top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Almudena Sánchez – cztery wiersze

    Trucizna Gram na pianinie tak, byś słyszała, do-re-mi-fa-sol a twoja duma elektryzuje rękawice do cięcia. I z materiału rękawic wystrzeliwuje błyskawica, która przecina na dwie części cyprys, palmę i znudzonego kaktusa. Tyle ogrodu dla tak małego katharsis. Jeśli połknę twoje nasiona z dawką lekarstwa, to po to, by coś zakwitło w moim żołądku: magnolia. Rozmawiałam z moimi wnętrznościami: są gorsze od mojej głowy, kiedy wyobraża sobie ekosystemy i stada szpaków latające dookoła. Któregoś dnia zobaczyłam zielsko nie do udomowienia. Było piękne wśród tej całej schludności. Oby tylko hipnotycznie czuwał nad nami wąż, a my będziemy bierne,  trochę nastroszone, dzielące się tym dzikim terrorem. Tryptyk tego co nie Trzy rzeczy nigdy się nie skończą. Wojna. Pragnienie. I matka. Dziedzictwo Z moich gestów, które wymyślam, by się odróżnić od twojego roztargnienia oraz trzepotania, wyłaniają się nieprzerwanie twoje gesty. I zmieniam ekspresję twarzy, i maluję zmarszczkę na czole a ukośną na profilu, i unoszę łukowate brwi a żuchwę dociążam, chociaż wiem już, co się stanie z moją twarzą, kiedy skończę pięćdziesiąt lat: stopi się i będę musiała uwydatnić kości policzkowe, stawiać się w tych miejscach, które obiecują symetryczną doskonałość w niezadowolonej pozie. Chcę wierzyć, że mrugałam inaczej, i że płakałam inaczej patrząc w kosmos, i że kochałam się w inny sposób, żarliwiej i rytmiczniej. I cała ta mowa jest tylko z jednego powodu, z wiecznej niewygody, bo gdy napadają mnie słowami „przypominasz bardzo swoją matkę”, nie mam żadnej odpowiedzi poza oczywistą, nieśmiałą, być może niedorzeczną „no tak, ale nie jestem nią”. Słownik rodzinny Synonim słowa matka: nie ma. przełożył Paweł Orzeł Almudena Sánchez (ur. w 1985 w Andratx na Majorce) – autorka dwóch książek prozatorskich: La acústica de los iglús  (2016) i Fármaco  (2021); poniższe wiersze pochodzą z jej debiutu poetyckiego pt. Gramática de mi madre   ( Gramatyka mojej matki, 2024).

  • Gosia Żygadło – projekcje panglosowsko-kasanadryjskie

    Kolaże obrazkowo-humorystyczne z elementami absurdu. Do wykonania użyto magazynów dla kobiet, dzieci i dorosłych, nożyczek, kleju oraz własnego doświadczenia osobisto-zawodowego. Skierowane do ludzi w każdym wieku w celu przerzucenia na nich ciężaru emocjonalnego wynikającego z ogólnie pojętej frustracji. Jak się dobrze przyjrzeć, widać hipokryzję, manipulację, udawanie emocji, powierzchowność relacji, brak poczucia sensu i samoprzylepny uśmiech na każdy dzień tygodnia. Jak się nie przyglądać, to niewiele widać, ale można chociaż powiedzieć, że ładne, kolorowe i miłe dla oka. Można wydrukować na obrusie lub koszulce i tak chodzić po mieście. Gosia Żygadło  – prawie z Wrocławia. Inżynier, budowlaniec samozwaniec i psychopatopoetka codzienna w jednym. Uprawia styl romantyczno-katastroficzny z wiecznie źle ulokowanym optymizmem. Publikowała swoją prozę i wiersze w piśmie literackim „Epea” (Książnica Podlaska) oraz w Pocztówkach Literackich „Odry”. Aktualna wicemistrzyni Wrocławia w slamie poetyckim. Podróżnik, powsinoga. Czyta gazety. Robi kolaże.

