top of page

Znaleziono 223 elementy dla „”

  • Maria Fraszewska – trzy wiersze

    Jamochłon przeczytałam w wikipedii że macica to nieparzysty narząd czy dlatego czuję się samotna? przeszczepię sobie drugą macicę wczepię się w nową matkę a gdy w końcu urodzi się dziecko przestaniesz być kobietą w każdym człowieku jest dno do którego sięgasz podwójne dno jest w kobiecie Western a gdyby tak zamienić role kobieta staje się mężczyzną a mężczyzna kobietą jak w filmie kobieta zdrożona tropieniem złego człowieka zatrzymuje się na nocleg w saloonie zamawiając przy barze napój wyrównujący elektrolity  w organizmie wypija jednym duszkiem zamawia następny i gorącą kolację wokół krążą powabni mężczyźni ocierając się o jej tyłek ramiona masując plecy i nagi kark dmuchając zalotnie targając włosy w celu dotarcia do prawdy odpinają ostrogi zdejmują wysokie buty i masują stopy dawno cię tu nie było kochanie dawno ... a może nigdy kobieta czerpie zło z oczu mężczyzny odpala silnik dzikiej mocy wędruje drogami szerokich źrenic wejdź we mnie przez otwór w źrenicy rozświetl duszę już czas na rozprężenie ciało łagodzi obyczaje palce zadbają o każdy szczegół dłonie unoszą rozkosz przymiotnikami słów czasowniki rozbierają literami pomalutku powieki gubią określniki swobodnie oddychasz przestrzenią spoglądam w dal bez obaw idąc bez obaw zatrzymuję się przy elektrycznym drzewie podziwiając jego stal trwania bladym rankiem kobieta wraca do stajni po napasionego konia aby wyruszyć w dalszą drogę do nieznanego celu podróży wszystkie drogi prowadzą do nurtu Boję się lękam się o swoją bezradność jak matka o dziecko drży troską nieuchronności gładzi powierzchnię rozlewa się przypalonym mlekiem zabić zabić sponiewierać entliczek policzek bęc piłka w grze toczy się okrągłym kadrem połamane kości ratują przed całkowitym upadkiem rośliny w powabie bronią siebie złość piękności nie szkodzi mówię pojękując na wietrze i opatrując rany liściom Maria Fraszewska (ur. 1958) – absolwentka socjologii, psychologii oraz pedagogiki i coachingu. Należy do Związku Literatów Polskich. Jest członkiem Zarządu ZLP Zielona Góra. Uprawia poezję, eseistykę i prozę. Wydała pięć tomów poetyckich, Wio w snach (1995), Z wiatrem (2009), Płonące języczki (2021), Posypana wiatrem (2022), Prze konanie (2023). Współpracuje w wolontariacie z Lubuskim Stowarzyszeniem na Rzecz Kobiet BABA. Mieszka w Zielonej Górze.

  • Małgosia Kozłowska-Doczyk – cztery wiersze

    Konflikt wewnętrzny Deszcz jest nieuleczalny. Wlewa się we wszystkie kategorie. Popijam wojnę kawą. Niebieskie fale rozbijają się o żółte wodorosty. Idę wyrzucić śmieci. To oni wycinają drzewa. Skroluję te dni na wyciszonym popłochu. Czerwone drzwi mają czarne paski i otwierają się na zielony kod. A co jeśli składam się z ognia. Nawet włosy. Raz w roku sprzątam plaże. Wściekaj się na deszcz. Jedz na zapas. *** zaciek na ścianie powiększa się zardzewiałą szpachelką wykopuję ziemię po choince sprzed dwóch lat wtedy życie niosło nas na fali dziś zgubiłam się w Kathmandu tysiące pomidorów na ulicy zamiast dalszego ciągu opowiadania *** Nie wiedziałam, że do światła jest tylko kilka sekund w górę Co innego dziewczyna w żółtej sukience na ramiączka. Turkusowy tulipan wytatuowany na piersi Kadyksu. Elliot Smith też jest w okolicy. Uderza opuszkami palców w chmury. Turbulencje na śniadym nadgarstku powoli wyciszają się. *** wycieram mokrą filiżankę ścierką w kratę. morze odkleja od serca dom to kredens, na którym stoją świeczniki z dwoma miastami deszcz rozświetla fale w tych samych trampkach. pulsujące happy christmas. Małgosia Kozłowska-Doczyk –  dziennikarka z zamiłowania, poetka i blogerka (bluetram.net). Mieszka w Galway w Irlandii wśród ludzi z różnych kultur. W sercu zawsze ma Wrocław. Pisze mini reportaże, akcentuje detale z codzienności, z innych kultur, ścieżki, które inspirują do zmiany społecznej. Autorka tomu Szkice z wędrowania. Pracuje nad kolejną książką poetycką, opowiadaniem o dziewczynie z Nepalu oraz nad publikacją o kobietach, które robią coś z pasją.

  • Katarzyna Woydyło – Nic się nie stało

    Wychodzę z bloku, potykam się na trzech schodach przed klatką i upadam na twarz. Z ust zaczyna sączyć się krew, a kiedy próbuję ją złapać palcami, trafiam tym wskazującym na dziurę w zębie. Nie mam połowy jedynki. Mroźne powietrze strzela znienacka w twarz, dostaje się dziurą pod język. Przytrzymuję je jak cudowny lek, jak lekarstwo na pulsujące bólem wnętrze. Chyba płaczę, na pewno płaczę. Boję się tego, co za chwilę zobaczę w lustrze. Powoli wracam do klatki, a ona przyjmuje mnie od razu po wpisaniu kodu na domofonie. Drzwi nie zacinają się, ciepło przedsionka klatki oblewa mnie tuż obok skrzynek na listy. Patrzę przez chwilę na puste i płaskie otwory metalu. Mam ochotę włożyć w nie głowę, przytrzasnąć klapką i zniknąć jak niedostarczona wiadomość. Byleby tylko nie musieć wracać, a od progu mieszkania nie musieć przepraszać. Przepraszać za bycie małą niezdarą, która jedyne, co potrafi zrobić, to nic. Cały żart ze słowem nic polega na tym, że słowo to oznacza wyłącznie bycie przegrywem. Czyli nic się nie stało. Czyli  i tak nic w życiu nie osiągniesz, kochanie. Nie wiem, co chciałabym w życiu osiągnąć i czy w ogóle coś muszę. Wiem tylko, że jeśli słowo nic powtarza się komuś zbyt długo, to ta osoba chce w końcu zniknąć. Zaczyna jej przeszkadzać, że mogłaby znaczyć coś więcej, niż zero. W końcu może być jej ze sobą naprawdę źle. Ostatecznie nie wkładam głowy do metalowej skrzynki na listy. Podnoszę nogę, kopię w nią tak, żeby się trochę wygięła (klapka po prostu opada) i zadowolona z rumoru, jaki za sobą zostawiam, wybiegam z klatki jak ktoś. Ktoś więcej niż nikt. Biegnę, biegnę, bo wierzę, że ruch niesie obietnicę, choćby nawet taką okłamaną. Takie obietnice  również czasami przyjmuję, choć i tak zawsze wiem, kiedy ktoś kłamie. Poznaję to po szybkim odbiciu spojrzenia, albo po słowie wpełzającym do ust czyichś wtedy, kiedy właściwych brak. Słowo niezgrabne, nie do końca poprawne, wciska się pomiędzy te prawdziwe. Nie zagnieżdża się jednak wśród nich swobodnie, mości się odrobinę za długo. Pozostaję już wtedy skupiona, prowadzę rozmowę do końca. Uważnie jak teraz, gdy biegnę. Z rzeczy cennych mam przy sobie klucze od chaty w prawej kieszeni, drugą jedynkę jeszcze w całości i o rozmiar za duże vansy. Za każdym razem coś tracę – myślę pod koniec trzeciego kółka wokół osiedla. Vansów byłoby szkoda najbardziej, dlatego rzucam się w śnieg nim spadną. Pozwalam, by śnieg wśliznął się najpierw za kołnierz kurtki, a potem pod mokrą od potu koszulkę. Z uśmiechem na ustach czekam na serię dreszczy. Nigdy nie leżałam w śniegu dłużej, niż kilka sekund, które matka lub ojciec kończyli komendą: no, wstawaj. Jeśli zdążyłam zrobić anioła, to tylko takiego do potrójnego trzepotu skrzydeł. Jeśli położyłam się, by spróbować złapać na język śnieg, to tylko do trzeciej śnieżki. Więcej leżenia w zimnym i mokrym miało przynieść chorobę. Czasem jeden anioł kosztował całą drogę powrotną usypaną z pogróżek i przepowiedni gorączki; czarnych zwiastunów dreszczy, które nadejdą tej nocy. Mogłam się bawić grzeczniej, nie krzyczeć na mrozie, nie ślizgać się tam, gdzie akurat ślisko. Mogłam ulepić bałwana. Nie za dużego, bo teraz wszyscy zamarzną, zanim go skończę, nie za małego, a takiego w sam raz. Bałwan nie musi mieć ozdób, niech będzie prosty, a już na pewno nie musi mieć mojego szalika. Nigdy nie leżałam na śniegu tak długo. Nie mam zegarka, a jednak obserwuję upływ czasu. Ostatnie godziny dnia przemijają, a ja niesiona na śnieżnym puchu wlatuję w ciemność. Noc otwiera przede mną wietrzne portale, wirujące drzwi bez klamek. Mogę przekroczyć je tylko raz, zmuszona porzucić przy tym ziemską powłokę. To, co po mnie zostanie, to słabe niewytrenowane ciało, splątane mrozem włosy i przydeptana para butów. Może lepiej byłoby zniknąć, myślę pierwszy raz w życiu. Odważna i silna jeszcze nie byłam, może po drugiej stronie w końcu by się udało. Dziarsko wyszłabym poza osiedle, ale wcześniej rozwiązałabym ostatnie kwestie z ojcem i matką. Nie musiałabym dłużej znosić ich spojrzeń i pytań, co dalej zamierzam. Puściłabym mimo uszu ich lekceważący ton głosu i wyznałabym, że mam ciekawy plan na przeżycie. Postanowiłam bowiem leżeć na śniegu i wstać dopiero wtedy, kiedy będę gotowa. Może dopiero wtedy, kiedy w głowie nadejdzie wiosna, albo kiedy zakiełkuje mi w sercu pewność, że sobie poradzę. Do tego czasu jednak poddam się zimie, pozwolę sobie na wichry i burze śnieżne. Niech tylko matka i ojciec nie ważą się mnie powstrzymać, ani otulać ciasnym płaszczem ich oczekiwań. Mniej więcej wtedy przestaję poruszać palcami u stóp. Prędkością myśli pobijam jednak życiowe rekordy. Innym razem bałabym się nocy, ale ta noc okryta śniegiem, nie straszy. Innym razem bałabym się samotności, ale samotność z wyboru, przynosi ulgę. Innym razem wróciłabym do domu przed zmrokiem, ale tym razem nie wracam. Dom powoli przychodzi do mnie. Najpierw wychodzi ojciec, chwilę później dogania go matka. Zdradza ich ubiór – obydwoje opatuleni są szalami wielkości koców. Przed klatką rozdzielają się bez słowa. Jedno idzie ostrożnie w prawo, drugie rozkopuje śnieg kozakiem i rusza w lewo. Nie oglądają się za siebie. Ręce wciskają w kieszenie puchowych kurtek. Musieli ustalić plan poszukiwań, każde szło bowiem z pewną dozą determinacji, pomimo niesprzyjającej pogody. Dalsza droga mogła być przecież długa, usiana gęstymi zaspami. Oni nie wydawali się na to zważać. Chociaż śnieg nie ustępował, a skrzypiał przy każdym kroku żałośnie, to nie był w stanie ich w poszukiwaniach zatrzymać. Matka będzie sprawdzać okolicę rur ciepłowniczych. Nie odważy się na nie wejść, ale dopuści do siebie myśl, że weszłoby na nie dziecko. Kiedy czasami pytała, gdzie było, dziecko kilka razy przyznało, że właśnie tam. To może jednak tam, pomyśli matka. Trzeba by iść szybciej, jeszcze szybciej, miejsc sprawdzić więcej. Dziecko mogło leżeć pod rurami zbyt długo. Śnieg mógł zalepić już dziecku powieki. Ojciec nie pójdzie śladem rozpuszczonego śniegu, nawet nie spojrzy w kierunku rur, które przez chwilę ogrzałyby jego dłonie. Ojciec wydepta ścieżki porannym psiarzom na łące. Będzie krążył i nie będzie wiedział, czy już tędy szedł. Jednak iść nie przestanie, tak samo, jak szukać nie skończy jej matka. Będą gonić za niczym i niczego w śniegu, prócz połowy jedynki przed klatką, nie znajdą. Zmarzną. Przemarzną. Będą przeklinać zimę i wszystkie rozmowy, które im z córką nie wyszły. Ochrypłym głosem kilka razy wypuszczą w noc jej imię, zniekształcone przez zmarznięte policzki. W końcu pomyślą, że już jej nie znajdą. Przypomną sobie ostatnią rozmowę i przedstawią policji jej wypraną z jaskrawych kolorów wersję. Zapytani, czy miała problemy, z kim zwykle się zadawała i gdzie bywała najczęściej, odpowiedzą zgodnie: była jak inne. W zeznaniach ugrzęzną jedynie w punkcie dotyczącym ich wzajemnych relacji. Będą brodzić w śniegu po łydki, a i tak nie przypomną sobie, kiedy ostatnio udało im się ją bezwarunkowo pokochać. Nie dodadzą otuchy zapewnienia policji: poczekajmy aż sama wróci do domu. Przeczeka ich powrót do domu, widok rozplątanych szali wielkości koców. Poczeka na migający niebieskimi światłami radiowóz i dopiero po wyjściu policjantów z klatki, pomyśli o powrocie. Ze skostniałymi w trampkach palcami i ze zdrętwiałym od zimna karkiem, wstanie i pójdzie w kierunku klatki. Tam na chwilę zatrzyma się przed cieniutką strugą krwi odbitą na śniegu. Kilka połączonych ze sobą kropel ustanowi początek i koniec, choć początek odbije się dużo wyraźniej na śniegu i pozostawi w nim wklęsły ślad. Nie przeprosi od progu. Do mieszkania wejdzie po cichu, ma swoje klucze. Zastanie ich w dużym pokoju, podejdzie do nich, jakby po prostu wróciła ze szkoły. Oni popatrzą na nią w oczekiwaniu na wyjaśnienia, ale kiedy ich nie dostaną, poczują ulgę. Matce będą drżały zaczerwienione od mrozu dłonie, ojciec rozpłacze się niemym szlochem. Ona zaś nie powie nic więcej, bo to, że na chwilę wyszła, nic dla niej nie znaczyło. Wróciła. Nic złego jej się nie stało. Katarzyna Woydyło (ur. 1992) – absolwentka filologii germańskiej na Uniwersytecie Śląskim. Jej opowiadania opublikowane zostały w "Stronie Czynnej", "Tlenie Literackim" oraz w "Epei". Mieszka w Zabrzu.

  • Joanna Wicherkiewicz – siedem wierszy

    w Zachariacie  zrobiliśmy sobie przerwę w miłości do ludzi czas połykał beton w betonie dogorywała natura ludzie stadnie wyrzynali się na słowa i na amunicję nienawiść spijaliśmy z poranną kawą i nosiliśmy do zamknięcia dnia śniliśmy słodko i to przerażało działania w Zachariacie podlegają kontroli pośrodku niczego postawiliśmy panoptikon stoimy na straży szarzyzny którą definiujemy według aktualnych trendów wypowiadamy się językiem bogów/szatanów szlifujemy myśli ustawiamy ambicje starzejemy się według dostępnych mód wyprowadzamy ze słowników tolerancję tak jesteśmy wolni nad Zachariatem  mocują się niże szarość nie schodzi z ulicy w powietrzu rocznica śmierci i śmierć na kolejną rocznicę ty też masz most z którego chciałbyś skoczyć kiedyś śmialiśmy się częściej w Zachariacie dziś wpatrujemy się w wojny i odliczamy klęski śmierć grzybnia ciągnie się kilometrami pędzi powietrzem dojrzewa wzejdzie którejś nadziei poza jakimkolwiek wyborem opuszczone godziny nic nie tracą może tylko smutek naszych starań uciekamy bezkarnie w nagie ciała wypalamy lepki dzień przypadkowy hotel w którym chowamy się przed szarością ma pamięć spełnienia/niespełnienia wypełnia się melodią obcych westchnień mnoży namiętność sensualna awantura na zapachy oddechy wrzaski milczenia pędzi niezauważalnie do przeszłości nasycony ranek przywraca nas ulicy pod stopami tabliczka zapala oddech tu w czasie II Wojny Światowej było getto jeszcze kominy nie wygasły pali w pamięci umieranie a już barbarzyństwo dyktuje nowe rany syryjski dzień gaśnie w chemicznym bezdechu Ukraina w pyle i stali śmierć zamiast deszczu w Jemenie Kongo w przemocy a spod kopuły meczetu w imię modlitwy karabiny odmierzamy smutek przez kilometry ludzkich cierpień niebezpiecznie zbliżamy się do granic odczuwania ten świat w którym żyjemy jest tym na który zasłużyliśmy? w Zachariacie ludzie gubią się w bieli na granicy zmarzliny w splocie straconego czasu umiera dziewczyna pod tym samym niebem w ten sam biały wieczór matki zbierają kończyny dzieci dzieci grzebią ojców ściana płaczu lepka od krwi co czuję co czujesz co czuje co czujemy co czujecie co czują czułość pędzi z królami pasterzami do szopy do szopy gdzie się narodził zbawiciel odkupiciel Joanna Wicherkiewicz (ur. 1971) – lata dzieciństwa spędziła w Żurominie. Czas studiów związała z Olsztynem. Aktualnie mieszka w Uniejowie. Szczęśliwa matka i żona. Z wykształcenia nauczycielka. Od 2023 roku członkini Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Wiceprezeska Towarzystwa Przyjaciół Uniejowa. Wydała: Okruchy codzienności (2015), Dysharmonie (2018), Kim jest Zachary? (2020), wielkoludy (2022). Jej wiersze tłumaczone były na język angielski, ukraiński, rosyjski, hiszpański, portugalski, turecki oraz węgierski.

  • Beata Gruszecka-Małek – sześć wierszy

    Nie poganiaj rzeki kijem Ktoś powinien tu napisać, tylko kto. Może niezmieniony jeszcze w plażę. Niezłuszczony do ostatniego płatka kwiat wbity w dno oka, zasiany na polu widzenia wśród rzęsy, podany na zielonym talerzu jak ukojenie bolesnego stawu. Może ślimak, do którego wpada głos ryby niesiony drganiem wody, dopóki ucho całe, oko nieszklane, kamień jeszcze ostry. Patrz: tytuł tego wiersza. Sieciowanie współczesne morskie stworzenia muszą umieć odnaleźć się w sieci, a to nie jest łatwe. to jak pływanie w rosole, z którego spogląda na ciebie mrowie rozrzuconych ok. ale to nie jest całkiem ok, jeśli ciężko wpasować się w kratkę. bliskość sznurków powoduje u mnie splątanie. na sensoryczne obciążenie remedium to mówienie o wodzie. "woda to taki neutralny temat". tylko na mnie często nie działa i mam potrzebę wylewności. dosłownie: wymioty i torsje. W związku z kim z czym Samotność jest dosyć komfortowa. Nie masz wtedy kogoś, kogo możesz nie obchodzić. To może być prawda. I nawet mieć sens. Jeśli człowiek się nie myli, to znaczy, że ma rację. (A jak ludzie się nie myli, to śmierdzą). Nie musisz wierzyć, ale naprawdę, są tacy, którzy kompletnie nic od ciebie nie czują, nawet jeśli się bardzo starasz. Czy to nie spora korzyść? Jeśli ty też nie musisz czuć. Znam to z własnego odosobnienia. Czasami śmiejemy się z tego, ja i mój leniwy kąt. Tak już ma, mruczy coś w brzuchu, moim zmysłom i wymysłom. Wbrew pozorom to sprawa bardzo osobista. Samotność jest dosyć konfrontowa, znowu słyszę się uważnie i zauważam w lustrze, a kąt się do mnie łasi w tle. Beton To jest dopiero wola życia, jak źdźbło trawy przeciska się przez ucho igielne ściany. Czy to jeszcze imperfectum natury, czy już Przeszłość. Korzenie naszych pradziadów duszą się pod płytami. Czy to jeszcze trotuar, Czy już tortura. Udomowiona tuja wygryzła dzikie wino, a ulica wlała się do parku. Czy to jeszcze wygodne, czy już niebezpieczne. Czy to jeszcze cywilizacja, czy już głupota. Trawa rośnie zbyt cicho a beton to beton. I tak nic nie rozumie. Miedź albo nie miedź oto nie jest pytanie oto równoważnik zdania bo pytania stawiają filozofowie a domy stawiają murarze rzemieślnicy nie mogą zamieszkać w pytaniu odpowiedź nie może być domem kominkiem marmurem i sofą dlatego to nie jest pytanie to równoważnik wybrania. Początek Megi to odważna dziewczyna. pewnego dnia rozstała się z lękiem. Przyznała, że to chyba znienacka, ale teraz była znacznie silniejsza ciekawość tego, co było fikcją. ściągnęła z luster futerały, żeby dosięgnąć sobie do oczu. Już nie skacze, nie skaleczy się, choć noże wiszą w powietrzu każdemu, kto myśli, że jest rybą, mogą krwawić skrzela. Jerzy z tego wiersza Jerzy z tego wiersza jest w podeszłym wieku, ubogi i ubogacony, prosty i prostopadły, ugięty pod ciężarem krzywolinijnych pleców. Jerzy z tego wiersza jest, a to wcale nie oczywiste, ani wykształcony, ani trener, ani couch, ale kiedy o sukinsynu z biura mówi człowiek niedostępny, to ja sama to odkrywam. Teraźniejszością się nie szasta. Beata Gruszecka-Małek (ur. 1986) – pedagog, pracownik socjalny i pracownik administracji publicznej. Autorka utworów przeznaczonych dla dzieci i dorosłych. Debiutowała udziałem w książce Słowa na miedzy przysiadły. Antologia poetów wsi. Autorka tomu wierszy Autopsje (2022) oraz licznych książek dla dzieci. Współpracuję z Klubem Integracji Twórczych Stowarzyszenie Żywych Poetów w Brzegu. Jej wiersze pojawiły się w "Herbasencji", "Nowych Myślach", "Nowym BregArcie". Laureatka nagród literackich.

  • Tomasz Hildebrandt – cztery wiersze

    Grzybobranie pnie po wycince wyrastają jak grzyby po deszczu którym poobrywano kapelusze Jest takie jedno miejsce – pochwalił mi się pewien grzybiarz – tyle że można je kosić pilarką łańcuchową znalazłem je następnego dnia jeszcze żywe wspomnienia szumiącego lasu nie było trudno szukałem po prostu w obfitości braku ten widok miał w sobie melancholię nekropolii nie zapaliłem znicza ponieważ ktoś zapomniał zdjąć tablicę o zagrożeniu pożarowym żywica z sęków zastygała w strupy Płot a wieczorem ludzie siedzący na sofach przed prezenterami tkają płot na granicę słynącego z gościnności kraju żeby odgrodzić się od ludzi z krajów uznanych za niegościnne siedzących na ziemi przed strażnikami drucianych myśli wystarczy na setki kilometrów ogrodzenia wieńczonego ideami z drutu kolczastego wspartego filarami tradycji narodowej wzmocnionego fundamentem wiary prędzej matka z dzieckiem sforsują te zasieki niż grzesznik dostanie się do królestwa niebieskiego Wieczne korowody każde dmuchnięcie to gasnąca świeczka intencyjna za ocalenie dalekich niepotrzebnych żyć sunących w wiecznych korowodach ten huragan niczym kanonada wali celnie i na duże odległości zdziera dachy z głów krzyki z ust pozostawia kontury nagich niemych postaci jak kamienie w kłębach trawy spopielonej dłońmi tych którzy nadali sobie więcej praw dlatego posiadają więcej życzeń świeczek na piętrowym torcie za zdrowie i bogactwo bliskich za nieistnienie tych dalekich niechaj pozostaną kamieniami huragan ich wtedy nie przywieje morze nie wyrzuci Pustynnienie pustynia to tylko sceneria filmu dokumentalnego wystarczy wcisnąć klawisz stop i w czarodziejski sposób znika za oknem zieleń gęsta nasycona jak żołądek wybujała rzeczywistość bliska namacalna więc prawdziwa tylko bogowie istnieją choć ich nie można dotknąć tylko bogowie zabierają z tej ziemi życia masowo bezwzględnie powtarzają ludzie przeklinają Tomaszów za wątpienie w oszustwo pustynnienia za kradzież wiedzy o powszechnym wymieraniu Adamów wypędzają Deszcz urojony deszcz upragniony siąpi tylko w głowie nachmurzona twarz ciąży chwieje się opada piach też skrywa jakąś wilgoć krople kapią z echem w dół arterii ciała jak po instalacjach gruzów obnażonych erozją porzucenia miejsca zatrzymania czasu migracją w stronę oddalonych światów kiedy ich własne puchną z głodu nikną z nadmiaru strachu i niedoboru życia wolno umrzeć z pragnienia kiedy nie ma wody trzeba utonąć gdy wody jest za dużo pomiędzy śmiercią a śmiercią upuszczają z siebie urojony deszcz przez rany poją nim najbliższych Tomasz Hildebrandt (ur. 1977) – menadżer i animator kultury. Autor kilkunastu powieści: Wyjechać, nie wrócić, Druga Polska, Dotyk, Góry umarłych, Wymiary mroku, Czerwony szkwał. Otrzymał I nagrodę w dziedzinie prozy pomorskiej Costerina 2011, nominację do ogólnopolskiej Nagrody Złotego Pocisku oraz wyróżnienie w XVIII edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. C.K. Norwida. W przygotowaniu debiutancki tom wierszy.

  • Danuta Kossakowska – trzy wiersze

    Ciężkości Martwy punkt to zaledwie początek końca. Wyblakła część osi po lewej stronie marginesu. Wykres funkcji bez wyrazu wolnego, bo coś się wyzerowało i nie chce zatonąć. Flashbacki, gdy sama stoję w kolejce, a koszyk prawie pusty, jak przeszło rok temu twoje oczy. Więc dryfuję, a gdy morze wyrzuci mnie w końcu na brzeg – grzęznę, zapominając kierunki, gdzie prawo, gdzie lewo – i środek. Żona Lota Znów kazałeś mi podpierać zimny brzeg kanapy. Dobrze, że hotel nie był obskurny i brudny. Muzyka płynęła jakoś nierówno, bez rytmu, a same słowa, zaczęły ulatywać pomiędzy framugami. Choć na końcu języka, pamiętam, miałam niewiele więcej niż "nie", nie do powiedzenia, raczej do wyszarpnięcia z płuc. Wyszłam na mały balkon. Stały tam kruki z kamienia, patrząc na mnie z niemym pytaniem, a ja wzruszyłam tylko ramionami. Gdy usłyszałam pewny krok, niepotrzebnie się odwróciłam, płacąc za to solą. Nie spojrzawszy już nigdy w stronę Sodomy i Gomory Jasne Błonia Nie przypominają mi nawet o tobie. Brak tu południa słonecznego, a ścieżka bez kamieni zalana jest asfaltem, który zbyt wolno wysycha. Budka z lodami została zamknięta, piwa nie kupisz na wynos, a wszystkie balony ktoś przebił i zamiast zapraszać, czytam kartkę "nieczynna". Z fontanny nie pryska już woda, a parasole złożone, nie powiewają więcej. I wszystko jakieś na nie na Jasnych Błoniach, jak i na Kasprowicza. Tylko pomnik papieża, jak stał, tak twardo stoi i tak jak ja – ruszyć się nie zamierza, bo chyba z kamienia rzeźbiony. Danusia Kossakowska - urodzona już w nowym milenium, w malutkiej wiosce nieopodal Szczecina. Studentka Filologii Romańskiej na Uniwersytecie Szczecińskim.

