Anna Słowiakowska – Grupa wyparcia
- 1 dzień temu
- 12 minut(y) czytania
– Nazywam się Aurelia Domagalik.
– Nie trzeba nazwisk.
– Proszę?
– Nie trzeba nazwisk, imię wystarczy.
Aurelia Domagalik kręci się na krześle, poprawia.
– Więc nazywam się tylko Aurelia.
– I jak się czujesz Aurelio? Opowiesz coś o sobie?
– No, normalnie się czuję. Może jestem nieco zdenerwowana tą sytuacją, jakoś tak… no
zdenerwowana się czuję.
– Dobrze Aurelio. Dobrze, że umiesz nazwać tę emocję. Każdy był kiedyś tu zdenerwowany.
– To prawda! – krzyczy dziewczyna z niebieskimi włosami, które plączą się aż do pasa – Ja tu przyszłam pierwszy raz ponad rok temu i myślałam, że mnie ze złości rozpierdoli.
– Nie klnijmy, mówiłem, takie są zasady. I nie przerywamy sobie nawzajem. Dalej Aurelio, chcesz coś jeszcze powiedzieć? – mężczyzna robi gesty otwartych dłoni, jakby chciał, żeby nalała mu tam wody.
– Przyszłam… bo tak zalecił mi psychoterapeuta. Nie jestem przekonana…
– Żadna nie była – poprawia bluzkę starsza kobieta, która jest wyraźnie znudzona tą całą ceremonią – Ale się przekonasz – nie odrywa wzroku od kołnierzyka. Grzebie w nim czerwonymi paznokciami.
– To zrozumiałe. Przypominam, że mówimy o sobie, a nie o wszystkich – mężczyzna oparł się łokciami na kolanach, pochylił do przodu i wlepił w Aurelię wyłupiaste i nieco podkrążone oczy. Aurelia natomiast odchyliła się lekko do tyłu, jakby nie spodobało się jej to zaburzenie swojej rozległej, a już i tak wielokrotnie pękniętej bańki osobistej.
Teraz w ogóle się w środku rozedrgała, bo przecież to grupa wsparcia dla współuzależnionych, ale chyba anonimowa, a ona jak debilka przedstawiła się z nazwiska. Mogłam jeszcze kurwa podać adres, myśli sobie i wygina palce dłoni, licząc na to chyba, że je złamie i będzie musiała wyjść do szpitala, do chirurga, na pogotowie, natychmiast.
– Jeśli pozwolisz, to ja ci powiem, jak to będzie wyglądać – elegancka kobieta na bardzo wysokich obcasach założyła nogę na nogę, odgarnęła włosy za ucho, ale gdy poczuła na wysokości tego właśnie ucha wzrok prowadzącego, zreflektowała się – to znaczy powiem ci, jak to U MNIE wyglądało.
Aurelia jest jej wdzięczna, bo zapowiada się na dłuższą przemowę i to nie ona będzie mówić, dlatego zachęcająco kiwa głową.
– Żadna z nas nie była przekonana, bo co to w ogóle znaczy współuzależniona, znaczy, od czego? Zrozum, ja mam firmę, ja mam odpowiedzialne stanowisko, ja mam kontakty, układy i nie mam po prostu czasu ani na uzależnienia, ani na współ. I nagle JA, która muszę znać się na eksporcie i imporcie, która posługuję się biegle czterema językami...
Dziewczyna z niebieskimi puklami prycha śmiechem, a jedna, która wygląda jak połączenie elfa z szamanką wznosi oczy ku niebu. Jednak elegancka nic sobie z tego nie robi
– Czterema powtarzam! I ja nie znałam słowa kokatylen, a musiałam poznać. Bo się okazało, że właśnie od tego jest uzależniony mój mąż, od mieszanki kokainy z alkoholem. Nawet nie od alkoholu, nie od kokainy, tylko od obu na raz. I nie znałam tego w żadnym języku…
– Na bogato! – śmieje się ta z niebieskimi – Nie to co jakiś tani piach do nosa czy chujowe zioło.
– Język! Ela, język! – mężczyzna wyprostował się na krześle i zarzucił rękami.
– No i ja nie byłam przekonana, ale przekonałam się, że... no nie wiem… że tu przynajmniej mówią tym językiem.
– Medyczne zioło! – wyrywa się elfka w sukni do ziemi i koralach, grzywka zasłania jej piegowaty nos i bardzo niebieskie oczy – Bo wiadomo, że jak medyczne, to dobre, zdrowe. Wszyscy dzisiaj jesteśmy struci, mamy chore nerki, alergie na pyłki, warzywa, na kurz, popiół. Myślisz, że ja byłam przekonana? Zioło jest przecież dobre na wszystko, czytaliśmy z moim Patrykiem o tym książki, Patryk w ogóle wprowadzał mnie w różne stany przy pomocy grzybów i zioła, leczył nasze łona…
– Nie mogę tego znowu słuchać – to ruda, cicha kobieta, która do tej pory przyglądała się Aurelii w milczeniu – Przepraszam, ale jako lekarka już po prostu nie mogę. Aneta kochanie… wiesz, co zaraz będzie – zwraca się do elfko-wróżki.
– Nie, dzisiaj nie będę płakać, serio, no trudno, nie każdemu dziecko dane, ale dajcie mi skończyć.
– Ale słyszeliśmy to już... – zaczyna ta od kołnierzyka w bluzce, ale zostaje uciszona syknięciem.
– No i wiesz, próbowaliśmy grzybów i zioła - kontynuuje Aneta - ale jednak dla mnie to były za silne doznania, wiesz moja energia potrzebowała czystości, rozumiesz, ciszy i skupienia. A jego energia…
– Jego energia potrzebowała ćpać – niebieska Ela kwituje i poprawia się na krześle. Teraz wszystkie kiwają głowami
– On jej z niczego nie leczył, on na niej żerował! - mówi wprost do Aurelii – Jak Aneta prowadziła zajęcia w szkołach jogi, to Patryk jarał i spał, jak Aneta prowadziła warsztaty z otwierania czakr, to Patryk spał i jarał, a jak Aneta w nocy dostała krwotoku i poroniła, to zgadnij, co Patryk?
Aurelia czuje, że wszyscy oczekują od niej dobrej odpowiedzi.
– Jarał?
– A właśnie nie! – krzyczy zadowolona z suspensu Ela – Patryk chuj, tak, tak wiem – niebieska patrzy na prowadzącego, a on po prostu uderza dłońmi w kolana – Właśnie w tym czasie odpierdalał mikrodosing w skali makro. Rozumiesz? Jego kobieta właśnie wydala ich dziecko w postaci skrzepu… Sorry, Anetka – Aneta jednak ma już czerwone oczy i macha tylko ręką!
– Mów, mów - podchodzą do niej dwie kobiety, w tym ta, która przedstawia się jako lekarka, i przytulają Anetę z każdej strony.
– … A ten wpierdala muchomory! – wykrzykuje niebieskowłosa.
– Dobra, dość, bo to nie o was! A tobie Elżbieta po raz dziesiąty mówię, że to jest strefa wolna od przekleństw. Serio, jeszcze raz i cię usunę ze spotkania. Aurelio, a może chcesz kontynuować i coś powiedzieć?
Aurelia poprawia się na krześle. Czuje, że źle się ubrała, co za pomysł, żeby iść w spódnicy, która klei się do tyłka, a tyłek ze spódnicą do krzesła, a jeszcze między piersiami też kleista stróżka niepokoju jej spływa prosto w stronę pępka. Wszystko jest jakieś obślizgłe w tej niekomfortowej przecież i kompletnie niepotrzebnej sytuacji. Nie wie teraz, co ją bardziej przeraża, to że chcą, żeby coś mówiła, że się na nią gapią wszyscy i wyczekują czy jednak przerażeniem napawa ją jakaś taka możliwość, bo chyba jest to przecież możliwość, że można wstać, przejść przez salę i po prostu wyjść. Powiedzieć, sorry, to są jakieś wasze problemy, przykro mi serdecznie, że macie przejebane z waszymi mężami, partnerami, osobami partnerskimi, ale ja miałam przejebane i już nie mam, więc się ocknijcie, cześć. Ja już nie mam, mam się ok, nie jestem uzależniona, nie jestem współuzależniona, przyszłam tu dla świętego spokoju, żeby mi nikt już dupy nie truł, że powinnam, że przecież, żeby żyć, trzeba to wszystko co się stało przerobić. Co ja jestem maszynka do mięsa? Przyszłam, nie dla mnie to, dzięki. Spadam.
Ale jednak siedzi. Tłumaczy sobie, że głupio iść przez środek ze spoconym tyłkiem, a na dodatek, coś ją w środku gryzie, że może jednak im powie, że ich problemy to żadne problemy, przy tym, co jej zgotował jej ukochany Maks. Że to, co on odjebał, nie nadaje się właściwie do opowiadania, że wszyscy tu powinni paść z podziwu, że ona miała, AŻ TAK, a sobie poradziła i jest silna i wolna. Nikt AŻ TAK nie miał, kurwa…
– Wydaje mi się, że jestem głupia – w końcu mówi zaskoczona tym, co właśnie wylazło z jej ust – Wydaje mi się, że każdy by zauważył, chociaż ja nie zauważyłam. Nie widziałam różnych takich znaków. Że jak można mieć katar przez cały rok, że przecież ludzie sypiają w nocy. Znaczy, no wiadomo, lekarze na dyżurze, może piekarze, ale nie, że pracownik umysłowy, że inżynier w międzynarodowej korporacji, ale on nie pracował dla innych stref czasowych. A nie spał. Chodził jak taka sowa na długich nogach, góra dół, góra dół. Mamy schody...
Wszystkie kiwają głowami. Wszystkie kiwają, jakby to kurwa znały, jakby to co mówi, było oczywiste. I jednocześnie Aurelia czuje, że ją to denerwuje, bo żadna przecież nie ma AŻ TAK! Ale czuje też, że może ją to wspiera. Może jest jej nieco łatwiej oddychać, bo oddycha podobnym powietrzem, które śmierdzi złością. Każda tu wydycha dwutlenek bólu.
– I kwestia poduszek – Aurelia milknie, bo już czuje, że za dużo mówi. Ja jebie, tak sobie myśli, obcym babom opowiadam, ale jednak, czuje, że to jakoś jej płynie przez zęby, wydobywa jej się z gardła, po prostu takie wymioty przeszłości, to pewnie przez oczy tego kolesia, co się tak wgapia z jakimś ciepłem obleśnym, a może przez to, że niebieska przekręciła głowę na lewo i patrzy ni to ze zrozumieniem, a ni to ze współczuciem. Chlusta więc dalej, wyrzyguje to, co jej się skotłowało w żołądku, jakaś maź taka o smaku porażki, która odbija się co rano, ale i czasem w nocy jej się tym odbija, a dokładnie o 4:40, co jest godziną ataków lękowych i godziną podobno regeneracji płuc, a ona akurat wtedy się dusi.
– Spokojnie kochana – to lekarka – opowiedz o poduszkach.
– Nie, to chyba bez sensu…
– Mówimy, nie oceniamy – mówią chórem kobiety.
– Tu nie ma lepszych i gorszych historii - dodaje mężczyzna.
– I nie mów, że jesteś głupia, żadna z nas nie jest. Ja nie jestem głupia, Aniela też nie, a Elka, ta to w ogóle nie jest głupia! – Aneta, która siedzi dwa miejsca od niej pochyla się w jej stronę i ściska jej dłoń. Na swojej ręce ma około dwudziestu metalowych bransoletek, więc wydaje przy tym dźwięk jak dzwonki na wietrze, czym połowę grupy uspokaja, ale i połowę wkurwia. Aurelia przyjmuje ten uścisk, ale potem dyskretnie wyciera rękę w spódnicę. Dobra, niech to płynie myśli sobie i zamyka oczy, a przed oczami ma plamy, takie jak na poduszkach. Na jej dość dobrej, lnianej pościeli. Na kolorach, które wybierała, zawsze były odbarwienia.
– Na poduszkach, na poszewkach miałam odbarwienia. Lubię pościel…
– Lnianą? – dopytuje elegancka kobieta.
– Tak, lnianą też. I kiedyś zauważyłam, że na tych poszewkach, na których sypiał Maks, bo wiecie on jednak sypiał, są takie odbarwienia. Takie wyblakłe plamy kolorów. I on dopiero potem mi powiedział, to znaczy zupełnym przypadkiem, już po odwyku i po terapii, że ten jego katar, ten sienny, to co mu się lało, wylewało na te poduszki, to było pełne chemii, że on się cały tą chemią pocił, że był gąbką pełną związków, stężeń, a plamy, jak planety miały swoje nazwy. Ta po MDMA, a ta po 3-MMC. Ze rdzawej pościeli z egipskiej bawełny, ten chuj mi uczynił całun. Plama kryształ, plama emka. A ja, ja idiotka, która nie znam takich nazw, która nie znam tego języka, bo musisz wiedzieć – tu zwraca się do eleganckiej kobiety – że ja też mówię w językach, dwóch, ale mówię – A tego kurwa właśnie nie znałam! Nie znam tych nazw, nie umiem w tę mowę. Ja wierzyłam, że on się tak poci od białka, co go zjadał niby na siłownię, chociaż przecież nie chodził na siłownie i, że od męskich dezodorantów, 48 godzin, 72 godziny, że mężczyźni po prostu w swojej całej okropności pocą się jakąś testosteronową toksyną, która ma nam zatruwać życie i niszczyć pościele. Że właśnie tak sobie pościeliłyśmy, tak się wyśpimy.
