Dominik Żyburtowicz – dwa wiersze
- Miroslaw Drabczyk
- 28 wrz
- 2 minut(y) czytania
7 dni nowych
Dla Artura Hnata
1.
dzień
nowy
pościel bez
poszewki przez-
roczysty rok
w godzinę
mokry parapet
lśniące poddasze
w lusterku
skraj chmury
tam i tu
rozpływa się
jak myśl
obaluno!
miłość
już
jej
nie ma
dzień
nowy
2.
dzień
nowy
biszkoptowy
labrador
w wysokiej trawie
patrzy
na pana pan
patrzy na labradora
wierzę – jesteś tam
wierzę – jesteś tam
staje wiatr
staje czas
na chwilę bo teraz
ruszają razem
na wyspę świętych
koni
kwiecień
dzień
nowy
3.
dzień
nowy
zawsze bardziej kocha
bo wszystkie drogi
otwiera jak
oczy
(przyjedź
muzyko
przyjedź)
serce góry 100 kilometrów
pomiędzy wokal-piano-gitara
puls (przyjedź
muzyko
przyjedź)
dziękuję Bogu że możemy
(czyżbyśmy zgłupieli?)
z muzami schować się w nieba pościeli
dzień
nowy
4.
dzień
nowy
gasną lampy a światło iskrzy w kałużach
na ulicy spadochroniarzy
śmiech wracających z nocnej zmiany
ogniomistrzów z huty
toczą się po trotuarze
jak butelki
po żarach
gwiazdach
dzień
nowy
5.
dzień
nowy
rękopis
sennego Jana pociąg
przez most i cumulus
Jan wzdycha przez sen
Jan śpiewa przez sen:
czy delfin słoneczny
la la
zmieszał przebiśniegi
la la
z deszczem?
dzień
nowy
6.
dzień
nowy
deszczówki nałapie w ramiona
i drzewu
i pszczołom
i nasionom
na suchych polach
gdzie przez miesiące toczył
Henderson posąg
sobota
król deszczu wrócił
popłakać
nad suchym lasem
o
właśnie dotyka
błękitu i
w prochowcu
znika
o
znika
dzień
nowy
7.
dzień
nowy
konwaliowy
ktoś uwolnił nas z pamięci
dzwonki
dzwonki
gdzieś bardzo daleko
i biel
biel tutaj
rosa
na siwych włosach
strunach łzawiącej
ze szczęścia niedzieli
czy jesteśmy młodzi? tu
jesteśmy młodzi
dzień
nowy
Dżinn listopadowy
1.
Jakieś obce koty w mieszkaniu
w szaleństwie po meblach, ścianach.
Wybudzony uciekłem w miasto,
pierwsze tak głębokie mgły
ścigające wszystko jak sine lisy.
Czy we śnie posnęły w rzeczywistość?
Dżinn, dżinn, dżinn listopada i wszystkie drogi,
aby obudzić – uszczypnąłem się:
z roz-
trzaskanego d.n.a
– przed lustro.
Z porysowaną twarzą?
Złamanym żebrem?
Się ocknąć.
Hej,
hej!
(Lustrzaninie?)
Pan wraca do wyra!
– zawołała siostra,
przemykając po salach
szpitala jak Dżinn
na białym żaglowcu.
2.
Deszcz,
deszcz,
w pełnym słońcu.
Krople spływają
po rozpalonej szybie. Płonąć?
Zatonąć? Myśli świat
na rozdrożu. I drży.
Phlebas mdleje w chórze
wyroków. Czeka. Czy bóg
morza i znieczulenia serce
znowu przekłuje?
Zniknęły klucze od domu.
Zniknęła ona. Wszystko przez wiatr,
który nas – głupie dzieci – unosi,
a potem rozbija o ziemię
w pustych mieszkaniach.
Czy dożyjemy czterdziestki?
3.
Płyń teraz
Phlebasie z tygodniowej dyski,
bez światła, bez
strat i zysków,
unosząc się i opadając
jak wrak
pod falami.
I ty co kręcisz kołem,
wierzący czy ateista, co wchłaniasz melanż jak amfę dni,
pamiętaj: i Phlebas był kiedyś hulaką jak ty.

