Karol Maliszewski – Kogo czego (fragment)
- 24 godziny temu
- 7 minut(y) czytania
Co, pies, kto, bezdomny, którego zabrakło, który zapomniał o nim, udając się do noclegowni, i pies rozpoczął rozpaczliwą włóczęgę, wybierając jadalne śmieci z koszy ustawionych w parku, co natychmiast zauważyłem, zacząłem przynosić mu resztki ze śniadania, po jakimś czasie czekał na mnie, bardziej na te resztki, i tak się zaczęła trzecia, a może czwarta, istotna znajomość kołobrzeska, bo jakoś z irenką nie szło nam ze zwierzątkami, ani psa, ani kota, nie czuliśmy takiej potrzeby, chociaż do niej złaziły się różne, które zawsze umiała odkarmić, podleczyć, miała z nimi tajemny kontakt, który nie został mi dany, a tu, patrzcie, pies się do mnie łasi, ja do niego, kumplujemy się w tej wzajemnej biedzie i opuszczeniu, co ja tu właściwie robię bez ireny, bez rudziutkiej i zuzi, osaczony przez te wszystkie kaleki na wózkach, z chodzikami, o kulach, do tej pory wtapiali się w tłum, a teraz nagle stali się widoczni, jak te wszędobylskie szyny, nieprzysłonięte już bujną zielenią krzewów, nawet jedna nitka wiodła do portu, przecinając w kilku miejscach ważną ulicę, wydawała się martwa, aż tu pewnego razu zobaczyłem na niej wagony popychane przez małą lokomotywę spalinową, skład z trzaskiem i postękiwaniem wyłonił się z parku, ruch samochodowy wstrzymano, ale zanim to się stało, kilku kierowców przeżyło szok na widok wsuwających się w ulicę wagonów, i zaczęło cofać w popłochu, co widziałem z roweru, bo wtedy był jeszcze rower, słońce, wiatr we włosach, uśmiechnięci ludzie, kobiety otwarte na końskie zaloty, teraz z tego całego bogactwa został pies ufny w moją życzliwość, pies, któremu zależało na relacji ze mną, został człowiek, do którego doszło, jak jest stary i samotny, bo zaczęło mu zależeć na relacji z nim, zresztą z kimkolwiek, może jest jakaś granica atrakcyjności społecznej, pomyślałem, i właśnie ją przekroczyłem, łudząc się, że ten wyjazd jak zawsze rozproszy mroki, czyżby to przestało działać, i ja też już nie działam na kogokolwiek, pozostał mi jeno pies, pocieszające było to, że i ja jemu pozostałem, bo nikt nie kwapił się z pomocą czy zainteresowaniem, mógł sobie spokojnie zdechnąć w mrocznym parku, człowiek z kulawą nogą, a mnóstwo ich defilowało przede mną, armia cieni, nie zainteresowałby się, co w tym parku skowyczy, wyje, a potem rozkłada się w rowie, mój drogi, jeszcze długo nie, a potem wcale, nie dopuszczę do tego, nie opuszczę cię, jeżeli ktoś wtedy przebywał w kurorcie, to może natrafił na ten zastanawiający widok, najpierw szedł w miarę wyprostowany, dość energiczny jak na ósmy krzyżyk, pan, a potem wlokła się za nim wielorasowa istota, wychudzona i drżąca, która to istota z biegiem czasu nabrała wagi, a sierść jej wróciła do swojej lśniącej normy, tylko imienia dla niego nie miałem, długo mówiłem pies, a wreszcie, znudzony tym formalizmem, pogrzebałem w pamięci i wyobraźni, wspomniawszy jak maciek w dzieciństwie lubił ulicę sezamkową, nadałem mu imię gonzo, bo ten bohater wzbudzał największe emocje u przyszywanego wnuka, jak również we mnie, gdy zerkałem zza pleców dziecka, gonzo był mieszanką wyżła i szpica, o czym opowiadam jako ignorant, bo zupełnie nie znam się na gatunkowych tajnikach, głowy bym nie dał, czy w tej hybrydzie nie maczała łap jakaś psia brzydota, mastif bądź coś w tym rodzaju, gonzo został wreszcie wykąpany, kosztowało to sporo wysiłku, jeszcze więcej przemyślności, a potem wytarłem go i wyczesałem, zastanawiałem się, jak go zabrać ze sobą, jak