top of page

Adrian Krysiak – Niedoskonały

  • 2 dni temu
  • 6 minut(y) czytania

Maciejowi

Pomysł na opowiadanie nie był być może genialny. Więcej nawet, mógł się wydawać wtórny i
pretensjonalny, w ogóle nieinteligibilny, egzaltowany w najgorszym tego słowa znaczeniu, miałki,
mało angażujący, nadto wyabstrahowany, kompletnie nieistotny, ogólnie marny marnością tak
barokową, że niewykluczone, że był to najgorszy zamysł krótkiego tekstu, jaki kiedykolwiek
przyszedł komuś do głowy. Z drugiej jednak strony było w nim coś pociągającego i im dłużej o nim
myślałem, tym bardziej pragnąłem zrealizować stojącą za nim, nie bójmy się tego określenia,
filozofię pustki i beznadziei. Był więc, przyznajmy, dość intrygujący, zwłaszcza w swej prostocie;
możliwe zresztą, że zrodził się nie z samej potęgi imaginacji, lecz — czerpiąc garściami z
prawdziwych wydarzeń, o których można było swego czasu przeczytać tu i ówdzie (raczej
„ówdzie”) — stanowił przykład odtwórczego wykorzystania pewnej iście Kafkowskiej idei, która,
przynajmniej w zamyśle, miała nigdy nie zostać urzeczywistniona, lecz — jak większość tego typu
konceptów — raz pomyślana, zachowuje się niczym literacka maszyna, która, skoro już wprawiono
ją w ruch, nie może zostać powstrzymana. Innymi słowy, miałem do czynienia z tym, co w
literaturze przedmiotu przyjęło się określać mianem „realizacji prawdziwej potworności”.

W zarysie całość przedstawiała się następująco: ktoś wpadł na pomysł instalacji artystycznej z
poetami w tle. Inaczej: wpływowy reprezentant malarstwa figuratywnego wykoncypował dzieło z
gruntu nieoczywiste, z nazwiskami poetek i poetów. Jeszcze inaczej: uznany twórca stworzył
wiekopomną realizację upamiętniającą mistrzów pióra. Jeszcze, jeszcze inaczej: artysta X, człowiek
dwóch imion i trzech nazwisk, członek mało wpływowej grupy malarzy reprezentujących tak
zwaną „zombie figurację” (pełno tego na rynku wtórnym), w gruncie rzeczy rzeczywiście członek,
ale też blagier i pozorant, choć — trzeba przyznać — dość momentami utalentowany, w Sali
Milczenia w jednej ze stołecznych galerii postanowił stworzyć instalację, będącą jednostką
swobodnie pływającą, ewentualnie dryfującą, w każdym razie coś pomiędzy sflaczałym reliefem a
kartonem z ambicjami, na której umieścił imiona i nazwiska współczesnych sobie poetek i poetów.
Tylko tyle i aż tyle, zaczyn niepokoju, preludium do animozji, zalążek spisku.

Owszem, nie wiadomo, wedle jakiego klucza działał artysta, który nie pozostawił żadnej notatki
wyjaśniającej kryteria doboru czy nawet cel przedsięwzięcia, co więcej, konsekwentnie odmawiał
komentarzy odnośnie do sensu inicjatywy i własnych intencji. Tak więc nie wiadomo było do
końca, co tak przygotowane zestawienie miało reprezentować i komu służyć, ewentualnie kogo
wnieść na piedestał, a kogo z niego strącić, co rzecz jasna nie oznacza, iż obyło się bez
kontrowersji. Dość powiedzieć, że wernisaż odbił się szerokim echem w wąsko pojętych kręgach
literackich, tak że wszyscy krajowi poeci, jak również kilku zagranicznych oraz żyjących na
obczyźnie, postanowili sprawdzić, czy sami znaleźli się na liście, w myśl zasady, że lepiej się na
jakiejś liście znaleźć niż zostać pominiętym, co mogłoby sugerować nieistnienie, czyli stan mało
angażujący i przez to dość kłopotliwy, zwłaszcza dla poety. Przywdziali więc powyciągane swetry i
czarne golfy, z czeluści szaf powyciągali marynarki z łatami na łokciach, uzbroili się w modne
okulary i, wziąwszy pod pachę swe najnowsze tomiki, wyruszyli chyżo na podbój stolicy.
Pielgrzymkom nie było końca, co stanowiło wyzwanie nie tylko estetyczne, ale też logistyczne.
Koleje Państwowe musiały uruchomić dodatkowe połączenia, wpływy z wypożyczeń rowerów
miejskich poszybowały jak nigdy, w kilku punktach gastronomicznych zabrakło matchy latte, co
doprowadziło do zamieszek; odnotowano dwadzieścia siedem zgłoszeń, w tym dwanaście
dotyczących przywłaszczenia, dziewięć – naruszenia nietykalności cielesnej, sześć – używania
słów nieprzyzwoitych; trzy osoby ściągnęły na siebie ponadto infamię, dwie nieprzychylność
środowiska, a jedną pozbawiono praw obywatelskich. Należy jednak odnotować, iż prezentowane
wydarzenia były odosobnionymi incydentami, ogólnie rzecz biorąc brać poetycka przemierzająca
ulice wzdłuż i wszerz usposobiona była pokojowo i pacyfistycznie, rozprawiając o prekariacie,
popijając napoje bezalkoholowe wprost z litrowych słoików i wespół unikając rymów oraz
śpiewając unisono Międzynarodówkę.

