Anna Nowaczyńska – sześć wierszy
- 1 dzień temu
- 2 minut(y) czytania
sensor
pachną majerankiem
pola równo ścięte
nad miętową rzeką
rozpuszcza się mgła
ciepło skóry paruje
niczym oddychający
listopadowy poranek
leżę zarzucona słowami
prażone migdały
wpadają między usta
lusterko odbija niebo
nasiąknięte chmurami
na sznurku skręca się
pobladłe prześcieradło
gołębie zjadają w milczeniu
mlecze i przekwitnięty rzepak
ktoś zarzyna cielaka
skrzypi pękająca skóra
nie mogę nie wracać do ciebie
w sennym ogrodzie
ważki z błękitnymi skrzydłami
polują
jest ostatni dzień lata
rozpierająca okno śliwa
wtłacza zielone ramiona
jest duszno
niedbale przerzucasz kartki
kilka tubek akwarel
ma sklejone wargi
słońce wspina się po sukience
jest dobrze
tylko ta gorycz w szklance
wiatr wrzuca żwir we włosy
ciemnieją palce
od nanoszenia konturu
na autoportrecie
i serce robi też się czarniejsze
(tyle śmierci)
trzeba zapakować
gorzkie owoce
(wciąż zgrzyta w nim
piasek z wybrzeża
a rybi zapach
powoduje skurcze)
przepłynąć pod mostem
zrzucić do rzeki pudełko
zapomnieć
teraz gdy w śródziemnomorskim słońcu
usiłuję pozbierać myśli
jak rozsypany ryż z podłogi
rozpięte płótno staje się ziemią
jej część w większości niezajęta
zasianymi plamami światła
Bretonki schodzą z obrazu
stukając drewniakami
modlą się o owies dla zwierząt
i mój spokój
a ja codziennie chodzę nad rzekę
i oglądam przepołowione
ceglaste skorupiaki
Wybór
[dziki smutek
wisi nad kominkiem
pachnie jeszcze śmiercią
prowincja świeci zielonym księżycem]
jestem matką
to rola przewidziana
nie dla mnie
chyba nie potrafię
być gniazdem na żywe ptaki
piszę w pralni
tam przynajmniej jest ciepło
powieść to wrzód
ropieje i rozprzestrzenia się
po całym ciele
a potem zlewa w jedno
wolę opowiadania
oddzielanie włos od włosa
słodkie mikroświaty jak
gałązki drobnych winogron
pełznie po lustrze
konik polny
z niewyskrobanym miąższem
teraz piszę więcej
stale przerabiam rozdziały
powieść staje się kobietą
z pełnymi biodrami
na razie jej krew
przepływa w inną aortę
i mimo że jej dom
jest tylko wspomnieniem
porannym różem na policzku
startym nieopatrznie łokciem
to tkwi w niej drzazgą
jak choroba matki
mam w ustach obierki
a przecież jestem całością
z niewyskrobanym miąższem
chciałabym chcieć bardziej
brzydzę się połowami wielorybów
[z wrześniem tutaj bardziej
odczuwam chłód]
wracam do Reykjaviku jesienią
na lotnisku jestem jak ryba wyrzucona na brzeg
z trudem łapię przeźroczyste powietrze
okna błękitnych domów nad zatoką
parują od gorących źródeł
na ich spiczastych dachach
gnieżdżą się motyle z brunatnymi skrzydłami
rysuję grubą (antracytową) kreskę na powiece
wygląda jak krzywy masyw Esja
i choć trzeszczy
pocerowana skóra
brzydzę się połowami wielorybów

