top of page

Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 3)

  • Mirek Drabczyk
  • 4 dni temu
  • 14 minut(y) czytania


Radio z końca świata. O poezji Piotra Gajdy

Kiedy czytam Radio Bla Bla Piotra Gajdy, mam wrażenie, że uczestniczę w transmisji z planety, która nie wie, że już się skończyła. Jakby świat wciąż nadawał – automatycznie, po awarii sensu – serię powtarzanych w nieskończoność komunikatów, reklam, fraz i modlitw. To poezja nie tyle o człowieku, co o jego pogłosie, o języku, który przetrwał swojego użytkownika. Autor tworzy pejzaż po katastrofie, ale nie tej spektakularnej, apokaliptycznej, lecz tej cichej, wewnętrznej – katastrofy humanizmu, który rozpadł się na szumy i szczątki.

Czytając te wiersze, czułem, jakbym stroił radio, w którym wszystkie stacje nadają jednocześnie. Słyszałem głosy polityków, reklamy suplementów, modlitwy i instrukcje obsługi, a między nimi – cichy, drgający ton, jakby ostatni oddech człowieka. Gajda nie tyle pisze o końcu, co nagrywa jego dźwięk. Jego język jest zbudowany z zakłóceń, interferencji, przesterów. Poezja przestaje tu być komunikatem; staje się zapisem awarii komunikacji.

W tym sensie Radio Bla Bla wpisuje się w nurt poezji posthumanistycznej, czyli takiej, która przestaje widzieć człowieka jako centrum świata, a zaczyna dostrzegać jego obecność wśród innych form istnienia: maszyn, systemów, mediów, odpadków. I kiedy myślę o tym tomie, przypomina mi się postać Donny Haraway i jej słynny Manifest cyborga (1985), który był jednym z pierwszych tekstów filozoficznych, w którym posthumanizm nabrał wymiaru egzystencjalnego i etycznego. Haraway pisała o cyborgu jako figurze, która unieważnia tradycyjne granice – między człowiekiem a maszyną, naturą a kulturą, ciałem a technologią. Ów cyborg nie jest potworem ani symbolem dehumanizacji, lecz nową formą świadomości, powstałą w epoce technonatury: zrośniętej materii biologicznej i cyfrowej.

To, co w filozofii Haraway miało charakter manifestu polityczno-feministycznego, w poezji autora Demoludów (2013) nabiera wymiaru metafizycznego i estetycznego. W Radiu Bla Bla nie ma już czystych bytów – nie istnieje ani człowiek, ani maszyna w klasycznym sensie. Istnieje tylko hybryda głosu i medium. Język nie jest tu narzędziem człowieka, ale środowiskiem, w którym on sam powstaje i zanika. Cyborg Gajdy nie jest więc robotem, ale raczej głosem rozproszonym – częstotliwością, która krąży po eterze, szukając odbiorcy, który już nie istnieje. To istota mówiąca, ale pozbawiona ciała, tak jak u Haraway ciało przestaje być kategorią biologiczną i staje się splotem technologii, emocji i danych. Twórca Golema (2014) pokazuje to w poetyckiej praktyce: jego wersy składają się z języka maszyn, mediów, nagłówków, a jednak – paradoksalnie – tętnią życiem, emocją, ludzkim niepokojem.

Haraway pisała, że cyborg nie marzy o powrocie do natury, ale o nowym rodzaju wspólnoty międzygatunkowej. Gajda – choć mówi językiem ironii i groteski – podziela ten gest. W jego tomie człowiek jest jednym z wielu bytów współistniejących w medialnym ekosystemie: obok psów, robotów, satelitów, reklam, owadów, sygnałów GPS. W tym sensie tworzy on poetycką wizję „wspólnoty szumu” – miejsca, w którym każdy byt emituje własną częstotliwość, a sens rodzi się z interferencji. To bardzo harawayowska wizja ontologiczna: świat nie jest już hierarchiczny, lecz sieciowy. Nie ma centrum, tylko przepływy. Nie ma „ja”, jest tylko „my” rozproszone w transmisji.
W tym kontekście, czytając Gajdę, widzę, jak jego „radio” realizuje tę wizję – poetycko, z humorem i dystansem. To nie manifest teoretyczny, ale praktyka duchowa: próba oswojenia rzeczywistości, w której granica między naturą a technologią już się zatarła. Haraway pisała, że cyborg to „bękart militarno-korporacyjnego świata”, ale też „dziecko emancypacji”. Gajda rozwija ten paradoks: jego „radio” jest zarówno produktem cywilizacji medialnej, jak i narzędziem wyzwolenia z jej dyktatu. Paradoksalnie, poprzez język reklam, instrukcji i sloganów, poeta odnajduje coś, co można by nazwać duchowością przesteru, czyli wiarą w to, że nawet w sztucznym języku można znaleźć autentyczne doświadczenie. W tym miejscu spotykają się dwie pozornie odległe postawy: filozoficzna Haraway i poetycka Piotra Gajdy. Oboje zadają to samo pytanie: czy możliwa jest duchowość po utracie człowieka? Haraway odpowiada – tak, o ile duchowość rozumiemy jako formę relacji, nie dominacji. Gajda mówi to samo, ale językiem poetyckim: w świecie szumów i fal, nawet przypadkowe echo może być modlitwą.

Jeśli cyborg Haraway jest metaforą nowego człowieka, to bohater Radia Bla Bla jest jego artystycznym wcieleniem – cyborgiem melancholijnym, świadomym swojej utraty, ale też zdolnym do empatii wobec samego szumu. To postać, która nie szuka powrotu do natury, lecz próbuje odnaleźć świętość w technologii – w komunikacie, w dźwięku, w zniekształconym głosie. I może właśnie dlatego ta poezja jest tak poruszająca. Bo pokazuje, że człowiek w epoce posthumanizmu nie musi znikać – wystarczy, że zmieni formę obecności. U Haraway człowiek staje się cyborgiem; u Gajdy – falą radiową, która trwa mimo wszystko. A zatem w jego wierszach człowiek nie jest już podmiotem, lecz medium – pasmem transmisyjnym między światem biologicznym a syntetycznym. To z kolei przypomina mi pewne intuicje Bernarda Stieglera, dotyczące technologii i pamięci. Stiegler wielokrotnie podkreślał, że człowiek nie jest autonomiczną jednostką, lecz istotą „zapożyczającą” swoją pamięć z narzędzi – od pisma po komputer. Każde narzędzie, każda technika to przedłużenie naszej percepcji i świadomości; to także potencjał utraty – bo wraz z technologią odchodzą niektóre funkcje naszej własnej pamięci, uwagi i refleksji.

W poezji autora Hostelu (2008) widzę to wyraźnie: jego język jest narzędziem pamięci i jednocześnie jej świadomym rozbiciem. Reklamy, nagłówki, instrukcje obsługi, fragmenty rozmów – to nie tylko materiał estetyczny, ale symptom technicznej pamięci współczesności. Człowiek staje się tu pasem transmisyjnym między tym, co biologiczne, a tym, co zapisane w systemach technicznych. Jakby poezja była archiwum świadomości, ale archiwum pozbawionym strażnika.

Stiegler mówił o „proletaryzacji uwagi” i „deproletaryzacji pamięci” w epoce technonaukowej. W Radiu Bla Bla można to odczytać w formie estetycznej: wiersze Gajdy przekazują informacje, które nie są interpretowane ani selekcjonowane przez człowieka. To świat, w którym uwaga nie należy już do podmiotu, a sens nie jest produkowany świadomie, lecz pojawia się przypadkowo, w zakłóceniach, w interferencjach fal. W tym sensie Gajda realizuje poetycką intuicję Stieglera – pokazuje, że człowiek już nie kontroluje technicznej pamięci, ale może się w niej rozpoznać jako element szerszego systemu.

