Bogdan Nowicki – Relikt
- 28 kwi
- 7 minut(y) czytania
Przy skwerze pacam na ławkę i chciwie obserwuję te zawodowe. Przewodzi najstarsza, Galatea: zasapana, mżawka klei się do powiek. Zdejmuje rudą brodę i dredy. Pozostają z niej tylko worki pod oczami. Obok, machinalnie pstryka palcami dresiarz, alfons, na krzywych nogach, kiwający łepetyną pod takt słuchawek. Wszystkie zdążają do ula, pobliskiego baru, na łyk kawy. Gapię się na ich zamszowe buciki na wysokich obcasach ze srebrnymi klamerkami, na błękitne pończochy, kuse spódniczki, opięte szerokim paskiem brzuchy, wylewające się biusty, włosy wzniesione do góry, brokat policzków. A potem te głuche spojrzenia: ich czarne, osobliwie połyskujące oczy są przeciwieństwem takich, które określa się jako szczere, ale nie są to też oczy ogniste – w zasadzie trudno je określić, właściwie to są bezwładne. Nie pozwalają się w siebie wtulić, zagnieździć, zamrugać. Jednak ja wsuwam klucz w ten zamek Yale, jak złodziej, podkradam się i wyjadam z głębi pojedyncze morele. Ta ostatnia, ruda – Płonący Chrust – wyciąga spod biustu broszkę i rzuca w moją stronę tego motyla. Łapię tę tulejkę gorzkiego cynizmu. Mnę.
Między kamienicami kładą się tory świetlne latarń, istne palisady, rozwichrzone, to znów kręcące się w krąg przeciągów. Najtaniej jest w Zlewni. Truchtam tam. Osacza mnie wąska ulica, prawie pusta, wychodząca pod kątem prostym z ulicy głównej. Arteria, żyła, kanalik wiecznie zgryźliwy i zajęty tylko sobą. Z kapryśnym klimatem i reumatyzmem mętów. Ten czy ów sztorcuje mnie. Pokazuję palcami nul. Ci, co mnie rozpoznają nawet nie próbują. Zrzędzą i skarżą się, że znowu lizie „ten fiut”, co się miga. Na roku cuchnie rybny magazyn. Szlachtują. Wchodzę w celownik. Zapuszczam żurawia. Na blacie ociekającym śluzem leży karp: duży, ciężki, jeszcze całkiem ciepły, jak żywy. Mongoł
z zadowoleniem pociera ręce, płatając jego brzuch.
– Widzisz, ile tu tłuszczu, na cztery palce, dobra – i łokciem przeciera kłaczastą brodę.
Z wnętrzności zostawia tylko wątrobę i serce. Mazgajowate kapie do miski. Pochyla się nad rozpłataną tuszą i tnie wątrobę na cząstki. Trochę posypuje solą i połyka surowe kawałki, cmokając z zachwytu. Wywala jęzor pokryty tłuszczem.
– Bierz – zachęca z wyliniałą szczeciną na paluchach.
Więc biorę nogi za pas. Lepka mucha siada mi na ręku i toruje sobie drogę między włosami na wierzchu dłoni.
W owalnym, półmrocznym wgłębieniu czai się nastroszona i ponura Zlewnia. Przed nią całe ławy palących, głośno gdakających parchów, dopiero co zdjętych z afisza nocy. Mają jeszcze z tego odklejenia załzawione oczy i zasmarkane wargi. Dopóki nie nastąpi w nich homeostaza pod wpływem ożywczego płynu, klną i siorbią gęstą ślinę. Żujący tytoń zjeb, w bluzie łatanej i barwy mokrego wodorostu, chce mi sprzedać rogowe guziki i czerwone naszywki.
– Jeszcze po ruskich, za piątkę – skrzeczy, jak oskubana sroka nad padliną.
Błaźnię się, pokazuję figę z makiem. Nie wolno było tego robić. Nie wolno było reagować. Zastawia drogę buciorami. Żuje. Kręci nochalem. Wytrzeszcza gały. Stroszy rdzawe igły rzęs. Śmiga kosą. Uznaję go za szantażystę i z impetem kopię w same jaja. Zgina się w pół. Wokół rechot. Mam fart, był sam. Wpycham się skrzypiącymi wrotami do wodopoju.
– Yno mi tukej bez żadnych rozrób – naciera na mnie podstarzałe babsko, z bujną koafiurą na
łepetynie. Ze skrofułami we krwi, bo wciąż ma: albo chroniczny katar, albo zapalenie powiek, albo wysypkę i owrzodzenia.
– Trzy – gwiżdżę przez zęby. – Na pohybel.
Stawia flaszki na podartej ceracie ławy z miną wydestylowaną z jakichkolwiek uczuć.
– Hakenkreuzlerka – syczę, stukając butelkami w płóciennej torbie.
