Enriqueta Ochoa – trzy wiersze
- 2 dni temu
- 1 minut(y) czytania
Grzbiet życia
Po odosobnieniu niespodziewanie przyszło światło.
Oślepiona,
dotarłam do jądra gwałtownego gniazda os.
Obca wyuczonej uległości,
niewczesnej,
z naiwnością kogoś niepomnego na
żądło podstępu,
przesunęłam ręką, bez złej woli, po grzbiecie życia.
Mój Boże, co za brutalne oparzenie.
Wieczność
Wieczność kołysze, faluje,
rozchyla szeroko swą tunikę wiatru;
w przestrzeni jej łona lśni
konstelacja nagromadzonego światła.
Ojciec ją wstrzymuje. Na chwilę
zanurza swą wzburzoną dłoń w jej głębię
i otwiera ją nad skórą świata.
Lawina nasion spada, migocząc.
Ziemia się zapładnia. W każdej sekundzie się zapładnia.
Człowiek wchodzi do więzienia swego ciała
ze zgiętym karkiem
i znów ciągnie siebie, zaprzężony w jarzmo życia,
aż Ojciec tchnie
i powrócimy na łono Matki.
Pod drobnym złotem zbóż
Jeśli odejdę tej jesieni
pochowaj mnie pod drobnym złotem zbóż,
w szczerym polu,
bym dalej śpiewała na wietrze.
Nie owijaj mego ciała w całun.
Nie chowaj mnie w grobowcach z granitu.
Moja dusza była uderzeniem burzy,
krzykiem rozciętym do żywego,
wspaniałym ogierem
który zapłodnił słowo echami bogów,
i nie chcę błąkać się, drżąc,
wokół mego przyszłego domu,
podczas gdy śnieg piętrzy się
łaskawym gestem
płatkami u mych stóp.
Chcę by usta wody
egzorcyzmowały mego ducha,
by ochrzcił mnie wiatr,
by ziemia owinęła mnie ciepłym prześcieradłem
jeśli odejdę tej jesieni.
z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak

