top of page

Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Maria Czekańska – siedem wierszy

    Abeceaaaa Znika jak włos co złapał ogień. Brązowieje, jaśnieje. To nie to światło. Przyszła przeszłość podeptać żonkile. Przyszła przeszłość zapytać: czy wciąż jesteś moją małą kurewką? Przyszła przyszłość. A nie, nie przyszła. Wciąż przeszłość. Podkręca cię jak włos co złapał ogień. Wali stopami o mur. I te małe, śmieszne palce z orędziem bez paznokcia. Przyszła przeszłość i pyta: czy znów się nabierzesz? Czujniki gdzieś w lesie, a złącza to arszenik sprzed kilku lat. Łóżko pęcznieje, woda zalewa spróchniałą korę. I czuć to, obsadzona w nosie przyszła przyszła przyszła. Nie moim Gdzieś za czyimś oknem są pola, i huśtawka, i te wrzosy do włosów dwulatka, i można się bujać na drewienku. na obiad, wystygnie jak HPV w szyjce, giętka rura ssąca, chropowata wywłoka, z której chryste, wyjmij palce, ssą. Czy wypada mówić białku w wargi? Zgasło, budzi młody chojrak w schizmie, blady chojrak z łysym golem, chojrakowa z kocham, chojrakowa z tonikiem, gorzko to już było bez welonu, słodko to weź sobie landrynkę z owsem i solą, Za drzwiami czekają: byk, rzep i włos. W torebce chowają: gumkę, wargę i te dropsy, co jak by się czuło skok z klatki. Zdarzyło mi się między myślnikami chodzę po skrajach, chodzę na skrajach i nie wymieram, myślę, że to całkiem ogarnęłam, ale nie ma tego miejsca na szlaku człapię po korze, człapię na korze i się odchylam: krzywa, mówią, a ja, że pokrzywa. nie dotykaj środka, bo tam mięso o kość uderza, a kość pokornieje z czasem, jeszcze jej nie zobaczę, ale umiem w wątrobę, w te próby, co pokażą, że jeszcze się nie zregenerowałam. a z generacji na generację przechodzą słowa, wiesz? i lęki, i wstydy. pomyśl, o tym czego się boisz i później pomyśl o prababce, czy przypadkiem by cię nie rozumiała. czy na śląsku płuca mogą nie być czarne, a gwara może być zasadą do bycia lub nie ślązaczką, myślałam, że jestem, ale nie umiem się złapać w bok, ty nie umiesz mnie złapać, mówisz: to zaraz przejdzie. weź te narządzie, piły, igły i kolce z daleka od drzewa przetraw. Ten krzywy stół zakryć nie dokryć i pokazać to świeżo malowane drewno, znaki kory, kolor dębu i szlifierkę pana zenka, ten stół ma wiele lat, ale złożono go wczoraj. ten stół widział wiele narodzin i rozkładów, jajek spadających od sąsiadów, strzałów do swoich dzieci, zebrań owoców, rzutów śmieci. ten stół zna czas. ten stół miał las. zna nas. i wszystkie piły, których użyliśmy, aby postawić nasze wysokie wieżowce ze szkła. i na środku szkła, las. Depresja 10.0 Tu sączy się depresja, tu muchy nie mają spać. Dłoń wstała poparzona przez jarzeniówki i poszła bezwodnie spać. Oczy jak kowale w przerwie od roboty. W oczach niesie kosiarkami, aż muchy latają. Ciało wygina się w talię, naznacza pięści kokardę. A ja zajebałabym właśnie świat, gdyby prysznic nie spojrzał, jakby wymienił wodę na agrafki. ten miły szmer jak bagno wrze. Po angielsku odklejona jak śliska tapeta rokoko, dość ładna niewysoka fraza, to fraza na: czuję się sama sobie larwą. to fraza na: czekałam pod dymem na ścierki, które miałeś przynieść. miesiąc przed, moje kolana i twoja głowa: spociłeś się. ja ocierałam. ty trzymałeś. ja mówiłam: jestem. bo to wszystko co mogłam ci obiecać. jak boga nie kocham, naprawdę chciałam coś obiecać. a teraz odkleiłam się, jestem gdzieś pomiędzy, ale głębiej. na skraju miękkim jak uda, o których mówiłeś: fajne. złapią mnie tynki, przytrzymają ramki, odpalą się jak twoje wczorajsze żarty. Żadna matka Moje możliwości rozpłodowe kończą się na wymianie siana i daniu ziół. Raz za razem spuszczam wodę, aż ziarno moknie. Wielokrotnie popełniam aborcję, mowa stygmiarzy. Wielokrotnie wyrzucam z siebie nasiona siłą ud. Odkładam tabletki poronne, nic nie doniosę, dopełnię cierpki płód. Mieszaj. Ziele kukurydzy, babka lancetowata, melisa lekarska, babka szerokolistna, korzeń mniszka, koniczyna. Nie zapomnij o warzywach. Nie zapomnij pogłaskać. Maria Czekańska (ur. 1995) – poetka przed debiutem książkowym. Dotychczas publikowała m.in. w „Stonerze”, „Odrze”, „Wizjach”, Liberté!, “Przekroju”, i „Babińcu Literackim”. Jej pasją jest chodzenie na skrajach. Mieszka na Śląsku.