Dla mnie najbardziej poruszające w tym kontekście jest to, że twórca Wiązań wodorowych (2021) rejestruje echo człowieka, nie człowieka samego. To echo jest formą czasu zewnętrznego, o którym pisał Stiegler: pamięć, która przetrwa poza jednostką, zapisuje ją w sieciach, danych, mediach. Gajda w swoich wierszach wydobywa te resztki, te „zapożyczone” wspomnienia i głosy, i układa je w nowy rytm – rytm interferencji między technologią a biologicznym doświadczeniem świata. To sprawia, że jego poezja staje się ontologiczną medytacją nad czasem technicznym. Nie jest już klasycznym monologiem podmiotu, lecz transmisją między różnymi warstwami istnienia: biologiczną, technologiczną, medialną i społeczną. Człowiek nie znika – ale jego obecność jest rozproszona, zawieszona w sygnale, jak sygnał radiowy między falami.

Słowem, Gajda jest nie tylko poetą posthumanistycznym, lecz też swego rodzaju   przemytnikiem filozofii Stieglera w poezję, bo pokazuje, że nasze życie i pamięć nigdy nie były czysto ludzkie, a dzisiejsza kultura medialna jest jedynie rozszerzeniem tej technologicznej kontynuacji. Poezja staje się zatem formą refleksji nad tym, co człowiek utracił i co przetrwało w systemie technicznym, i nad tym, jak można to odbierać – nie jako stratę, lecz jako nową formę obecności.

W Radiu Bla Bla czuć to bardzo mocno: język nie należy już do człowieka, lecz do systemu, który sam się powiela. Poeta jest tylko stenografem tego procesu, „nagrywającym” głosy świata. To radio nie nadaje już muzyki – nadaje ruinę. I właśnie ta ruina, ten dźwiękowy gruz, staje się dla Gajdy tworzywem duchowości. W jednym z wierszy ( Radio Jawa) pojawia się fraza:

Ponieważ człowiek jest zwierzęciem łownym.
Ponieważ człowiek jest zwierzyną łowną.

To brzmi jak ironiczny manifest epoki. Człowiek, który przez tysiąclecia łowił sens, teraz sam staje się łupem – schwytanym przez własny system informacyjny, przez media, które miały go uwolnić.

Ta przewrotność, od razu przypomina mi ton Marcina Świetlickiego – jego wczesnych wierszy z lat 90., tomów takich jak Zimne kraje, Schizma czy Zimne kraje 2. Świetlicki był poetą miasta i hałasu codzienności, który potrafił wyłuskać z niego irracjonalny rytm, język zgrzytów, ulicznych odgłosów, potknięć i drobnych katastrof domowych. Jego postpunkowy bunt polegał na tym, że odrzucał akademicką, gładką poezję; tworzył język „z życia wzięty”, surowy, nieestetyczny, pełen fraz przypadkowych, wulgaryzmów, powtórzeń i impulsów przemocy – tak jakby chciał pokazać świat, w którym sens nie jest ani stały, ani bezpieczny.

W przypadku Gajdy odnajduję podobny impuls, ale przeniesiony w epokę posthumanistyczną i medialną. On nie tylko dokumentuje chaos codzienności, ale też rejestruje go w formie interferencji technologicznej – język reklam, instrukcji, fragmentów wiadomości i transmisji radiowych. To jest jak Świetlicki na sterydach cyfrowych: jeśli Świetlicki pokazywał chaos miasta i rozpad jednostki w świecie spektaklu, Gajda pokazuje rozpad jednostki w świecie spektaklu globalnego, medialnego, technologicznego. Podobieństwo pomiędzy nimi tkwi w tym, że obaj tworzą poezję „anty-estetyczną”, która nie upraszcza rzeczywistości ani nie próbuje jej upiększać. Świetlicki robił to przez brutalny, surowy język, Gajda przez język zakłóceń, fragmentów i transmisji – czyli przez samą strukturę medialną świata. U Świetlickiego chaos był emocjonalny, intymny, cielesny; u Gajdy – masowy, systemowy, wirtualny, ale wciąż z elementem egzystencjalnej samotności człowieka wśród szumów. Interesujące jest też to, że u Świetlickiego bohater poezji jest często aktywnym uczestnikiem chaosu, buntownikiem wobec świata spektaklu i jego norm. U Gajdy natomiast bohater staje się bardziej przekaźnikiem chaosu, cyborgiem, głosem w eterze, który nie do końca kontroluje, co nadaje. To przesunięcie z aktywnego buntu w świadome rejestrowanie chaosu jest charakterystyczne dla poezji posthumanistycznej: człowiek nie jest już centrum ani sprawcą, ale uczestnikiem systemu złożonych interferencji. Jednak w obu przypadkach wyczuwam tę samą ironię wobec świata spektaklu i fałszywego humanizmu. Świetlicki ironizuje nad pustką życia codziennego, nad maskami, które nosimy, nad rytuałami przemocy i banalnej codzienności. Autor Człowieka z halabardą (2020) robi podobnie, tyle że ironia nabiera wymiaru kosmicznego i posthumanistycznego – człowiek nie jest już centrum spektaklu, a jedynie jego ofiarą i medium. W pewnym sensie można też powiedzieć, że Gajda kontynuuje postpunkowy bunt Świetlickiego, ale przenosi go w epokę cyfrową i posthumanistyczną: zamiast miasta mamy sieci i transmisje, zamiast ciała – głos w eterze, zamiast intymnego chaosu – globalny szum. Obaj jednak pokazują, że poezja może być narzędziem niepokorności wobec porządku świata i jego fałszywego sensu.

Kiedy czytam Radio Bla Bla, nie mogę nie pomyśleć o Kacprze Bartczaku i jego poetyckiej wizji współczesności. Bartczak również konstruuje świat po katastrofie, ale nie w sensie spektakularnym, lecz poprzez mikro-katastrofy języka i kultury. Jego wiersze pełne są drobnych zakłóceń, powtórzeń, technicznych fraz i fragmentów medialnych, które razem tworzą wrażenie chaosu i rozpadu systemów sensu. Gajda wydaje się podążać podobną ścieżką, tyle że jego chaos jest jeszcze bardziej multimedialny i posthumanistyczny. Bartczak pokazuje człowieka w świecie, który przestał być centrum historii i kultury, ale człowiek wciąż jest tu widoczny jako jednostka, choć zagubiona i fragmentaryczna. Gajda idzie dalej – człowiek staje się falą, głosem, medium, często nieświadomym swojego uczestnictwa w systemie. U Bartczaka jednostka wciąż może próbować interpretować rzeczywistość; u Gajdy interpretacja jest niemożliwa, pozostaje tylko rejestracja i interferencja. Obaj poeci wciągają czytelnika w świat fragmentaryczny, niepewny i apokaliptyczny, w którym sens jest wynikiem przypadkowych kolizji słów i obrazów. Bartczak wydobywa z tego mikro-tragedię jednostki, Gajda – makro-perspektywę systemu globalnego, medialnego i technologicznego. Jego „radio” to nie tylko człowiek, lecz cała sieć transmisji, przez którą przelatują informacje o upadku świata, o zgliszczach kultury i języka.

Rytm poetycki Bartczaka i Gajdy również jest pokrewny: oba opierają się na przesterach i interferencjach – u Bartczaka często w postaci powtórzeń syntaktycznych lub dźwiękowych, u Gajdy w formie dźwięku medialnego, reklamowego, radiowego. To sprawia, że tworzą oni poetykę szumu, w której forma i treść splatają się w doświadczeniu zanikania sensu. Jednak u Gajdy pojawia się dodatkowy wymiar, który Bartczak eksploruje tylko pośrednio – ontologia posthumanistyczna. Świat Radia bla bla nie potrzebuje człowieka jako centrum – człowiek staje się elementem sieci, transmisji, a poezja jest jedynym sposobem, by te sygnały zarejestrować i nadać im formę. Bartczak pokazuje człowieka w chaosie, Gajda – chaos, który sam w sobie jest nową formą życia, w którym człowiek uczestniczy jako fala lub echo. W tym kontekście można powiedzieć, że tworzą oni poezję apokaliptyczną dwóch poziomów: Bartczak – apokalipsa jednostki w świecie techniczno-kulturowym; Gajda – apokalipsa systemu, w którym jednostka jest już tylko jednym z sygnałów w eterze. Obaj pokazują jednak, że poezja współczesna nie szuka harmonii ani transcendencji w klasycznym sensie – szuka sensu w interferencji, resztkach i echu cywilizacji.