Podążam żwawym krokiem do Akacjowego Gaju, taszczony przez krążek księżyca. Zupełnie wyodrębniona przestrzeń. Nie z tej bajki. Czy raczej nie z tego zadupia. Buchta zieleni. Buchta kwitnących na biało drzew. Zawierająca w sobie obręcze: coraz ciemniejsze, gęstniejące, jak w rozsuwanej, długiej lunecie. Wsysają one wszelką obecność. Wszelki czas. Hipnotyzują. Więc tylko zerkam w głąb, aby nie zostać pochłoniętym. Zdejmuję otwieraczem kapsel. Robię łyk. Unoszę butelkę. Wiatr gra na harfach drzew, rozlewając strumienie dźwięków, potrząsa z lekka kwiaty i płyną
z nich nocne trele, kląskanie, gwizdy. Kształt każdego kwiatu jest dźwiękiem. Trwa to całą wieczność i tylko krótką chwilę. Każde drzewo ma lat siedem tysięcy, chociaż to pniom nie dodaje ani jednego słoja. Mech jest odmianą motyla żałobnika. Zawieszam sobie lunetę na szyi i ściągam nią odległe, zgrzytliwe młyny, kołujące wokół rentgenowskich obłoków. A potem znowu świat śniedzieje. Ele mele dudki. Jeszcze jeden browar.
– Kurzysz? – z matecznika wynurza się raptus zawinięty w konopne farfocle.
Z wilgotnego karku i pleców, unosi się woń potu i tytoniu. Bez przerwy ssie cybuch. Zaglądam w jego ślepia: błyszczący tunel nocy. Kominiarz zajmujący się przeczyszczaniem zatkanych kominów. Tutaj? To jakiś upiór?
– Rzuciłem w przedszkolu – odgaduję i macham ręką, jakbym odganiał się od trutnia.
Usadawia się na spłachetku ściółki. Bagna. Snuje gadkę. Przędzie. Komu? Czemu?
– Siedziałem żech na skrzyniach i torbach, a obok mie trumna. Bus podskakiwał, gdy równa droga zamieniała się w wyboje. Silnik warczał i łomotał. Od pewnego zakrętu, jakbym jechał i nie jechał, bo świat za szybą się nie zmieniał. Ocknąłem żech sie i tu i ówdzie ktoś rzucił mięchem. Szofer zatrzymał busa, wyłączył terkocący silnik. Wziął łom i oderwał wieko trumny. A tam leży siwiutka dziewczynka z powitym co koźlątkiem, jeszcze wymazanym krwią. Ona martwa, ono żywe. Żałośnie meczy: Mee, mee, mee… Szofer chciał mnie zdzielić prętem, ale zrobiłem żech unik i prysnął żech…
Rzeczywiście Obdartus czmycha, gdzie pieprz rośnie. Czuję się pokryty grubą warstwą żółtej papki. Oblepiony pyłkami, nasionami, nitkami pajęczyn. Szarfy fruwają gdzie chcą. Gwiazdy naprzykrzają się. Wejrzenie – z ruchu naprzód i z czekania. Samo wejrzenie, dosłownie nic. Wydaje się urojone i bez wyjścia. Czyściec. Irytujący, nie przemijający stan. Przez moje oczy przepływają resztki chmury. Odsłaniają otchłań golonego nieba. Jego srogość. Złowrogą gołość.
Wlokę się do starej czynszówki. Gdzie płoty, ceglaste ściany, spróchniałe drzwi dławi bylica. Piołun. Jej gwiaździsty pył osiada wszędzie i na wszystkim. Rdesty gęste, jak pajęczyna. Skarłowaciałe rumianki. Rogownice. Łopiany. Chwasty pleniące się ospale. Śnięte, ale żarłoczne: gryzą nawet kamienie. W padlinie wiją się robaki. Koprofagi. Zardzewiałe rynny ociekają rdzawą wodą. Wodą, która już niczego nie obmywa. Im bliżej celu, słychać tym wyraźniejszy gwar. Nie, nie gwar. Szmer tysięcy larw jedwabników pożerających liście morwy. Z sieni wieje smród i mające zabić ten melanż kadzidło. Łachmany tokują. Ćmią i wydrapują ze skóry bąble. Na końcu zaśmierdłego, zaśmieconego
korytarza są żelazne wierzeje. Pod zakichanym, zaplamionym sufitem dynda żarówka. To iskrzy się, to gaśnie. Panuje tu straszny ścisk. Przez dłuższy czas nie ma mowy, żebym wtargnął do środka. Wielu ma podarte szmaty ponaciągane na głowy. To są czerepy wielbłądzie, szczerzące się szyderczą żuchwą. Bukłaki warg zaciskające oddech.
– Te pindka, dobij piontaka – nagabuje mnie krępy aborygen.
Walę go łokciem w bok. Nagle między drzwiami, a futryną robi się szczelina. Jasność. Snuje się smugą gęstą od dymu. Rozpycham się. Kopię zawalidrogów po kostkach. Jestem buńczuczny. Zdeterminowany. Zacietrzewiony.
Mędruszka powoli wysuwa główkę obwiązaną chustką, potem wyłazi. Podparta na dwu kosturach. Unosi sękaty drąg.
- Tyn, tyn, tyn – wskazuje namaszczonych łaską.