  • Tomasz Kościkiewicz – sześć wierszy

    Fotografia No.:1 Nawet po tylu latach czuć świeże powietrze po letniej burzy Słychać szeleszczące liście i opadające wolne krople deszczu Gałęzie drzew uginają się pod ciężarem kwiatów i słońca Sad zagubiony gdzieś na kresach kresów w sadzie oni Nieśmiała dziewczyna z bukietem polnych kwiatów Wyprężony młodzieniec z modnym wtedy wąsikiem Już za chwilę rozejdą się każde w inną stronę świata Przyjdzie kolejna burza i zmiecie ich jak kwiaty Wywieje ich daleko od sadu burza jak dziecko puchatą główkę mlecza rozsieje na łące świata Zapomną o czym rozmawiali w sadzie Jakiego koloru była jej sukienka Zapomni zapachu wody kolońskiej Póki co stoją pod ukwieconym drzewem Burza jest tylko burzą Sad jest sadem W oku cyklonu Mniejsi od braci mniejszych Polami sunęły ciężkie traktory DET kogi gospodarki kolektywnej zostawiające za monstrualnymi pługami kilwater tłustego czarnoziemu i grubą czarną krechę gawronów wyśpiewujących tryumfalną pieśń wiecznych głodomorów zbijających się przed zimą w chmary czarnej hałaśliwej szarańczy polującej na cokolwiek co można wsadzić w dziób Nie mieliśmy z nimi szans my dzieci przedmieścia przyczernione na podobieństwo skrzydlatych braci przygarbione dzieci zawsze w gotowości żeby przeskoczyć przez płot sadu ogrodu lub wejść na pole i pchać pod koszulę kapustę cebulę i ziemniaki podobni do czarnego bractwa nigdy nie wybrzydzaliśmy i brało się dzikie gruszki jeżyny czy mirabelki Co roku wyruszaliśmy w regaty przez oceany kujawskich pól i sadów po lucernę i koniczynę dla królików snopki zboża dla kur i pastewne buraki dla hodowanych na święta świń kaczkom i indykom należało przynieść daninę z krwawnika a nutrie zadowalały się kawałem cukrowego buraka niemowlaki kawałkiem marchewki zawiniętej w tetrową pieluchę Nie było rafy płotu parkanu które mogłyby nas powstrzymać to my byliśmy panami sadów nasypów kolejowych ogródków chlewików i kurników jedliśmy cebulę jak jabłka popijając lekko słonawą wodą ze studni dla której przyjeżdżali do uzdrowiska ludzie z dalekich stron patrzyliśmy z nasypu oniemiali jak nieskończone pociągi przywożą ich bóg wie skąd I nasze dni się wypełniły dosięgnęliśmy schodków wagonów i sami staliśmy się ludźmi bóg wie skąd wychowanymi na słonawej wodzie surowej jarzynie i ciągle umorusanych tłustym kujawskim czarnoziemem i zaczęliśmy pić z obcych studni jeść obce owoce bezskrzydli bracia wiecznych głodomorów z tryumfalnym błyskiem w oczach polujący na cokolwiek. Artefakty, bibeloty i talizmany Niby przed czym ma to chronić Bólem zęba podagrą złym okiem Wyblakłe piórka kolorowe kulki Ćwierćdolarówki i półpensówki Pudełko ze skarbami kosmyki Widokówki z wakacji '86 '87 '88 A może nawet i '89 pogniecione Karnety z Jarocina '91 i '92 guzik Z harcerskiego mundurka i tu Wypełniona zostaje luka roku '90 A potem już nic tylko zdjęcia Hurtowo wywoływane po pięć groszy (za sztukę) Tylko życie od świtu do zmierzchu Z przerwą na noc bezmyślne Wpatrywanie się w cienie na suficie Artefakty z teatru cieni talizmany Które przed niczym nie chronią ale Zajmują i tak niewiele miejsca Unoszą się na powierzchni jak Szczątki po zatopionej Atlantydzie ciemna strona księżyca Między trawami między zielem a zagonem buraków cukrowych w cieniu stogu butwiejącego od zeszłego lata dopada mnie znużenie wyrysowaną przez agronoma mozaiką monokultur ale ziemia jeszcze tłusta jeszcze nie step choć wody nie widać pod ziemią bulgoce jeszcze pod skórą czarnoziemu wypycha z wnętrza pola kapusty ziemniaków kukurydzy lnu cebuli pszenicy żyta i owsa. Syczy warzelnia sypie się sól taśmociągiem solny pył osiada na ustach i miesza się z odurzającym zapachem rzepaku i tak ani z miasta ani ze wsi gdzieś pomiędzy wisi zmora pola wydeptane racicami saren i przeryte nosami dzików przedziobane stadami czarnego ptactwa ale to jeszcze nie teraz bo siedzę na łące w jaskrawym świetle lata łakomie przyglądając się sadom pełnym dojrzewających owoców dobrego i złego. Nakradnę tych owoców i będę zżerał je w krzakach czarnego bzu aż zacznie fermentować jad Otrę słodycz i sól z ust i popędzę na oślep przez obce kraje i wreszcie bardziej będę znikąd niż stąd. Szpital dla chorych na cholerę na wyspie Flat Holm Odpływ pokazuje, że Holm wcale nie jest taki płaski. Ciężkie chmury płyną majestatycznie nad wyspą i wyczuwa się oczekiwanie na dźwięk rogu przeciwmgielnego albo błysku latarni. Czerwień głazów przy rozproszonym świetle staje się bardziej intensywna. W innych okolicznościach izolacja w takim otoczeniu byłaby kusząca, ale samo słowo już się źle kojarzy. Duchy marynarzy dmą w przeciwmgielny róg i trzęsą dzwonem latarni morskiej, gęsta trawa szeleści kiedy spacerują na krawędzi niezbyt wysokiego, ale stromego klifu. Sully 2/7/23 Bo Ty tak wszystko pięknie sprowadzasz do absurdu Do parteru sprowadzasz trzymając za rękę Z tej perspektywy żaby malowane pastelem Urastają do Cesarzy i Cesarzowych papierowych Światów bezkresnych połaci wodnej rzeżuchy Falującej delikatnie w czerwonym słońcu wschodu Wiszę jak pająk do góry nogami i mam w nosie Muchy bo marudny się ostatnio zrobiłem Ela też do mnie napisała w podobnym tonie Bo zdaje się, że nie ogarniamy tych upałów i wojen I sobie właśnie dzisiaj wspominałem Wrocław na dwa dni przed wojną kiedy góra nie zeszła się z górą A Panorama Racławicka była zapowiedzią kataklizmu Chociaż wtedy nasi przecież wygrali chociaż i tak Nie miało to żadnego znaczenia poza moralnym Dzisiaj zaokrętowałem na pokład dwie narkomanki I starszą Panią bez piątej klepki mówiącą slangiem Z Valleys, a to były kiedyś dziewuchy na schwał Prawie jak "Girls on Film" i tak im zostało bez zmian I u mnie bez zmian i to chyba najlepsze co mogło Mi się przydarzyć tej absurdalnej nocy kiedy przypomniał mi się Wrocław w lutym 2022 I Różewicz buszujący między półkami w Tajnych. Newport 28/06/23 Tomasz Kościkiewicz (ur. 1972) – publikował w „Helikopterze”, „Menażerii” i portalach literackich. Jego wiersze ukazały się w obu edycjach Przewodnika po zaminowanym terenie (2016, 2021). W 2022 roku wydał dwa tomy poetyckie: W Noc Świętej Dwynwen i Sztach. Pochodzi z Inowrocławia, mieszka w Wielkiej Brytanii.

  • Sławomir Płatek – cztery wiersze

    Gdańsk, Pilotów 17 po latach Nawet w najmroczniejszej puszczy z betonu (…) pewien elektryk wywołuje zwarcie, przemienia krajobraz stoczni w las wzniesionych rąk Desmond Graham, „Gdańsk, Pilotów 17” Symbole znaczą tyle, ile to, co za nimi lub choćby w nich, choćby w tych blokach. One mogą się wydawać górami ziemi wypełnionymi znaczeniem, betonowymi twarzami nadziei, magazynami rąk, wyciąganych w górę w czasie właściwym. Mogą znaczyć rozsadzanie pomników władzy przez pomniki ducha. Ale kiedy zawartość blokowiska nie obala już władzy, tylko kolejne flaszki lub kiedy zamiast rozsadzać – mebluje się te wnętrza, okazuje się, że one znaczą tyle zaledwie, że łatwo się zgubić na blokowisku. Te symbole – one też coś zgubiły. Kiedy zabłądzę nocą na Zaspie myślę o tym, że może i ja coś zgubiłem, choćby drogę na peron. Przesiedleńcy. Stacja Gdańsk Kłodno Wszystko jest takie samo, tylko jakby bardziej. Drewno identyczne, ziemia podobna, więcej ziemi. Więcej pracy. Huku. Szyn. Biało-zieloni, Lechia Lwów, nic nie pasuje, a wszystko działa. Wszystko tu jakoś nie nasze, wszystko nie swoje, co moje. Zaopiekuj wdowy i sieroty, to miasto. Wdowa i sierota; to miasto. Biały szum bałtyk ziewa, potem nagle się płoni. Jest tak gorąco że można by świat zbudować z włosa, a cóż dopiero z dłoni. Tadeusz Peiper, „powojenne wezwanie” Bałtyk jest zimny, płytki i śmierdzi. Uwierzył poezji i jak na tym wyszedł? Bałtyk wyszedł. Już nie ma dzikich plaż, ale nie tak łatwo przestać wierzyć. Ze wszystkich szumów, ten biały jest wodą. Nie płoni się, a modrzy, najbielszy szum to chłód. Jest tak chłodno, że linie tężeją, włos nie jest żywą linią. O tym, co jest Hans Memling robi swoje. Nie wierzy, żeby mógł być jakiś koniec. Koniec jest zbyt potrzebny, żeby po prostu był i się skończył. Podobnie zresztą Sąd, sztuka jest wartością, wartością sztuki jest mecenas; o rzeczach pewnych nie trzeba przypominać w obrazach, kazaniach, o niepewnych z kolei nie warto mówić. Futuryzm dopiero będzie i zajmie się tym co będzie, teraz jest to, co jest, sprawy wieczne są ubrane w doczesne, a dokładniej – późnośredniowieczne – stroje, mody. Stroimy się i brzmimy inaczej; kiedyś Mansztajn uwierzy w śmierć i bardzo się przerazi, patrząc na ten obraz, ale nie on jeden. Po co więc, skoro i bez tego wszyscy kiedyś uwierzą w śmierć, a Gdańsk skończy się i kończyć się będzie ile tylko razy sobie zażyczyć, bo jeśli się go rekonstruuje, to znaczy chyba, że jest skończenie skończony? My, przy tym wierszu, nie mamy z tym nic wspólnego i nie taka była intencja Memlinga, ale może tego chce obraz, a każdy obraz, nawet ten z muralu, blokowiska, jest o tym, że nie mamy nic wspólnego z tym, co jest. Sławomir Płatek - gdański poeta, filmoznawca, animator życia literackiego na Wybrzeżu. Autor siedmiu zbiorów wierszy. Opublikowane wiersze pochodzą z projektowanej książki Poemat o Mieście Gdańsku.

