top of page

Corina Oproae – wiersze 



***

NIE jest ani paprocią, ani jeżyną
śmierć 

wybieram powolne życie 
tym razem
spokojne starzenie się drzewa
które mam przed sobą
i które teraz mnie wspiera 
nieskończoną ścieżkę 
w kierunku morza, które zobaczyłam po raz pierwszy
te gigantyczne góry rozpadające się
w zmianie stanu bezkresu
i powolne zanurzanie się mojej istoty
w starożytnym chórze wód
łzy
które mieszają się z solą 
i stają się modlitwami
wspomnieniami pieszczot skamieniałej bogini 
wewnątrz mojego pierwszego snu

wybieram powolne życie 
tym razem
ignorując to, że drzewo zawsze zielenieje 
śniąc wewnątrz tego samego snu
modląc się w ośmiozgłoskowcach, które zawierają ostateczne znaczenie świata
i na zawsze leczą wszystkie rany 
zapominając o matce
zapominając o ojcu
acz bez bycia sierotą
czując się córką matką boginią siostrą wróżką czarownicą 
poza życiem
poza śmiercią  

która nie jest ani paprocią, ani jeżyną
ale ciemnością i jaskinią
kręgiem i kulą
znowu i zawsze
blaskiem          błyskiem         światłem


***

jest kobieta
która mnie ściga
w swojej dłoni
trzyma garść pokrzyw
dogania mnie i mówi
są dobre na reumatyzm
a przede wszystkim
na odpuszczenie grzechów
pośrodku twarzy
starej i obcej
lśni to spojrzenie
które poznaję
przyspieszam kroku
to nie może być ona
cierpię na reumatyzm
nigdy się nie modlę
zapada się we mnie
jak ptak
mostek
krocze
za każdym razem gdy słucham
na głos bardzo głośno
sama w samochodzie
koncertu fortepianowego nr 2
Rachmaninowa
to nie może być ona
ona nigdy nie wyjechała
ze swojej małej wioski
ze swego małego kraju
to niemożliwe
żeby dotarła tak daleko
podążając szlakiem
tej kwarty krwi
którą po niej odziedziczyłam
cierpię na reumatyzm
jest niedobór wody
nie umiem się obejść 
bez luksusu kąpieli
raz w tygodniu
żeby czytać sobie 
wiersze na głos
albo śpiewać
nawet jeśli wiem że fałszuję
to niemożliwe
żeby przybyła z tak daleka
i nie uschły jej 
pokrzywy
po drodze
cierpię na reumatyzm
są noce
chciałbym móc
kochać do szaleństwa
nieznajomego mężczyznę
kochać do szaleństwa
nieznajomą kobietę
nigdy nie widziałam
jej grobu
ale wiem, że na jego szczycie
rośnie 
drewniany krzyż
który przecina jej imię
to nie może być ona
cierpię na reumatyzm
jest kobieta
która mnie ściga
znowu mnie dogania
zamyka oczy

pokrzywy
stają się liliami
w jej dłoni



Jak znowu zasnąć
o czwartej nad ranem?
z Wisławą Szymborską 

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem.
Wisława Szymborska


jest czwarta nad ranem 

budzisz się jak zwykle
i nawet nie próbując ponownie zasnąć
zakładasz coś na siebie i wychodzisz do ogrodu 

tak naprawdę
za bardzo się boisz
żeby wychodzić na zewnątrz 
o tej porze

poza tym dom, w którym mieszkasz 
nie ma ogrodu

ale wiesz, że jest wiele sposobów na wyjście do ogrodu 
więc pozwalasz żeby wiersz trwał dalej
i wychodzisz do ogrodu o świcie
z dziwnym mrowieniem w całym ciele 
zdezorientowanymi zmysłami 
i stalowym światłem w źrenicach

wiesz też, że w tym ogrodzie nie ma drzew 
a jednak rozpościerają się przed tobą 
bardziej realne niż twoje własne ciało  
gałęzie skamieniałego drzewa 
w harmonijnym tańcu ku niebu

na wysokości twoich oczu
mały ptaszek przysiada na gałęzi
tak blisko 
że chciałabyś być niewidzialnym kamieniem
przytłoczonym przez bolesne światło 
które teraz wylewa ci się z oczu 
i toruje sobie drogę 
w tym ogrodzie zawieszonym 
między nocą a dniem

nie masz trzydziestu lat
nie pieje kogut
nie wieje od wygasłych gwiazd

a jednak tak naprawdę nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem 

zastanawiasz się kim jesteś

zdezorientowaną bezsenną kobietą
w miejscu bardziej realnym niż te oczy 
wpatrujące się w ptaka 
który być może nie istnieje
bezsenną kobietą
która pragnie zamienić się w kamień
i patrzy na ptaka, który wzbije się w powietrze  
za chwilę lub wcale
a który teraz przygląda się jej okrągłymi oczami
hipnotyzując ją z gałęzi

podczas gdy ty oddajesz się tej chwili
wibrujące syczenie
przenika twoje ciało 

kładziesz się na mokrej trawie
i pod nieprzeniknionym spojrzeniem ptaka
czekasz aż węże 
uniosą głowy 
prześlizgną się po twoim ciele i dotrą do uszu 
by je polizać aż wiersz
wypełni się wszystkim co musisz powiedzieć

i kiedy czekasz
jest już piąta 
i nie pamiętasz że ptak 
wzbił się w powietrze wypluwając ci w usta 
wszystko, co ma jeszcze nadejść 

jest już piąta
i możesz dalej śnić
jak oszalała kasandra 
w pustym pokoju



Jak napisać wiersz na Boże Narodzenie 
z Marią Banuș


pada śnieg i robi się ciemno

i czujesz prawą stronę ciała
uśpioną nieistniejącą
jak zdrętwiałe ptasie skrzydło
co obserwuje ukośnie dzień
ciemny jak noc w lesie

to, co się wydarzyło, pozostaje nienaruszone
w fałdach 
twojego mózgu
pewność ostra jak zielona łodyga
stercząca w śniegu

lewa strona ciała
obudzona obecna
jest ci drzewem
to jodła obciążona dekoracjami
które chcesz zerwać jednym gestem

odtwarzasz w doskonałej samotności
tę pierwszą uroczystość
w nieobecności
i rana w korzeniach jodły
chwiejnie
pulsuje wbija ci się w brzuch
pamiętasz słowa matki
to teraz jedyna kotwica do życia
bełkotanie luźnej szczęki
i twoje ręce zawsze splamione tą ziemią
której nigdy nie rzuciłaś
na niewidzialną twarz ojca
 
rozumiesz
ten ból to środek
który zawsze utrzymuje cię w pionie

czujesz ten zapach żywicy
który skłonił cię do otwarcia okna
w dzień taki zimny jak dzisiaj
pamiętasz lodowaty uścisk
chęć by skoczyć w otchłań
roztrzaskać się o asfalt
zostawić plamę
w kształcie jelenia
i niech przechodnie idą obok mówiąc
że śmierć jest rannym 
zwierzęciem w wyimaginowanym lesie

miotasz się między spokojem a działaniem 
ale teraz
wiersz rodzi się tylko z twojej uśpionej strony
dławi cię w gardle
i te same słowa co zawsze
chcą zyskać inne znaczenia

pada śnieg i robi się ciemno 
i chcesz poczuć pazur życia
na twarzy
tamowanie krwi w ranie
i chcesz, aby wiersz powstawał w ruchu
niech to będzie krążenie
przemieszczenie
przepływ
oscylacja

pada śnieg i robi się ciemno 
i wiersz przestaje być wierszem
to piła
podcinająca korzenie jodły
pozostawiając cię zawieszoną w powietrzu
gdzie piszesz słowa
które noc wymazuje
i rozumiesz
że jeśli nie ma korzenia
to nie ma wiersza
że jeśli nie ma spokoju w działaniu
to nie ma wiersza
że twoja uśpiona strona
to kameleon
żarłoczny wydłużony język
który łapie w bezruchu
ślady radości
w padającym śniegu
nierealnym i odległym

tak nagle

tłum. Marta Eloy Cichocka


Corina Oproae (ur. w 1973 w Transylwanii w Rumunii) – od 1998 roku mieszka w Barcelonie. Jest poetką i tłumaczką, pisze po hiszpańsku i katalońsku, tłumaczy z rumuńskiego i angielskiego na kataloński i hiszpański, publikuje swoje książki w języku rumuńskim we własnych przekładach.  Opublikowała książki Mil y una muertes (2016), El taller blanco (2020), Intermitencias (2018), Desde dónde amar (2021) i Un rosario de soles (2023). W języku katalońskim napisała La mà que tremola, książkę poetycką poświęconą refleksji nad pisaniem w języku, który nie jest językiem ojczystym (2020). Tłumaczyła takich autorów jak Marin Sorescu, Lucian Blaga, Gellu Naum, Ana Blandiana, Norman Manea, Dinu Flamand, Ioan Es. Pop, Angela Marinescu i Mary Oliver. Jest autorką i tłumaczką antologii aktualnej poezji katalońskiej opublikowanej w Kolumbii, La hora indefensa i La poesía del siglo XX en Rumanía (Visor, 2022). Wybór załączonych przekładów autorstwa Marty Eloy Cichockiej jest owocem XII Obradoiro Internacional de Tradución Poética na wyspie San Simón w hiszpańskiej Galicji. Fotografia autorki Yolanda Castaño.

Comments


bottom of page