Coral Bracho – pięć wierszy
2 dni temu
2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 15 godzin temu
Ślad czasu
Między wiatrem a mrokiem,
między wznoszącą się radością
a głębokim spokojem,
między blaskiem mej białej sukienki
a nocną pustką kopalni,
łagodne oczy mojego ojca, które czekają; jego żarliwa
radość. Wspinam się, by go dosięgnąć.
To ziemia
małych gwiazd, a ponad nią,
ponad jej płaskowyżami z pirytu, zachodzi słońce. Wysokie chmury
z kwarcu, z krzemienia. W jego spojrzeniu,
w jego otulającym świetle,
ciepło bursztynu.
Bierze mnie na ręce. Zbliża się.
Nasz cień pochyla się nad brzegiem. Stawia mnie na ziemi.
Bierze mnie za rękę.
Całe to schodzenie
jest cichą radością,
mrocznym ciepłem,
rozżarzoną pełnią.
Coś w tej ciszy nas okrywa,
coś nas chroni
i unosi,
bardzo łagodnie,
podczas gdy schodzimy.
Ptaki widzą
To łuk,
który zamyka
i podtrzymuje obraz:
pełnię morza. Światło
o nienasyconej przejrzystości. Pod ziemią
tka się historia:
wody rodzące swe przestrzenie. Wrzenie ryb
Echa pozostawiające swą nieprzezroczystość, włókna, ślady,
które się wynurzają. Rozbłyski utrwalające
swe zdumienie na murach, kwiecie, skórze
swych zwęgleń. Ptaki widzą.
Stopnie rozpalają swe jedwabiste fale
przed kiełkującymi korytami; cień
ukrywa swą gęstość.
Półmrok pokoju
Wkracza język.
Oboje zbliżają się do tych samych przedmiotów. Dotykają ich
w ten sam sposób. Układają tak samo. Porzucają i ignorują
te same rzeczy.
Gdy stają naprzeciw siebie, wiedzą, że są granicą
jedno dla drugiego.
Są stwórcą i stworzeniem.
Są obrazem,
modelem,
jedno drugiego.
Oboje dzielą półmrok pokoju.
Dostrzegają tam niewiele: to, co użyteczne,
i to, co drugie pozwala zobaczyć. Oboje wymykają się
i ukrywają.
Z tego światła
Z tego światła, które pada, delikatnym
płomieniem,
wieczność. Z tego uważnego ogrodu,
z tego cienia.
Czas otwiera swój próg,
a w nim przyciągają się
przedmioty.
Zagłębiają się w nim,
a on je podtrzymuje i ukazuje takimi:
jasnymi, dźwięcznymi,
szczodrymi. Świeże, pełne swej promiennej materialności,
świątecznego blasku,
gwiezdnej głębi.
Solidne i odrębne,
jednoczą swą przestrzeń
i swoją chwilę, swój dokładny ogród,
by móc je odczuć. Niczym doskonałe kamienie
w ogrodzie. Niczym odcinki czasu wykreślone
na świątyni.
Drzwi, krzesło,
morze.
Głęboka biel
nieprzystająca
ściany. Zwięzłe linie,
które je skupiają.
Tamaryndowiec pozostawia blask
pośród gęstej nocy.
Dzban uwalnia słoneczny
szmer wody.
A stanowcze ciepło jej dłoni; pozostawia gęstą noc,
noc rozległą i wylewającą się ponad głęboki nurt,
jej serdeczne
ciepło.
Bryza
Bryza dotyka opuszkami palców
miękkiego spodu liści. Lśnią
i lekko wirują.
Płoszy je i unosi
jednym westchnieniem, drugim. Sprawia, że stają się czujne.
Niczym wrażliwe palce niewidomego,
liście po omacku przeszukują wiatr;
odnajdują i odczytują swe krawędzie,
swe faliste wypukłości, swą grubość.
Kołyszą
swe płynne nieme klawisze.
z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak

