Jarosław Kapłon – pięć wierszy
- 2 dni temu
- 3 minut(y) czytania
długi czas naświetlania
nieruchomość jest pułapką, w której światło mnie zjada,
rozpuszczając kontury w jedną wielką smugę trwania.
staję się gęstszy od ołowiu, a jednocześnie lżejszy od cienia,
zapisany na negatywie, którego nikt nie odważy się wywołać.
czas nie płynie, on tylko nakłada na siebie kolejne warstwy,
aż piaskownica i gwiazdy zmieszają się w tej samej szarości.
to, co bolało, jest teraz tylko miękką linią na horyzoncie,
bezpiecznym powidokiem kogoś, kto kiedyś nosił moje imię.
zostaję w kadrze, dopóki ostatnie mruknięcie wszechświata
nie zamknie migawki i nie pozwoli mi wreszcie nie być.
deep fake
mój uśmiech ma 60 klatek na sekundę, ale moje serce
gubi rytm osiemnastu tysięcy dziewięćset osiemdziesięciu
prawdziwych skurczów.
światło układa mi twarz w coś, czego nigdy nie czułem,
gładkie, bez śladu po mnie, czystą, pozbawioną kurzu,
niepachnącą mleczem ani strachem.
jestem idealny, martwy dla lustra,
które nie potrafi wyrenderować mojej tęsknoty.
skóra nie nadąża za światłem, bo pod nią płynie krew,
ta czerwona, brudna krew brzasku, której nie ma w palecie rgb.
dotykam ekranu. zimne szkło, brak oporu, brak prawdy.
o 5:20 rano mój sobowtór nie pije stygnącej kawy,
nie pamięta płonącej bazyliki, nie wie, co znaczy
rozpaść się na detale.
zostaję w tym pustym miejscu,
w tym błędzie, którego nikt nie sfałszuje, bo tylko ból
jest nie do podrobienia.
wyłączam podgląd.
wybieram siebie
w niskiej rozdzielczości, z pamięcią do końca.
skala 1:87
zmieniam rzeczywistość małą łyżeczką,
zostawia krąg na blacie, jak obrączkę dla nikogo.
miasto się nie sprzeciwia, lubi drobne zdrady,
gdy przestawiam słowa, jak kubki w szafce,
aż pasują do innej historii.
ziemia mięknie, kiedy mówi się do niej szeptem,
bez planu, bez zdań o początku i końcu.
a kosmos udaje, że nie widzi,
jak poprawiam świat w kącie kuchni,
jak zsuwam noc o kilka centymetrów,
żeby zmieścił się poranek.
i wtedy pęka, bez dźwięku,
jak szkło napięte ciszą.
to, co było,
nie pasuje już
do swoich krawędzi.
odczyt z gruntu
nie musisz już niczego zamiatać.
kurz i tak wie, gdzie ma osiąść,
by nazwać twoje milczenie domem.
widzę, jak kładziesz się blisko ziemi,
tam, gdzie rytm serca psa jest jedynym zegarem,
który warto nakręcać.
nie jesteś już kursorem, jesteś oddechem,
który miesza się z nocą, nie szukając
w niej żadnej usterki.
rybki tną twoją mętną ciszę
płetwami z czystego światła.
one nie pytają o drogę,
nie szukają focusu, po prostu są
ostatnim bastionem materii, która nie potrzebuje
definicji.
niebo nad tobą nie ma krawędzi,
więc nie masz o co się rozbić.
śpij. światło, które przechodzi przez ciebie bez oporu,
wreszcie przestało ranić.
jesteś tylko śladem,
który ziemia przytula do siebie,
zanim zdążysz go sam wymazać.
na odwrót
hezjod wskazuje gwiazdę, ale ja widzę błoto na butach.
to, co stałe, już nie prowadzi.
oczy są zmęczone szukaniem „ciebie” w folderach,
wyłapują metalowy rytm zamykanych drzwi autobusu.
jeśli niebo odbija się pod nogami,
to może wszystko zostało zapisane do góry nogami.
może błąd to nie brak strony,
ale nadmiar prawdy.
niski lot pozwala widzieć detale:
pęknięcia w płytach,
twarz w brudnej wodzie,
uśmiech, który nie jest ikoną.
wchodzę w kałużę,
zanurzam się w niebo.
wreszcie właściwą stroną.