zręcznie spakować, a myśl ta nie była mu niemiła, zważywszy na pewne reakcje, świadczące o przywiązaniu do śmiesznego staruszka, a może nawet o sympatii doń, potem on prowadzał mnie swoimi ścieżkami po kurorcie, z jego punktu widzenia to była zupełnie inna przestrzeń, nieraz dochodzilismy do stadionu, pomyślałem, że poprzedni właściciel był może kibicem kotwicy, stanowczym łukiem omijał pewne miejsce, co wzbudziło moje zainteresowanie, okazało się, że to lecznica weterynaryjna, a więc bywał w niej pod przymusem, o, może weterynarz go rozpozna, a tym samym pies w końcu wróciłby na właściwe łono, i któregoś dnia zajrzałem, pani w rejestracji poinformowała, że stary doktor udał się na emeryturę, razem z nim udały się tam wiedza i doświadczenie, a temu nowemu przybłęda o fałszywym imieniu gonzo niewiele by powiedział, ja musiałem mówić, gdy na pięć dni przed końcem turnusu udałem się z pupilem pod wyżej wzmiankowany adres, by zbadać, zaszczepić, odrobaczyć, umówić warunki adopcji, o tym wszystkim nie miałem pojęcia, i oto gonzo znalazł się na smyczy, to podobno warunek konieczny funkcjonowania psa w społeczeństwie, trochę było urwania głowy z tym smyczowym chodzeniem, ale chyba szybko sobie przypomniał, i do pociągu szło się dość składnie, a w przedziale zachowywał się poprawnie, mimo że raz po raz jakiś dzieciak otwierał i zamykał drzwi, nagabywał i pchał się z łapami, gonzo oczywiście miał swój bilet, a kiedy zauważyłem, że chce mu się pić, poszliśmy do toalety, wodę podawałem mu w złożonych dłoniach, to zbawienne myśleć o kimś jeszcze, opuścić obszar własnej dupy i umysłu coraz bardziej objętego pożarem, i tak dalej, bez pewnych, uciekających, słów trudniej mi rozwijać właściwą orację, na starość nie jesteś przekonujący, a już szczególnie wtedy, gdy przekroczysz granicę, o której, zdaje się, wcześniej wspomniałem, dobrze, że na posterunku granicznym czekał na mnie nikomu niepotrzebny pies, że dwa wyrzutki, odrzuty z obiegu, mogły się odnaleźć w mrocznej niszy wilgotnego parku, że jego psi lęk dogadał się z moim, i tak jakoś wzajemnie się zniosły, na noc przemycałem go do apartamentu, uwił sobie gniazdo w największej walizce, na grubym płaszczu, wziętym niepotrzebnie, przedwczesnej zimy w kurorcie nie ma, i nie będzie, jednak wiewiórki szykowały się do niej, jak wyczytałem w miejscowej gazecie, próbowaliśmy to sprawdzić, przemieszczając się od jednego parku do drugiego, zwolniony ze smyczy biegał, węszył, żadnej nie znalazł, może już spały w dziuplach, ciągnęło go też do portu, raz długo stał na nabrzeżu, nasłuchując rytmicznego stukotu pogłębiarki, prace czerpalne w porcie do głębokości ośmiu metrów, potwierdziła gazeta, czego on tam szukał, nie wiem, któregoś dnia pociągnęło go w stronę parku wschodniego, przechodząc koło znajomego parkingu, zajrzałem przez siatkę, pusto, dym z komina budki parkingowego nie leci, martwa cisza, niezgrabione liście układały się w kolorowe sterty, gonzo wcisnął się w żywopłot, i już był po drugiej stronie, zacząłem go przyzywać, on coś tam odszczeknął, te odgłosy zwabiły człowieka pilnującego sąsiedniej posesji, krzyknął, żeby lepiej pilnować psa, udało mi się schwytać łobuza za obrożę, przypiąłem smycz, facet się udobruchał, spytałem go, co tu zaszło, i tak dowiedziałem się, że pan menel parkingowy jest w szpitalu, to mi dało do myślenia, iść czy nie iść, wypada czy nie wypada, a pieprzyć to, czułem, że jestem coś winien temu obcemu człowiekowi, obowiązkowo pomarańcze, placek drożdżowy, czekolada, kompot i rosół