Jakub Kozakiewicz – O psach, ojcach i profesorach
2 dni temu
11 minut(y) czytania
Wpieklił mnie profesor gadką, że pies zdycha. Pies niech zdycha, niech wszystkie psy świata
zdychają, ale nie Rysiek. Zobaczyłby go pan, obejrzał z każdej strony, powiedział, żeby dał
łapę, turlał się albo chwycił w pysk butelkę wody. Wasze pokolenie do zwierząt jak do
dodatku życia. Na szczury, na sąsiada, wróble pogonić, ale przytulić się i pocałować, to tylko
łyse ludzkie ciało. Obok Ryśka też przecież przechodzili łukiem i będąc już daleko, darli się,
żeby założyć mu kaganiec, bo w końcu weźmie i zagryzie czyjeś dziecko. Nawet kiedy
zalegające w paszczy koślawiaki dało się policzyć na palcach jednej ręki, wciąż chcieli
odebrać mu wolność ujadania za suczkami. Ale żeby naprawdę zrozumieć Ryśka, trzeba
zacząć od początku, czyli od ojca.
Ojciec pojawił się wtedy, kiedy Rysiu. Wcześniej jakby wcale go nie było. Krył się
gdzieś tam, w półcieniu, pozbawiony delikatnych maminych ust, za to z brzuchem wielkim
jak beczka. Lubię myśleć, że mimo wszystko orbitował wokół mnie, mam przecież w pamięci jego dłonie. Te ogromne szorstkie palce zakończone czarnymi trapezami brudu, zawsze jakieś takie nieporadne, znające doskonale miękką konsystencję zanęty na ryby, ale nieobeznane z galaretowatym dziecięcym ciałkiem. No ale pojawił się razem z Rysiem. Jeden owinięty w stary koc, drugi w jeszcze starszy płaszcz przeciwdeszczowy z flagą UK na piersi. – Przed maskę mi menda wyskoczyła. Tu go wziąłem, niech se w cieple przynajmniej tego, no. – Wtedy dostrzegliśmy się po raz pierwszy. Mama bez słowa chwyciła zawiniątko i wybiegła z nim na zewnątrz, ojciec spojrzał na mnie kątem, z tym rodzajem ciekawości, który miesza się z lękiem, jak przy pierwszym spotkaniu z pająkiem. Chyba chciał chwycić mnie za rękę, ale jakoś nie pasowała mu ta jego graba do mojej drobnej jeszcze dłoni.
– Głodny? – rzucił w zamian i wyjął z kieszeni płaszcza kanapkę z pasztetem i ogórkiem.
Mama wróciła jakiś czas później, bez zawiniątka. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że tym nieforemnym kształtem był Rysiu. Nie myślałem w ogóle o tym, co kryje się pod kocem, tak zafascynował mnie ojciec. Matka wymyślała mu, że psa chciał na śmierć zostawić, okrutnik, on ze spuszczoną głową słuchał, co jakiś czas odkaszlując i patrząc byle gdzie.
– Dobra, zawrzyj się już – warknął nagle. – Co ja mam poradzić, że chciało się pod
koła rzucić b a r a c h ł o. – Sięgnął po pilot i włączył Awanturę o kasę. Mama odprowadziła mnie do pokoju i ucałowała. Zasypiając, słyszałem kolejno: „Zieloni pięćset”, „Niebiescy siedemset”, „Co na to mistrzowie?”, i jeszcze skrzypienie kanapy pod rozlewającym się na niej ojcem: „Krrt, krrt!”.
