top of page

José Carlos Becerra – trzy wiersze

2 dni temu
3 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 12 godzin temu


Kobieta z obrazu

Zaczynasz już rozumieć,
twoja miłość stopniowo odsłania przed tobą swe sole do kąpieli, swe święta nakazane, swe kolacje bez nikogo;
niekiedy szkielet twojego anioła stróża
tańczy w twych oczach,
pewne dzikie ptaszęta budzą się drżące w twych dłoniach,
już swąd ukrzyżowania
nie każe ci zatykać nosa, jak za dziecięcych lat


Blues

Nie trzeba było nowego ataku samotności, 
bym to pojął.
Przemierzałem morze kursem nieznanym mym dłoniom.
Tam, gdzie miłość mieszkała i miała swe królestwo, 
pozostał już tylko mur przygniatający trawę.
Pozostała kartka papieru, nie całkiem pusta, 
na której zapada zmierzch.
Gdzie pewnej nocy gwiazdy skapywały
na ramiona czyste jak odsłonięta prawda,
pozostała już tylko bezcelowa bryza.
Gdzie kobieta ustanowiła pocałunek,
jedynie drzewa powalone zimą.

I nie trzeba było tego mówić.
Serce, nie będąc łzą, 
potrafi rzucić cień na policzki. 

Okno wychodzi na smutek.
Opieram łokcie o przeszłość i, nie oglądając się, twoja nieobecność
wnika w moją pierś, by lizać me serce. 

Powietrze jest dłonią, co kartkuje me czoło.
Me czoło, na którym księżyc jest inskrypcją, 
głosem rzeźbiącym własne zapomnienie.

Niczym dym unosi się księżyc
spośród ruin zmierzchu. 
Jest jeszcze bardzo wcześnie w tym błękicie bez twarzy.
Nie trzeba było mącić samotności 
pyłem rozproszonego pocałunku.
Nie trzeba było 
zapamiętywać nocy w jednej łzie.

Usta ogarnięte zapomnieniem,
puls cofającego się przyboju,
szum chmur, o których myśli jesień.

Są ołówki w kształcie czasu, szklanki wody,
w których zmierzch unosi się w milczeniu.
Jest gałąź drzewa niczym ramię rzeźbione
przez jakieś porzucenie.

Są spojrzenia i listy, w których noc
wprawiła w ruch pustkę
oraz czoła, gaszące swój odległy blask 
nad literami splatającymi znaki podróży. 

Oto popołudnie.
Może w nie wstąpić każdy zakochany.
Oto popołudnie, by nazwać nieobecność.

W mej piersi rozbrzmiewa świat 
niczym drzewo zdobyte przez wiatr.

Nie trzeba było tego popołudnia, ani tego papierosa, którego dym
może być inną ulatniającą się dłonią.

Noc przezimuje w mej piersi.
Nie trzeba było tego wiedzieć. 
To nie ma znaczenia.
Wyczekuję listu jeszcze nienapisanego, 
w którym zapomnienie ustanowi mnie swym dziedzicem.


Odys powraca

Zdanie, którego nie wypowiedzieliśmy, 
pewien oddech ust w łapczywości snu,
cisza zaczynająca się niczym stado ptaków;
złożyłem to zdanie na talerzu, na którym podają nam
głowę Chrzciciela.

Jestem tutaj po utracie mej najcenniejszej ofiary,
oto ukryta właściwość metalu, którym dawni bogowie
obnażali rozdarcie świata,
zbrodnia jako nieudany akt miłości,
niezwyciężona blizna śmierci, dawna biegłość zbiorowych
ust,
zew morza, znaki ptaka pogrzebanego w swym locie.

Nie mogę przedstawić wam siebie w porządku dnia;
w mym szkielecie, w mej księżycowej potworności, tym, co lśni, jest skąpy upust
krwi,
który jeszcze pozostał z mych gwiazd:
najmniejszy i najsłabszy punkt mojego zdania jest mglistym ruchem
wody po katastrofie okrętu,
gdy wszystko zniknęło już z powierzchni
i sam rytm morza nabiera swobody właściwej pewnym nieobecnościom.
A to słowne wyzwanie, ten zryw duszy,
to zmaganie nocy z legendą twarzą w twarz
podczas gdy mrok przybiera postać drzew, twarzy
oddanych pozorowi pocałunku,
nawet ten czas pozwala nam jeszcze usłyszeć morze,
pradawny skowyt plaż niczym ludzkość tolerowana przez
sen swoich bogów
i przez cios sztyletem zadany ręką swych najlepszych zabójców.

Mędrzec nie ufa leśnemu posmakowi duszy,
ciału kąpiącemu się w błaganiu własnego mięsa, pieniącego się
udręką,
kobiecie klęczącej przed abstrakcją fallusa;
o jakie znaczenie prosiliście noc?
Jaki mroczny sens życia przerażał nasze usta, 
gdy nocna trawa rosła w waszych oczach?

A ten świt, który ktoś niesie w ramionach niby naczynie, 
co cicho pojękuje,
wzejdzie, gdy słońce natknie się na własny cień
i zasiew spragnionych ran wyznaczy na piersiach krzywiznę
Historii.

Wszyscy wiemy poniekąd, że groza stanowi świętą namiętność, 
inscenizacją naszej własnej niewinności
i naszego własnego objawienia.
Wszyscy znamy te halucynacyjne usta, które są również na naszych
milczących wargach,
wszyscy znamy ten blady policzek, którym tak często wyznaczamy
oblicze popołudnia.

W oddali rozbrzmiewa dawna muzyka, 
a cisza rozpala ogień starości w palenisku naszych
domów.

z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak







José Carlos Becerra (1936–1970) – poeta meksykański. Dzięki stypendium wyjechał do Europy i mieszkał m.in. w Londynie. Jego poezja nawiązuje do twórczości Pabla Nerudy i  Césara Vallejo, ale zachowuje własny, rozpoznawalny głos. Zginął w wypadku samochodowym we Włoszech w 1970 roku, mając niespełna 34 lata.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page