  • Alberto Szpunberg – trzy wiersze

    Stare rzeczy Unosi się aż tutaj zapach spalonego drewna. Gdyby ten dom, niczym w bajkach, miał kominek, ogień z pewnością wzbiłby się, by dodać nocy gwiazd, a tak, dym się gromadzi  i sękate belki dachu czernieją z czasem.  I tak jak te belki, wszystkie rzeczy: po tylu, tylu trudach życie przy ogniu mąci wzrok, a zgaszone cygaro w ustach już nie dymi, choć wciąż plami drżące wargi; ciepło jesiennego powietrza można by rzec, niczym cisza, usypia, drżą sękate dłonie, a oczy — kto by pomyślał — giną bezpowrotnie. Proste rzeczy Ciepły dzień w środku jesieni zwiastuje deszcz: mylą się liście, które jeszcze pozostały lecz nie ptaki, które wcześnie odleciały w dal; wspomnienia znają wszystkie drogi, dlatego powracają z daleka i pachną ziemią, zbierają się, ulatują, zawsze pozostają. Człowiek, który jest blisko i daleko, wie, że to jesień i że żył, jesiennymi wieczorami spogląda na ulicę  i chociaż ciepły dzień w środku jesieni mniej dymi jego pokój wciąż pełen jest dymu. W Buenos Aires takie zmiany pogody nie są rzadkością: zapach deszczu, który jest zapachem ziemi, czuć z daleka a wszystko układa się, jak zwykle, w najbardziej zwyczajny sposób. Upór Zabiją mnie zabiorą kilka z moich najbardziej oszalałych kawałków będą badać moje oczy, jak szeroko otwarte patrzyły w noc moje ręce, jak mogły moje ręce umrzeć, tyle razy się witając moje stopy, jak nie uciekły, choć miały aż nadto czasu i wrócą po mnie po więcej kawałków po więcej i więcej zniszczeń moje serce zacisnęło się w pięść moja głowa pośród wszystkich ludzi był dobrym chłopcem powiedzą o garstce moich kawałkówale oni co jak kiedy, nigdy się nie dowiedzą, myślę że nigdy. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Alberto Szpunberg  (1940–2020) — argentyńsko-hiszpański poeta i dziennikarz.

  • Leopoldo María Panero – pięć wierszy

    Dedykacja Poza tym, gdzie jeszcze skrywa się życie, pozostaje królestwo, pozostaje uprawiać niczym król swą agonię, sprawić, by rozkwitał niczym królestwo brudny kwiat agonii: ja, który wszystko skurwiłem, wciąż mogę skurwić swą śmierć i uczynić ze swych zwłok ostatni wiersz.  Poezja niszczy człowieka Poezja niszczy człowieka, podczas gdy małpy skaczą z gałęzi na gałąź, na próżno szukając samych siebie w świętokradczym lesie życia słowa niszczą człowieka a kobiety pożerają czaszki z takim głodem życia! Piękny jest tylko ptak, gdy umiera zniszczony przez poezję. Szaleniec dotknięty klątwą niebios Szaleniec dotknięty klątwą niebios śpiewa upokorzony na rogu  jego pieśni mówią o aniołach i rzeczach  które kosztują życie ludzkie oko  życie gnije u jego stóp jak róża  i już blisko grobu, obok niego przechodzi  księżniczka. Szaleniec spoglądający z bram ogrodu Człowieku normalny, który na chwilę  skrzyżowałeś swój los z losem wariata wiedz, że nie za zabicie pelikana, lecz za nic leżę tu pośród grobów i że nie świętej woli demona czy boga, ale przypadkowi zawdzięczam swój upadek. Szaleniec, którego nazywają królem Jestem błaznem i odgrywam człowieka na tych zamkniętych schodach z martwymi rybami na stopniach i syreną utopioną w dłoni, którą pokazuję niemo przechodniom, prosząc, jak poeta, o jałmużnę dłoń, która dusiła, dotyka twej dłoni na progu, który łączy mnie z człowiekiem mijającym mnie w odległości rumaka i naiwnie pieczętuje pakt nie wiedząc, że tonie na dziewiczej stronie na wierzchołku linii, pośród nicości w okrucieństwie zwiędłej róży gdzie nie ma mnie ani nie ma człowieka z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Leopoldo María Panero (1948–2014) – hiszpański poeta wyklęty, członek awangardowej i eksperymentalnej grupy „Novísimos”.

