top of page

Izabela Poniatowska – Pałac. Możliwości

  • 2 dni temu
  • 3 minut(y) czytania

Zajęło to trzydzieści lat z okładem, ale w końcu udało się legalnie zburzyć skorupę barokowego pałacu w R. Na wyburzanie ściągnęło z pół powiatu: było co oglądać. Co prawda, ostateczne rozwiązanie kwestii trochę się przeciągnęło, do trzydziestu lat z okładem trzeba było dodać circa kwadrans, bo część gapiów planowała oglądać wydarzenie, stojąc na pałacowym dziedzińcu, a to gryzło się z obowiązującymi przepisami BHP. Jednak ostatecznie dopięto sprawę i nikt nie został draśnięty nawet tycim odłamkiem gruzu.

Stałam w tłumie ze słuchawkami na uszach. Piosenka sunęła jak wietrzyk, ciepła, miękka, urocza. Jakbym siedziała na kawie w ogródku restauracyjnym dalekiego kraju, a słońce dmuchało mi promieniami w twarz. Piosenka przypominała mi o miłości mojego życia, zaś miłość mojego życia przypominała o miłości jego życia. Ale nie o mnie!

Zrobiłam kilka zdjęć upadającego budynku, ujęcie pleców widowni i doszłam do wniosku, że czas wracać na obiad: komentarz od „mieszkającego w mieście od urodzenia Janka” napiszę sobie spokojnie w domu. Planowałam, że Janek powie na przykład coś takiego: „Władze od dawna nie miały pomysłu na to, jak sensownie zagospodarować pałac. Mam nadzieję, że pieniądze, które rokrocznie szły na utrzymanie zabytku, w końcu przysłużą się mieszkańcom miasta i stadion doczeka się wreszcie zadaszonych trybun”. Tak powiedział; pierwsza myśl jest zawsze najlepsza. Dopijając poobiednią kawę, wrzuciłam tekst na stronę.

Resztę dnia spędziłam na dzierganiu. Prawie skończyłam plecy. Wpadłam w tygodniowy obłęd drutowania; nocami śniłam, że mam dłonie jak balony, jak nie moje, budziłam się i musiałam łykać przeciwbólowe. Za to w pracy nie przemęczałam się: poszły tylko krótkie teksty o potrąceniu rowerzystki przez busa, opóźnieniach w realizacji zaplanowanych przez miasto inwestycji oraz relacja z dożynek gminnych. Ten ostatni nawet nieźle się klikał, ze względu na zdjęcia biuściastych blondyn z zespołu Wirgin (z akcentem na „-gin”). Panowała cisza. Przed burzą. Nie inaczej.

W miejscu po pałacu, na płaskim talerzu wylizanym teraz do czysta, władze miasta postawiły ogromny dmuchany zamek. Największy w regionie. Niczego nie wymagał. Czasem dopompować, omieść kąty, polać obficie, załatać tam, gdzie skusi się na gumę głodna mysz. Spuścić powietrze na sezon zimowy. A nie: ocalać dla przyszłych pokoleń, hamować procesy destrukcji, dokumentować zabezpieczania i utrwalania; to trudne. Wyczerpujące.
Na otwarciu dmuchanego zamku rozdawali kiełbasę z grilla; kilkoro dzieciaków pochorowało się – najpierw zjadły, potem skakały, bo kolejka do kiełbasy była mniejsza niż do dmuchańca. Robiąc zdjęcia zarzyganego dmuchanego zamku do relacji z otwarcia, pomyślałam, że nigdy już nie będzie takiego zespołu jak Led Zeppelin. I że Robert Plant nigdy nie wyglądał lepiej niż teraz, a ma ponad siedemdziesiąt lat. „Dmuchańce to prymitywna rozrywka dla gawiedzi. Może warto by zaprosić do naszego miasta kogoś, jakiegoś artystę, który tchnąłby życie w zburzony przez nieudolne władze miejskie zabytkowy, BEZCENNY pałac. Kogoś takiego jak Christo, na przykład?” – napisał Janek, tym razem tylko w komentarzu pod tekstem, żeby nie było, że redakcja nie podziela linii myślenia włodarzy. W końcu to oni nas sponsorują.
A może „Janka” zamienić na „Roberta”? Nie, to byłaby profanacja.

W tydzień później, gdy wychodziłam z redakcji, zaczaił się na mnie nieznany sprawca. Przypuszczam, że był to Janek. Stałam w tłumie przedwcześnie zgasłych, czekając, aż wpuszczą nas do wieczności. Wieczność była ogromnym dmuchanym zamkiem, po równo dla wszystkich, nie według zasług. Stałam ze słuchawkami na uszach. Piosenka sunęła jak wietrzyk, ciepła, miękka, urocza. W wieczności, co odkryłam zanudziwszy się na śmierć do kwadratu w ogonku, nie prowadzono stoiska z kiełbaskami. Nikt, kto myśli rozsądnie, nie postawiłby grilla tam, gdzie czas skakania na niekończącym się dmuchańcu jest obligatoryjnie nielimitowany.

Świat się kruszył, na co patrzyłam z zainteresowaniem – nikt nie hamował już procesów destrukcji, nie dokumentował czynności zabezpieczania oraz utrwalania; z tekstów znikały najpierw pojedyncze słowa, potem – całe zdania i rozdziały. Książki rozsypywały się w palcach. Świat nie ocalał. Stadion nie doczekał się zadaszonych trybun. Pewnej upalnej nocy ktoś w pijanym lub gorączkowym zwidzie pociął największy dmuchany zamek w regionie, mieczem, maczetą, nożem do steków?... Może zaostrzonym drutem do robótek. Nie, no przecież drutem by się nie udało, bądźmy poważni. 
A gdyby?... 
Przypuszczam, że nie był to Janek. Ani nie ja













Izabela Poniatowska – autorka książek poetyckich: papier nożyce (2024) oraz płacząc polaroidami (2026) 


     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page