Kanapa to w ogóle była jego domena, mościł się na niej w samych gaciach, tak że nie dało się usiąść, tyle co na skrawku obok pięt, zrogowaciałych od stania na Targu Zielińskiego. Rysiu próbował wskoczyć, to zaraz go major-kanapens poduszką w pysk. Psa miejsce jest w budzie, powtarzał, ale nigdy tej budy nie skonstruował, więc Rysiek kręcił się po domu, nie wiedząc, gdzie jego miejsce. Co trzeba jeszcze wiedzieć o moim ojcu, to że był znakomitym aktorem jednej roli: gnoja. Raz tylko widziałem, jak zrzuca kostium. Leżał z Ryśkiem rozłożonym na brzuchu i głaskał go po grzbiecie tymi samymi dłońmi, którymi za dnia łapał za kark. Obleśny obrazek. Nie to, że Rysiu był brzydki – on zawsze wyglądał jak psi Marlon Brando, podobne na starość mieli zresztą fafle. To ojciec jakoś do Rysia nie pasował, każdy ruch jego ręki był wymuszony, nieporadny. Gdzie taki kafar do atletycznego
zadziory. Koledzy śmiali się z ojca, jak wyprowadzał Ryśka: że pies bardziej zadbany od właściciela, że mógłby sobie pitbulla kupić, a nie takie nie wiadomo jakie gówienko. I on na pokaz ciągnął go za szyję albo kopał w dupę. Zadaniem aktora jest nigdy nie wychodzić z roli i może właśnie dlatego wracając z toalety, usłyszałem, jak szepcze Ryśkowi do ucha:
– Idź do niego. Idź.
Niewielu ludzi zdawało sobie sprawę, że Rysiek na początku wcale nie był Ryśkiem. Najpierw nazywaliśmy go Pies albo Kulas, bo od zderzenia z autem wyraźnie kuśtykał. Później matka stwierdziła, że to obraźliwe i rozpoczął się konkurs na najlepsze imię. Z moich: Ernest, Fafik, Songo; matka upierała się przy Kasztanku przez kolor sierści, ale finalnie to ojciec miał decydujący głos. Siedział wtedy przed domem i łupał słonecznik, patrząc na przejeżdżające samochody. Słońce odbijało się półkolem na łysym łbie, krzesło wędkarskie we wzór camo marszczyło się i piszczało, ilekroć sięgał po paczkę fajek. Palił czerwone targowe viceroye, których dym śmierdział palonym sianem. Spojrzał na Ryśka, na drogę i znowu na Ryśka.
– Micra – powiedział i tak Rysiek zyskał drugie imię, po samochodzie o mocy sześćdziesięciu koni.
Z początku uważałem, że to ekstra, pies nazwany na cześć auta, pies zmotoryzowany.
Wyobrażałem sobie, że Rysiek sunie autostradą, zostawiając za sobą polonezy, lanosy, alfy. Byłem z niego naprawdę dumny, z wyobraźni ojca zresztą też, a potem odkryłem, że nie ma z czego. Dziadek jednego z kumpli prenumerował Motor i oddawał wnukowi przeczytane numery. Stamtąd dowiedziałem się, jak wygląda ten gówniany Nissan Micra; od tego czasu chwaliłem się, że mój pies wabi się Gallardo albo Corvetta. Nie wiem, czy ojciec dał mutakie imię w ramach zemsty, czy po prostu miał to wszystko gdzieś. Tak czy siak Rysiek był mądrym psem i rozumiał, jaką frajerską miał ksywę, więc postanowił ją zmienić.
– Micra! – krzyczała mama z kuchni, zrzucając z blatu resztki kurczaka – Co za pies… Do nogi, Micra! – Dzwoniła w miskę i szeleściła opakowaniem Chappi. – Rysiek, zrób coś, do cholery, przecież szału dostanę! – wypominała w końcu ojcu i dopiero wtedy w drzwiach migała kundlowata kufa. Ojciec pojawiał się jako drugi. Zanim pies ruszał do miski, dało się zobaczyć, jak bardzo różnili się od siebie. Ryśkowi numer jeden nigdy uśmiech nie schodził z pyska, gdyby zreinkarnował się pod postacią człowieka, byłby drugim Koterskim. Rysiek numer dwa za to wywijał wargi, wiecznie schowany w świecie, w którym mówi się barachło, a psy trzyma na łańcuchu. Obydwoje jednak reagowali na to samo imię, połączeni wpisem w metryce. Im wolniej zbierał się pierwszy Rysiek, tym szybciej zrywał
się drugi. Najgorzej, kiedy zjawiali się naraz i jednego trzeba było odprawić – niepotrzebny bez słowa wracał na kanapę lub leżę. Niekiedy specjalnie czekałem, aż ojciec wyjdzie z domu i dopiero wtedy wołałem głośno: – Ryyyysieeek! – bo nie mogłem znieść widoku posmutniałego psiura.