  • Karina Caban – dwa wiersze

    Żegna się Z gratami rozprawia się na kilka sposobów. Rzuca nimi długo, aż rozbiją się na kawałki.  Zbiera do trzydziestu worków po 120 litrów.  Pracownik MPO nie daje im rady w pojedynkę. Pomaga. W drugim podejściu – jeśli coś jeszcze zostaje –  przytula szpeje. Nadaje im sentymentalne  imiona, zagaduje i gładzi,  i gładzi. Owija w bąbelkową folię, chowa w pawlaczu. Wyjmuje  tylko wtedy, gdy potrzebuje sobie z niej postrzelać. Hawaje Od trzech miesięcy pobudka o piątej. Znam już większość głosów ptaków  porannych i nocnych. Część z nich się  pokrywa. (Pomaga mi w tym aplikacja  birdnet – stworzona przez naukowców,  ale czasem i ona się myli. Na przykład,  kiedy twierdzi, że głos należy do ptaka żyjącego tylko na Hawajach). Bogatki zbierają w ogródku sierść suki do  gniazda. Specjalnie ją więc tam wyczesujemy i zostawiamy kępki. Wyobrażamy sobie, że żyjemy na wyspie. fot. Michał Lichtański Karina Caban  – autorka dwóch książek poetyckich: Dużo drobnych  (2022) oraz Niewiele nieszczęścia  (2023). Laureatka 9. edycji Konkursu na Książkowy Debiut Poetycki im. Anny Świrszczyńskiej oraz zdobywczyni I nagrody w XXX Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim o Nagrodę im. K.K. Baczyńskiego. Publikowała m. in. w „Helikopterze”, Magazynie „Zakład”, „Wysokich Obcasach”, „Liberté”, Miesięczniku „ZNAK”. Jej wiersze były tłumaczone na język chorwacki.

  • Amelia Pudzianowska – pięć wierszy

    Płynę w tę płynność Dziura nie musi być czarna ani nawet żadna Choć lepiej gdy czarna bo wtedy daleko A ja w nią wpadam jestem słaba i marna A ja z nią igram jak z rwącą rzeką Co we mnie strumieniem są te mokradła Co wir mnie w rzece połyka ku ściekom Hej ty Wisło Odro czy inna co ma się za mądrą Masz dziurę w sobie bezdenną w dół i w górę Ja jestem inna z rana i pod wieczór nie ta sama Rzeczę że zarzekam zrzekam się rzeki Świat wszech jest rozwarty Mnie dno wystarczy Co ma firmament pod sobą Rozpostarty pod wodą Oś obce jak jajko na osi spadam, zjadam. nie wiem kim jestem nie wiem co jem to sen pęka mi skorupa przestrzeni wiesz co? nie chcę się żenić bóg jak jajko pęka mi krzyż pisz. demony znają swoje imię ja je zapominam w kinie ślubuję ci: chcę być kimś kto ciebie kocha. wiesz co? katastrofa bóg w jajku ja w bogu mam ciemnię a ty we mnie. demony w karku pewne swej pozycji kapują na nas policji. wiesz co? przeraża mnie zło. nie takie jak w zbitym jajku. tylko to o poranku. gdy budzisz się i patrzysz, a ja płaczę. i jakby nie było boga. choć wiem, że jest, a twoja noga, łydka, czule mnie przyciąga. dla boga to gest zbyt szybki, lecz ja zbyt lubię twoje łydki, więc już nie płaczę, lecz wciąż się boję. że nie będzie nas dwoje. i że nie będzie twoje. i że nie będzie moje. że nas rozdzielą skurwiałe gnoje. obce jak jajko na osi spadam i już mi jedno wszystko i już wada tego świata warkocze mi zaplata a może to ty bawisz się włosami a mojej głowie dopóki ci nie powiem że śniło mi się że prosisz o rękę odwracasz wzrok, więc łapię za rękę i kończę udrękę, całuję dłoń a potem szczękę angażuję w to całowanie kończę. a ty chcesz jajko na śniadanie i chuj. włączam pranie Ubierz się Ubierz się, bo twoje ciało pociąga Ludzi biegłych w pociągach i Nowych przygodach Bonda. Bo twoje ciało Wygląda jakby chciało być bez ubrania. Na nic twoje starania. Rozbiorą cię I będą powstania. Bo tu jest kurwa Polska. Rozumiesz? Uwierz, się nie uratujesz. Bo tu jest kurwa Polska i nie licz, że cię położą Na Powązkach, raczej w takich związkach droga Jest wąska, jak łóżko i choć nie jesteś ładna I cycki zasłaniasz poduszką I choć nie jesteś zaradna jak dziewczyna Bonda I upośledzona jesteś w poglądach, To się ubierz, żeby cię rozebrali. Bo taki nam świat dali i takie muszą być ustawy, Żeby bez zgody cię posuwali i nie doszło do ugody. Jesteśmy mali, lecz rośniemy w siłę, by rzec: Byłem w niej. Byłem. Słodycz Już cicho na sercu, już leży płasko, Już się oczy łuską drażnią. Dorastam wciąż do wieku ciała, Ciało dorasta do wieku świata. Dziś rozstrojona jak powierzchnia ciasta z kruszonką, Dziś wita mnie słonko, co policzone ma lata. Biorę życie w ratach, biorę życie na kredyt I szczęście opłacam w stratach, aż poznam niebyt. Albo byt, Wielkiego Komornika co zajmie mi serce. Rozkładam ręce i nie wiem, czy ktoś wpadnie w moje ramiona, Czy będę taka rozłożona, na atomy atomów, cząsteczki cząsteczek. Serce leży płasko, serce jak cukierek w piasku. Poszedł po pole a wrócił z dworem Ryje mają po jeden na metr kwadratowy I każdy milczy chcąc poziom rozmowy, Trzymać tym milczeniem białym jak mleko Wylane z piersi sprzedanej krowy. Wieko, Słój i ogórki na stole, on je czuje. Pod ryj mu ojciec podstawia. On mówi: ja podziękuję. Już nie ryj i nie morda, już nie dzieciaków horda, A tylko myśli i spuścizna tychże myśli, Już nie wymię krowy i kompot z wiśni, choć krowa sprzedana i te tutaj rozmowy, o niej wciąż. Ogórki takie jak wymiona i łzy lecą, a w łzach jest miąższ, duma prostego człowieka. Lecą na ziemię wieka, więc ten co wrócił też milczy, ale jakby tak ze wstydem złożonego zwierzęcia, co zapomniał, że do poczęcia, doszło na wersalce, na której spoczął. I tak milczy, ale po co? Co on tam wie z tych studiów z miasta, nie ruszył ciasta, z twarzy mu pasta zrobiła intelektualistę, bo zęby ma czyste. Przez okno wpadł listek. – Klon - mówi ojciec - klon na sto procent. – Klon - odpowiada on, lecz mówi to samo, jakby mówił inne. Jakby widział liść i czynił Bogu ducha winne, sobowtóry tego cudu natury. I widział tym ideę łona Platona, niedoskonałego klona. – Się namnożyło, jesień za pasem. Kiedy dzieci i ślub? – Będą z czasem, jak się metr kwadratowy wyrobi własny. Żeby nie był ciasny. A ojciec o krowie, o klonie i ryju milczy, Bo nie ma kapitału by mówić, co go bolało. A teraz go boli ten syn zmarnotrawiony, Co oczami strzela na wszystkie strony. I nie umie jak ta krowa, patrzeć poczciwie i ryjem ruszać, Przy wiśni czy śliwie. A syn patrzy na ojca I dziwi się idei, z której on i bracia się wzięli. Z ojca krwi, krew mu płynie po ciele. Syn ma swoją ideę. To wciąż niewiele. Amelia Pudzianowska (ur. 2001) – laureatka kilkudziesięciu konkursów literackich. Publikowała w internecie, prasie, antologiach. Autorka reportaży, storytellerka, slamerka, reżyserka, autorka warsztatów kreatywnego pisania. W 2025 roku nakładem Wydawnictwa Biblioteka Śląska ukaże się jej debiutancka książka guzik prawda .

  • Sebastian Sokołowski – siedem wierszy 

    #LOTdoDomu do you have a flight? may I see your ticket?  pytali grzecznie karabiny maszynowe solidnej konstrukcji robiły wrażenie  najprawdopodobniej byli to antyterroryści  mieli bowiem zasłonięte twarze nie wyglądali na zdziwionych  że akurat nasz polski lot nadal lata nie wiedzieć czemu o piątej nad ranem  budzili uparcie śmiertelnie zmęczonych podróżników którzy zasnęli na ławkach  tłumacząc że to lotnisko a nie hotel miałem przy sobie ratujący mnie wydruk  z numerem nieodwołanego lotu from: AMSTERDAM SCHIPHOL AIRPORT  to: WARSAW FREDERIC CHOPIN (dlaczego do cholery frédéric?) tuż po odprawie jedna ze stewardes puszczała oczko  zbyt mocno wymalowana jak tania dziwka ale może miałem tylko takie wulgarne przywidzenie byłem już kilkadziesiąt godzin bez snu a może była to wampirzyca fikcja literacka przysypiając słyszałem słowiański szelest rodaków wielu z nich myślało że te loty to tylko jakiś przekręt a pandemię wymyślono żeby ktoś mógł na niej zarobić jeden drugiemu czytał w myślach  poruszaliśmy się z prędkością światła jak fotony nie minęła nawet chwila a otrzymałem napisaną pospieszną polszczyzną ulotkę zawierającą coś w rodzaju ostrzeżenia będziesz zobowiązany poddać się  obowiązkowej kwarantannie Warszawa, kwiecień 2020 władca marionetek jakby to było tajemnicą że roi się od pułapek w ciągłym ruchu takie zagrożenie jest zawsze realne ktoś dobierze się komuś do tyłka i pozbawi go życia ten kto wczoraj był bohaterem dziś jest wyklęty chodzi jedynie o dziecinadę sypanie piaskiem po oczach zbyt dużo uwagi poświęconej nierelewantnym duperelom o wymyślonego nie  wiadomo przez kogo malutkiego braciszka co wiarą góry przenosi niemądre nauki podczas gdy ostatni idioci wpajali kolejnym pokoleniom błędne przekonanie że nie można przegrać walcząc w słusznej sprawie nam młodym i gniewnym z nieznanych powodów spodobała się nowa wersja końca historii z happy endem co wiedzą mędrcy świat został stworzony po pijanemu  a zatem do samego końca jego istnienia żaden mędrzec nie będzie w stanie  wypowiedzieć słynnych słów wiem że nic nie wiem tropy i tryby   miała być abstrakcja a były nieludzkie relacje bardzo chujowe tu krew i tam krew w obliczu śmierci nie pisze się o niej jest wypisana na czole robi się coś w rodzaju rebootu pisze się po prostu o pierdołach w niewielkich rozmiarach wygląda to jak zdrada choć język zwykle jest spoisty nie ma lekko na wszystko znajdziemy ostateczny sposób rozstroje tymczasem burza w szklance  wody a może nawet coś bardziej  intensywnego nie cichnie nocą bo przecież w niebie nic się nie dzieje wszystkie duchy jeżeli kiedykolwiek  istniały długo spadały na pysk zanim spór o legalizację gazów trujących lekko unoszących się ku sklepieniu nabrał tempa gdzie drwa rąbią tam wióry  lecą taki płynie z tego jego mać wniosek cezar (facet który ponad dwa tysiące lat temu rządził rzymem) powiedział że  zostanie załatwiony przez brutusa i że jego martwe ciało w ogóle nie poczuje bólu słowiańska mitologia nasz pierwszy władca który istnieje jedynie w bajkach lub co najwyżej w przekazywanych ustnie legendach zmarł na nieuleczalny od zawsze syfilis w dniu w którym niechlubnie odszedł z tego świata  jego żona wyrwała sobie wszystkie włosy z głowy  i do końca życia była łysa niemniej jednak właśnie dzięki jej staraniom udało się  sprowadzić z zagranicy armię fachowców którzy zbudowali piękne miasta w nowo powstałej krainie aż trudno uwierzyć że niektóre z tych miast istnieją do dziś Sebastian Sokołowski  (ur. 1974) – poeta. Autor tomów Atrapy Dajmoniona  (2004), Strefy milczenia i nie  (2014) oraz  Końcowe odliczania  (2018). Ostatnio publikował jako twórca niemieckojęzyczny w austriackim magazynie „mosaik“. Mieszka w Krakowie.

