskonałą iluzję dotknięcia rzeczy elementarnych, organizujących istnienie. „Powieść to rzadko jest to, co jest opowiadane” – powiedział Jacek Bierut Dominikowi Bielickiemu w rozmowie, której głównym tematem był właśnie Drugi dzień wiosny. Po lekturze tej nieoczywistej książki można chyba lepiej to zdanie zrozumieć. 

Jacek Bierut, Drugi dzień wiosny, Wydawnictwo J, Wrocław 2025, s. 264






Karol Płatek (ur. 1992) – redaktor, recenzent, poeta. Teksty krytycznoliterackie publikował m.in. w „Lampie”, „Twórczości”, „Nowych Książkach”, „Fabulariach”, „Zeszytach Literackich”, „Odrze”, a poetyckie – m. in. w „Helikopterze”, „8 Arkuszu Odry”, „Polu”, „Notatniku Literackim”. W 2023 roku dla Fundacji Ośrodka KARTA przygotował wybór tekstów Ksawerego Pruszyńskiego pod tytułem Narrator rzeczywistości. Autoportret odczytany. W 2024 roku zadebiutował zbiorem wierszy pod tytułem Powolne ruchy roślin, który został nominowany do Nagrody Silesius w kategorii debiut.


                   

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page