  • Katarzyna Szaulińska – Passenger Body

    sześć białych słów żeby domknąć czarny sześcian bez       rozlać I        ^ v      / żeby->           ->  się ^ /       I nie       v dech andrzej jednym kliknięciem usuwa kość klinową i znika siodło tureckie miękko jakby pod najką rozwarło się błoto trzecia powieka dźgana troszkę kciukiem obojczyk to pałka ośka w międzybrewiu wyskok ze stawu na główkę na brzuszek idąc przez mostek ścieżką wat cukrowych widząca ślepa jabłoń albo powięź lecę na urana jest mnie ćwierć połowa grząska zielona jestem torbą kości fotowoltaika zasłania mi słońce jak pachnie w ptasim dziobie i pod twoją pachą chwasty mi mówiły nie bądź tak uległa nie bądź mokra jak płaz czy rzęsa nie bądź mętna znów zawiśniesz jak jabłko drążone przez osę niedojrzała malina tylko dziurka w nosie zostanie po tobie i w ustach tędy też chcę cię wąchać i ssać wrzuć na luz wrzuć na bezdech bądź jak ostra sztachetka bądź jak bletka zawleczka pachnie proch nie bądź śnięta i ścięta i święta i lewituj nad wodą jak na trampolinie do melizabeth komu wyją drony komu dzwon cytrynki i morelki są cool są ze spektrum skrzydła pierwsze potem wkurwolęk potem śmiesznie mówić melać lizać jabłko międzygatunkowo z pleśni po południu przestać w mojej głowie mleko staje się kwasem i miód drganie dużo tłustych rzeczy kalibracja leguminy coś jakby lęk przed byciem wyplutą przez morze metronomów poza staw w brzuchu mi puchnie bajzel giętka legumina kolonijne drżenie że ach pora się zbroić uspokoić oddech obudować w chitynę ten strach przed odlotem podpiąć pępowinę pod staw mi wpełza miękka galareta spalona owsianka może święta rzeka ale jak przeciąć ten prąd żeby kontakt nie usmażył tofu serca kiedy giętka pajęczyna pęka i kładzie się lśniąca skurwysynka mięśnia WDECH WYDECH MASŁO DRGAĆ JAK CZEKOLADA *** Wiersze powstały w trakcie obozu Pisanie & Ruch organizowanego w Burdągu w sierpniu 2023 r. przez Andrzeja Woźniaka i Tomka Gromadkę. Różne zawarte tu słowa zawdzięczam kolektywnemu ciałoumysłowi uczestników i organizatorów wyjazdu, którym z całego serca dziękuję. Fraza “komu wyją drony” to tytuł wiersza Patryka Kosendy z tomu Robodramy w zieleniakach. Katarzyna Szaulińska (ur. 1987) - poetka, prozaiczka, psychiatrka i psychoterapeutka. Autorka nominowanego do Nagrody Literackiej Nike zbioru opowiadań Czarna ręka, zsiadłe mleko (2022), książek poetyckich Druga osoba (2020) i Kryptodom (2023), scenariusza komiksu o depresji Czarne fale i monodramu Córcia wystawianego w Teatrze WARSawy. Zbiór angielskich tłumaczeń jej wierszy autorstwa Marka Tardiego Faith in Strangers został wydany w USA (2021). Mieszka w Warszawie. fot. Paulina Fonferek

  • Grzegorz Tomicki – Dwunastu apostołów

    Najbardziej nieziemskie objawienie trafiło mnie w dzień, kiedy pierwszy raz usłyszałem, jak śpiewa Andreas Scholl, wie Pan, taki kontratenor, coś jak torreador albo kontestator, tyle że w materiale nutowym, w strunach głosowych, taki Jakub Józef Orliński, tylko starszy, i Niemiec, no i ma tę żonę z Izraela, pianistkę i klawesynistkę, o ile dobrze pamiętam, Tamar Halperin, natomiast z poprzedniego małżeństwa Andreas ma córkę Klarę, bardzo ciekawa sprawa, ale wracając do tematu, kiedy pierwszy raz usłyszałem Sholla śpiewającego arię Erbarme dich Mein Gott z Pasji wg Św. Mateusza BWV 244, na pewno Pan wie, jak to leci: Erbarme dich Mein Gott, Um meiner Zähren willen! Schaue hier, Herz und Auge Weint vor dir Bitterlich. Erbarme dich, Mein Gott, Um meiner Zähren Willen i tak dalej, chociaż to już właściwie cały tekst. W skrócie i w innym języku znaczy to mniej więcej: Zmiłuj się nade mną, Mój Boże, Przez wzgląd na me łzy! chociaż u Barańczaka idzie to trochę inaczej, tak między nami, dużo gorzej: Ogarnij mnie, ogarnij mnie w zły czas litością Twoją, Boże. Ogarnij mnie, ogarnij mnie w zły czas, ogarnij i tak w kółko, chociaż sensu już dalej innego nie ma, no więc kiedy pierwszy raz usłyszałem, jak śpiewa to Andreas Scholl, chyba już o tym wspomniałem, dostałem coś jakby objawienia, wie Pan, co to objawienie? Takie niby spotkanie z Bogiem, który zaprasza wszystkich, to znaczy wybranych, pojedynczych ludzi albo jakiś znany zespół – 12 apostołów czy coś – aby stali się dziećmi Bożymi, no więc kiedy usłyszałem Scholla, stałem się jakby takim dzieckiem i nagle dostałem objawienia, że przecież te słowa, które śpiewa Scholl, Erbarme dich Mein Gott i tak dalej, to jednak coś znaczą, to znaczy to „zmiłuj się”, „mój Boże” i te „łzy” coś znaczą bardzo ważnego, albo smutnego, a jednocześnie pięknego i przeszywającego do kości, a nawet przez tę kość jeszcze gdzieś głębiej, piękniej, boleśniej i nie ma tu nic do rzeczy, że śpiewa to niemiecki kontratenor, który ma żonę z Izraela i córkę Klarę z poprzedniego małżeństwa, ani że tak czy inaczej tłumaczył to Stanisław Barańczak, ale kiedy teraz o tym myślę, a raczej nie tyle myślę, ile mówię Panu po prostu, jak jest, to już sam nie wiem, może źle się do tego zabieram? Grzegorz Tomicki – elektromechanik urządzeń przemysłowych, doktor nauk humanistycznych. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów (1998), Zajęcia ( 2001), Pocztówki legnickie (2015), Być jak John Irving (2017), Konie Apokalipsy (2021), Piekło jest wszędzie (2023), monografię naukową Po obu stronach lustra. O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (2015). W przygotowaniu tom wierszy Liryka drogi, który ukaże się nakładem wydawnictwa Convivo. Pracuje w Muzeum Przyrodniczym w Jeleniej Górze.

  • Ewa Frączek – pięć wierszy

    avada kedavra! był sobie bakhmut, był sobie taras był sobie petro, był sobie bóg (a nie, sorry, tego ostatniego nie, zamiast niego dwanaście bibliotek i sieć trolejbusowa – nawet lepiej, bardziej jak życie niż głupia bajka, zwłaszcza że książki można czytać w trolejbusie, ma to nawet sens. albo miało czas przeszły, ale rodzaj jakiś głównie męski, bo o tym historia). no to był sobie petro, bahmut go wkurwiał, może nie aż tak jak rosjan, ale jednak – to wyjechał w wieku dwudziestym pierwszym, wrócił w dziewiętnastym (aha, to jednak trochę bajka nie życie, ale nadal głupia). był sobie taras, ale nie znam ciągu dalszego, pierdoli się jednak realizm z tym drugim: znikanie, migotanie voldemort, ogólnie wszystko to, co przecież jest niemożliwe disco, disco macabre A czy z rozkazu Jowisza ta zima [...] Będzie ostatnia, czy też nam przysporzy Lat jeszcze kilka tajny wyrok boży, Nie troszcz się o to i… klaruj swe wina. Mknie rok za rokiem, jak jedna godzina Horacy ile jeszcze można o tym, spytał znudzony kohelet, który powiedział już wszystko i bioderkiem, bioderkiem trącał polikarpa w klubie hybrydy, z kulą disco u nogi. można, można. pan internet samogwałci się memami, bo trwa prawdziwa wojna secesyjna o to, czy cukierek to psikus diabła, czy łeb polskiego patrioty, ofiar przybywa, jak to na wojnie – klękamy więc z powagą przed naznaczonymi drzwiami, dzieciaki na dopaminie rysują gwiazdy dawida z cukru tam, gdzie dostały jedynie palestyńską figę - to święto jest takie głupie, mamusiu - to święto jest takie piękne, córeczko: od wczoraj wchodzą we mnie duchy cudzych przodków, kula disco drga dzwonią z meksyku do mickiewicza powiedzieć, że mylimy się tu właściwie wszyscy. śniło się jej, że mam w brzuchu żydowskie bliźniaki i prosiłam: wychowaj. i czemu tak głupio mnie śnisz? spróbuj myśleć o sobie, ja nie mam siły na sny – fraktale sumienia, na harce. na bojowe strefy gazów i kup, na pieluchy z genetycznymi testami, na winę wobec hassana, na krzywdę jamala (dziadku, przyznaj się wreszcie: taki nos w latach trzydziestych?) (jakie czarne rzęsy, jakie rzęsy, powtarza mi kosmetyczka). bliźniaki, szepcze szamanka, jej pióra made in china kołyszą w świetle świec. chyba bliźniaki, ginekolog potrząsa głowicą (cóż to, mamo, nie znasz józia? ja to józio, ja ten samy a to siostra moja rózia, my teraz w raju latamy). gówno nie józio – aronie, gówno, nie rózia – judyto. przerwijmy tę linię domniemań, przerwijmy ten mur, co nie runie, nie runie, bo niby dlaczego miałby, gdy na zachodzie bez zmian, gdy na wschodzie – tym bardziej? (a co machają mi przez szybę usg pustynnymi łapkami. nie zatrzymuję, choć niezły tu mamy dostatek. gdzie stąpim, wypływa krwi trawka, gdzie dotkniem – jądrowy kwiatek) odrzucenie I. światowid, bóg urodzaju, hipostaza wszystkiego, co ma dziwne imię, nie patrzy mi prosto w oczy. myślałam, że to kwestia kątów spojrzenia – nie umiem wpisywać się w kwadrat, ciągle faluję, obracam się w niebycie epok i kolorów. myślałam, że dręczy go wstyd za słabość, nadstawianie ósmego policzka brodatemu bogu zza odry pełnej śniętych ryb rysowanych w poprzednim wcieleniu na krwawym piachu cesarstwa, ale nie. to po prostu demencja, jak u wszystkich bogów po skończeniu pierwszego tysiąca. nie rozpoznawał mojej twarzy, pytał uparcie: żydówka? (od matki czy ojca, bo to się jakoś liczy, opowiadałam bez sensu, kucając w cieniu dębu, którego świętość obaliły kolejno: zjazd gnieźnieński, związek radziecki, minister szyszko i kornik). II. przyszła noc, niebo gwiaździste nade mną (tfu, znowu te kanty, ostrości). jestem dorosła, przeżyję odrzucenie. poszukam pocieszenia na dalekim wschodzie, w pieśni o rolandzie, w złocie konstantynopola. po tobie zostawię tylko długie włosy, polne kwiaty, wymowę słowa czarnolas, miłość do ognia i grzybów. i jeszcze uniżoną drwinę, gdy znowu okaże się, że nie spełniam standardów. jem palcami. nie przeliczam w euro. seneka po grzybkach dla And. mój carpediemku, rzymski fraktalku oddeszku pneumy i logosu krokodylku antyczny, nieogolony skarbie. ileż to lat straciliśmy w trzeźwości umysłu biegli w ironii ubogich duchem i nie tylko – bo składki na własność intelektualną przewyższały wartość tego, cośmy chcieli powiedzieć, ale nikt nas nie wysłuchał. podaj mi jeszcze tego tamtego, jaskrawego wszechświata ogrodu z awatarem na wenus. (takie harce po pięćdziesiątce koń by się uśmiał, więc śmieje się, my razem z nim kopytami w ciemnym pokoju grzebiemy kaligulę, aleksandra, święte księgi ludzkiego papieru). jak napisać wiersz bez pojęć pytam ognia, powietrza i całej reszty, której nawet nie rozróżniam, gdy taniec staje się ważniejszy od słów ze słowem dionizy włącznie. Ewa Frączek (ur. 1984) – filozofka, świadoma hedonistka. Autorka czterech książek poetyckich, z których dwie Reorientacja (2017) i Niedoskonałości (2019) wydano jako nagrody w ogólnopolskich konkursach poetyckich. Ostatnią książkę, Jedyną taką rzeczywistość (2023) uważa za podsumowanie kilku lat, które zmieniły świat (pozostawiając go w efekcie dokładnie takim samym, jakim był od zawsze), a jednocześnie były najważniejszymi latami przemian w jej własnym życiu (z dokładnie tym samym efektem).

  • Grzegorz Olszański – trzy wiersze

    Pan od kreatywnego milczenia Uczył nas siedzieć w stereofonicznej pustce. Nawet ci, którzy mieli habilitacje z wpatrywania się w ekran, byli zaskoczeni jak różnie brzmi cisza w ojczystym i matczynym języku. Pani od haiku Przez cały semestr wabiła nas wabi. Dlaczego piszę? Repetytorium na potrzeby wieczorów autorskich. Poziom A2. (by M.A. mixed by G.O.) Bo. By. Bowiem. Albowiem. Bo dlaczego by nie. Bo należy spełniać marzenia i monetyzować sny. Bo pragnęłam udowodnić, że można wyrazić niewyrażalne. By oddać sprawiedliwość widzialnemu światu. By usprawiedliwić swoje istnienie. By uzasadnić istnienie innych. Bowiem dosyć już miałam chodzenia do pracy na szóstą. Bowiem postanowiłam rzucić wyzwanie sztucznej inteligencji. Bowiem ślęczenie nad kartką monitora wydawało mi się mniej męczące niż siedzenie przy kasie. Albowiem „chcę pisać” nie oznacza „nie chce mi się pracować”. Albowiem świat zasługuje na drugie wydanie. Albowiem życie złożone z liter i głosek jest mniej bolesne niż te, które składa się z kości i krwi. Bo świat czeka na opisanie. Bo wierzę, że zanim przyszłość stanie się faktem, jest opowieścią. Bo znam lepsze opowieści niż inni. By – wiem, to śmieszne – obalić kapitalizm. By – wiem, to komiczne – zaprowadzić równość. By – wiem, to zabawne – wykopać paliwa kopalne z rynku. Bowiem zabrakło mi śliny, a miałem jeszcze ołówek. Bowiem nie było już kamieni, a walka wciąż trwała. Bowiem skończyły się butelki, a rzucanie kartkami wydawało się całkiem bez sensu. Albowiem należy opiewać okaleczony świat. Albowiem trzeba okaleczać język, który nie opiewa okaleczonego świata. Albowiem okaleczony świat oraz okaleczony język i mnie okaleczył. Albowiem. Bowiem. By. Bo. Grzegorz Olszański (ur. 1973) – autor kilku książek, akademik, poeta w stanie spoczynku. W razie wezwania do służby jednak się nie uchyla. Prezentowane wiersze pochodzą z przygotowywanej właśnie książki Pan od ars moriendi i inne twory rymopodobne.

  • Szymon Jakuć – trzy wiersze

    W łódzkim tramwaju Jadąc tramwajem nie mogłem zatrzymać się dla kontrolera biletów więc on uprzejmie zatrzymał się dla mnie byliśmy podnieceni elektryczny powóz drżał i unosił tylko nas samych i nieśmiertelność. Jechaliśmy powoli, nie znaliśmy pośpiechu, czuliśmy, że potrzebne jest zbliżenie kiedy obaj doszliśmy dołączyła się Pani, która chciała skasować minęliśmy kościół, w którym bawiły się dzieci, próbując odrabiać lekcje minęliśmy policjantów wpatrujących się w wysokie trawy minęliśmy ciężarną rozmyślającą o swoim ciężarze tramwaj zatrzymał się przed sklepem z alkoholami, którego dach wyglądał jak głowa Józefa Oleksego przez brudne szyby klienci wyglądali jak Azerowie Niby sklep, a grobowiec Od tego czasu minęły miesiące, a ja nie mogę zapomnieć czasami wyglądam go na przystanku lub jadąc gdzieś może ma kogoś? Może nie są Czy nasze życia cokolwiek powinny? urojenia, które chcą być najeżone, a które moja głowa przyjmuje, bo się boi, że inaczej będzie inaczej gdybym pozwolił sobie samemu na spacer z marzycielskim okiem by nikt kto stworzony z ziemi nigdy nie był nic winien, ani grosza (z wyjątkiem tej kanalii z solid security) Te widzenia Te myśli, które chciałem kontrolować, a nie mogłem, bo się śmiały może nie są tylko moje może to wspólna nadzieja wspólny uwierający czas który skończy się, doczesny przechodząc dalej obchodzi mnie to wszystko trochę, chociaż to umrze, choć dobrą śmiercią razem ze strachem, który niegdyś ceniłem słowo do Tomka Bąka fanatyk to ktoś kto prosi Boga by ten wchłonął grupę ludzi nielubianą przez fanatyka Tomku trzymaj się ode mnie z daleka Szymon Jakuć (ur. 1980) - publikował w "Arteriach" i "Tyglu kultury". Nominowany do nagrody głównej i laureat nagrody publiczności w konkursie im. J. Bierezina oraz projektu "Połów 2011" Biura Literackiego.

  • Bogusław Duch – siedem wierszy

    Na horyzoncie widzę Czarnego Boga. Miłosz Biedrzycki odrywanie się ludzkości od natury zaczęło się od punk rocka - wszyscy przyspieszyli i lepsze kantypiczki niż Tadeusz Kantor a na reklamy nie ma sposobu a wernisaże mają sens, gdy są krypto-rują orzeszkowe panny wypluwają bzdety potem smarują mózgi oliwą do smażenia blacha samochodu zaczepia o łydkę ma szczęście jest kolorowy plaster popłynie do oceanu i przylepi się do morszczynu a głupie rybki pomyślą że to jeszcze jeden kwiatek. 14.09.21 [Hej Lucibella!] Hej Lucibella! Don’t be a Queen of jizz For the young Nazis! Please! Poharatany śrubokrętem lakier na przystanku autobusowym moknie w porannej mżawce o piątej nad ranem. Hej Lucibella- piłka to nie sześcian! Bohaterska Lucibella... Kwaśny deszcz nad Pekinem - czy pojedziesz na wojnę? Lucibella - rodzina wartością, rodzina gronem. Kiedy Lucy zostaniesz sama z gwiazdami? Imperatyw kantowski zbyt zakręcony. Trzymasz torbę nylonową z zakupami. Wątroba, mleko, bułka paryska, dżem. A algebrę wymyślił Ziemomysł - czy tak? podczas gdy poeci sufi byli blisko ekstazy… Grecki kult stadionów, migotanie neonów. Ucieczka od świata informacji - szlakiem Kerouaca… Pies zdechł. Umarł może. Przykuty do dogmatu osioł czekając kalpy na powolne gnicie duszy swojej. Jeden Bóg, dwa żywoty. Emocje i symbole. Koło. Pattern. 11.10.2015 [Powiedz mi Mahakalo] Powiedz mi Mahakalo czy uczucia religijne to pycha plus przywiązanie do własnych interesów duchowych Mam pytanie następne – jaki poziom doświadczenia bólu oducza zarywania nocy na pytaniach o konkretną sprawczą funkcjonalną moc Miłosierdzia Wątpię „ocieram się o syf” i jestem szczęśliwy Dobry poziom dopaminy Sączący się strumyk endorfin i oksytocyny Zostawiwszy wszystkie cyferki i słowa odnoszę wrażenie że wieczór jest CZYSTY Umysł CZYSTY - zajebisty „Lepszy niż Bóg i Budda” (Miałeś rację). 16.09.22 [przebywam w dniu pomrocznym] Przebywam w dniu pomrocznym, brzuch biedronki nosi cykle; fatalny pomysł grzebiącego w stercie. Czy objawienie Jarka dotyczy także pomarańczy? Stuletni ptak wie to i zna jego kobiety. Każdej szepce inne kra, kra. Więc pobiegliśmy do oranżadowego strumyka, napić się południa, przegryźć jego konsystencję, jak wątroby. Zmierzchało, gdy nagle w jakiś wilgotny sposób przestraszyłem się myśli o swojej śmierci. Wtedy natychmiast pomyślałem, co sobie mogę kupić. [synek mojego brata] synek mojego brata ma rok śpi z umysłem krainy disneya tupta sam gdy w Korei Północnej ludzie są aktorsko dumni z metalowo betonowych kajzerek jeszcze dorośnie dowie się o aniołach bodhisatvach krasnoludkach różdżkach czarodziejskich seledynowy rowerek poszerzy jego świat gdy posiadasz umysł kompletny nie potrzebne jest nic więcej nic mniej w egzystencjalnej ikebanie [pęd do dobrostanu] pęd do dobrostanu rozbija nos – bawi się uskrzydlił ale krępuje ręce i z uśmiechem broni świeckiego stylu życia Bóg z wichru Budda z czekolady może nie tacy źli miska wypełniona smutnym oczekiwaniem pomijam daremność sen ascety naukowy fanatyk wbija linijką stukotem upadającej kredy konstrukty do zmęczonego umysłu Jan K. jest ontologicznie spełniony spogląda z dumą na czubki butów które właśnie wypastował. To tylko kolejna lektura. [ta dziewczyna] ta dziewczyna w pracy w hipermarkecie albo początkująca pracownica w serwisie sprzątającym rano zapach lakieru do włosów rano wilgoć i śniadanie podlany goryczą i mimowolnymi fleszami z weekendu gdy było lepiej 24.11.20 Bogusław Duch – urodziłem się w komunistycznej Polsce, jesienią 1966. W roku 1991 po kilku perturbacjach, zdałem maturę i ubiegałem się o przyjęcie na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Praktykowałem w szkole zen poszukując akceptowalnej wewnętrznej formy siebie. Pracuję jako grafik komputerowy. Dotychczas publikowałem "Brulionie", "Ricie Baum" i “Helikopterze”. Jestem autorem dwóch tomów wierszy City Dharmakaja (2013) oraz Mniej krwi (2021). Trwającą ostatnio swoją stagnację twórczą uważam za pozytywny przejaw. Niebo z obłokami i płynąca po deszczu woda pisze najlepsze wiersze.