  • Julia Oberson – trzy wiersze

    Zwężka w ostatniej kwadrze zastawię karły i bezdomne psy albo zabarykaduję się w inkubatorze razem z pisklętami. nieplewione sieroty zaatakują umocnienia i rozpoczną odliczanie, nareszcie! z rozmów na offie wiem kto zachwiał prasłowiańskim członem i czyje kobiety upadły razem z komunizmem. krew rozbitą na włosy skórę i paznokcie możecie odryglować do odwołania, niech na trawie śliskiej od rosy wytrąca się osad na twarde dźwięki, które dodawały wam uroku, na buty właściciela domu pogrzebowego, które polerowaliście przez półotwarte usta. wyjąć zdziczałe króliki z wnęk starego pieca, przeliczyć pieścidełka, które utrzymały przepustowość. krokuty z zaskoczenia przysypią was ściółką i wybiorą porę żniw: może przed jasełkami? zjadą się z całego kraju żeby chuchać na chleb i wracać z czystym kontem. zsuniesz się z wykopu, żeby oddać głos; znowu sierpień, znowu krzyżyk za waleczność. odłóżcie bryłki bursztynu i płyńcie tam gdzie jeszcze jest miejsce: kosą, wąziutko, przez tych, którzy się upili i resztę, która opisała szczepy nakrapiając drozdy wzdłuż rowów. Bregma kolejna wspólnota gruntowa spiskowała przeciwko państwu: to normalne, że pokój skrzypi w trakcie postępowania administracyjnego. nie chcę wiedzieć kto zabezpieczył ślady na miejscu zbrodni i z opuszczoną głową filtrował chłonkę; puśćcie to szwem węzełkowym w wąwóz albo na szczyt tajfunu. w wieczerniku spojrzę z ukosa i wrzucę chleb do krajalnicy. chwała bohaterom, zachowali kolor. Victorian secret (za Brzeźniakiem) skrócił wąsy, przegonił komary i przeciągnął przędzę przez zakratowane okienko. gdybym miał lśniący pistolet i wszystkie drżące rzeczy które pomyślałem; ocalały importowane srebrne łyżki i ciało plemienia (odziane). opuściłeś dźwignię bez obliczania gęstości widmowej, zmutowały kolejne podzbiory, w stajence czarny bez, obrodziło nawet kiedy leżałam odłogiem. dziewczynki o bezczelnych rękach wydały rozporządzenie: ten kranik do odstrzału. droga od zabudowań gospodarskich jest prosta; zostawcie tylko larwy czerwca polskiego i kilka gryfów z delikatnego brązu. nikt inny nie będzie zaglądał nam do gardeł na minutę przed burzą. Julia Oberson (ur.1991) – przeszła Wisłę, przeszła Wartę, obecnie mieszka w Lozannie.

