Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Tom Waits – trzy piosenki
Co on tam robi do cholery? Co on tam robi do cholery? Co on tam robi do ciężkiej cholery? Od lat zbiera stare gazety i papiery Nigdy się nie odkłania na przystanku Nocą z latarką kręci się po parku Pewnie coś przed nami skrywa Podejrzany odludek i ponury dziwak Domyślam się, że to on po ciemku Zerwał dzieciom huśtawkę z gałęzi dębu Nie ma rodziny, nie chodzi do spowiedzi Ma ponoć dwadzieścia dziewięć złotych zębów Nie posiada nawet kota, ani psa Nikt nie wie, ile ma pieniędzy Nie ma dzwonka przy drzwiach Nie odwiedzają go dziwki, ani koledzy Z czego się utrzymuje do pierwszego? Ciągle wysyła DHL-em ciężkie paczki Wygląda jakby miał padaczkę Co on tam robi do cholery? Co tam majstruje w ciemnej kuchni? Zawsze zasłonięte ma firanki Jedno jest pewne Nie wyrabia koralików, ani dzbanków Co za odgłosy dobywają się przez drzwi? Jakby ktoś walił młotkiem z całych sił Sąsiad, na schodach widział amarantowe ślady, krwi? Mogę przysiąc, raz sam słyszałem dziecka krzyk Przez szparę w oknie widać zawsze włączony TVN Coś pod podłogą chrobocze dzień za dniem Ma zestaw chirurgicznych pił, wierteł i narzędzi Mój zaufany sąsiad, Pan Oczko - twierdzi, że Gdy mu naprawiał kran widział pod zlewem czaszkę i formaliny dzban Co on tam robi do cholery? Słyszałem, że jego była żona Jest cyganką z Czarnogóry - Montenegro A on, prowadzi ciemne interesy w Meksyku, w Pueblo Ale co on tam robi do ciężkiego licha? Podobno psioczy na ojca Rydzyka Facet dostaje masę listów Założę się, że gostek siedział kiedyś w kiciu Jak kot Jarockiej - ma tęczowe tatuaże Jakiś dziwny grymas na twarzy I co to za refren, który ciągle nuci? Nie zawiązuje butów Podobno widziano go na dachu zeszłej nocy Jak strzelał do chińskich balonów z procy Czy nadawał Morsem sygnał S.O.S. - pomocy? Co on tam robi do cholery? Co on tam robi, do ciężkiej cholery? My chcemy wiedzieć, kurwa! Ten palant chyba się z choinki urwał Może to ruski szpion? Albo autochton z bundeswhery? Nie odejdę! Powstrzymaj dźwięk dzwonów i porzuć gniew Uklęknij czym prędzej, byle gdzie Przywiązany do masztu, smagany wodą i wiatrem Mówię, uwierz mi, a nikt cię nie zrani Nasze obrączki zastawiłem u lichwiarza na straganie Gdzieś przy Five Points - na Manhattanie Stracę wszystko, ale bez lęku I nie puszczę z mojej dłoni twojej ręki Wiedz, Piotr się zaparł, a Judasz zdradził Odejdę, na głos Syren jak tren - Z wiatrem, w porcie żagle na maszcie i ster Ktoś nie zmruży oka stojąc na wachcie Wiem, że zostawisz mnie, i mój los, wisi na włosku Cóż, kuternodze trudno stać prosto Możesz mnie posłać do piekła, w cholerę Lecz nie puszczę z mojej dłoni twej ręki Z pętlą na szyi się huśtaj, jak w beztroskim śnie Na plecach “One-Eyed Jack’s” wyschła już krew Od Temple, do Union, do LA i do stacji Grand Wracając do siebie, w zamulony świat Czas bym odnalazł prostą drogę do domu Molly handluje biżuterią i złomem Zgubiłem ścieżkę, i respekt twoich oczu Rzuć mi parę kart do Blackjack’a na boku Pokaż co potrafisz, oko w oko, z beztroskim jeźdźcem Sprawdź mnie teraz, śmiało, gotów jestem Choć upadnę, stracę twoją łaskę i wdzięczność To nigdy nie puszczę z mojej dłoni twojej ręki Nigdy nie puszczę twojej ręki. Lucyna Nazywają mnie Rysiu stręczyciel Sprzedawałem fajerwerki i broń Dziś opowiadam swe historie przechodniom Jesień pewnie przyniesie mój zgon Jej włosy były czarne jak smoła Jej skóra biała jak rybia ość Dla Lucyny, ja porzuciłem Texas Dziś wiem, że straciłem niebiosa i dom Przy księżyca kwarcie miałem życzenie Uśmiechnięty niepewnie w swym pokoiku Jak chłopczyna co złapał świetlika marzenie I na śmierć o nim zapomniał w słoiku Kiedy na galerach już wierzgam nogami Kiedy ponad tłumem huśta mnie wiatr Wypatruje w tłumie tylko twarzy Lucyny Ona pójdzie ze mną na tamten świat Gdy już miałem dosyć Lucyny Wrócił deszcz i powrócił też wiatr Ja na Boga zrzuciłem ten ciężar Jako wolny człek porzucam ten świat. tłumaczenie/pastisz, Jerzy Bartonezz Tom Waits (ur. 1949) - amerykański kompozytor, autor tekstów, muzyk i aktor. Jego chrapliwy, niski głos, kojarzony jest z atmosferą klubów nocnych, w których występował pod koniec lat 60. Znaczna część tekstów Waitsa inspirowana jest literackimi dokonaniami poetów i pisarzy z kręgu beatników, zwłaszcza Jacka Kerouaca oraz Charlesa Bukowskiego. Jako aktor współpracował z takimi reżyserami jak Francis Ford Coppola, Jim Jarmusch, Robert Altman. Jest członkiem stowarzyszenia znanego jako Sons of Lee Marvin założonego przez Jima Jarmuscha. Nigdy nie podpisał kontraktu z dużą wytwórnią, ani nie wystąpił w reklamie. Twierdzi, że urodził się w taksówce.
- Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (2)
3 marca. Dzień 7. Przesilenie Nigdy nie byłem w wojsku, w czołgu siedziałem raz i to było na pikniku militarnym. Kilka razy strzelałem, podobno nieźle, ale jak na 47 lat życia, co to jest? Nic. Ale mam przeczucie, że w bitwie nadchodzi przesilenie. Małgo zapytała co mam na myśli. Nie mam na myśli. Czuję to. Wyczytuję z masy komunikatów, mgły, spraw pojedynczych, twarzy znajomych i pozornie bezosobowego języka strzałek, linii na mapach. Miałem pisać o czym innym, nawet porobiłem sobie notatki, ale kiedy usiadłem do komputera poczułem, że nie ma szans. Żadne notatki. Trzeba dać ujście temu co mówi przeczucie. I ze wszystkich opisów bitew, walk, kampanii jakie wchłonąłem od szczeniaka jawi to się zazwyczaj tak, że ktoś zaczyna, wykonuje pierwszy ruch. Jest ostrożny, najpierw rozpoznaje, albo próbuje opanować najpierw powietrze, albo wysadza desant, albo rzuca się od razu na wszystkie fronty na raz, próbuje sprawić wrażenie, że jest wszędzie, że uderza ze wszystkich stron i nie ma żadnej linii frontu, żadnego oparcia. Tak było chyba tym razem. Potem napór tężeje, pojawiają się pierwsze zarysy pęknięć w obronie, wyłomy. Narasta mgła. Obie strony wykonują ruchy, posyłają nowe figury na pole, tracą je, odkuwają się, to jakiś czas trwa, aż zbliżają się do momentu pozornej równowagi. Mgła gęstnieje, jednostki często mieszają się w tej mgle, rzeczywiście kompletnie rwie się łączność i świadomość. Z tej miazgi coś się wyłania, coś się przechyla w którąś stronę. A to nie jest taka prosta bitwa, płaska, do pokazania na mapie. Bo przecież banici z Anonymusa to jest jak dodatkowa dywizja w polu. Wiedzieliście, że dzięki akcji hakerskiej Rosja podobno nie kontroluje swoich satelitów rozpoznania? Brzmi możliwie. Najbardziej jednak niesamowite jest to, że nie widać za wielu zdjęć gdzie pojawia się regularna armia ukraińska. Niewiele widać jak wojuje. Widać skutki. To nie jest tak, że jej nie ma. Taka to polityka informacyjna Ukraińców. Zresztą ich wojenny PR to majstersztyk. Im się ufa, tak jakby mówili prawdę, mimo, że dezinformację stosują obie strony. Ale Ukraińcy robią to z wdziękiem i wyrafinowaniem. Akcja - odbierzcie od nas ciała najeźdzców, bo nikt ich nie zbiera - mistrzostwo. Bo co to za armia, która nie zbiera swoich poległych? Który wojskowy na świecie to przyjmie ze zrozumieniem? Nie ma mowy. Automatycznie buduje się obraz bandy godnej pogardy - nawet poległych nie chce im się zbierać. Albo to, że wydamy wam jeńców, ale jak przyjadą po nich matki i żony. Czujecie to? I zwróciliście na to uwagę? Nie widać ukraińskich strat (a na pewno są), a w każdym razie widać je dużo mniej niż rosyjskie. Nie widać rozprutych ukraińskich czołgów, transporterów, artylerii, zestawów przeciwlotniczych. A przecież na pewno są. Nie wiadomo jak oni robią z rosyjskich kolumn takie coś jak to pobojowisko w miejscowości Bucza na zachód od Kijowa. Skąd biorą siły, żeby w siódmym dniu walki dawida z goliatem nie oddać panowania w powietrzu? I od dzisiaj popołudnia słychać o kontratakach, kiedy wydawałoby się, że owszem Ukraińcy uporczywie się bronią, ale jednak rosyjski walec ich spycha raz za razem, kiedy wydaje się, że przy wtórze płonących transporterów ten walec porusza się tylko w jednym kierunku. Otóż nie. Tokmak, Gorłowka i znowu próba uderzenia na Konotop. Na zachód od Kijowa też coś się dzieje, o czym dowiemy się za jakiś czas. To tam gdzie pełzł ten korek długości 70 kilometrów. Były obrazki z Charkowa, dzisiaj z Mariupola. Efekt znany. Złomowisko i trupiarnia. Skąd Ukraińcy i Ukrainki mają na to siły? Tam gdzie okupant wszedł - widać wiece, demonstracje, tłumy lżące okupantów i wyzywające, zatrzymujące gołymi rękami transportery opancerzone. Nie boją się. Są jak żołnierze z wyspy węży, którzy jak się okazuje przeżyli swoje "le mot de Cambronne". Idi nachuj. I to nie jest polska histeria, desperacja. To jest takie gęste "idi na chuj", wycedzone przez zęby, tuż przed splunięciem, po zmianie magazynka. Dużo jest w tej wojnie obrony terytorialnej, uzbrojonych cywilów i zwykłych bohaterów chwili jak ten ktoś kto z przejeżdżającego samochodu wyrzuca butelkę z benzyną i trafia w transporter opancerzony. Nie wiem kto likwiduje te wszystkie próby desantów, dywersji, sabotażu na zapleczu, ale wygląda na to, że środowisko w jakim wysłannicy kremla próbują siać terror na zapleczu, zamieszanie, panikę jest tak gęste, że nie mają jak się obrócić, bo dupa zawsze jest z tyłu. No, ale jak w Kijowie wydano 30 tysięcy sztuk broni ochotnikom, to powodzenia w zdobywaniu Kijowa. Może to zręczna propaganda, ale powiedzcie mi ilu z was wróciłoby zza granicy do swojego kraju, dlatego że tam jest wojna i trzeba by go bronić. A ostrożne szacunki mówią, że w ciągu tygodnia wróciło 80 tysięcy Ukraińców. No nie wąchać kwiatki. Ten opór demoralizuje przeciwnika, bo rosyjskie wojsko z poboru chce przede wszystkim przeżyć i ni chuja nie rozumie, po co jedzie, za co ma umierać. Ten opór odciąga siły główne przeciwnika od istotnych kierunków operacyjnych, dezorganizuje pracę tyłów, rozrywa i tak słabą jak się wydaje spoistość rosyjskich jednostek. Ta gęstość oporu utrudnia działanie dywersji. Jakoś dziwnie co się pojawi grupa dywersyjna - to niknie. A to wszystko obciąża regularne wojsko wroga i odciąża własną armię. Pisałem dwa czy trzy dni temu, że wiele wskazuje na to, że idą w ruch dowody rosyjskie. Myślałem że trzeba będzie za cenę krwi i terenu, kupić czas. A okazało się, że Charków, Sumy, Mariupol, Kijów, Czernihów ciągle się bronią. Zachodnie wywiady mówią, że Rosja rzuciła do walki już 80% zgromadzonych sił. To znaczy, że za dzień dwa nie będzie miała odwodów. A czy odwody będą mieli Ukraińcy? Nic o tym nie wiem, bo nikt nie wie gdzie jest regularne wojsko ukraińskie. Co najlepsze wygląda na to, że rosyjskie sztaby też nie. Przywieźli Janukowycza do Mińska, niby że taki plan, żeby go osadzić na stolcu w Kijowie. Kolejny dowód jak tęgie dawki musiały być w użyciu, kiedy ktoś obmyślał ten plan. Przecież Ukraińcy gołymi rękami go utłuką. Albo i nie, bo nikt go nigdzie nie zainstaluje. Ale w sumie wydaje mi się ta anegdota niewarta uwagi. Godni uwagi są Ukraińcy i Ukrainki. Tymczasem idzie przesilenie w bitwie. Będzie mgła, kurzawa i coś się z tego wyłoni. Nie pytajcie mnie skąd to przeczucie. Może mnie zwodzi, bo za długo o tym myślę. Czuję. 4 marca. Dzień 8. Tak, przesila się i to jest cud Przesila się. Nie to, że będzie wiadomo kto wygrał, ale coś się wykrawa. Oddają południe, walczą za to koło Kijowa, już wydawało się, że cęgi się zaciskają, ale Ukraińcy odparli jeszcze raz atak i poszli do kontrataku po skrzydłach. Łączność, rozpoznanie i świadomość sytuacyjna to coś, czego nie znajdziecie na infografikach porównujących liczby śmigłowców, czołgów, dział. To unerwienie, jak pisał Wańkowicz o szykującym się do walki o Monte Cassino 2 Korpusie Polskim. Unerwienie armii. Jeden ze spokojniejszych, bardziej rzeczowych analityków tej wojny na koniec dzisiejszego materiału użył słowa "cud". Chyba już miał kończyć nagranie, a zawsze kończy zdaniem „to tyle na dzisiaj, trzymajcie się”, tak jakby nam tutaj coś groziło. I dzisiaj już powiedział to sakramentalne „trzymajcie się”, ale zaraz potem dodał, że niech się też trzymają Ukraińcy, bo to co oni robią, to jest cud. Podziw i szacunek dla tej woli i umiejętności stawiania oporu dawno wymknął się słowom. Słuchałem tego podsumowania kolegi analityka w Opolu, między jedną a drugą rozmową. Dzień w drodze. Dzień, którego sensem jest założenie, że za pół rok, za rok ten świat w jakiejś formie będzie trwał, a to przecież nic pewnego. Z czasów zakupów termowizji na granicę została mi latarka taktyczna, fajna, normalnie kosztująca kilka stów, latarka, którą jak włączyłem pierwszy raz u siebie na skraju pola to aż jęknąłem z zachwytu, tak dawała. Pierwsza latarka, której posiadanie sprawiało mi autentyczną przyjemność. Inna sprawa że nic z tego posiadania nie wynikało. Dzisiaj oddałem latarkę. Pomyślałem wtedy, że dawanie jest wtedy, kiedy czujesz, że dajesz. Wtedy ma wartość jako gest. Jeżeli nic nie kosztuje, to i nic nie jest warte. Z latarką nie wiązała się żadna historia. Teraz będzie się wiązała. Ktoś jej użyje. Może kiedyś się dowiem, gdzie była, co robiła. Koło pierwszej jedliśmy po naleśniku z Arkiem w Grabówce. Mówię, no teraz ty i twoi myśliwi, jako grupa niespecjalnie lubiana możecie się nagle znaleźć na propsie. Macie broń, umiecie jej użyć. - No i nie strzelamy do tarczy, tylko musimy się trochę nałazić w terenie, orientować się w nim, oddać w ruchu strzał do ruchomego celu, a nie do tarczy, w przygodnych warunkach i okolicznościach. Trudno było zaprzeczyć. Ostatecznie Finom w 1939 szło tak jak szło bo tam wielu mężczyzn było myśliwymi. Całe życie nie strzelali do tarcz tylko do celów ruchomych, które nie chciały dać się trafić. - Ważne jest, żebyś sobie poćwiczył - mówił Arek - żebyś wiedział co ci strzał robi z ciałem, żebyś nie odwracał wzroku od lufy, nie zamykał oczu, regulował oddech. Pomyślałem, no tak, wspominając słowa Małgo o rosnących kolejkach przed biurami paszportowymi. Rekordziści ustawiali się o czwartej rano, żeby aby na pewno sobie odnowić paszport. Jeszcze się u nas nic nie dzieje, a już się szykują. To nie był jeden przypadkowy dzień. To trwała tendencja. Niespotykana w marcu na paszportach w zasadzie nigdy. Wiem bo pracowałem na paszportach kilka lat. A tam kolejki po broń. Na kilka dni. Na koniec mówię, popatrz Aro jakie to tęgie dawki ktoś musiał wziąć, że wymyślił, że z Rosji przywiezie się do Ukrainy Janukowycza i osadzi na prezydenckim stolcu, co oni tam brali, jak Boga kocham. A kumpel się śmieje i mówi: - No, jakby się poszedł tam w Ukrainie pierwszy raz odlać to by go spłuczka udusiła. I śmiejemy się, chociaż nie jest nam do śmiechu. Chwilowy ban na fejsie - zapowiedziany niby na 7 dni, odwołałem się, we're sorry, wszystko wróciło. Wsparcie na termowizor dla taty Svitlany 69%, idzie, ale mogłoby szybciej. Nigdzie nie pojechałem na granicę. Mówili, żeby nie robić chaosu, jak się nie ma po kogo jechać konkretnie i dokąd konkretnie zawieźć. No to siedzę na tym zapleczu, przerzucam papierki, przeglądam linki, czytam, piszę, lepię kontakty. Bo często pomoc to skojarzenie osoby z osobą. Takie klejenie faktów. Ktoś napisał, że ma pomysł wykonawczy na zapory drogowe, jak zrobić, gdzie zrobić tylko trzeba by opracować plan finansowania i przerzutu. Tak jak bym miał jakikolwiek pomysł i możliwości. Piszę dużo, ale nic z tego nie wynika więcej. Nawet literatura. Najwyżej małe „my", mała solidarność. Tylko Ukraina wielka. 5 marca. Dzień 9. Wytrwałość wojowników Nie tylko dzielność, odwaga, szósty zmysł, gniew i kontrola nad gniewem, spryt ale też wytrwałość. Nie upada na duchu przy niepowodzeniach, odgania znużenie walką. Nie, nie mówię tylko o tych, którzy noszą broń, tam. Mówię o nas wszystkich, o Tobie i o mnie. Tak, czuję zmęczenie, jestem głodny dobrych wiadomości, a tutaj obrazy zaczynają się powtarzać, pojawia się monotonia. Setny obrazek z kamery drona, znowu ludzie gołymi rękami zatrzymujący transportery, znowu cos się pali, ojciec opłakuje syna. Brakuje zwyczajnie wesołości na wieść o kolejnych zabójczych żartach hakerów. Listy poległych rosną. Wieści są sprzeczne. Mariupol się broni, ale Mariupol okrążony, Chersoń zajęty, może, ale nie do końca, Mikołajów padł, nie Mikołajów się obronił. Charków, Czernihów w okrążeniu. Co z Sumami? A co z tymi zagonami na Konotop. I czyje to zagony? Co z tym korkiem siedemdziesiąt kilometrów na północ od Kijowa? W tej wojnie zarazem są jakieś linie na mapach, ale nie ma frontów. Gdzieś Rosjanie przejechali, ale to nie znaczy że jak przejechali czołgami, to opanowali miejscowość. Role lubią się zmieniać. Co z tego, że są w jakiejś miejscowości, kiedy nie mają co jeść, nie mają amunicji, paliwa i nikt ich nie luzuje? A jak taki garnizon ostrzela raz, drugi jakiś oddział ukraiński przychodzący z pól, stepów i tam się rozpłynie to będzie już oblężenie czy tylko incydent? Mówiłem przesilenie? Tak. Przesilenie, ale nie przełom. Zużycie impetu. Rosjanie odepchnięci od Kijowa, chociaż trzeciego dnia były już trwożne komunikaty że Rosjanie w Kijowie. Ciągle trzymają się duże miasta. Białoruski baćka nie ruszył wojska na Łuck, wzdłuż granicy z Polską. Dlatego mogą tędy Ukraińcy wyprowadzać kobiety i dzieci. I tędy wiedzie główny korytarz tranzytowy broni, zaopatrzenia, od kolczatek (opowiem wam o nich jutro, bo piękna to historia), po Javeliny, Pioruny, Stingery. Baćka kluczy i nie chce wysyłać swoich na śmierć, nie dlatego, że tak ich kocha, ale że wie, że jego własny naród go nienawidzi to raz, a dwa – że istnieje szansa, że udział Białorusinów w wojnie zakończy się tak jak udział najemników irlandzkich w bitwie pod Stirling w czasie wojen szkockich, że będą nacierali tak długo, aż nie spotkają swoich braci z Ukrainy a wtedy uścisną sobie ręce i zawrócą na północ. A ten ruch, z Białorusi na południe w zasadzie narzuca się od pierwszych godzin, a jednak putlerowcy go nie wykonują. Przez pierwsze dwa dni byłem przekonany, że to kwestia chwili, kiedy i tamtędy runie natarcie. Ktoś nawet widział desant spadochronowy na szosie na południe od Łucka. I myślałem z lękiem, że nie wiadomo co tam ma Ukraina na granicy z Białorusią. Może być tak jak w Polsce 17 września 1939 roku – że nie ma nic. Zostało putlerowcom tępe napierdalanie w to, co mają pod ręką i co się im nie odgryzie. To jest ten moment. Bandyta nie jest w stanie wyraźnie pokonać ciebie w walce więc porywa i gwałci kogoś z rodziny. Zadaje cierpienie komuś, kto nie jest w stanie odpowiedzieć ciosem na cios. Tym się różni wojownik od bandyty. Wojownik stając do walki jest gotowy zadawać ciosy, ale jest też gotowy na to, że przeciwnik też może je zadać. Bandyci stają do walki, ale wybierają tych, którzy nie są w stanie odpowiedzieć ciosem na cios. Z gruntu szukają sytuacji nierównej i nieczystej. I to właśnie się dzieje. I jest to pośrednie przyznanie się napastników, że tracą siły oraz inicjatywę. To dzisiaj, pewnie nie przypadkiem, rosyjscy politycy w ramach odwetu na Polsce za zdecydowaną postawę wobec Ukrainy, Ukrainek i Ukraińców - postanowili zdemontować upamiętnienie wymordowanych przez NKWD polskich oficerów w Katyniu. Tak to jest. Zmarli nic im nie zrobią. I owszem kultura rosyjska dała światu i mnie dzieła literatury, muzyki, malarstwa. Ulegam im od dawna i będę ulegał, nie ma na to siły bo tak działa sztuka. I owszem tysiące dzielnych Rosjan i Rosjanek siedzi w więzieniach za sprzeciw wobec putlera. I kiedy słucham ponownie wystąpienia Aleksieja Nawalnego w sądzie, dzień po napaści na Ukrainę to czuję podziw dla odwagi tego człowieka. Ale jednak myślę o tych, których nie widać i nie słychać. O tych, co głosowali przez 22 lata na putlera bo dodatkowa emerytura bo on złodziejów i kurwy pogoni, bo przywróci dumę, bo sprawi, że Rosja i Rosjanie powstaną z kolan. O, nawet jakoś znajomo zabrzmiało. Pilot Szczupły, w okularach, żwawy w ruchach. Zawsze lubiliśmy sobie pogadać. Zaczęło się od psa. I od żony. Coś zagadał, że no panowie za ladą, wszyscy poważni, żonaci, obrączki błyszczą, my że tak, a Pan? A on, że nie, fakt, szybko się ożenił, ale szybko zrozumiał, że jednak życie w stadzie rodzinnym to nie dla niego, nie ma sensu udawać i się krzywdzić latami. A potem, że psa za to ma. My w śmiech, że ładne zestawienie, pies, żona. A on do nas, że owszem, że pies poratował zdrowie, nie wiedział nawet, że ma stan przedzawałowy, ale wyszedł z niego, bo z psem musiał chodzić, a ruch z psem umiarkowany acz stały - pomógł serce odbudować. Także zawsze mówi - żona i pies to sprawa sercowa. No i potem od psa, wyszło, że pies jakoś go znosił, że życie pilota jest trudne i słowo do słowa, doszliśmy do tego, że Pilot od Psa latał wiele lat na MiG-ach 29 w Mińsku. I jak zaczynał mówić o swoim MIG-u to zawsze ta żołnierska czułość, która kiedyś łączyła ułana i konia, albo strzelca i jego karabin, albo rycerza i jego miecz. Wojownik i jego broń to jedność. Kupował niewiele, ale mówił ciekawie, więc zawsze warto było zatrzymać, zagadać, a mówił tylko wtedy, kiedy widział, że jest zainteresowanie. "Nie pytany, nie mówię - to jest jazda szczera". Taki gość. Takich się lubi. No i dzisiaj przyszedł, dwie złączki, klucz, parę metrów przewodu ale wiadomo było, że zagadamy. To wisiało gdy dobieraliśmy przewód i pytam go wreszcie przy płaceniu: - No to jak, jest ten Ghost of Kiyev czy nie? - No przecież wie Pan że nie ma - śmieje się spod maski covidowej Pilot a oczy mu błyszczą i wie, że ja wiem, że on wie, że ja wiem, tylko tak zagajam. - Legenda? - No pewnie że legenda, ale piękna. - Trochę szkoda - mówię, ale nie jest mi szkoda, bo przecież domyślałem się. - Ale coś Panu powiem, jak Pan chce... - Zawsze! - Wie Pan dwa razy byłem w Ukrainie, na Hostomelu pół roku bazowałem. - Jak to? Na tym Hostomelu? - No, na tym samym, wymiana pilotów, szkolenia sojusznicze... - Acha. - I powiem Panu nie ma lepszych pilotów nad Ukraińców na MIG-ach 29, nie ma. To, co oni robili to były cuda. I to nie, że akrobacje. Oni po prostu są naj-le-psi! - A nasi? A Pana koledzy? Prychnął aż mu się maseczka lekko uniosła. - Pfff, my byśmy chcieli! Dlatego tam się szkoliliśmy. I najlepsze było to, że jednym z ćwiczeń, to tuż przed moim odejściem ze służby, był lot na niskim pułapie w stronę Sewastopola, tam ruscy zawsze byli. Więc siedział za mną instruktor, ja na pierwszym siedzeniu, lecimy, silnik kopci za nami elegancko, on ma kopcić, to taka konstrukcja jest i wie Pan, zamiatamy fale i nagle mówię, Fiedia, omiatają nas radarem, bo są urządzenia ostrzegawcze, to pan wie, no, a on mówi, no to spierdalaj, unik! unik! - Strzelali? - Ostrzegawczo, nie jakoś żeby się przykładali bardzo, bardziej na pokaz, ale robisz unik, dajesz flary - a górą widzisz dwa ślady po rakietach, jakby nie unik, to by nas raczej trafili. I wie Pan ja cały posrany w tym kombinezonie, a ten mój instruktor się śmieje i mówi, no a jakbyś chciał nauczyć się dobrych uników? Tutaj się ucz! Także w pół roku zaliczyłem dwadzieścia dwa strzały ostrzegawcze, wie Pan. - Paragon czy karta? - Kartą... - Czyli ducha nie ma? - Jak nie ma, oni go mają, niech się Pan nie martwi, nie w pojedynkę, ale łupią ich na pewno. Nie wiemy i długo się nie dowiemy ilu naprawdę, ale łupią. - No i dobrze. - Pewnie, że dobrze. Pilot wychodzi, gaszę światła, na dworze ciemno, a u mnie jakby nieco jaśniej. Liczę gotówkę w kasie i nawet nie jestem taki wściekły na siebie, że kolejny dzień życia spędziłem w hurtowni niskoprądowej na wrocławskim Nadodrzu. Powiedziałbym nawet - wesół czegoś znajduję sam siebie. Warto było gnić tu dziewięć lat dla tej jednej chwili. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – animator, promotor literatury, piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (2)
Witkacy napisał do mnie list (mikro-audiodrama) A w tym liście - wyczuwam strych, zapach myszy i delikatny powiew papierosowego dymu. Albo płonącego świata. Nie jestem pewna. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że mam w ręku albo bardzo starą rzecz, albo artefakt z innej linii czasowej, lub prześwietną imaginację. Muszę przyznać: wyjątkowo skuteczną. Czytam, a robię to uważnie, z należnym szacunkiem. Witkacy - wciąż “przemawia” do wielu Polaków, nie ma ciała - ale ma przekaz. Oręż, co się nie kruszy tak łatwo! A ów przekaz może (no przecież może!) niekiedy się zmaterializować. Zapis takiej materializacji - w dźwięku. PS. Fascynuje mnie to, w jaki sposób Witkacy tworzył antyutopie, pokazując świat narzucanej szczęśliwości, oraz „znormalizowanych umysłów". I to była epoka, w której niewielu pojmowało pełne znaczenie „totalitaryzmu" jako pojęcia. Zachwyca mnie to, że drążył nowe ścieżki w metafizyce, i w niej właśnie widział fundament niepowtarzalności człowieka. Był radykalny… jak wspaniale radykalny! Czasy wymagały radykalnych deklaracji i czuję, że w ten historyczny moment, w którym żyję “ma podobnie”. Witkacy kreował siebie – i była to zupełnie podstawowa realizacja jego artystycznego programu. Tęsknię do takich osobowości. Nie wiem, czy chciałabym z takimi personami toczyć ożywione dyskusje non stop, ale - poczuć obecność, odwagę, poznać zdanie o tym co "tu i teraz” - o, tak, to mogłoby dosmaczyć nasz świat, by był bardziej strawny. milkamalzahn.pl Miłka O. Malzahn – zawodowo zajmuje się szeroko pojętą filozofią, oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty, nieustannie łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy offowy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, pisarzami, podróżnikami, a najbardziej regularnie – prowadzi muzyczne programy w Polskim Radiu Białystok.
- Kinga Młynarska – Za siebie (recenzja)
W najnowszym tomie Arkadiusz Aulich prezentuje swoją najbardziej dojrzałą poetycką odsłonę. Kilka tekstów, które uważny czytelnik książek autora odmiennych stanów świadomości może znać, dostało drugie życie. Za siebie charakteryzuje przede wszystkim gra kontrastów. Znakomita, minimalistyczna, okładka, idealnie odzwierciedla esencję wierszy. Nieustannie ścierają się w lirycznej przestrzeni Aulicha biel i czerń, światło i ciemność, ja i oni, przeszłość i przyszłość. Stałym elementem w jego twórczości są teksty metapoetyckie. Autor wiele miejsca poświęca pisaniu, czytaniu, inspiracjom. Podmiot to zapewne jego alter ego, może tylko nieco podrasowany – autor dodał mu kolejne warstwy, wynikające z obserwacji świata i z życiorysów swoich literackich mistrzów. Poeta nie ukrywa bowiem fascynacji kaskaderami, co zresztą doskonale widać w wierszach. Lubię u Arka Aulicha tę przestrzeń myśli, najbardziej intymnych wyznań podmiotu – on nie definiuje swoich uczuć. Ufa czytelnikowi, wierzy w naszą wrażliwość i literacką kompetencję. Podsuwa nam pewne wyznania, czasem obrazy, jakieś scenki. Właśnie w nich kryją się te kluczowe emocje. Pomagają w tym nieoczywiste metafory, interesujące porównania. Aulich nie pisze też wprost – pozwala czytelnikowi na własne interpretacje, na żonglowanie wyobrażeniami, zabawę w dopasowania, układanie swego rodzaju lirycznej mozaiki. Tej frajdy literackiej – ze strony czytelnika i autora – jest tu sporo. Nieodparta chęć tworzenia Sęk w tym że wyciosałem z kłody drewna kręgowca nieznanej płci Frankenstein by się uśmiał Rozległ się donośny głos z pobliskiego trzepaka Aulich lubi sobie pożartować, ale nigdy nie robi tego wyłącznie dla humoru samego w sobie. Bo nawet i za ironią, za dowcipem, kryją się warstwy nieco poważniejsze, czasem dość bolesne w swoim głębokim sensie. Sporo tu miotania się podmiotu między swoim literackim powołaniem a trudnościami pisarskimi. Mężczyzna czuje potrzebę wyrażania pewnych spraw poprzez formę literacką, ale ma też świadomość, że bywa nierozumiany, że świat coraz mniej potrzebuje poezji. Zmaga się też często z niemocą twórczą. Moim zdaniem największe napięcie wytwarza się na linii sztuka – odbiorca. Podmiot Aulicha ubolewa nam płytką egzystencją współczesnych. Mało kto szuka emocji, pocieszenia, buntu, odpowiedzi itp. w tekstach kultury. Z pokolenia na pokolenie ubywa ambicji. Satysfakcjonują nas namiastki. Tylko Zdarzają mi się ale czasami bóle Romantyczne. Można nawet iść o krok dalej i dopatrzyć się u podmiotu swoistego bólu egzystencjalnego i niemożności poradzenia sobie z życiem, jakie jest mu dane. Mężczyzna z tego tomu czuje, widzi i myśli inaczej. Trudno mu zaakceptować wiele spraw, nie ma w nim zgody na to, co kłóci się z jego zasadami. Właśnie w ten sposób Aulich akcentuje ważne tematy – albo poprzez liryczną polemikę, udręki swojego podmiotu czy delikatne żarty. Mówienie wprost nie ma najmniejszego sensu. Nad tym się już nikt nie pochyla. A więc trzeba było znaleźć nowy sposób komunikacji. Tylko czy poezja trafi do właściwego adresata? Czy raczej dotrze do tego, który z podmiotem już idzie ramię w ramię? Przemierzając tę poezję, wielokrotnie będziemy spoglądać „za siebie”. To tytuł wieloznaczny, a jedną z interpretacji może być potrzeba zaglądania w przeszłość. Nie tylko w wymiarze intymnym, ale i ogólnym – sięganie do historii, do tego, co już było, by w dawnym znaleźć odpowiedzi, a może wskazówki, na temat przyszłego. Gdy podmiot-artysta, podmiot-poeta spogląda „za siebie” widzi też, jaką drogę już przeszedł, ale przede wszystkim – co zostało już stworzone. Arek Aulich chętnie odwołuje się do rozmaitych dzieł. Literatura, malarstwo, muzyka, elementy życia codziennego i dorobku kultury są tu stale obecne. Autor podrzuca je jakby mimochodem, pozostawiając z lirycznym komentarzem czy poetycką zagadką. Za siebie to ciekawa propozycja literacka Arkadiusza Aulicha. Ogrom pracy i rozwój pisarski, interesujące spojrzenie na pewne kwestie, nieco podszczypywania i prowokacji, a także trochę poetyckiej zabawy – to składa się na kolejną świetną książkę autora. Kinga Młynarska – blogerka, eseistka, recenzentka. Była redaktor działu poezji w kulturowo-literackim portalu internetowym “Szuflada”. Mama dwójki urwisów na pełen etat, absolwentka filologii polskiej, miłośniczka szeroko pojętej kultury i sztuki. Stawia na rozwój. Zwykle uśmiechnięta. Uczy się życia.
- Arkadiusz Aulich - wiersze
Osobliwy I Wreszcie dostąpiłem zaszczytu katharsis Arystoteles opisał go w periodykach rozweselającym atramentem Wybucham kpiącą czkawką tracąc pamięć (absolutną?) aż po noc nieprzespaną i dzień wymazany z życiorysu II Wreszcie dostąpiłem zaszczytu bycia poetą przeklętym Wojaczek opisał to w periodykach atramentem rozweselającym Wybuchając kpiącą czkawką tracę pamięć (absolutną?) aż po noc nieprzespaną i dzień z życiorysu wymazany III Wreszcie dostąpiłem zaszczytu apostazji Proboszcz opisał mnie w periodykach atramentem rozweselającym Wybucham kpiącą czkawką tracę pamięć (absolutną?) w nieprzespaną noc aż po dzień wymazany z życiorysu Profanum Zakonnica w negliżu modliła się do Boga pogrzebanego w krypcie Okiem drapieżcy spoglądałem na jej nieskazitelne ciało Krwiste usta szeptały „Ojcze nasz...” w otchłań nieskończoności Ukryty przed wzrokiem naiwnie wypowiadanych słów tworzyłem własną religię ze szczątków upadłego Boga Anonimowy akrobata Mit słonecznego chłopca towarzyszy mi niezmiennie od zawsze W stanie bezwzględnej sprzeczności z światłości w ciemność splunąłem na szczęście Za siebie biorę pełną odpowiedzialność bez ukrytych kosztów Martwa perspektywa Zostałem rzucony na szafot literackiej perspektywy bez tożsamości opisu wszelkich stosunków interpersonalnych Statystycznie zalegałem tak z pół wieku aż cisną się na usta z wyraźnym osłupieniem słowa Myśli Wielka Biała Polska Zmierzch nastał błyskawicznie W takim razie może by tak złapać oddech? Choć prawdę mówiąc mógłbym ten wóz ciągnąć bez końca Ale koni żal a trzoda chlewna (której u nas pod dostatkiem) strasznie leniwa Arkadiusz Aulich (ur. 1979) - poeta, dramatopisarz, malarz abstrakcjonista. Outsider. Samouk. Wyznaje swobodę artystyczną i życiową. Wydał cztery tomy wierszy: Dom czystych myśli (2018), Odmienne stany świadomości (2019). Skądinąd (2021), Za siebie (2023). Publikował w antologiach oraz czasopismach literackich. Jest zafascynowany kaskaderami literatury, poetami przeklętymi, literaturą beat generation, postmodernizmem w literaturze, a także malarstwem (abstrakcjonizm, surrealizm, ekspresjonizm), rockową muzyką klasyczną i kontrkulturą lat 60. fot. BM Studio
- Rafał Różewicz – O czym śpiewają manaty? (recenzja)
O czym jest druga książka poetycka Tomasza Smogóra pt. Dziwniej nie będzie, zwycięzcy konkursu wydawnictwa Kwadratura na tom poetycki? Tego niestety nie dowiemy się z okładkowego blurba, pod którym podpisali się jurorzy konkursu: Joanna Chachuła, Przemysław Dakowicz i Krzysztof Kleszcz. Piszą co prawda o niepokoju, sugestywności, jazzie i niemym manacie (!), ale wspomniany blurb czyta się raczej tak, jakby sami wobec tych wierszy pozostawali bezradni. Nasuwa się pytanie: dlaczego postanowili nagrodzić ten właśnie projekt? Co ich przekonało do świata Smogóra? Zwięzłość? Konsekwencja w stosowaniu skrótów myślowych? Pozorna niedostępność treści i obrazów, które sprawiają, że tę książkę można czytać zarówno bardzo szybko, jak i bardzo wolno? Z pewnością to „coś” zaważyło na decyzji jurorów. Coś, co pozwoliło wyróżnić te wiersze spośród wielu innych nadesłanych. Jednak czym jest to „coś” i dlaczego akurat te utwory - o tym członkowie kapituły niestety już nie napisali. Dlatego od samego początku czytelnik ma do czynienia z jakimś rodzajem tajemnicy i w znalezieniu odpowiedniego klucza do tego tomu jest zdany wyłącznie na siebie. Długo musieliśmy czekać na drugą książkę Smogóra, który debiutował tomem Ujścia w 2014 roku. Wtedy również wydanie książki wiązało się ze zwycięstwem w konkursie, tyle że tamtejszy konkurs organizowała Fundacja Duży Format. Ówczesna edycja miała zresztą dwóch laureatów, drugim został Radosław Sobotka. Co znamienne: po opublikowaniu swoich książek, zarówno Smogór, jak i Sobotka dość szybko zniknęli. Choć trzeba uczciwie odnotować, że nazwisko Smogóra, rzadko, bo rzadko, ale jednak nadal przewijało się w światku poetyckim. A to wśród laureatów jakiegoś kolejnego konkursu, a to kilka jego wierszy można było przeczytać w jakimś czasopiśmie. Sporadycznie, ale autor wciąż, w przeciwieństwie do Sobotki, „bywał” i tylko kwestią czasu pozostawało, aż wróci na dobre z kolejną propozycją książkową. I tak też się stało. Po dziewięciu latach otrzymaliśmy tom wierszy, którego już sam tytuł sugeruje zajęcie przez autora dość jednoznacznej pozycji względem świata przedstawionego. Czy Dziwniej nie będzie możemy uznać za deklarację, próbę powiedzenia czegoś o kondycji współczesnej poezji, rodzaj autorskiej manifestacji? Przypomina się tytuł najnowszej książki Katarzyny Fetlińskiej nie ma nic o piłce nożnej (Fundacja Duży Format, 2022), który już sam w sobie jest ironicznym komentarzem odnośnie do pozycji kobiet w literaturze i postrzegania przez ogół czytelników treści przez nie poruszanych, więcej: tematów rzekomo zarezerwowanych tylko dla nich. Dość prowokacyjny tytuł Smogóra uznaję więc za celowy. Świat stał się już na tyle dziwny i absurdalny, że jako społeczeństwo doszliśmy do przysłowiowej ściany. Za którą nie ma już Nic: żadnej hierarchii, myśli, możliwości oceny. Jest to Nic znoszące wszystkie sądy. Nic Różewiczowskie? W tym sensie doszliśmy już do granic absurdu. W zawiłych wierszach kłodzkiego poety gdzieniegdzie przebija się jednak klarowny głos Tadeusza Różewicza, który już w latach 60., między innymi w znakomitym utworze „Spadanie”, dał wyraz swojego negatywnego stosunku do kondycji ludzkiej, popkultury i kultury Zachodu; pisał wprost, że człowiek zaczął spadać we wszystkich kierunkach. Tym bardziej ten absurd wynikający z chaosu współczesności i niemożliwości uzyskania stabilności światopoglądowej należy teraz opisać, żeby go poznać, uwypuklić, przeciwstawić rzekomej normalności. Tylko co to jest normalność, jak odróżnić ją od absurdu? Jakie dziś mamy możliwości funkcjonowania w świecie? Smogór dochodzi do wniosku, że o absurdzie (w tomie nierzadko sytuacyjnym, wywodzącym się od absurdu systemowego, absurdu, który cechuje system kapitalistyczny) można mówić li tylko językiem absurdu i zestawiając ze sobą tego typu obrazy. Szansa, że w tej interesującej zbitce dziwności dostrzeżemy smutny obraz siebie u kłodzkiego poety jest bardzo duża. chwytam się w pół słowa za wytrych z imprezy firmowej nagrobek leży na końcu przełyku tańczę na ringu i czekam aż zabrzmi języczek podniebienny i zniknę jak przystawka („escape room”, s. 40) Jednak przyznaję, nie do końca rozumiem niektóre frazy z tej książki. Wydają mi się zbyt udziwnione. Jednak zaraz łapię się na tym, że nie o zrozumienie w tych wierszach przecież chodzi. Lecz o współodczuwanie rzeczywistości, dzielenie się podobnym rodzajem wrażliwości. Jeśli jestem w stanie ten wiersz choćby poczuć, nawet nie do końca łącząc wszystkie jego elementy, to znaczy, że poczucie absurdu, leżące u podstaw tej twórczości, również jest mi znane. Czy to co czytam ma sens? Ale czy sens nie objawia się sporadycznie? Twierdzenie Sartre’a o przypadkowości sensu, który w życiu człowieka jest obecny tylko czasem, bo egzystencja przeważnie jest pozbawiona sensu, wydaje się kluczem do tej poezji. Poezji, w której najprawdopodobnej chodzi o to, że uchwycenie sensu całości zależy jedynie od nas. To my jesteśmy twórcami sensu i nadajemy go swoim przeżyciom, chwilom radości i rozpaczy, pracy czy relacjom. Tymczasem dziś - sami się tego sensu i znaczenia pozbawiamy, wikłając się niekiedy w bezsensowne i ślepe poszukiwania nowych dróg rozwoju dla nas samych. Kiedy pod słowem rozwój niejednokrotnie kryje się powrót do tego, co już było: do czasów wyzysku i zniewolenia, utraty godności, znaczenia, do tego co niezbyt udanie skrywa pamięć. śnisz o pieniądzach ukrytych w dziuplach jak dusze żałujesz że nie urodziłeś się bezkręgowcem („dopisek do awansu”, s. 38) Bo jest to również, jak mniemam, książka o pamięci. Pamięci jednostki raz po raz zestawianej z pamięcią ogółu. Smogór sięga do swoich przeżyć, żeby ponownie je przeżyć, poczuć sens tamtych chwil i przeciwstawić je współczesnemu absurdowi i bezsensowi istnienia. jeszcze jej kształt w pościeli zarys pleców wygięty w sierp pola kukurydzy trop przeciągnięty po włosach do świtu palące się chaty pocięte historie kolaże ze zdartych afiszów filmowych ciało niewymowne i sztywne zostawione na żer sierpnia („najkrótsza słomka”, s. 20) Jednak wiersze w książce są ułożone w ten sposób, że naiwny sentymentalizm i powrót do przeszłości, dzieciństwa i młodości, nie wchodzą tutaj w grę. Obrazy minionego są niczym okolicznościowy, przypadkowy sens. Pojawiają się i znikają, żeby wciąż ustępować temu, co jest teraz, choćby kolejnemu wierszowi poświęconemu szklanym wieżowcom, biurowcom, wreszcie halom produkcyjnym. Temu, co powraca w różnych odsłonach i niezbyt dobrze świadczy o kondycji naszej cywilizacji. Wiersze Smogóra nie dają nadziei. Mimo pozornego oderwania, są silnie zakorzenione w rzeczywistości. Tylko jak ją opisać? Kłodzki poeta podpowiada, że inaczej już się chyba nie da. Choć jednak jest w tym pewna, ciekawa wątpliwość. jakbyś nie wytężył uszu i tak nie usłyszysz śpiewu manatów („oceanarium”, s. 16) Tomasz Smogór: Dziwniej nie będzie. Wydawnictwo Kwadratura. Łódź 2023. Rafał Różewicz (ur. 1990) - autor trzech książek poetyckich m.in. Po mrok (2019), Podwójna ciągła (2022) oraz powieści Land (2022). Nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius i dwukrotnie do Nagrody Kulturalnej „Gazety Wyborczej” wARTo. Jego wiersze były tłumaczone na język angielski, ukraiński i rosyjski. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.
- Tomasz Smogór – pięć wierszy
chmara garnki pokrywki i kubły orkiestra niedobitków pejzaż wsiąknięty w hałdy kiedy ktoś wyrzuca pamiętnik szukasz straty w walkach ulicznych piszczel przyświeca jak instrument chmara wyobrażeń wznosi się na głos Toma Waitsa połów podobno gdzieś w niebie jest przerębel przez który łowi się ludzi jak agentów świeża krew potrzebna od zaraz krzyczą umarli zsyłając karawan podobno mają haka na ławicę ludzi uciekających jak korposzczury acid jazz pogłos przechodzi w jazgot na widok owadzich oczu gatunki łączą się pod gzymsem kamienicy żuwaczka wszystko chwyta od miejskiej legendy po partię skrzypiec odwłok kołysze się w rytm muzyki cierpki smak trąbki to syk pod językiem powietrze jest jak strzał bez tłumika rejestr śpiew zaczyna schodzić w nieludzki rejestr śmierć powleka wszystko trzeba się podczołgać by zobaczyć jak kwitną ofiary pierwszej wiosny proces już przetacza beczki król pleśni ma wszędzie blisko ze spiżarni w pędzie zarzucony projekt osiedla wygląda jak zwieżowiec który wchłonął wszystkie fikcje pod każdym numerem inna piosenka w pustostanach odzywa się Billy Corgan jak przewodnik opowieści nie mogą znaleźć puenty na blokach słychać przester Prezentowane wiersze pochodzą z tomu Dziwniej nie będzie (Wydawnictwo Kwadratura, 2023). Tomasz Smogór – poeta i prozaik. Wydał książki poetyckie Ujścia (2014) oraz Dziwniej nie będzie (2023). Obie ukazały się jako nagrody w konkursach poetyckich. Publikował w „Akcencie”, „Czasie Kultury”, „Tyglu Kultury”, „Tlenie Literackim”, „Afroncie”. Laureat konkursów poetyckich. Obecnie pracuje nad powieścią. Mieszka w Kłodzku.
- Agnieszka August-Zarębska – pięć wierszy
Dlatego nie sprzątam pajęczyn pod sufitem w pachwinach ciało odpoczywa po skwarze w przecięciach torowisk miasto odsypia witanie po rozłące żłobią je podrdzewiałe koła dłuży się droga hamowania zazdrośnie Godzina? Prawie szósta Wpija się słowem w opuszkę. Nie daje rozmasować. Wszczyna bieg w rześkość skroplonej wilgoci, byle dalej od źródła, od dźwięku, ścieńczonej skóry, wtartych w asfalt liści. Pod skrzydłem jest, gdzie ukłucie najdotkliwiej boli. Przystanek, szkło pancerne, światło reflektora. Światłoczułość Biała wilgoć osiada na srebrnych oprawkach żywionych woskowiną. W uszach wiszą porosty. W kieszeni kamień, muszla, folia po cukierku – tymiankowym, bez przerwy od kaszlu. Gulgot głosów w tunelu wciąga mimochodem. W soczewce łuszczy się plakat na słupie. Wchodzi tam jak po swoje. Z kwitem na odbitki z prześwietlonej kliszy. Dyskont w przelocie Rachunek stałego klienta został aktywowany weszły tamaryszki ciężkie, deszcz. Był grad, lawendy pochylone po nocy. Dzień 3 pies wąchał kreta długo nie odejdzie smutek Agnieszka August-Zarębska jest filolożką hiszpańską. Zajmuje się współczesną literaturą w ladino – zagrożonym języku Żydów sefardyjskich. Jest autorką zbioru Po jej wewnętrznej stronie nagrodzonego w konkursie im. AnnyŚwirszczyńskiej na Książkowy Debiut Poetycki 2021. Publikowała wiersze m.in. w "Toposie", "Czasie Literatury", "Zakładzie" i "Odrze". W czasopismach "Aki Yerushalayim" (Izrael) i "Licencia Poética" (Hiszpania) opublikowała kilkanaście wierszy w ladino, które powstały z pobudki włączenia się w ruch rewitalizacyjny języka sefardyjskiego.
- Anna Sendor – Prowincjusz
Wszechświat całkiem dobrze radzi sobie bez nas. Zresztą wkradliśmy się dopiero do jego czterech wymiarów, a i to nie na pewno, a i to nie do końca. Droga Mleczna nie wykipi, gdy spuścimy z niej nasz stróżujący wzrok. Muzyka burzy na Jowiszu nie dla naszych uszu. Co więcej, jesteśmy zbędni księżycom Saturna, piękne same w sobie i same dla siebie, bez naszych wieczornych wzdychań, bez łaski. Wycie do księżyca i księżycowe sonaty – nie, to nie dla nich. Nawet tutejsze dno Rowu Mariańskiego też, póki co, nie ma nas w planach. A ja - to dopiero. A mnie nie miały w planach nawet co bardziej folderowe miasta rodzimego globu. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. No to dobrze jest w Paryżu. To miasto nie powstało dla mnie. Tam mnie nie przewidziano. Tam mnie nie było, nie ma, nie będzie. Bo co? Bo nie ma kasy, bo mama wolała nad polskie morze albo w polskie góry, trzeciej możliwości nigdy nie dawała. A i z dwóch pierwszych zazwyczaj w końcu rezygnowaliśmy. Bo co? Bo jednak naprawdę nie ma tej kasy. Także… wieża Eiffla, Luwr, katedra Notre Dame, Łuk Triumfalny i Pola Elizejskie – tyle je widziałem, ile wyguglowałem. - Może skosztuje pan świeżutkiego croissanta? - nie zapytał mnie nigdy paryski kelner. - Chętnie i jeszcze proszę expresso – nie odpowiadałem. - A czy próbował pan naszej café crème? – nie dodawał. Po poranku niespędzonym w paryskiej kawiarni, nie udawałem się następnie na przechadzkę do Centrum Pompidou, aby pooglądać sobie sztukę przewróconą na lewą stronę, nie wpadałem później do francuskiego Disneylandu, a potem nie wygaszałem kreskówkowego nastroju na Cmentarzu Pere-Lachaise. Do mojej polskiej biało-czerwonej głowy Francja nie miała szans doszyć swojego niebieskiego kuszącego paska. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. No to dobrze jest w Londynie. Do Londynu? Nie! Polskie morze, polskie góry – i nikt nie obiecywał, że co roku. Czerwone autobusy masz też od biedy w Rzeszowie, a nie te ich jakieś double-decker buses (i jak to się do cholery poprawnie wymawia). Pod kolor do tych ich czerwonych budek. Że o piętro niższe? Czepiasz się pięter. Chcesz pięter, jedź do Wrocławia i popatrz sobie na Sky Tower. Jak ci nie wystarczy – wejdź sobie i zejdź. Na te piętra, z tych pięter. I tym sposobem na niedoszłych wakacjach w Londynie nie spotkałem mojej pierwszej dziewczyny Charlotte, z którą się potem nie pokłóciłem, w wyniku czego z nią nie zerwałem. Mama zresztą ostrzega przed związkami na odległość. – Szukaj żony między polskim morzem a polskimi górami – mawiała. Nie natrzaskałem selfiaków na tle Big Bena i Buckhingam Palace, nie zmieniłem po powrocie profilówki na FB, bo na co miałem zmieniać... Na łazienkowe selfie albo selfie w windzie mojego bloku? Bo w tym roku nie było selfie nawet na tle polskiego morza ani polskich gór. Tak wypadło. Bo co? Bo ciągle nie ma kasy. Było za to w te wakacje trochę Ameryki. Gdzie? A w McDonald’s – pierwsza dorywcza praca, czas najwyższy. I tym sposobem do moich biało-czerwonych barw Anglia również nie dodała swojego niebieskiego nęcącego tła. Za to amerykański McDonald’s uplamił je nieco ketchupem. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, więc w Pradze również jest z pewnością dobrze. Z Mostu Karola przynajmniej nie spadłem, Zamku na Hradczanach nie przeludniałem, Złotej Uliczki nie zadeptałem. Niepotrzebne są nam niebieskie trójkąty z czeskich flag. Żadnych kosmopolitycznych aplikacji na biało-czerwonej. Moja mama o ograniczonym górami i morzem zasięgu, moja mama sprawdzająca nerwowo co rano w lustrze, czy jeszcze nadaje się na kobietę, moja mama zdobywająca kolejne levele w chorobach, tłumacząca się ze swoich naciąganych happy-endów. Moja mama wolała mieć mnie zawsze na oku. I skończyło się na tym, że nie wierzę w te wszystkie folderowe miasta, tak jak nie wierzę w kosmitów. Istnieją tylko na pocztówkach, broszurach, w relacjach świadków, którym raczej bym nie ufał, choć zaklinają się, że byli, widzieli. Znam takich, którzy zarzekają się, że widzieli duchy i kosmitów. Paryż, Atlantyda, dla mnie jeden pies - jedno i drugie równie niedotknięte i niepotwierdzone. Folderowe miasta dzielą, różnią nas. Łączą nas za to księżyce Saturna, burze na Jowiszu, dno Rowu Mariańskiego – sprawiedliwie za dalekie, za głębokie dla nas wszystkich. Na pewnej głębokości, z pewnej odległości wszyscy jesteśmy prowincjonalni, małomiasteczkowi do imentu, jednakowo lokalni. Ziemia swoją grawitacją oswoiła nas. I jak nadopiekuńcza matka dała szlaban na resztę wszechświata. Anna Sendor – absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru. Nauczycielka języka polskiego. Jej wiersze zostały opublikowane w internetowym wydaniu „Odry” i "Helikoptera". Laureatka konkursu prozatorskiego "Małe życie po wielkiej zmianie" przeprowadzonego pod patronatem Fundacji Olgi Tokarczuk (publikacja pod tym samym tytułem w 2023 r.), wyróżniona w I Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim "O Lwi Pazur", finalistka I Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego "debiutJana".
- Michał Piechutowski – pięć wierszy
Adolf Hitler w Argentynie (Lata sześćdziesiąte) Skromny dom nieopodal wybrzeża W nim stary człowiek Obecnie Alois Buchenwald Nazwisko z sentymentu Do lat świetności Ewa rozwiodła się z nim Niedługo po wojnie Wyemigrowała do Brazylii Pokochała bossa novę Została kelnerką A on patrzy smutno przez okno Albo na brzegu oceanu Krzyczy piskliwe do fal żywo gestykulując A jego żydowscy przodkowie Uśmiechają się pobłażliwie Żyje z landszaftów Wyrobił się Choć nadal nie ma na nich ludzi Zapuścił brodę i siwe włosy Sąsiedzi traktują go z rezerwą Prawo karmy Świńskie tusze o bezmyślnych mordach Ostemplowane na całych ciałach Jakby przeszły kontrolę weterynaryjną Ulubione motywy pajęczyna czaszka Skorpion imiona miotu barwy klubu Polska Walcząca i Mały Powstaniec Żrą golonkę z grilla chleją litry piwa Drą ryje w galeriach handlowych Ich polszczyzna to chuj kurwa cwel Zajebiście spierdalaj i zasrane Związkami frazeologicznymi z powyższych Potrafią wyrazić cały wachlarz uczuć Od zachwytu po dezaprobatę Zawsze głośno zawsze agresywnie Kiedyś mój znajomy wierzący w reinkarnację Stwierdził że tacy wśród ludzi są od niedawna Ciekawe jakie mieli zasługi w chlewach Że awansowali aż do obecnej postaci Mówi się do was! Ruby Tuesday ma coś koło osiemdziesiątki Sweet Jane niewiele młodsza Lorelei idzie szósty krzyżyk Ty skończyłaś niedawno pięćdziesiąt Co tu dużo mówić jesteście stare A nadal mącicie w głowach bo już tak macie Wiecznie w centrum uwagi Lubicie być adorowane choć nami gardzicie Kwiaty od nas gniją w waszych kompostownikach Wiersze wyśmiewacie w swoim gronie Ale uważajcie nie jesteście wieczne Śmiertelne choć boginie A może tylko harpie syreny czy inne szkodniki Wasza koleżanka ta z serca ogrodu Prześliczna nimfa Kopnęła w kalendarz trzy lata temu Róbcie rachunek sumienia Zmiana leków Lekarz przepisał mi nowe tabletki Stare wyczerpały swoje możliwości Teraz jestem całkowicie zdrowy Nie słyszę już głosów w głowie I nastąpiła kompletna dezorientacja Dobrze doradzały Właściwie to kierowały całym moim życiem Pomagały wybrać krawat Podpowiadały tematy rozmów Z ładnymi kobietami w kolejce do kasy Najczęściej podrzucały mi Jakiś pieprzny dowcip Komplemencik nieco może na wyrost Celny i żartobliwy komentarz Wszyscy mówili że mam gadane A teraz muszę udawać Milczącego intelektualistę Wsiadam do niewłaściwego autobusu Trzymając w ręku poważną książkę Której zupełnie nie rozumiem Dziewczyny z warkoczami pamięci Zbigniewa Wodeckiego Nie chodźcie nigdy pod znajome drzwi Na pewno nigdy nie staną w nich Te dziewczyny z warkoczami One ich nigdy nie otworzą I nie mają już warkoczy Zmieniły adres zameldowania A mieszkanie po śmierci rodziców Wynajmują studentom z Nigerii Michał Piechutowski (ur. 1973) – młody, zdolny, atrakcyjny. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania magazynier/archiwista w szpitalu.