Na czele pochodu, nienawistnymi słowami i mahoniowymi laskami okładając niżej postawionych,
zmierzali wyniośli beneficjenci programów ministerialnych i europejskich, prawdziwi arystokraci
ducha, którym żadne literackie szalbierstwo niestraszne. Dumnie prężyli wątłe piersi, odgarniali
włosy z czoła (włosów zawsze mieli za dużo), śmiali się z własnych żartów i do własnych myśli, i
solidarnie nie wymawiali „r”. To oni jako pierwsi wstąpili do galerii, wlecieli do przybytku niczym
orły i jastrzębie, wyszli jednak ukradkiem, nieco zasępieni, i słuch po nich zaginął. Do dziś
funkcjonują w przypisach jako „Pokolenie Bezpowrotnie Zaprzepaszczonych Szans,
Zawiedzionych Nadziei oraz Utraconych Perspektyw”.

Następnie smętna tłuszcza dokonała szturmu na galerię, rozdając na lewo i prawo już to kuksańce,
już autografy, aż w końcu – dotarłszy do najważniejszego pomieszczenia, czyli Sali Milczenia –
głośno wiwatowała, następnie zanosząc się szlochem i padając na kolana przed wiekopomną
instalacją patykiem na wodzie pisaną. Każdy, kto zobaczył swoje imię i nazwisko, uśmiechał się
błogo, pozował do obowiązkowej sesji zdjęciowej i, nie wiedzieć z jakiej okazji, przygotowywał
przemowę bądź nagrywał krótki filmik upamiętniający. Pominięci musieli zadowolić się
nienawistnymi spojrzeniami, które mogli bezkarnie posyłać w stronę rozemocjonowanych
koleżanek i kolegów po piórze, ponieważ podskórnie wszyscy czuli, że było coś prestiżowego w
znalezieniu swego nazwiska na liście. Dwóch krytyków, po prawdzie to poetów w paradnym
przebraniu, zdradzającym tendencje do promiskuityzmu, w szaleńczo-straceńczym tempie pisało
laudacje, ukradkiem ocierało napływające do oczu łzy, i intensywnie zastanawiało się, komu by tu
jeszcze zrobić dobrze.

Na tym tekst się urywa, jak gdyby pomysłu wystarczyło tylko na rozczarowującą pierwszą część,
dopiero zapowiadającą znakomitą, odważną resztę. Wiedziałem co prawda, że należy kontynuować
opowieść, nie miałem jednak pojęcia jak; to nawet nie była kwestia braku dostępnych rozwiązań,
raczej niemożności zdecydowania, które było najlepsze. Zdawałem sobie więc sprawę, że należy
stopniowo zastępować bohatera zbiorowego indywidualnym, to jest wprowadzić na scenę postać
poety, który ostatecznie nie trafił do Sali Milczenia, przez co, paradoksalnie i mimowolnie,
przemieścił się tym samym w strefę nieobecności, czyli milczenia. Poeta miał być osobnikiem
arcyodrażającym, o jak najgorszych zwyczajach i atrybutach: sfrustrowanym nienawistnikiem,
odstręczającym bufonem, zacietrzewionym grafomanem, literackim pacykarzem, wreszcie —
czyniąc zadość stuletniej tradycji — fanatykiem ludożerstwa i apostołem zboczeń, wypisz,
wymaluj, mną samym cierpiącym na rozdwojenie jaźni, czyli Maciejem w przebraniu.

Opowiadanie miało zatem w sobie coś z atmosfery wspomnianego już Kafki, ale też z późnego
Bursy i wczesnego Rasia. Nie grzeszyło być może oryginalnością czy siłą przekazu, nie zawierało
głębszego przesłania, jednak miało w sobie swoiste je ne sais quoi, które kazało mi je napisać.
Przeszedłem do porządku dziennego nad wieloma uchybieniami strukturalnymi i formalnymi, które,
choć rażące, w moim przekonaniu nie dezawuowały całości. I tak nie przejmowałem się zbytnio
brakiem wewnętrznej logiki, na przykład tym, że pewne fragmenty opisują jednorazowe
wydarzenie, inne sugerują powtarzalność. W ogóle nie przeszkadzała mi sztubackość gestów czy
tandetna ornamentacja. W zamierzeniu autora (czyli moim) największą siłą tekstu miał być język:
skupiony na sobie samym, lecz transcendentny wobec fabuły, wyrafinowany i plastyczny, w jakimś
stopniu synergiczny, po trosze oniryczny oraz niedookreślony, w pewnej mierze amorficzny,
liminalny czy wernakularny, ale ostatecznie jednak transparentny i konkretny w metaforze.
Zrozumiałem, że problem nie zasadzał się na wątpliwej jakości koncepcji, lecz na tym, iż pomysł
nie był mój, lecz Macieja, co samo w sobie stanowiło zapowiedź katastrofy. Uważam, że ze swojej strony dołożyłem wszelkich starań, by rzetelnie przygotować się do rozmowy, która w mojej wyobraźni urosła do rangi wielogodzinnych negocjacji, nieodmiennie kończących się spektakularnym sukcesem, to jest zgodą na publikację. Przez pół roku obdarowywałem Macieja mniejszymi bądź większymi podarunkami, dopytywałem o samopoczucie, częstowałem herbatą, ilekroć mnie odwiedzał, proponowałem alkohol, jak również kawę i papierosy, czasami jakiś film Jarmuscha, zapraszałem do restauracji i kawiarni, śmiałem się z jego żartów, najbardziej z tych nieśmiesznych, nazywałem królem pastiszu, chwaliłem nienaganny gust, dyskutowałem na każdy zadany temat, jak ognia unikałem utarczek słownych, nawet czytałem książki, które mi pożyczał, i zawsze wyrażałem dobrą opinię na ich temat. Krótko mówiąc, zbudowałem relację opartą na zaufaniu i familiarności, choć podszytą lękiem i interesownością, które w ogólnym rozrachunku nie mogły mi zostać wybaczone.

Katastrofa nadeszła wcale nie niespodziewanie. Otóż gdy w końcu zebrałem się na odwagę i
przedstawiłem Maciejowi pierwszą wersję opowiadania, odpowiadającą mniej więcej temu, co
zaprezentowano powyżej, ten zaperzył się srogo, po czym wyzwał mnie od penisów i zagroził
pozwem cywilnym. Ja powoływałem się na wyższą konieczność i działanie w afekcie, on na
Ustawę o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz na część dotyczącą ochrony dóbr
osobistych w artykułach 23 i 24 Kodeksu cywilnego. Na nic zdały się moje tłumaczenia, iż sam
pomysł na opowiadanie nie jest chroniony, chroniona jest tylko konkretna forma literacka; Maciej
pozostawał nieugięty. W swojej małostkowości nie zgodził się na arbitraż, odrzucił też propozycję
łapówki, konsekwentnie zwrócił wszystkie droższe prezenty, każdej filiżance herbaty zaczął
przyglądać się z powątpiewaniem, choć przecież próbowałem go otruć tylko raz w życiu i w
dodatku było to bardzo dawno temu.

Jak nietrudno się domyślić, całe zajście miało dramatyczne konsekwencje dla naszej przyjaźni.
Ostatecznie nie udało się nam porozumieć w kwestii publikacji, chociaż błagałem go o ponowne
rozpatrzenie sprawy. Jako że co do zasady roszczenia majątkowe przedawniają się z upływem
sześciu lat, to pozostało mi jakieś pięć i pół roku czekania. Ruszyłem dalej, nieomal zapomniałem o
niesprawiedliwości, której doświadczyłem, rozwijam się zawodowo, realizuję w tym, co robię, w
tej chwili na przykład przygotowuję libretto do opery na kanwie „Troski ojca rodziny”, planuję
wydanie tomiku aforyzmów. A Maciej? Niestety, nie udało mu się rzucić w niepamięć naszego
zatargu, co rusz powraca do niego myślami, jakby opętany tą scysją i jej dalekosiężnymi
implikacjami. Dużo też spaceruje. Można by rzec, że para się flanerstwem. Właściwie to nie robi
nic poza włóczeniem się po ulicach Poznania i rozpamiętywaniem pewnej stołecznej instalacji, na
której nie umieszczono jego nazwiska. Ciągle chodzi wkoło tego nigdy nieopublikowanego tekstu.

Poznań, 12 kwietnia 2026





Adrian Krysiak (ur. 1987) – mieszka w Poznaniu. Lingwista, lektor języków obcych z zacięciem krytyczno-terapeutycznym, tłumacz, korektor i redaktor. Zainteresowania: hiszpańsko- i francuskojęzyczna literatura awangardowa i eksperymentalna, metafikcja, sztuka XX-wieczna, teatr absurdu, jazz, flamenco, fado, filmy Bergmana, Tarra, Miguela Gomesa. Publikował w „Helikopterze”, „Fabulariach”, „Stronie Czynnej”, „Drobiazgach”, „Tlenie Literackim”, „Wizjach”, „Trytytce”, „Gazeta Musi się Ukazać” i „Obszarach Przepisanych”. Raczej mizantrop, więc ogólnie milszy mu pantofelek.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page