  • Marcin Lenartowicz – sześć wierszy

    Pośrodku mroźnej zimy Od zewnątrz to musi wyglądać jak dom. Niechby lepianka nawet, czy nora wykopana w szczerym polu, gdzie sporadycznie kwitną maki, a czerwień kojarzy się tylko z kwiatem, nigdy z gorączką. Zresztą, z fizycznego punktu widzenia, istotnie tak jest. Kilka ścian, w środku regały, półki a z czasem stragany. Na nich różności niemalże pod sufit. Wysypują się już drzwiami, framugi pękają od nich i ranią nam stopy, którymi deptamy je, z determinacją, aż podłoga zyskuje kolejne piętra i zmienia się w chmurę, która ulatuje przez komin z kolejnym oddechem. I ja stoję w tym domu i nawet chwytam klamkę od wewnątrz, choć nie wiem do czego służy, ani którędy. A ty stoisz tam, gdzieś pośrodku i też już nie wiesz za kim, ale po co już tak i chwytasz za klamkę, a tam zamknięte, bo przecież nie wiem już nawet czy ona to ja, czy to tamten, cegła po cegle się sypie na głowę, jak popiół. I skąd ten pył. I jak. Wrzesień, roku pańskiego. Odłamień Jeden musiał utkwić w okolicach kręgosłupa, skoro nogi odmawiają litanię do zaciemnionych miejsc, a za nimi choćby śmierć. Choćby z samej nazwy. Naciskasz delikatnie, nacinasz tkankę, a wszystko co było staje się tak wyraźne jakby nigdy nie mogło zaistnieć, chyba że w myślach. Chyba, że tylko wyobraziłem sobie półcień, a w samym jego środku - coś więcej. Coś, czego nie było nigdy przedtem – powtarzam – A przecież musiało utkwić w okolicach kręgosłupa, a po nim jak po nitce. Do kłębka. Nazywają mnie drzewem poznania, a ledwiem zaistniało – kazano mnie unikać, jak złego. Moje owoce smaczne, choć cierniem przesiąknięte, niech upadają, niech zadrzewią ziemię czyniąc jej myśli, podległe moim. Daję ci mądrość człowieku, równą twemu bóstwu, choć jemu to nie w smak zapewne, bo skoro cię stworzył na swój obraz i podobieństwo, to dał ci też znudzenie przewlekłe, co miotało się w nim jak ziarno, jak kamyk w bucie. Nie wytrzymasz ty długo w raju, to nie dla ciebie miejsce, więc jedz surowe i z rusztu, a nawet prosto ze mnie. Siej i przetwarzaj owoc poznania. Marcin Lenartowicz/ Basia Derlak Luty, 2023 Głosu nie mają Ktoś zabrał łuski rybom, związek pomiędzy nimi a oceanem, stawem, łachą, więc został im tylko wiatr i nieprzydatne skrzela. Leżą wśród półwilgoci pamiętającej jeszcze bezkres i duszą się słońcem. Dla nich to już kosmos. Nieważkość. Z pewnej odległości przypominają rozbite lustro – te łuski – gdzieś indziej powodują refleksy światła, pochłaniając je, gromadząc wewnątrz, na potem. Gorące jak pierwszy stopień do piekła. Tymczasem kręcę się w kółko albo zatrzymuję i odwracam głowę przez ramię. Ktoś zabrał mi cień, więc nie jestem. Z Diastemą Inaczej nazywana fugą, spacjami. To wtedy nagle nikną chmury, jakby ktoś pochował je do kieszeni obok drobnych i większych katastrof. Ta kieszeń jest pusta, więc nie zatrzymuje deszczu i nie chroni przed zagubieniem. Inaczej nazywana cień, najdłuższa noc roku. To wtedy skały zamykają oczy, a niczego nieświadome chodniki potykają nas, jednocześnie zbliżając do nieuniknionej konkluzji, a ta śmieje się nam w twarz przez okrągłe milenium, bo tyle trwałaby burza, gdyby ktoś nie ukradł chmur z niebobiegu i nie zamknął na klucz, w kieszeni. Pierwszy kontakt z tkanką Aż w końcu stało się wszystko. Na raz. Gdzieś w odległej dżungli, jakiś wąż połknął żabę. Ta wcześniej muchę, która okazała się duszą, na ramieniu wszechojca. Na zdrowie. Kwiaty kładły się ku ziemi, pochylały łodygi i kapelusze, a z dachów spadały koty, na czwarty stopień piekła. Wprost pod stopy tego węża, co je wziął zeżarł. I zdechł. Aż w końcu nastała jasność. Niepotrzebnie, bo straciliśmy wzrok na rzecz dotyku. Marcin Lenartowicz – urodzony przeszło trzydzieści lat temu, jakieś pół roku wstecz urodzony ponownie, za sprawą jednej z nich. Astygmatyk, chorobliwy introwertyk. We wszystkich znanych i nieznanych jeszcze galaktykach, najbardziej dumny z bycia wujkiem dla Luny, Tuptusia, Haidi i Kruszka. Dozgonnie wdzięczny za to, że są. Z braku możliwości poradzenia sobie z chaosem myśli, stworzył sobie wewnątrz drugą osobę – Jagodę Mornacką – nie wpadł tylko na to, że ona również będzie pisać wiersze.