Nastała cisza. Każda z kobiet wpadła gdzieś głęboko w siebie, a było ich tutaj, jakby nie liczyć – piętnaście. I była to cisza razy piętnaście, bo teraz każda gdzieś w sobie tam sprawdzała, w jakichś zakamarkach pamięci, gdzie jej partner, partnerka, osoba partnerska wypociła, wyrzuciła z siebie ten jad, co nim zatruła i siebie i ją, i dzieci, i znajomych, i psa, i sąsiadów i całe otoczenie.
– Ja myślałam, że mu nie staje, bo nie dźwiga mojej przedsiębiorczości – ciszę przerwała elegancka Helena patrząc w dal.
– Czego nie dźwiga? – Niebieska się aktywowała i odpaliła – no sorry, ale po koksie i w jego wieku to chyba żadnemu nie staje. Zwiędłe flaki, martwe parówy…
– Błagam - prowadzący wystawił rękę.
– Przestań, o co błagasz? Mówię jak jest? Sam nie pamiętasz jak miałeś czy nie chcesz powiedzieć?
– Owszem, narkotyki powodują często zaburzenia erekcji, ale to nie ma z wami nic wspólnego – tłumaczył prowadzący – Drogie panie, to kolejny zły tok myślenia, z którego musimy wyjść. To nie jest historia o was.
– To może ja się wtrącę - lekarka wyprostowała się na krześle, jakby miała prowadzić wykład – Kokaina, amfetamina, mefedron silnie pobudzają, ale mogą zablokować przekazywanie sygnału z mózgu do prącia… Ale ja jednak też jak pomyślę, byłam głupia, bo ja uwierzyłam, że moje wysokie stanowiska, moje sukcesy, bo musicie wiedzieć, że dwa razy znalazłam się na różnych listach kobiet sukcesu… że mu nie staje od tego mojego sukcesu. I on tak mówił. On mówił mi, że ciężko się tak podniecić. Mój syn mi mówił, że jestem zbyt wymagająca, że on czuje presję.
– A ja myślałam, że za mało się staram, zabierałam mu dzieci sprzed nosa, bo myślałam, że go drażnią…
– Kurwa, jakie my jesteśmy głupie! – nagle mówi na głos niebieska Ela. A one wszystkie, jak laleczki na sznurkach kiwają głowami. Głowy te ledwo się trzymają ze zmęczenia, z bezsnu, z obaw, z przeciążenia. Głowy wytarmoszone, owinięte w jakieś stare szmaty wyrzutów sumienia. Sączy im się spod tych szmat wieczna troska, ale nie o siebie, o każdego innego. Są jak rzucone w kąt, niechciane, zmasakrowane laleczki. Do utulenia.
– Ela wychodzisz! – wyrywa je z zamyślenia mężczyzna.
– Zamknij mordę! – to nagle Aurelia. Coś się w niej jednak tak wybrzuszyło, tak w niej pękło, że jakby nagle poczuła to wsparcie od tej grupy wsparcia, ale też czułość. Czułość do tych wszystkich głupich. Ale wkurwił ją ten jeden samczy, niewspierający element.
– Co takiego?
– Dlaczego, ja się kurwa pytam, dlaczego nie możemy kląć? Dlaczego oni mogą nam… Wy nam! Dlaczego wy nam możecie jebać życie, możecie nam pozwalać krwawić w samotności, zupy gotować w samotności, rzygi wasze zbierać, dzieci przed wami chronić, ukrywać was przed matkami, kolegami, szefami w pracy, a nam nie wolno kląć?
– Właśnie. Kurwa! - krzyknęła elegancka i wstała na swoich wysokich obcasach – właśnie, kurwa – kiedy ja spłacam wasze długi, kiedy dzieciom mydlę oczy, że ojciec odsypia koncert, spotkanie z ministrem, kiedy spłacam jego karty kredytowe, które całe pokryte są białym prochem, to mam przy tym nie przeklinać i mam, kurwa, przede wszystkim panować nad złością, nad którą za chuja panować nie chcę.
– Myślę, drogie panie, że na dzisiaj kończymy, bo chyba was ponosi, wrócimy do tego kolejnym razem, jak ochłoniecie – zaczął wstawać i składać krzesło, ale niestety zawahał się o sekundę za długo i dopadła do niego Aneta, a zaraz za nią lekarka.
- Nigdzie nie idziesz! Siedzisz i nas słuchasz! Albo może wreszcie sam coś powiesz, ale nie to pierdololo, którym nas raczysz, anonimowy ćpunie – wrzeszczą jedna przez drugą.
– Sam tam byłeś, to może wiesz – krzyczy mu w twarz jakaś cicha dotąd, a lekarka przytrzymuje go za ramiona. W sekundę jedna zdejmuje swój długi pasek od kimona, niebieskowłosa krzyczy, żeby go związać, bizneswoman ściąga szpilkę, grozi i zamachuje się nią w jego stronę. Aurelia wchodzi na krzesło i krzyczy, żeby siadał i stulił mordę, chociaż sama nie wie, co z niej się tak drze.
– Panie, drogie panie, zgłoszę to na policję, to nie są żarty, to co robicie to napaść, to nie jest legalne.
– Nie jest? A to, że twoja żona i dwóch małych synków siedziało w domu, kiedy wciągałeś koks z brzucha, z ud jakieś typiary na mieście to legalne? – Aneta obwiązuje go paskiem i mocuje do krzesła, kilka kobiet ucieka zatrzaskując za sobą drzwi.
– Ja nic takiego! Nie projektuj na mnie!
– Te które nie chcą brać w tym udziału, niech spierdalają teraz – krzyczy Aurelia na krześle.
– W czym udziału, na boga? – wrzeszczy już on.
– Złożymy cię w ofierze – mówi elfka, czarodziejka, a teraz już szamanka.
– Jak niby?
– Chuj wie jak – odpowiada niebieska i zapala papierosa – przecież to miała być grupa wsparcia dla współuzależnionych, więc nas akurat wesprze, jak któregoś chuja poświęcimy, za te lata ćpania, za nasze cierpienia, za przejebanie naszych pieniędzy…
– Za impotencję! - krzyczy Helena.
– Za niepłacone alimenty – dodaje duża kobieta, która wreszcie się odzywa.
– Za przespanie zasiłków – potakuje drobna, starsza kobieta obok.
– Za to, że musiałyśmy odgrywać spektakle przed rodzinami, za szukanie was w nocy po mieście, po lokalach, po jakiś spelunach…
– Ale co nas? Kurwa co nas? Jakich nas? – krzyczy bezradnie.
– No was, mężczyzn – Aurelia przykuca przed nim i mówi mu prosto w twarz.
– Ale przecież nie tylko mężczyźni ćpają, statystyki mówią …
– Gówno nas obchodzą statystyki, czy któraś na sali ma jakąś żonę, partnerkę, ćpającą kobietę po prostu? – Aurelia się rozgląda.
– Ja mam, moja partnerka jest uzależniona – mówi dziewczyna z pięknie obciętymi włosami i migdałowymi oczami. Wygląda jak Kleopatra.
– Ach, dobra, ale jesteś wyjątkiem, jakimś wyłomem, bo ja tu jednak żadnego typa nie widzę – mówi niebieska – żadnego poza Arkiem, a wiecie co to znaczy?
– Że nawet jeśli mają ćpające partnerki, to mają wyjebane na ten proces! Że ich tu po prostu nie ma, że zawijają dupę i znikają od problemów.
– Dobra, słuchajcie wariatki, ja przecież nic wam nie zrobiłem, to wasze wybory były, to wasi kurwa faceci, baby wasze…
– O się wreszcie odezwał! A ty nie ćpałeś? A ćpałeś… – łapie go za głowę jedna, druga zaczyna tańczyć dookoła, a trzecia dołącza do kręgu. I nagle rozpętuje się jakiś dziki taniec dookoła tego jednego, jedynego. Arek, prowadzący, prawie sześć lat abstynencji, rozwiedziony dwukrotnie, dwukrotnie z powodu nałogu, ojciec dzieciom, właściwie czwórce dzieci, na które dopiero od trzeciego odwyku, piątej terapii łoży alimenty. Jest przerażony tym, co się dzieje, chce krzyczeć, że pierdoli te głupie babska, niech się same właściwie leczą, że nie ma dla nich nadziei, że je kompletnie popierdoliło.
Biorą się za ręce i kręcą dookoła niego powtarzając mantrę:
– Boże, użycz mi pogody ducha, abym godziła się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniała to, co mogę zmienić, i mądrości, abym umiała odróżnić jedno od drugiego. Boże, użycz mi pogody ducha, abym godziła się z tym...
– Lepiej mi! – przerywa Aurelia. Dobra, to chyba działa, lepiej mi nieco. Nie jestem zła – pochyla się w stronę Arka. Odwiązuje go, kobiety zaczynają zbierać swoje torebki. Arek siedzi osłupiały.
– To co? Widzimy się za tydzień? – mówi Elka wychodząc
– Będę, będę! – mówi Aurelia – Psychoterapeuta podkreślał, jak ważna jest regularność tych spotkań.