  • Małgorzata Osowiecka-Szczygieł – trzy wiersze 

    Going postal Coś się skrada i nigdy nie było większe. Króliki parzą się za głośno, by myśleć. Farmerka obrzeza kolbę, rozbieranie kukurydzy piątą godzinę, ich palce w kolcach wiecznych kaktusów bolą, jeden z nich wziął nóż i tańczy ze skalpem. To ciężka praca: mówią do siebie. Podobno do studni wrzuca się papierosy i grzechy. Zachodzące słońce oświetla czerwone dłonie, ślina z osoczem użyźnia pola, zwycięzcy czekają na świt, przecierając karki krowom. Jak z filmu Sergia Leone To miasto jest za małe dla nas dwóch, więc szykujemy się na walkę, w której obaj możemy przegrać, zamknięci w jednym grobie od dziesięciu lat. Ale to właśnie tego dnia wszystkie stacje o nas mówiły: zmęczeni ludzie po dwóch stronach stołu; to my – uniformy, których nigdy nie ściągamy. Zanim zdążyłeś powiedzieć, że będzie dobrze, zęby wypadły mi z ust, ulica przy młynie została odnowiona, miętówki wyparowały i skończył się azbest. Wtedy zdałem sobie sprawę, że aby być szczęśliwym, trzeba kopać głęboko w sobie. Walka zaczyna się w południe, pod skórą już biegnie kolej do domu. Song of remorse W lipcu chodzimy bez niebieskiego światła. Chcemy więcej morza i mięsa. W lipcu nocą pokal solo na parapecie, a godziny palą w przełyk i biją, bo ta noc jest pojemna. Gęsta zawiesina w zatoce, martwe foki, Iwona bez jedynek w buzi, chcą zlikwidować Sebę, ktoś tam wjechał, potrącił ciała w kolorze betonu, oni się trzęsą z falafelem w dłoni, wiecznie głodni, usiądź niżej, tak jest wygodnie. Małgorzata Osowiecka-Szczygieł  (ur. 1990) – poetka, psycholożka i wykładowczyni; doktorka nauk społecznych. Naukowo zajmuje się wpływem odbioru poezji na myślenie twórcze. Wydała dwie książki z wierszami: Plama na świecie  (2023) oraz Molochy i mola  (2024). Mieszka w Sopocie.

  • Gosia Żygadło – cztery wiersze

    umiera ale to nie koniec dla leżącej krzyżem na której ramionach niebo  już prawie się nie trzyma pęka most i odsłania  skrawek rozdartej ziemi bierzesz na własność dla dłoni a siły wzejścia i zapadania  stają się jedną o wartości  która nie ma znaczenia chce tylko być naga i zaczynać cicho leżymy tak oboje prawie zmarli na skórzanych tratwach ciał ale wciąż szukamy na ich brzegach morza nie ma słów tak miękkich jak woda żeby można było nabrać ich w dłonie i nieść do ust nie roniąc ani kropli uzmysłowienie czy staliśmy się dla siebie wiadomi ze wszystkimi tego konsekwencjami u drzwi zmysłów zostawiając słowa nie wiemy ale nie mówimy już jest najniecierpliwsze doczekanie słyszę jak stawia stopę na mojej ziemi drgnęły płyty tektoniczne topnieją lodowce podnosi się poziom wód wiem że już płynie i coraz większe ocieplenie klimatu że freon nie nadąża z chłodzeniem wypala dziurę w stratosferze zaraz wskoczymy Gosia Żygadło  – inżynier, budowlaniec samozwaniec i psychopatopoetka codzienna w jednym. Uprawia styl romantyczno-katastroficzny z wiecznie źle ulokowanym optymizmem. Publikowała swoją prozę i wiersze w piśmie literackim „Epea” (Książnica Podlaska) oraz w Pocztówkach Literackich „Odry”. Aktualna wicemistrzyni Wrocławia w slamie poetyckim. Podróżniczka, powsinoga. Czyta gazety. Robi kolaże.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page