Aleksandra Szymkowiak – Żądłówka fioletowa
- Mirek Drabczyk
- 21 godzin temu
- 4 minut(y) czytania
Dzwoni mama. Włączam głośnomówiący i rzucam telefon na łóżko. Gubi się w pościeli. Ledwo słyszę. Szukam turystycznego żelazka. Chodzę po mieszkaniu i odsuwam szuflady. W szafce pod telewizorem trafiam na kartkę, którą dostałam na dwudzieste urodziny. Dwa przytulające się tygrysy ułożone w serce. W środku data, a niżej podpis i słowa: ty i ja. Jesteś tam, dobiega ze słuchawki. Tak, krzyczę, i biegnę do sypialni. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Przyglądam się plamom na dywanie, które zrobiliśmy przez ostatnie lata. Wiesz, że musisz podjąć decyzję podczas wyjazdu, dociera do mnie głos matki. Nie nauczyłam cię, że mężczyzn traktuje się z góry? Domykam walizkę. Ustawiam budzik na trzecią trzydzieści i odkładam telefon. Wtulam głowę w poduszkę. Zaciągam się jego zapachem: sosną i bergamotką. Z czasem wywietrzeje.
Na lotnisku mijam sieciową kawiarnię. Jakaś dziewczyna unosi ciastko z pistacją i trzyma je jak hostię. Rozmawia na kamerce. Kobiecy głos śpiewa jej sto lat. Solenizantka podryguje głową w rytm melodii. Ciastko nie ma świeczki. Robi mi się słabo. Znowu o nim myślę. Siadam na ławce i przeglądam nasze zdjęcia. Lubię zwłaszcza to, gdzie całuje mnie w policzek, a ja trzymam w rękach rozłożyste lilie. Patrzę na datę: sierpień dwa tysiące dwadzieścia jeden. Dodaję zdjęcie do ulubionych, a potem usuwam, odzyskuję i jeszcze raz dodaję do ulubionych. Kiedyś miałam je na tapecie.
Wynajmuję mieszkanie blisko plaży. Żeby na nią dojść, trzeba dwukrotnie skręcić w prawo i ominąć targ rybny. Popełniam błąd i przechodzę obok straganów. Ryby są obślizgłe, cuchnące. Łypią na mnie spode łba swoimi martwymi oczami. Przeliczam je: kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. Ostatnia wypada na kocha. Mam ochotę tam wrócić, przejść się jeszcze raz, od początku do końca, i dokonać prawidłowych wyliczeń. Wiem, że nie zda się to na nic. Ryby mają rację.
Woda jest mętna i ciepła. Pozwalam nieść się falom. Próbuję zapomnieć, co tu robię. To trudniejsze, niż by się wydawało. Podnoszę głowę. Sól szczypie mnie w oczy. Rozmazane mury miasteczka odbijają się w tafli. Szwendam się. Wchodzę do turystycznych perfumerii i wącham wszystkie dostępne zapachy olejków z lawendą. Kupuję pocztówki, których nikomu nie wyślę. Dopadają mnie
dwa niekontrolowane ataki płaczu i jeden kontrolowany. Przebiegam dziesięć kilometrów i biorę tak zimny prysznic, że świszczy mi w uszach. Zapominam o zjedzeniu kolacji. Idę do pobliskiej herbaciarni i kupuję jaśmin, a potem zaparzam go w kubku z napisem Home, Sweet Home, bo tylko taki znajduję w szafce. Ulice też pachną jaśminem, więc prawie nie czuję jego smaku. Właściwie to nie lubię jaśminu, ale przypomina mi o nas. Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy tu razem, on powiedział: ulice pachną jaśminem. Myślę o dziewczynie z lotniska, tej, która podnosiła do kamerki pistacjowe ciastko.
Dzwoni mama, żeby ostrzec mnie przed meduzami. Podobno roi się od nich na wybrzeżu. Żadnej nie widziałam, bronię się, chociaż wiem, że tu pływają. W końcu to sierpień. Rób jak uważasz, ucina. Siadam na kanapie i otrzepuję stopy. Welurowa narzuta kurzy się od piasku. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Słyszę jej oddech w słuchawce. Ustawiam głośnomówiący, wstaję i zdejmuję z siebie sukienkę w maki. Moja skóra pachnie solą i kremem przyspieszającym opalanie. W kuchni kroję cytrynę i wyciskam sobie sok na końcówki włosów. W taki sposób naturalnie się rozjaśniają. Wiesz, że tak trzeba, odzywa się wreszcie matka. Nie był pierwszym i nie będzie ostatnim. Sok z cytryny ścieka mi po piersiach. Jeszcze kilka dni, rzucam. Ile dokładnie, ponagla. Ostatnio też tak obiecywałaś.
Włosy lepią mi się do karku.
W oddali dostrzegam meduzę. Dryfuje w moją stronę. Momentalnie czuję kłucie w stopie. To muszelka, ale boli jak poparzenie. Zanurzam głowę i wypatruję. Mienią się, pulsują. Wyglądają jak unoszone na wietrze płatki kwiatów. Fioletowe z czerwonymi brodawkami, które przypominają sutki. Niebieskie w kształcie czopka, pomarańczowe i długie jak serpentyna. Wyliczam je: tak, nie, nie wiem. Tak, nie, nie wiem.
Tak, nie, nie wiem.
Pada na nie wiem. Wzdycham z ulgą. Wracam na ręcznik i wyszukuję meduzy w internecie. Ta piękna to żądłówka fioletowa. Chciałabym onieśmielać tak jak ona. Oprócz niej: meduza księżycowa i meduza kompasowa.
Mama znowu dzwoni, pyta, jak trzymam się w tym upale. Opowiadam, że nawet w lodówce jest ciepło. Ale na pewno, czy kręcisz jak zawsze? Włożyłam do niej stopę, żeby sprawdzić, czy działa, złoszczę się. Może dostałaś udaru? Nie odpowiadam. Matka całkowicie się nakręca. Rozprawia o zawartości lodówki, którą muszę wyrzucić, a potem wyjść z workiem do kontenera (ale tylko w dzień), żeby nic nie zleciało się do zepsutego jedzenia. Myślę o myszach. Wyobrażam sobie, jak jedna za drugą wybiegają z worka i w nocy podgryzają moje stopy. Rozmawiamy, chociaż po chwili już nie wiem, o czym. Mruczę na tak i pojękuję na nie. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Wiesz, że został ci tylko jeden dzień? Obie milczymy.
Złociste światło rozlewa się po promenadzie. Poraża mnie. Dzwoni mama, ale odrzucam połączenie. Biegnę. Mijam kościół i muzeum. Rzeźbę, plażę i ogród botaniczny. Piniowce, jachty i drugi najdroższy dom na świecie. Okrążam półwysep. Na ruchliwej drodze biegnę poboczem. Trąbi na mnie kierowca tira. Przyspieszam. Wiem, że muszę wyliczać, ale krajobraz zmienia się za szybko. Zamykam obie dłonie w pięści i po kolei prostuję palce: kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. Znowu kończę na kocha. Chcę mi się pić, ale nie mogę się zatrzymać. Przetrzymuję pragnienie i zadowalam się śliną. Patrzę, jak woda rozbija się o skały. Z każdą falą napływa do mnie obraz jego ciała: pieprzyk pod łopatką, pieprzyk na nosie, pomarańczowe plamki na tęczówce.
Zostawiam za sobą drogowskaz na kolejne miasteczko. Pieką mnie spalone od słońca usta. Naskórek pod palcami jest jak ziarenka piasku. Próbuję go zeskrobać. Z pękniętych warg kapie mi krew. W połączeniu z solą morską smakuje jak rdza. Matka ma rację, należy postawić granicę. Zawrócę, kiedy rana się zasklepi.
Znowu wyliczam: żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Pada na żądłówkę fioletową. Biegnę i oblizuję usta. Krew wypływa jak rdzawa strużka.

