top of page

Izabela Kawczyńska – pięć wierszy

  • 2 dni temu
  • 4 minut(y) czytania

Terra

Drugi raz
weszłam do komory gazowej w mieście Dachau.
Za sobą miałam lato,
kruche szczyty Tofan, wezbrany Adriatyk,
rzymski amfiteatr, trochę nocy, trochę dni i tysiąc kilometrów.
Na plecach paliło mnie jeszcze słońce
włoskie i chorwackie. Byłam od niego brązowa,
spalona jak ziemia i pod ubraniem naga.

Ziemia w sadach oliwnych obok Puli ma dziwny, rdzawy kolor,
jakby wsiąknęło w nią dużo krwi, zwierzęcej i ludzkiej.
Można się tam kochać pod czystym, ciepłym niebem,
błogosławiąc wezbranym żywiołom. Niech będzie pochwalone
szaleństwo, jakim jest życie, powtarzało morze.

I po prostu stałaś na brzegu nieruchomo bez uśmiechu,
wyglądając jak królowa, powiedziałeś,
cały świat cię kochał, nie mogąc ci pomóc,
byłaś po prostu trochę przerażająca,

dziewczyny powinny być po prostu trochę przerażające.
Ziemia w Dachau jest szara, to mówię ci teraz.
Jak proch, jak pył, jak proch.


Tysiąc czarnych panter

Mój niemiecki syn
buduje w Minecrafcie obóz koncentracyjny
(co zrobiła z nim jego matka, Sara,
co zrobiono mu w dwóch zastępczych domach,
a potem kolejno w dziewięciu sierocińcach,
a potem w samym piekle).
Kiedy był mały, w nocy budził się z krzykiem,
za dnia patrzył na mnie
wielkimi oczami przestraszonego stworzenia,
kręcił głową jak mała, ruchliwa wiewióreczka.
Teraz jest duży i chce zabijać.

Miałam dziadka,
Niemcy rozebrali go w Dachau do kości,
aż stał się lekki jak szkic sangwiną,
katedra ścięgien, żeber. Śni mi się czasem,
on i tysiąc czarnych panter,
a wszystkie w mundurach od Hugo Boss.

Módlcie się za nami popioły świętej Idy,
popioły świętej Ester.
Wszystko, co czerwone:
polska krew, żydowska krew, krew drapieżców,
krew Sary, święta krew Zbawiciela.
Idź do diabła, powiedział Bóg.
Powiedział Bóg, więc poszłam do diabła.

Gdybym była płazem,
wpełzłabym pod najmniejszy kamień.
Gdybym była rybą, schroniłabym się na dnie brudnej rzeki
(schowaj mnie, rzeko, ukryj mnie, rzeko).
Gdybym była ptakiem, wstąpiłabym w niebo,
lekka i pusta jak kości ptaka.
Ponieważ chodząc po ziemi, wśród zwierząt i kwiatów,
chodzimy nad piekłem, a czasem spadamy.


Krew Sary

Czym różni się zabicie w czasoprzestrzeni
od zabicia w sobie?
Przez miasta płyną rzeki, przez rzeki płyną mosty.
I nikt nie musi ukrywać ani rozpoznawać zwłok.
Dawid Majer

Pojutrze odwożę mojego syna.
Nie zobaczę go więcej,
ponieważ tak naprawdę
nie jest moim synem, jest synem Sary,
o twarzy jak tajga w zimie, zamarznie wszystko,
nawet jej krew. Jej aryjskie oczy
są jak szybkie ciosy małym nożem.
On sam też jest jak mały, zwinny nóż,
zresztą nie wiem, nie widziałam go od czterdziestu dni,
wychodzi, ilekroć wchodzę do pokoju,
odwraca głowę i milczy, ta gra nosi nazwę nienawiść.
Ostatnie cztery lata, ćwiczenia z samoumartwiania.
Czterdzieści dni bólu i rozpaczy,
chyba tylko Jezus na pustyni
cierpiał za nas wszystkich bardziej.

Nóż myśliwski, nóż chirurgiczny, nóż z damasceńskiej stali,
rzeźnicki nóż do oddzielania mięsa od kości,
nóż o rękojeści inkrustowanej złotem.
Najdalej pojutrze znajdę taki nóż, którym wytnę sobie serce.
Zrozumie mnie, kto chociaż raz był w piekle.
Na przykład Jezus. On mógłby to zrozumieć.


Zmiana obejmująca ¾ jamy brzusznej z licznymi mineralizacjami

Poradnia małych zwierząt.
Jeszcze mamy nadzieję, od trzech dni
karmimy się nadzieją, cali jesteśmy z nadziei.
W poczekalni docierają do mnie urywki rozmowy:
ciałko do kremacji odbierze inna firma.
Decyduje klientka, dziewczyna smukła, drobna i blada.
Przypomina mi główkę irysa
chylącą się pod własnym ciężarem.
Tak wygląda rozpacz, jej pierwsza ziemska odsłona.
Wszystko ustalono i dziewczyna wychodzi.
Chwilę przedtem zaczyna płakać.
Odruchowo płaczę razem z nią.
Zaraz potem zabierają Leo na USG.
Lekarka, Sara, kiedy wraca, ma niebieskie oczy.
Jeszcze nic nie powiedziała, ale już wiem.
Że wszyscy bez przerwy umieramy.
Że nie ma nadziei. Że najlepsi jesteśmy
w naszych zwierzętach.


Z księgi, z apokalipsy


Na początek tramal
podskórnie dwa razy dziennie,
ale ból rósł jak bluszcz,
oplatając twoje drobne ciało,
każdą kosteczkę, twoje lwie futerko,
aż stałeś się mały jak pieniążek.
Od czwartego dnia świty i zmierzchy
toczyły się niczym obce wojny
pomiędzy metacamem w zastrzykach,
a doustnym metamizolem.

Kiedy krzątałam się przy tobie,
pracowita jak pszczoła,
nie wydawałeś żadnego dźwięku,
podnosiłeś tylko głowę, jakby zaskoczony.
Byłam tak zajęta życiem,
kiedy żyłeś, kiedy umierałeś,
nagle znalazłem dla ciebie czas, mnóstwo czasu,
ale ty nie chciałeś ode mnie już niczego,
wszystko, co mogłam zrobić,
to leżeć w twoim zimnym cieniu.
Twoje lekarstwa wciąż trzymam obok moich

na ten sam ból, ludzki i zwierzęcy.
O trzeciej w nocy, kiedy jest naprawdę źle,
leżę w ciemności i wyobrażam sobie,
że leżę w śniegu, wysoko w Alpach,
gdzie nikt mnie nie znajdzie aż do późnej wiosny,
w śniegu, w ciemności, w dalszym ciągu
jest zima, pierwsza zima bez ciebie,
ziemia nad tobą zamarza, śnieg przykrył ślady
i zwierzęta na drodze umierają tak jawnie.











Izabela Kawczyńska – autorka powieści Balsamiarka (2015), Jej jest ta czerwień (2021) oraz zbiorów wierszy: Luna i pies. Solarna soldateska (2008), Largo (2009), Chłopcy dla Hekate (2014), Linea nigra (2017), Rozarium (2023). Publikowała m.in. w „Twórczości”, „Odrze”, „Pograniczach”, „Akcencie”, „Dyskursie”, „Tekstualiach”, „Dwutygodniku”, „biBLiotece”, „Fabulariach”. Jej wiersze tłumaczono na język francuski, niemiecki, rosyjski, bułgarski, rumuński i angielski. Mieszka w Niemczech. Pracuje jako psychoterapeutka dzieci i młodzieży.


     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page