Czasem, gdy czytam jego wiersze, mam wrażenie, że obcuję z poetyckim odpowiednikiem filmów Larsa von Triera – takich jak Melancholia czy Dogville: świat się rozpada, ale nikt tego nie zauważa, bo apokalipsa odbywa się w rytmie codzienności. W Radiu Bla Bla apokalipsa brzmi jak dżingiel wiadomości, a świętość przypomina spot reklamowy. To poezja o końcu, który stał się rutyną. I może dlatego ta książka jest dla mnie czymś więcej niż tylko poetyckim eksperymentem – jest filozoficznym doświadczeniem współczesności. Gajda nie szuka transcendencji, jak dawni poeci metafizyczni – Miłosz, Herbert czy nawet Sosnowski. Dla nich „głębia sensu” była jeszcze możliwa; Gajda mówi raczej o transmisji, nie o transcendencji. Tam, gdzie inni szukali „znaku Boga”, on znajduje sygnał Wi-Fi. A jednak, paradoksalnie, ten sygnał niesie w sobie resztki metafizyki – echo tęsknoty za sensem, który nie został jeszcze całkiem zagłuszony.

Kiedy czytam Radio Bla Bla, coraz wyraźniej widzę paralele z poezją jednej z najważniejszych postmodernistycznych autorek poezji współczesnej, urodzonej w 1950 roku w Nowym Jorku,  Jorie Graham, zwłaszcza w tomie Fast (2017). Graham buduje wiersze, które są jak sieć przepływów – czasowych, technologicznych, psychicznych. Człowiek w jej poezji nie jest centrum świata ani jego narratorem, lecz cząstką strumienia doświadczeń, próbującą uchwycić resztki „realnego” w zalewie informacji. To poczucie zanurzenia w ciągłym przepływie technologii i komunikatów jest bardzo bliskie temu, co robi Gajda: jego bohater już nie obserwuje świata, lecz jest przez niego przepuszczany, stając się częścią globalnego eteru.

Podobnie w poezji Johna Koethe także amerykańskiego poety i filozofa, zwłaszcza w jednym z ważniejszych jego zbiorów, w którym bada związki między pamięcią, czasem, miejscem i tożsamością, a także kondycję człowieka w świecie współczesnym, Ninety-Fifth Street (2009), gdzie obecny jest motyw bycia „na częstotliwości” – zawieszenia pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, między tym, co realne, a tym, co medialne lub cyfrowe. Koethe pokazuje, że współczesne istnienie nie jest już spójne ani linearnie odczuwane; jest raczej interferencją sygnałów, której jednostka może jedynie doświadczać. U Gajdy ta interferencja staje się totalna: człowiek nie tylko odbiera sygnały, nie tylko przetwarza informacje, lecz sam staje się medium, które świat „słucha”, a nie odwrotnie. W tej perspektywie jego poezja rozwija pewien motyw, który u Graham i Koethe jest dopiero sygnalizowany: posthumanistyczną ontologię człowieka jako fali, która porusza się w strumieniu danych, języka i technologii. W Radiu Bla Bla człowiek nie posiada już autonomii – jego myśli, emocje, obecność są wciągnięte w system większy niż on sam. Rytm jego wierszy – powtórzenia, przesterowania, fragmentaryzacja – jest jak zapis oscylacji tej fali, echo współczesnej kondycji: bycia rozproszonym, przepuszczonym, przepływającym między warstwami świata. To również poetycka metafizyka hałasu: tak jak Graham posługuje się fragmentami strumieni świadomości, a Koethe dźwiękiem i rytmem frazy pokazuje interferencję czasu, Gajda używa reklam, komunikatów, nagrań, instrukcji obsługi, aby oddać to, co pozostaje z człowieka w epoce posthumanizmu. Jednostka w jego poezji nie jest już podmiotem ani autorem, lecz bytem sygnałowym – jej doświadczenie jest jednocześnie rejestrowane, przetwarzane i transmitowane. Dzięki temu Gajda tworzy coś, co mogę nazwać ontologią częstotliwości, to świat poetycki, w którym egzystencja nie jest linearna ani spójna, lecz falowa, interferencyjna i wielowarstwowa. Człowiek nie „słucha” świata, lecz świat słucha jego fali, a poezja staje się próbą uchwycenia tego niezwykłego, medialno-technologicznego doświadczenia istnienia. Ta poezja, choć zbudowana z hałasu, jest w jakimś sensie mistyczna. Wśród zakłóceń i powtórzeń Gajda tropi resztki duchowości, które przetrwały w codziennych przedmiotach i banalnych dźwiękach. Świętość objawia się tu w trybie „standby” – cicha, czuwająca, gotowa do wznowienia. To duchowość po epoce człowieka, duchowość w stanie zawieszenia.

Dlatego dla mnie osobiście filozofia hałasu w tomie jest czymś więcej niż metaforą chaosu medialnego – to ontologia późnej cywilizacji, w której człowiek przestaje być centralnym punktem znaczenia. Michel Serres pisał, że świat istnieje nie jako uporządkowana narracja, lecz jako zbiór drgań, zderzeń i interferencji. Każdy dźwięk, każdy sygnał niesie informacje, ale też wprowadza chaos i zakłócenia. To nie tylko hałas akustyczny – to hałas kultury, technologii, języka, mediów, który tworzy tło egzystencjalne współczesności. Gajda – choć nie filozof – intuicyjnie wciela tę myśl w praktykę języka. Jego wiersze nie opowiadają o świecie w tradycyjnym sensie, nie tworzą linearnej narracji ani spójnej fabuły. One emitują szum świata. Reklamy, fragmenty rozmów, nagłówki gazet, instrukcje obsługi – wszystkie te elementy stają się formą poetyckiej „falowości”. Krótko mówiąc, w Radiu Bla Bla człowiek nie interpretuje już świata – jest jego częścią, przekaźnikiem, kanałem dla interferencji między technologią, kulturą i naturą. Ale to nie wszysko, bo ten szum jest również metaforą utraty podmiotu. W epoce, w której informacje mnożą się szybciej niż możemy je przyswoić, tradycyjne kategorie „ja” i „świata” tracą znaczenie. Poezja Gajdy rejestruje tę utratę, pokazując, że sens przestaje być produktem podmiotu, a staje się efektem przypadkowej kolizji fal językowych i medialnych. Wiersze stają się więc przestrzenią interferencji, miejscem, w którym człowiek spotyka się z własnym zanikiem w systemie komunikacyjnym. Można też powiedzieć, że Gajda tworzy swoistą ontologię szumu, w której hałas nie jest przeszkodą ani złem, ale formą istnienia. Poezja staje się zatem odbiornikiem i nadajnikiem jednocześnie, próbującym uchwycić przepływ świata w całej jego złożoności, interferencjach i absurdzie. W tym sensie każdy wiersz jest eksperymentem ontologicznym: pokazuje, że w epoce posthumanistycznej być znaczy być częścią hałasu, a nie jego twórcą ani panem. Hałas staje się więc nowym medium poetyckim, metafizycznym i epistemologicznym – językiem, w którym Gajda bada granice człowieka, języka i świata. To poezja nie komunikacji, lecz transmisji bytu: echo cywilizacji, która nadal nadaje, mimo że człowiek przestał być jej centrum.

To, co w tej poezji na pierwszy rzut oka wydaje się chaosem i destrukcją, w rzeczywistości ma wymiar duchowy i metafizyczny. Jeśli przyjmiemy, że – jak mówi niemiecki filozof Peter Sloterdijk – współczesność jest „sferą dźwięków”, w której człowiek przestaje być centrum, to każda fala, każdy szum, każdy zakłócający sygnał w Radiu Bla Bla staje się nowym rodzajem przestrzeni duchowej. Człowiek nie kontroluje już świata ani znaczeń, ale może stać się świadkiem i uczestnikiem rezonansu istnienia. Hałas u Gajdy jest więc czymś więcej niż tłem medialnym – to medium ontologiczne, przez które przepływa byt. Każda fraza, każda transmisja reklamowa, każda migawka rozmowy jest jak wibracja, przez którą człowiek doświadcza świata. W tym sensie modlitwa i poezja stają się analogiczne: nie chodzi o komunikację z transcendentnym centrum, lecz o przebijanie się przez interferencje istnienia, o wyłuskiwanie resztek znaczenia w szumie.

