top of page

Hubert Czarnocki – pięć wierszy

  • 2 dni temu
  • 2 minut(y) czytania

***

Trzeba mnie miłować opuszkami palców.
Trzeba mnie zwiedzać, ale bardzo delikatnie.

Powinno się nauczyć mnie na pamięć.
I powinno się zwiedzać moje włosy,
ale powoli, zawsze powoli.

No i tęsknić, ciągle tęsknić.
Tęsknota niech się rozciąga od Antarktyki
po Morze Śródziemne.

I niech nigdy nie będzie za wiele czułości.
Na pewno nie. Czułość niech spada na mnie z nieba
jak deszcz albo niespodziewana wiadomość.
Miej ją zawsze przy sobie. Wcieraj ją w moją skórę.
Patrz, ogarnia mnie, a może nawet i pochłania.
Więcej tego, jeszcze więcej tego.


W pociągu

Stali tak i ukradkiem
spoglądali na siebie,
a między nimi
szumiały galaktyki
i płynęły niewidzialne rzeki.

Kładły się między nich
wielkie sprawy
i w połowie drogi
trzepocząc skrzydłami
rosło wielkie nienazwane.

Ich cienie prężyły się
gotowe do skoku.
Fruwały znaki zapytania,
urwane zdania.

Zbliżała się stacja,
na której trzeba
było wysiąść.

Ale w nim i w niej
pędziły pociągi,
które nie potrafią
się zatrzymać.


***

Bez niej jego cień
prześwietlał się
w stronę śmierci
i trzeba było
podawać mu tlen.

Opisywało go puste
i miał je też w sobie,
kiedy wszystko w nim
wyrywało się do niej.

Tak było odkąd ją zobaczył
i tak jak stał,
wybiegł za firanką światła.


Miasteczko

Tutaj dni przetkane cierpieniem
wędrują z babim latem. Własne cienie
ścigają nas. Nasze życie jest tu mgiełką na szybie.
Nasze dramaty roztapia słońce w zimie.
Ulice znają tu jedną melodię,
wszystkie ucieczki są do siebie podobne.
Zostali, zostaną z małymi miasteczkami
w oczach następni. Z twarzami zadymionymi
przez czas. Porty, do których mieli
dopłynąć staną w ogniu. W bieli.

Przepadniemy tu pod popiołem, śniegiem.
Może sprzedadzą nas do muzeum, gdzie białym płótnem
ktoś nas przykryje i zamknie w jakiejś sali.
Może nawet będziemy wołali.

Ktoś kopnie w drzwi kilka razy.
Potem cisza nas zwali z nóg, przerazi.
Zaszepczą nas, zaciszą, zapomną za karę
strażnicy, zwiedzający, rzeźby, lustra, stare
obrazy, rękopisy książki. Zostaniemy sami.
Zapiszemy się na oknach nienapisanymi wierszami.
Potem spróbujemy się rozmarzyć,
że coś się jeszcze zdarzy.


***

Ten dzień też pójdzie w dym
i rozniosą go na butach przechodnie.

Ten dzień cały w pochodniach
masz jeszcze we włosach
i kącikach ust, jeszcze

spływa z ciebie cały w błyskach
i zapachach.

Rozdzielą nas, odbiorą nam siebie,
już wyciągają się po nas ich ręce.

Zapomnimy co nas dzisiaj spotkało,
rozmyją się nasze dłonie, rozmowy i listy.
Ogień przetoczy się po wszystkim.
Wiesz, że byłem dzisiaj szczęśliwy?










Hubert Czarnocki – ukończył polonistykę i Akademię Fotografii. Wiersze publikował w ,,Toposie”, ,,artPapierze”, ,,Kresach”,  ,,Portrecie”, ,,Cogito”, ,,Czasie Literatury”, "Arkadii", ,,Perspektywach”,  "Frazie”, ,,Helikopterze”, ,,Migotaniach”, ,,Wyspie”, ,,Elewatorze”, ,,Odrze”. Autor tomów Wołania (2009), Opowieść (2011), Tropy (2015) i Oddech światła (2018)

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page