wydębiłem z kuchni, tylko słoiki musiałem zorganizować, i nastała ta chwila, że znalazłem się pod drzwiami szpitala, w telefonie sprawdziłem godziny odwiedzin, wszystko grało jak w zegarku, prócz jednego, nigdy nie pytam ludzi o personalia, uważam to za nietakt, no i teraz miałem za swoje, do kogo pan właściwie przyszedł, czy to rodzina, jeżeli rodzina, to tylko człowiecza, proszę pana ciecia, jak szybko ludzie zaczynają rozumieć pod wpływem jednego, a najlepiej dwóch banknotów, jak się stają czuli i empatyczni, idź pan, szukaj, tylko te folie na buty ubierz, ubrałem i już sunąłem korytarzami, licząc na cud, zerknąłem przez najbliższe okno, gonzo uwiązany do stojaka na rowery siedział spokojnie, poszczekując od czasu do czasu, wszystko to jednak z wyczuciem i taktem, złoty pies mi się trafił, i wtedy pomyślałem o prostacie, może parkingowego dopadł męski los, poinformowany przez sympatyczną salową skierowałem kroki w stronę urologii, która okazała się onkologią, i był tam, stał przy oknie, obserwując mojego psa, po kilku słowach coś sobie przypomniał, podaliśmy sobie dłonie, za bardzo nie mieliśmy o czym gadać, i znowu gonzo przyszedł z pomocą, parkingowy rozpytywał o niego, miał wrażenie, że zna tego psa, był ciekaw, jak się spiknelismy, mówiłem panu, że bez psa ani rusz, wręczyłem mu torbę z wiktuałami, i zaczęliśmy się żegnać, obowiązek spełniony, odwróciłem się, ale szybko chwycił mnie za rękę, czytałem te pana wiersze, odwrócone od ludzi, niezrozumiałe, nagle przypomniałem sobie, że dałem mu ostatni tomik, ale ja się uparłem, i powiem panu, że chyba zrozumiałem, rozgryzłem je, pana rozgryzłem, bo teraz poeci chcą być tacy, to znaczy jacy, na marginesie, niezrozumialstwo to jest ich protest, tylko tyle mogą, to jest odmowa, bunt, nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale po tych słowach uściskałem go serdecznie, i szeleszcząc foliami, zacząłem zmierzać do windy, przed którą stały już trzy osoby, po tej wizycie odżyło we mnie pragnienie odpisania na list, byłaby to czwarta wersja odpisu, bo wcześniejsze skreślałem albo i darłem, gonzo skoczył na mnie z radości, a ja powtarzałem sobie, krocząc za nim, słowa pana parkingowego, wcale nie menela, skoro o poezji tak składnie wywodzi, jak to możliwe, że zapomniałem o książce, którą mu rzekomo dałem, nieważne, byle list do młodego poety nabrał wreszcie rumieńców, nie chcę wyjść na dupka nieodpisującego adeptom, z sukcesów w prowincjonalnych konkursach poetyckich niewiele wynika, a nazwijmy rzecz po imieniu, nic nie wynika, proszę nie oczekiwać dalszego ciągu, on otworzy się sam w codziennych zmaganiach, tak zwanym pocie czoła, i nie ma wiele wspólnego z nagrodą, sukcesem, wyróżnieniem i tak dalej, poeta boryka się z tym wszystkim i jeszcze innymi rzeczami, strasznymi, takie to zajęcie, rozpaczliwe i niewdzięczne, ale zdaje się, że pan to wie doskonale, jak mało obecnie kto, biorąc pod uwagę, co i jak przeżywa pan w starciu z zimnym, jakby nieobecnym światem, nieobecność świata, z jego dawnym sensem, rzutuje na wszystko, stąd też nieobecność poezji pośród współczesnych mediów, znikoma jej rola w powszechnej komunikacji, tylko pogodziwszy się z tym, można pisać dalej, niewiele oczekując, pan zapewne pozostanie niepogodzony, taka pana natura. na szczęście nie cierpimy w milczeniu, coś się jednak od czasu do czasu pisze, proszę wybaczyć. że nie przyniosłem pociechy, ale od dawna nie mam jej już nawet dla siebie, z szacunkiem i jakąś tam próbą empatii, ludwik jerzy cierń
fragment powieści Kogo czego