Gajda sugeruje, że współczesna duchowość nie polega na odnalezieniu harmonii ani boskiego porządku, lecz na zauważeniu i uczestnictwie w przepływie, który jest chaotyczny, fragmentaryczny i zakłócony. To jest poetycka odpowiedź na posthumanistyczną kondycję: człowiek nie jest już panem świata ani jego centrum, ale może odnaleźć świadomość swojego bycia w systemie wibracji i interferencji, które go otaczają.

W Radiu Bla Bla hałas staje się więc metaforą transcendencji – nie tradycyjnej, „czystej” i harmonicznej, ale transcendencji zakłóconej, cyfrowej, interferencyjnej. Każdy fragment reklamy czy instrukcji obsługi jest niczym „szeleszczący anioł”, którego komunikat przestaje być jasny, a jednak wciąż rezonuje. To duchowość niepokojąca i prowokująca, która nie obiecuje ukojenia, ale świadomość obecności w kosmosie przepływów, dźwięków i zakłóceń. Hałas Gajdy można więc odczytać jako modlitwę współczesności: w epoce końca antropocenu, gdy człowiek przestaje być centrum, duchowość nie znika – zmienia tylko formę. Modlitwa nie jest skierowana ku Bogu, lecz ku samemu szumowi istnienia, ku falom życia, które nadal rezonują, nawet jeśli sens jest ulotny. W tym kontekście każdy wiersz Gajdy staje się rytuałem interferencji – próbą uchwycenia głosu świata, który przemawia nie przez klarowne znaki, lecz przez chaotyczny, zakłócony, wielowarstwowy dźwięk istnienia.

Przypomina mi się tu David Lynch, który w Twin Peaks pokazał świat, w którym metafizyka przejawia się nie w objawieniu, lecz w zakłóceniu sygnału. Gajda działa podobnie: jego hałas to duchowy rewers ciszy, rodzaj nowoczesnej kontemplacji. Bo tylko w świecie, w którym nic już nie słychać wyraźnie, można naprawdę usłyszeć samego siebie. Hałas jest też znakiem demokratyzacji istnienia. W jego tle wszystkie głosy brzmią równo – ludzki, zwierzęcy, techniczny, mechaniczny. W tym sensie jego poezja jest radykalnie egalitarna ontologicznie: nikt nie ma monopolu na mowę. Świat mówi sam, a poeta tylko rejestruje jego foniczne ruchy.

Filozofia hałasu to zatem nie pesymizm, lecz nowy sposób słuchania świata – słuchania, które nie szuka harmonii, lecz współbrzmienia. W Radiu Bla Bla hałas jest tym, co zastępuje Boga, ale też tym, co Go przypomina. Nie słychać już słów Objawienia, ale wciąż słychać drżenie stworzenia.

Kiedy zakończyłem lekturę, miałem poczucie, że uczestniczyłem nie w czytaniu tomiku poezji, ale w jakimś dziwnym seansie spirytystycznym nowoczesności. Gajda – jak współczesne medium – nie interpretuje głosów świata, lecz pozwala im mówić. Nie tłumaczy sensu, lecz wsłuchuje się w jego zanikanie. I to jest chyba jego największa odwaga: nie próbuje przywracać człowieka światu, ale pozwala światu przemówić po ludzku – jeszcze raz, choćby w języku reklam i pogody. Być może właśnie w tym tkwi sens współczesnej poezji – nie w ratowaniu metafizyki, lecz w rejestrowaniu jej śmierci z czułością. Gajda, niczym operator na posterunku po końcu świata, notuje ostatnie sygnały: z eteru, z ciała, z pamięci. W tym wszystkim pozostaje jednak coś głęboko ludzkiego – ta cicha wiara, że nawet w szumie świata można jeszcze usłyszeć modlitwę.

Piotr Gajda, Radio Bla Bla, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Łódź 2025, s. 46.


ree




Rafał  Kasprzyk – poeta i krytyk, laureat wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu), potem wydał Dychotomię (2020) oraz Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze (2025). Publikował m. in. w "Odrze", "Przekroju", "eleWatorze", "Afroncie" i "Helikopterze", a jego teksty krytyczne ukazywały się m.in. w ArtPapierze i Nowym Kozirynku. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene. Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online.


     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page