Pod przeponą czuję ciepłe mrowienie. Padło więc i na mnie. Wciskamy się do izby. Raz trupioblada, to znów fioletowa Mędruszka, opiera kostury o tłustą lamperię. Siada na taborecie. Na porżniętej ławie stoją trzy kubki. Wyciąga kościstą, drżącą dłoń. Płacimy. Nalewa z kwaterki gęsty płyn. Oblizuje szyjkę, by nic nie kapnęło. Podnosimy kubki. Wypijamy jednym haustem.
– Ukulele!!!…
We mnie nie ma już wilgoci, tylko błogie mokradła. Zwietrzeliny głosek. Cegły świecą selektywnym okiem. Lornetującym. Filują mnie bardziej bezlitośnie, niż ukrzyżowanie. Zapach i park idący z wnętrza kości jest paraliżujący. Czuję ciężar ołowiu, spływający na dno żołądka. Znajduję się pomiędzy jakąś wyspą i lądem. Mimowolnie badam stan rąk, nóg, twarzy, włosów. Przy estradowej muszli mruga szyld piwiarni „Jaworowe”. Byle się dowlec do któregoś drucianego stoliczka. Łażą po mnie mrówki, mają łapy kocie i łby rybie, ogólnie są śliskie i w ogóle nie wiem, dlaczego nazywam je mrówkami. To mogłyby być na przykład krowy albo salamandry. Salamandry?... O bogowie, o bogowie moi!... Jakże straszna jest nocna ziemia!...
Witają mnie ukwiecone drzwi. Okrzyki i klaskanie. Człapię do dużej sali. Do lady przy piecu, który w lecie przyjemnie chłodzi, a zimą przyjemnie grzeje. Wokół, przy suto zastawionych stolikach siedzą baby. Mają usta ściągnięte, wąskie nozdrza. Włos odczesany ze skroni. Kiwają się we wstęgach, bufiastych rękawach, chustach i kolorowych spódnicach. Obok nich ćmią mężczyźni w lakierkach. W czarnych, zapinanych na krzyż kurtkach. W haftowanych pasach. Z podkręconymi wąsami. Obrotni w gębie. Rechoczą do rozpuku. Z zaplecza dwóch hardych młokosów wynosi wiadro piwa. Zebrani w krąg czerpią z niego chochlami i kuflami. Opryskują się. Droczą. Gonią. Wyginają. Łapię osieroconą chochlę…, tę matuchnę najświętszą od kojących łyków…
Panna młoda jest pochłonięta dreptaniem w trzyćwierciowym rytmie, który nie pasuje do niczego. Śpiew dusi jej gardło. Dyszy na tle wianka z krwistych maków. Nagle zbiega po drewnianych schodkach. Z tarasu. Do parku. W czerń. Wystraszone pawie żałośnie krzyczą za nią. Zabawa przenosi się na dwór. Wodzirej macha ręką. Dwóch podlotków w granatowych mundurkach i kolorowych getrach przynosi stoliczek. Za nimi tęga baba niesie michę z gulaszem. Z fartucha wystają plastikowe łyżki. Pochłania mnie noc. Takiej nocy nie było dotąd. Nawet niebo jest inne. A ostra linia dachów,
rysująca się w głębi, przypomina dekorację teatralną. Wzdycham, przecinając ulicę na ukos. Podchodzę do dwóch domków odsuniętych od chodnika. Oba są puste i martwe. Wybite szyby. Ciemno za oknami. Zaglądam do środka jednego z nich. Widzę zarysy przedmiotów: splądrowana szafa, przewrócony stół, rozharatane łóżko, z bebechami na wierzchu. Kopię w drzwi. Są otwarte. Korytarz – zupełna studnia. Ciemność przestrzeni kosmicznej. Zamykam oczy. Zawrót głowy. Upadek w próżnię. Zupełna nieważkość.
– Zajęte – warczy ktoś spod ściany.
Kłuje mnie błyskiem latarki. Oślepia migającym oczkiem. Osłaniam się dłonią. W kącie na materacu dygocący pałąk współżyje z innym pałąkiem. Jego ręce drżą od podniecenia. Ma wybałuszone oczy. Twarz zaciętą. Oddycha szybko. Widać, jak oddycha, jak wzdyma się i opada w sobie. Jestem patrzącym z góry. Czuję pulsowanie krwi pod jego skórą. I pleśń. Nienasyconą, dziką, dławiącą. Buchającą zewsząd. A zwłaszcza z nieba, spadającego z dziurawego dachu, polepionego okopconą papą.
– Właź albo wyłaź – komenderuje podglądacz, a jego głowę okrywa duży kapelusz z rondem
w postaci skrzydeł. Znowu korytarz. Drzwi. Ale teraz od innej strony. Wychodzę na ulicę i dopiero, gdy staję na jezdni, dostrzegam, że on idzie za mną. Nie słychać jego kroków, ale jest bardzo blisko. Tuż za moimi plecami. I zatrzymuje się wraz ze mną. Zupełnie jak wierny pies, którego się już nie
pozbędę.
Latarnie świecą puchem. Na placu stoi zardzewiała, martwa pompa. Relikt.

