Aleksander Wierny – cztery wiersze
- 29 gru 2025
- 2 minut(y) czytania
Piłka
Gra z małym synem na wiejskim,
nierównym boisku. Podaje, a syn strzela
na pustą bramkę. Ćwiczą woleje,
więc żółta piłka lata nad klepiskiem,
żeby ominąć kępy trawy.
A on się milcząco modli:
proszę, żeby piłka nigdy nie spadła,
żeby teraz trwało, a w nim mój syn i ja,
żeby syn zawsze czekał na podanie
z nadzieją, że spadnie na jego stopę,
że dotrze, co mu posłałem.
I jeszcze:
żeby, bo piłka przecież spadnie,
mój syn pamiętał to teraz
jakby wciąż leciała między nami,
nawet kiedy stanę się klepiskiem.
I żebyśmy wygrali.
Odpoczynek
Po ostrym podjeździe przystanek
pod wiejskim cmentarzem, na bramie napis
„Odpoczną, powstaną”. Kamienny anioł
wpatruje się z lękiem w zardzewiały krzyż,
na niektórych grobach kwiaty,
na innych tylko liście z lasu co skrzypi
jak stare rowery, którymi przyjechali:
on i mały syn.
On odpoczywa, mieli świeże powietrze czerwca
w ciaśniejszych niż kiedykolwiek płucach.
Zasłużył na ciszę, która zapadnie
i dopadnie, kiedy płuca skurczą się w skrzep,
gdzie przetną się na krzyż dwie proste,
jedna z tej, druga z tamtej strony.
Chce zostać, ale powstaje, bo syn wraca,
pędzi w dół, a on za nim, lekki w zapachu
lip.
Reguła
Trzyma się trajektorii przy krawędzi szosy
tak mocno jak kierownicy roweru.
Słyszy silnik doganiającego samochodu i ściska,
śliski od potu, jeszcze silniej. Nie wie,
co zrobi kierowca. Postąpi według przykazań
kodeksu? Wierzy w regułę, która zabrania
wytaczać dział i utaczać krwi?
Tak powstały konstrukcje katedr i AI,
myśli, w wierze we wspólne,
dlatego planety się nie zderzają, myśli,
bo przecież porządek pracuje i w dużym,
i w małym.
Wierzy, ale puszcza małego syna przodem,
żeby w razie czego wziąć na siebie. Siłą woli
próbuje powstrzymać ciemniejące chmury.
Chce dotrzeć do domu przed deszczem.
Doktor
- Boję się śmierci - mówi mały syn.
- Czasem kiedy słyszę karetkę, myślę,
że jedzie właśnie do ciebie.
- Jedzie od dawna - chce odpowiedzieć.
- A w niej dobry doktor, który wśród bieli
na zawsze wyleczy nas ze strachu.
Na ciemnej ulicy chwyta syna za rękaw,
żeby zatrzymać go przed niebezpiecznym
przejściem i nie puszcza, nie puszcza.