Oczywiście wiem, że Ryśków jest pełno na świecie. Profesor sam na pewno z paroma siedział przy jednym stole, z jednym albo drugim Kuleszą, albo z Kapuścińskim, z nim na pewno. „I co ja mam zrobić, Ryśku, jak słowo się rzekło?”, pytał pan pewnie, a oglądając Misia, bił brawa i krzyczał do ekranu: „Cóż za świetna kreacja, panie Tym…!”. Pomijam już Ritchiech,, Rikardów i świętych Ricardusów, do których też pewnie profesor przepijał. Nie chcę być zawistny, czasami oglądam pański program, po prostu musi pan zrozumieć: dla mnie Rysiek był jeden, jeden jedyny. Co z tego, że pies?
Chcieliśmy być tacy jak ojciec: wysocy na tyle, by uważać na głowy podczas wchodzenia do pokoju, i po męsku muskularni, silni jak byk o dwóch głowach. Raz, kiedy spał na kanapie, wyrwaliśmy mu po włosie z przedramienia i od razu połknęliśmy z nadzieją, że dzięki temu wyrośnie nam podobny gąszcz. To znaczy Rysiek tak zrobił, on bardzo kochał ojca. Przymierzał też jego buty i chodził w nich po domu, i uderzał go niespodziewanie w brzuch, sprawdzając siłę jego mięśni. Długo to Ryśka trzymało, dłużej niż sam by chciał, ale tak prostu odpuścić też nie potrafił.
– Durny jesteś – mówiłem, kiedy szykowaliśmy się do snu. – Ojciec ma wszystkich w
dupie. Ciebie też.
Wskakiwał mi na pierś i lizał bez końca, jakby wcale nie rozumiał, że z tymi słowami
skończył się czas dziecięcych bajeczek i należy postawić sprawę jasno. Rośliśmy przecież jak
na drożdżach, w gimnazjum przebiłem już metr osiemdziesiąt, Rysiek w kłębie mierzył
siedemdziesiąt centymetrów. Traktowałem go jak rówieśnika i byłem przekonany, że razem
będziemy dorastać i znajdziemy sobie po kobiecie, że Rysiek poda mi obrączki, a ja poklepię
go po grzbiecie, że wspólnie odchowamy dzieci i na starość zamieszkamy we wsi, by później
w tym samym momencie odejść ze świata. Kiedy jednak ja rosłem dalej, Rysiek najpierw
zatrzymał się w rozwoju, a później dał całą wstecz. Jest tak, że każdy nastolatek goni za
dorosłością. Sprawdza mięśnie w lustrze i zagląda pod pachę, licząc włoski. Marzy o krępej
sylwetce i bliźnie na czole. Puszcza dymki z gumowych papierosów, wstrząsa Tymbarka tak,
żeby wyglądał jak piwo, a później naprawdę zaczyna palić i pić, i śpiewa: „Będę brał cię, w
aucie”, nie wiedząc, czym jest seks. Rysiek miał to już za sobą, wchodził w wiek, w którym
zamiast obwąchiwania tyłków chciało mu się rżnąć. Wypuszczał się na długie odysejskie
podróże, a mnie zostawiał samego. I znowu, kiedy ja marzyłem o dziewczynach, a w
zasadzie o tym, co ich nimi czyni, Rysiek powoli doznawał impotencji. Ojciec już wtedy z nami nie mieszkał, a mama pracowała za dwóch, więc mogliśmy robić wszystko, na co tylko mieliśmy ochotę. To znaczy ja mogłem, bo Rysiek na starość zrobił się poukładany. W nowej szkole poznałem Keksa, a on poznał mnie ze wszystkim, co mogą robić nieletni. Miał kasę i możliwości, bo jego ojciec był kierownikiem regionalnym w firmie z przetworami mlecznymi.
