Circe Maia – sześć wierszy
- 1 dzień temu
- 2 minut(y) czytania
Krótkie słońce
W ostatniej godzinie słońca promienie przeszywają
powietrze, wybierając: „ten tak, ten nie”.
Większość pozostaje
w cieniu; te wybrane lśnią
złocistą korą. Wznosząc się,
światło sięga innych liści, te opuszcza
i oświetla jeden w oddali. Nie ma już czasu,
by tam dotrzeć.
Kto wie? Chodźmy.
Kwiecień
Ten dzień tak pełen dzieciństwa,
zielone kapsułki eukaliptusa
na ziemi, pośród liści.
Dobry zapach, chłodny i stary, prowadzi
za rękę, niesie z sobą,
spacery w słońcu i po parku
w wietrznym kwietniu.
Patrząc tak na chodnik i słuchając szelestu
liści, nad głowami;
zbierając kapsułki i wciągając aż do duszy
ich dawną woń, można,
— czasami, owszem, można —
otworzyć drzwi zamknięte do dni odległych;
poranki w słońcu i powietrze czyste, rześkie,
drewniane ławki na skraju parku,
opustoszałe chodniki,
mocny, chłodny wiatr prosto w twarz,
a w dłoni ciepło matczynej dłoni.
Przejrzyste medium
Najlepiej byłoby nie myśleć zbyt wiele
o nich, o słowach. One przychodzą
tak czy inaczej i nie jest to aż tak istotne.
Są jak szyby, okna i należałoby je czyścić
z uwagą, właśnie dlatego. Nie malować ich
— cóż byś za nimi ujrzała? — i nie zdobić.
Patrząc na ozdobę w oknie,
nie wyjrzałaś na zewnątrz.
Najkrótsze spojrzenie
byłoby przynajmniej wystarczające
by dojrzeć światło po drugiej stronie.
Tak, tamto światło z zewnątrz
na przechodzącej twarzy.
Logos
Wszystko ma swoją miarę.
Troszeczkę i nie więcej. Nie za dużo.
I nie nic. Ile odmierzono,
ile wystarczy.
Niezbędna krótka przyjemność, konieczna
Słuszna radość. Nie ta pożerająca
radość istnienia, lecz wątła
radość bycia tak czy w inny
sposób: to, co „przyjemne”.
Niezbędny
Słuszny ból. Słuszny gniew
— nie za wielki —
i blady smutek — wyblakły —
by zwilżyć
— lecz nie przemoczyć, ostrożnie —
osnowę dni.
Ta kobieta
Tę kobietę budzi płacz:
wstaje na wpół uśpiona.
Przygotowuje mleko w ciszy
przerywanej drobnymi odgłosami z kuchni.
Spójrz, jak otula swój czas i w nim żyje.
Jej godziny
gęsto splecione
utkane są z wytrzymałych włókien
niczym rzeczy prawdziwe: chleb, owies,
wyprane ubrania, robótki na drutach.
Każda godzina rodzi kolejne i wszystkie są stopniami,
po których się wspina, a one rozbrzmiewają.
Wychodzi i wraca, i się porusza,
a jej czyny ją rozświetlają.
Za moim głosem
Za moim głosem
— słuchaj, słuchaj —
inny głos śpiewa.
Przychodzi z tyłu, z daleka;
przychodzi z pogrzebanych
ust i śpiewa.
Mówią, że nie umarli
— słuchaj ich, słuchaj —
póki wznosi się głos,
co o nich pamięta i śpiewa.
Mówią, że żyją teraz
w twoim spojrzeniu
(podtrzymaj ich swymi oczami,
swymi słowami,
podtrzymaj ich swym życiem,
aby nie zginęli,
aby nie upadli)
z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak

