top of page

Aleksandra Szymkowiak – Niewłaściwy przystanek

  • 28 kwi
  • 6 minut(y) czytania

Samolot z Seszeli ma wylądować chwilę przed północą. Obiecałam, że odbiorę męża z lotniska.
Przed wyjściem po raz kolejny robię test ciążowy. Chociaż jestem sama w domu, rygluję drzwi
do łazienki. Zamykam oczy i odliczam szeptem do trzystu, a potem jeszcze do sześćdziesięciu, w
razie, gdybym wcześniej liczyła zbyt szybko. Na wynik testu czeka się pięć minut. Głośno
wypuszczam powietrze. Znowu dwie kreski.
Męski głos zachęca pasażerów ostatniego LOT-u do Warszawy, żeby swoje bagaże
podręczne odłożyli do wózka przy wejściu. Oświetlenie na lotniskach powinni dopasowywać do
pory dnia. Zbyt jasny hol wybudza mnie z letargu. Podłoga, śliska i błyszcząca, świeżo wymyta
płynem o zapachu zielonego jabłka, lepi się do podeszwy, piszczy przy każdym kroku. Wymijam
zalegających na krzesłach studentów, którym nie chciało się płacić za nocleg, bo odlatują z
samego rana.

Mąż zjawia się na samym końcu, na tyle późno, że nawet kolejka do toalety zdążyła się
rozładować. Idzie jak na rzeź. W pustej hali przylotów wydaje się jeszcze mniejszy niż zwykle,
wątły i nieszczęśliwy. Jest taki tylko przy mnie, na wyjazdach z klientami szeroko się uśmiecha,
wypina klatkę piersiową. Widzę to po zdjęciach, które udostępnia. Witaj, kotku, zaczyna na mój
widok, niby zadziornie. Nie daje się objąć, ale delikatnie muskam jego policzek, całuję powietrze
między naszymi twarzami.

Opłacam postój w automacie, a on stoi z tyłu, zgarbiony, i kładzie palce na kieszeniach, potem wsuwa je do środka, i znowu wyciąga, ale kciuki zaczepia o szlufki w spodniach. Wszystko, co robi, wykonuje w sposób opieszały, całkowicie niepasujący wizerunkowi mężczyzny, za jakiego chciałby być uważany. Udaję, że tego nie widzę. W drodze do auta milczymy. Zerkam na niego. Jest zajęty ciągnięciem walizki po kostce brukowej. Stukot kół mnie dyscyplinuje, zachęca do działania. Szykuję się do walki, zupełnie tak, jakby to miała być moja ostatnia noc na świecie. Kiedy docieramy na miejsce, otwiera bagażnik i zamiast włożyć do niego walizkę, wpatruje się w tablicę rejestracyjną. W końcu słyszę, że jednak wrzuca torbę, plastik uderza o gaśnicę. Wsiada na miejsce pasażera i zapina pas, a potem głośno wzdycha, jak mają w zwyczaju ludzie, którzy wiele przeżyli i zbierają się, żeby o
tym opowiedzieć. Kiedy włączam silnik, wreszcie zaczyna. Mówi o resorcie, gdzie tym razem
zorganizował klientom podróż poślubną, drewnianych domkach zawieszonych na wodzie,
restauracji z gwiazdką i płaszczkach. Wyłączam się, ale on nadal mieli językiem, nie zwraca uwagi, że nie odpowiadam.

Od dawna zdradza mnie z inną kobietą. Raz do niego zadzwoniła, jak brał prysznic. Przez
przypadek odebrałam, mamy takie same telefony, myślałam, że to mój. Wiedziałam o wszystkim
już po tym, jak się odezwała. Co u ciebie, zaczęła łamaną angielszczyzną. Natychmiast się
rozłączyłam, usunęłam połączenie z historii i wyszłam do innego pokoju. Głos tej kobiety,
miękki i płynny, jeszcze długo falował w moim ciele; przypominał szum morza, śpiew słowika,
śmiech dziecka. W nocy odblokowałam telefon męża i przeczytałam wiadomości, jakie z nią
wymieniał, a potem zanotowałam jej numer. Nie mogłam zapomnieć brzmienia wyrazów, które
do mnie wypowiedziała. Od tamtego czasu dzwoniłam zawsze, kiedy tęskniłam. Rozłączałam się
po jej niepewnym przywitaniu.
On nadal opowiada, nawet nie zauważa, że zamiast wyjechać z parkingu, kilkukrotnie objeżdżam go w koło. I wiesz, ciągnie, ta para w przedostatnią noc zdecydowała się na pokaz tańca. No to mówię im, że mamy takie bardziej ludowe, z mężczyznami w tradycyjnych strojach, i takie, no wiesz, tańce brzucha, z kobietami, raczej młodymi, takie lepsze pod filmik z wakacji. Ja wolałem, żeby wybrali te drugie, wiadomo, no i udało mi się ich namówić. Piękne, naprawdę poruszające. Mhm, kwituję.

Podjeżdżam pod szlaban. Jak w zwolnionym tempie kręcę korbką, żeby uchylić okno, wyciągam drżącą rękę w stronę kasownika i wciskam bilet, który nie chce się wczytać. Automat ciągle go wypluwa. Zza pleców słyszę, że podczas kolejnej podróży poślubnej będzie proponował swoim gościom raczej peeling z bananowca niż z łupinki kokosa. Nagle przerywa. Słyszę swoje imię, więc odwracam się w jego stronę. Wyciąga z torby naszyjnik ze srebrnym medalikiem. Ma kształt owalnej blaszki, na której wygrawerowano jego inicjały. Noś go zawsze, kiedy będziesz tęsknić, mówi i próbuje mnie pocałować. Wiem o niej, odpowiadam. Patrzy na mnie wzrokiem, który wszystko rozumie, ale nie chce tego przyznać. Wiem, że masz romans. Automat wreszcie wczytuje bilet. Szlaban się otwiera, ale nie odjeżdżam. Przez chwilę żałuję.

Podczas jazdy on otwiera okno, wyciąga rękę, a potem wychyla całą głowę i zaczyna krzyczeć.
Przedzieramy się przez szorstką zasłonę nocy. Światła wściekle mrugają na pomarańczowo,
dźgają mnie w oczy. Jadę zdecydowanie za szybko, w razie kontroli na pewno odebraliby mi
prawo jazdy. Jestem otwarta na każdy możliwy scenariusz. Jako mężczyzna zapewne paliłabym
teraz gumę. Zamiast tego po prostu zaciskam zęby. Mąż nadal krzyczy przez uchylone okno, a
jakiś przechodzień pokazuje mu uniesiony kciuk, zataczając się po alkoholu. Dociera do mnie, że tym momencie nie dzieje się nic, co miałoby wpływ na moje życie.
Wszystko rozegra się, kiedy podjedziemy pod blok, powolnym ruchem zatrzaśniemy bagażnik i
ruszymy w stronę mieszkania; kiedy staniemy pod drzwiami i będziemy się zastanawiać, kto ma
wyciągnąć klucze, padnie na mnie, w końcu to ja mieszkam tu na stałe, on ciągle wyjeżdża; kiedy
zostaniemy sami, tylko my dwoje, w ciszy zbyt głębokich jak na noc oddechów. Znowu dochodzi
do mnie jego krzyk. Gdybyśmy grali w filmie, po tej scenie zginęlibyśmy w wypadku. Kiedy parkuję, zapominam wrzucić wstecznego i zarywam kołami o krawężnik.

Zastanawiam się, czy powiedzieć mu o dziecku. Do mieszkania maszerujemy jak na egzekucję.
Chłodna noc łaskocze mnie w nozdrza. Nigdy nie widziałam tego mężczyzny w roli ojca, nie tak
naprawdę. Drzwi do klatki głośno plaskają, odbijają się kilka razy od ościeżnicy. Sąsiedzi śpią,
mówi szeptem i na palcach skrada się po schodach, złodziej we własnym domu. W salonie nadal milczymy. Płaczę, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego; wiem o wszystkim od dawna, chłodno to wykalkulowałam, przecież tu nie chodzi o miłość. Od kiedy, pyta w końcu. Nie podchodzi, żeby mnie objąć. Od zawsze taki był, chłodny i wycofany. Nie wiem, co dostrzegałam w tym mężczyźnie, najbardziej chciałabym cofnąć czas, nigdy go nie poznać. Od dawna, odpowiadam, od roku. Patrzy się tak, jakby widział mnie po raz pierwszy. Podczas seksu zamykałeś oczy, wyobrażałeś sobie ją, tłumaczę głośno, cedzę każdą sylabę. Wte-dy się do-wie-dzia-łam. Sąsiedzi śpią, odpowiada tylko. Krzyczę, choć sama nie wiem, co. Wylatują ze mnie pierwsze lepsze słowa; robię to tylko dla wydawania dźwięków. Mam ochotę pobiec do kuchni i potłuc o ścianę wszystkie talerze, jakie posiadamy, a już zwłaszcza te, które jego babcia podarowała nam w prezencie ślubnym. Nigdy ich nie lubiłam. Ostatkiem sił stawiam się do pionu. Nie wiem, dokąd zaprowadzi mnie ta noc. Dotychczas nie rozważałam rozwodu. Nasze małżeństwo było wystarczająco luźne, by pomieścić trzy osoby, mnie, męża i jego kochankę, ale nie wiem, jak miałoby to wyglądać z dzieckiem.

Bez słowa wychodzę z pokoju, w łazience płuczę twarz na zmianę zimną i gorącą wodą, kładę się do łóżka i odwracam w stronę ściany. Słyszę, że człapie za mną. Niezdarnie przebiera się w pidżamę i siada obok, materac skrzypi przy każdym ruchu. Czuję na sobie jego wzrok. Co dalej, pyta. Udaję, że śpię. Patrzę na zegarek. Dochodzi czwarta. Wszystko w mojej głowie milknie, jakby świat był tylko złudzeniem, cudzą fantazją: osoba, która ją śni, wkrótce się wybudzi. Raz na jakiś czas sypialnię oświetlają snopy reflektorów przejeżdżających ulicą aut. Zasypiam z myślą, że nasze małżeństwo od dawna jest już tylko konwenansem. Moje ciało, wcześniej pełne żalu, tężeje. Śni mi się dziewczynka, na oko pięciolatka, być może moja przyszła córka. Czeka na autobus, który nie przyjeżdża od wielu godzin. Stoi na niewłaściwym przystanku, tym z drugiej strony ulicy. Nikt jej nie ostrzega, ludzie wręcz nakręcają sytuację, dobrze robisz, dziecko, oby tak dalej, krzyczą. Ona niepewnie się uśmiecha. Ściemnia się, a autobus nadal nie nadjeżdża. Do wytrwałych świat należy, powtarzają dziewczynce, bo widzą, że upada w niej nadzieja. W końcu pojawia się na horyzoncie: czerwony, dwupiętrowy, taki, o jakim marzy każda pięciolatka. Za kierownicą siedzi postać z kreskówki, łysy mężczyzna z dużym brzuchem i pociesznym wyrazem twarzy. Dokąd, młoda, pyta. Dziewczynka nie potrafi odpowiedzieć, chociaż wie, że najlepiej wszędzie, do matki, babci, ojca, ulubionej koleżanki. Kierowca zdaje się czytać jej w myślach. Mój autobus może być w kilku miejscach jednocześnie, mówi. Wybudzam się z jękiem.

Światło dnia sprawia, że pokornieję; sprawy nabierają wyrazistych kształtów. Spoglądam na śpiącego obok mężczyznę i delikatnie go obejmuję. Wiem już, że zostanę. Przy dziecku wszystko ulegnie zmianie. Nachylam się, żeby wyłączyć budzik. Muszę odwieźć go na lotnisko, ma do zorganizowania podróż poślubną dla kolejnej młodej pary.
My po ślubie nigdzie nie pojechaliśmy.









Aleksandra Szymkowiak (ur. 2002) – publikowała w "Suburbiach", "Epei", "Składce", "Tlenie Literackim", "Szkicach" i na stronie "Odry". Mieszka na wrocławskich Krzykach.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page