  • Artur Droń – pięć wierszy

    *** Im rzadziej wypowiesz słowo „wojna”, tym bardziej uwierzą twoim wierszom. Mów jak jest. Zabili swoich. Przypadkowo, nikt nie chciał. Bitwa trwała długo, wojownicy posuwali się naprzód, a w lesie już ciemno, grudzień. Przeszedł obok rannego i gdzieś zagubił się w tym zmierzchu, nie rozpoznano go. Nie pisz „wojna”, napisz: żaden z nich nigdy nie zapomni tamtego wieczoru. *** Przed granicą zachowaj tę Miłość, jak roślinę jeżyny. Oddaną jak sierżant. Dziecięcą, psią. Ten płacz, którego nie przepłaczesz. Dotrzeć do granicy, wyznaczyć ślady. Utrzymać granice i trzymać się razem. I pozostać na zawsze w październiku. Jak na rozkaz. Bo ta Miłość, co jak tępe noże, gorzka Miłość, która staje się twoją, trzyma się tych, którzy są na granicy. I tych, którzy są poza granicą. Literatura ukraińska Kto nie pojawił się w naszej poezji? Kto nie włączył się do procesu literackiego? Czyje imię i biografia na jednym krzyżu zmieściły się? Mówią, że literatura - to o słowach i o ciszy między nimi. W naszej teraz więcej tego drugiego. Żona Powinna była zobaczyć. Miała wiedzieć, że to naprawdę on. Synowie wzięli pod ręce, a ja mówię: "Wytrzymamy". No cóż, mój ukochany śpi. Taki siny już, przywieźli go tak późno. Ale wiecie, jeszcze się zobaczymy. Mamy jeszcze tyle rocznic do uczczenia razem. Boże, tak bardzo czekam na to spotkanie. Boję się przestać w coś wierzyć. Boże, tak bardzo czekam na to spotkanie. Czy można pomodlić się za was? *** Zobaczyłem, że wazon ze świeżymi kwiatami spadł. "Zaraz poprawię" - mówię do zdjęcia na krzyżu. Podnoszę wazon, a tam list. "Zajączku, z okazji naszej rocznicy. Kocham". tłumaczenie Mirosława Rudyk Artur Droń (ur. 2000) – poeta i żołnierz. Ukończył studia na Wydziale Dziennikarstwa Lwowskiego Narodowego Uniwersytetu im. Iwana Franki. Z początkiem inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku ochotniczo wstąpił do wojska. Pełni służbę w Obronie Terytorialnej Sił Zbrojnych Ukrainy. Za tomik wierszy „Akademik №6” (2020) został uhonorowany literacką nagrodą im. A. Kryłowca w 2021 r. Wiersze Artura Dronia tłumaczono na język litewski, angielski, polski, włoski, fiński, norweski, białoruski, estoński, hiszpański i francuski. W lutym 2023 roku wiersze z jego utworu zostały zacytowane przez premiera Włoch Giorgię Meloni podczas konferencji prasowej z prezydentem Żełeńskim. Wkrótce ukaże się tomik poetycki Tutaj byliśmy napisany podczas wojny. Z niego pochodzą powyższe wiersze.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page