– Kisi mleko dla całego świata, czaisz? – mówił Keks, nazywany tak przez wypryski
na czole. – Poznań, Warszawa, później rozmowy w Danii i Norwegii, bo ekspansja. Gdzie go
nie było, kurwa…
Zawsze przedstawiał go jako bożka, z którego wszyscy powinniśmy być dumni. Sam wyobrażałem sobie, że siedzi pomiędzy Gatesem a Jobsem i wspólnie reprezentują triadę wtykającą puzzle w odpowiednie miejsca. Starałem się na własne oczy zobaczyć tego pochodzącego z krainy mlekiem płynącej übermensch, ale jak to bywa z postaciami kultowymi, istniał głównie w wyobraźni.
– To jest życie biznesmena – powtarzał Keks. – Chwilę zamulisz i z powrotem na
dno. Rekiny czyhają, ty myślisz, że co, że sobie odpoczywają i grzecznie dają prowadzić
firmę? Grząski grunt, hossa i bessa, takie rzeczy.
Przypominaliśmy kundle spuszczone ze smyczy. Obszczekiwaliśmy wszystko, co się rusza, wprawione w życiu niby-amstaffy, tyle że z mózgami cziłał. Specjalnie jeździliśmy w najniebezpieczniejsze dzielnice, Trójkąt, Huby, Śródmieście, żeby upewniać się w naszej
swobodzie. Matki dzwoniły do nas, jasne, tylko co kruche kobieciny mogą wmówić nam,
cierpiącym na testosteron? Wreszcie poddały się, kazały jedynie zamykać drzwi na noc i nie
hałasować. Bujaliśmy się brudnymi ulicami, śmialiśmy z frajerów, których wyrzucają z klubów i rzucaliśmy im butelki pod nogi, tak że rano plac Niepolda pływał w szkle. Bez przerwy czuliśmy pieczenie w gardle. Syf pieniący się jak soda z octem. Rozcieńczaliśmy go czymkolwiek, co wpadło w ręce, ale wiedzieliśmy podskórnie, że nigdy się go nie pozbędziemy, że polegliśmy ofiarą amputacji, uwalniając się tym samym spod absolutu ojcowskiej figury, ale cierpiąc na dotkliwe bóle fantomowe. Keks rozpieprzał kasę na prawo i lewo, kupował zioła na pęczki, ale nigdy nie palił w samotności, bo musiałby otwarcie przyznać przed samym sobą, że też go to wszystko uwiera. Raz tylko wypadło mu z gęby:
– Gdyby mnie ojciec, kurwa, zobaczył. Tylko by coś powiedział, to chyba bym go zabił. Rzuciłbym się na niego, mówię ci, zwyczajnie coś by we mnie puściło. Siedzieliśmy na schodach u wnętrza jednej z klatek niedaleko wzgórza Andersa; zamiast pump-tracku istniał tam wówczas plac handlowy dla dilerów. Oświetlała nas jedna przybrudzona lampa, prawie nie widzieliśmy swoich twarzy.
– Duży jest? – spytałem. – Twój stary?
– Mniejszy ode mnie, taki pizduś. Bo gdzie on chodzi? Nigdzie, siedzi w papierach. Myśli pewnie, że korzysta z życia, że wygrał – chuja, to nie jest życie. A matka? Matka żyje pełną piersią, tylko jej to życie przez niego ucieka. Bym skurwiela dorwał, mówię ci, bez kitu, ledwo bym go dotknął, a wyłożyłby się jak długi. To nie jest życie. To nie jest życie, kurwa jego mać. Wcisnął głowę w kolana. Łkał. Chciałem coś powiedzieć albo go objąć, ale to pogorszyłoby sprawę. Nie ma nic gorszego od męskiego ciepła; nie wierzyliśmy, że ono w ogóle istnieje. Męskie ciało jest nim dlatego, że ma pięści o szorstkich kłykciach i jabłko adama, które zapewnia odpowiedni tembr głosu do dyscyplinującego krzyku. Ale ani ja Keksowi, ani on mnie, ani nikt z tłuczących się po bramach patusików nie mógł sobie tego nawzajem podarować. Keks później przeszedł na cięższe specyfiki, ale ja jakoś się od tego
odbiłem. Nie mogłem znieść spojrzenia Ryśka, kiedy wracałem do domu pod wpływem. Warknąłby chociaż albo szczeknął, łatwiej byłoby mi to przyjąć, a tak kryłem się przed bezdennie czarnymi ślepiami, o źrenicach wielkości pięciozłotówek, jakby łączył nas jeden organizm i w Ryśku też bulgotały opioidy.
Czy pan, panie profesorze, poznał siłę męskiej ręki? Na pewno. Żeby powiedzieć, że pies zdycha, trzeba być odważnym, czyli poważnie oćwiczonym. Faceci jej pozbawieni dzielą się na dwa typy: tych, którzy boją się własnego cienia i tych, którzy pragną sami zostać cieniem. Keks awanturował się, po to tylko, żeby maskować strach, ale jak przychodziło co do czego, drżał jak galareta. Dobrze odnajdywał się w starciach z piskliwymi głosikami rówieśników, drętwiał jedynie przy ciężkim samczym barytonie. Dzięki opioidom odpływał gdzieś daleko, do dziecięcej krainy Nibylandii, gdzie przeistoczenie się w mężczyznę zupełnie nie istniało. Mnie przebywanie w niej robiło jeszcze gorzej, czułem się sparaliżowany i bezbronny, a chciałem przecież układać życie pod mój rozkaz. Ta potrzeba
też zresztą była związana z ojcem, bo, jak profesor doskonale wie, jeśli jesteś mężczyzną, wszystko koniec końców wiąże się z ojcem. Pierwszy raz poczułem stuprocentową bierność na dwa lata przed poznaniem Keksa, w tym samym momencie, kiedy pierwszy i jedyny raz zobaczyłem ojca pijanego. Siedział przy stole w kuchni, podrygując na wzór plastikowych ptaszków, utrzymujących cały swój ciężar na dziobie. Machnął dłonią, żebym podszedł.
– Siadaj sobie, synek, siadaj. Głodny jesteś?
Alkoholowi wyziew przetrzebił resztki zalegającego w pomieszczeniu słodkiego
zapachu tortu, który mama upiekła na moje czternaste urodziny. Głodny nie byłem.
– Powiedz mi: co ty byś w ogóle chciał w życiu robić?
– Nie wiem.
– Abo rozumiesz, jak coś, to ja cię mogę handlu przyuczyć. Pojedziesz ze mną parę
razy na plac, posprzedajesz dżinsów i zaraz będzie z ciebie Rockefeller. Wiesz, ja sam
zaczynałem od sprzedaży czereśni. Od czegoś trzeba.
– No tak.
– A w szkole jak? Dobre masz oceny?
Nie patrzyłem mu w oczy – bałem się. On też w końcu spuścił wzrok. Obaj wgapialiśmy się w plamy słoi i sęków na blacie. Pragnąłem, żeby rozkazał mi kłaść się spać. Nie potrafiłem po prostu uciec, zbyt wielki miałem do niego szacunek, mimo że Ryśkowi powtarzałem co innego. Zamiast puścić mnie wolno, spojrzał dziwnie.
– Synek. A ty w ogóle kochasz ojca? – spytał. – Szczerze powiedz.
Po przygodach z Keksem czułem, jakby przybyło mi z dziesięć lat. Nie pamiętałem przez ten czas o Ryśku i zdziwiłem się, że zrobił się stary. Może tym, że musiał się o mnie troszczyć, sam dorzuciłem mu rok albo dwa, czyli na psie jakąś dekadę. Musiał być już w pana wieku, panie B., i za pańskim przykładem posiwiał na całej kufie. Prawie nie wstawał z kanapy, śledził świat przymrużonymi oczyma, słuchał szczekania za oknem, ale już biernie, jakby zza kurtyny. Rzucałem jego ulubioną piłeczką i czasami zbierał się i pędził za nią jak wtedy, kiedy ja strzelałem, a on stał na bramce, wyczulony na najmniejszy ruch, w większości jednak rozlewał się na podłodze, każdorazowo zostawiając na niej część siebie, bo robiło się go coraz mniej. – Nie waż się, Rysiek – ostrzegałem. – Ani mi się waż. – Ale on zawsze robił swoje, taki już był buntownik. Najgorzej wspominam strach, kiedy w nocy dopadały go senne drgawki. Trząsłem nim, łapałem za pysk, byleby się obudził. Serce tłukło mi w piersi, a kiedy otwierał oczy, naparzało mi jeszcze szybciej, bo wiedziałem, że kiedyś zupełnie przestanie reagować. Palił się ze wstydu, jak ścierałem z podłogi jego siuśki; z racji tego, że był nie suczką, tylko psiurem, który powinien lać strumieniem na lewo i prawo, szczerze go to dobijało. Mimo wszystko cały czas opowiadałem, jakim świetnym jest psem. Powinienem był to robić
częściej, myślał przecież o sobie jak o najgorszym pchlarzu.
– Stawałeś na tylnych łapach, pamiętasz chyba, i zlizywałeś mi nadmiar pianki z
twarzy – mówiłem. – Sam w ogóle nie czułeś potrzeby, żeby się golić, a mnie jakoś tego
nauczyłeś.
Albo innym razem:
– Co jest? Biegnij do okna albo nie pójdę do szkoły. Musisz obserwować, jak zawsze,
skręcę w nie tę mańkę, to w głos. Obudź sąsiadów, Ryszard, kłap pyskiem, jakby jutra miało
nie być. Musisz mi pomóc, Rysiek. Jesteś p o t r z e b n y.
Albo jeszcze innym:
– Kocham cię, piesku. Kocham cię najbardziej na świecie.
Całe moje życie kręciło się wokół Ryśka, tak jak jego króciutkie wcześniej ganiało za moim. Rankiem siłą wyciągałem go na spacer, później podawałem leki, po których odpływał, a wychodząc z domu, przykrywałem brudną koszulką, aby obudził się z moim zapachem w nozdrzach. Najważniejsze, żeby nie czuł się samotny, powtarzałem sobie, jednocześnie wiedząc, że nie w tym rzecz. Rysiek w pełni rozumiał związane z odejściem poczucie władzy: to on zostawiał, nie jego zostawiano, ale wie pan, pisałem o tym wcześniej, ten syf zalega w nas mimo wszystko, na starość wychodzi z gardeł i chrzęści między zębami, i wtedy dopiero czuć jego smak – cierpki, dławiący, obrzydliwe łzawy, od którego w głowie rodzą się naprawdę gówniane myśli. Może gdyby ojciec wyjechał poza Polskę, do Czech, do Wielkiej Brytanii, na Madagaskar, może wtedy wspinając się po schodach na klatce, Rysiek nie czułby efemerycznego zapachu jego perfum, nie podbiegał do losowych mężczyzn tylko po to, żeby się przekonać, czy przez głaskającą go dłoń nie przewinęły się przypadkiem setki dżinsów, i
nie wzdrygał na widok łysych skalpów. Może byłoby mu troszkę łatwiej.
Jedno muszę profesorowi oddać. W całym swoim życiu Rysiek popełnił pewien grzech, za który można by skazać go na zdechnięcie: nie opiekował się szczeniakami, których tylu narobił podczas nocnych eskapad. Ale musi pan przyznać, panie B., że nikt mu przecież nie powiedział, że tak się nie robi.