  • Mirosław Drabczyk –  List do Spinozy

    Na imię mam Benedykt, jesteśmy imiennikami, chociaż Ty bardziej jesteś znany jako Baruch lub Bento – każde imię pochodzi z innego języka i w każdym oznacza “wyróżnionego przez Boga” albo “sławiącego Boga”. Trudno o lepsze dopasowanie imienia do Twego powołania. Całe dorosłe życie zajmowałeś się Bogiem, tłumaczyłeś jego naturę, pisałeś traktaty objaśniające istotę jego jedności z wszechświatem, wdawałeś się w polemiki. Nazwano Cię za to heretykiem. To nie paradoks, Twoje tezy zwyczajnie nie pasowały do religijnych dogmatów. Zdziwisz się Baruchu, ale one nadal nie pasują, choć od czasu Twych pierwszych publikacji minęło 350 lat. Wychowywałeś się w Amsterdamie, w rodzinie uchodźców z Portugalii, chodziłeś do żydowskiej szkoły, mówiłeś po portugalsku i hebrajsku, zapowiadałeś się na sumiennego badacza Tory, zdobywałeś uznanie starszyzny.  Ale zaledwie dorosłeś, zacząłeś dociekać spraw boskich po swojemu. Fascynowała Cię gramatyka hebrajska, matematyka i geometria. Studiowałeś pisma Kartezjusza, zacząłeś pisać artykuły filozoficzne, a wkrótce opublikowałeś traktat, w którym postawiłeś tezę, że człowiek może poznawać świat nie powierzając tej roli żadnym pośrednikom. Zabrałeś głos na temat istnienia Boga, duszy i pośmiertnych losów człowieka. Pech chciał, że Twoja wspólnota religijna rozumiała te sprawy zupełnie inaczej. Rada Starszych gminy żydowskiej szybko podjęła kroki, aby Twój radykalizm nie udzielił się pozostałym. Zostałeś wyrzucony poza nawias społeczności, w której wzrastałeś. Zostałeś wyjęty spod prawa i musiało Cię to zaboleć, nawet jeśli to już nie było Twoje prawo. Członkowie starszyzny w zapiekłości swojej pozbawili Cię majątku. Musiałeś potem sądownie dochodzić praw do przedmiotów odziedziczonych po zmarłych rodzicach. Zastanawia mnie jedno: pisałeś swój traktat przez parę lat i to co tam umieściłeś, stało w jawnej sprzeczności z doktrynami Twojej wiary. Musiałeś się spodziewać, że ziomkowie w wysokich kapeluszach się wściekną. Przyznaj Baruchu, liczyłeś, że tak się stanie. Chciałeś starszyznę gminną sprowokować, żeby się od nich uwolnić. Nie zaprzeczaj. Może nie przewidziałeś, że kara będzie tak dotkliwa, ale cóż, to oni mieli władzę i musieli wypędzić Cię, żeby pozbyć się zatrutego owocu. Że było Ci potem ciężko? Wolność to nie jest łatwy kawałek chleba, ale chyba niczego nie żałujesz. Postanowieniem Aniołów i za wolą Świętych  wykluczamy, odżegnujemy się, skazujemy na hańbę i wyklinamy Barucha de Espinozę. Za zgodą Pana Naszego i za aprobatą całej świętej gminy, w obliczu świętych Ksiąg Prawa, gdzie spisanych jest 613 przepisów, wypowiadamy przeciw niemu klątwę, którą Jozue przeklął Jerycho i klątwę, którą Eliasz przeklął swe dzieci i wszystkie klątwy przepisane przez Prawo. Niech będzie przeklęty w dzień i w nocy, niech będzie przeklęty, kiedy kładzie się do snu i niech będzie przeklęty, kiedy wstaje; niech będzie przeklęty, kiedy wychodzi i niech będzie przeklęty, kiedy wraca. Oby spodobało się Bogu nie udzielić mu swego przebaczenia. Gniew i złość Pana rozpętają się przeciw temu człowiekowi i zleją na jego głowę wszystkie klątwy przepisane w Księdze Prawa. I Pan wymaże jego imię pod firmamentem niebios i Pan wygna go, na jego zgubę, spośród wszystkich plemion Izraela i obłoży go wszystkimi przekleństwami Niebios.    Nie wolno im utrzymywać stosunków osobistych i listownych, wyświadczać najmniejszej przysługi, przebywać pod jego dachem, nawet zbliżyć się na mniej niż cztery łokcie, czytać jakiekolwiek teksty wyszłe spod jego pióra. No i tak to szło. Zachowanie Rady Starszych było z jednej strony zrozumiałe, z drugiej okrutne, a jednocześnie zupełnie żałosne. Powtarzanie napuszonych pustych gróźb dowodziło ich bezradności. Gdybym ja dostał tak nadęty list, parsknąłbym śmiechem, a potem odesłał autorom jego kopię, na której dorysowałbym wykrzywione grymasem buźki, albo zaciśniętą dłoń z wysuniętym środkowym palcem. Byłoby z czego kpić: ich święte oburzenie zasługuje na śmiech i pogardę, a zawiłe figury stylistyczne  i bezczelne powoływanie się na wolę Boga oraz na jakieś archaiczne prawa – na wzruszenie ramion. Tobie z pewnością nie było do śmiechu, miałeś wtedy zaledwie 24 lata.  Ciekaw jestem, czy płakałeś. Czy tak zwyczajnie, w poczuciu bezsilności i niesprawiedliwości głośno ryczałeś i lałeś łzy? Jak to było w Twoich czasach? Czy byli wtedy jacyś doradcy, którzy zalecali mężczyznom, aby uwalniali emocje i uderzali w płacz? W naszych czasach męski płacz jest zalecany jako sposób na rozładowanie agresji i zjednoczenie się z osobowym ja. Ale nie odbiegajmy od tematu. Klątwa rzucona przez starszyznę wiary w Jahwe nie była polemiką z Twoimi argumentami, nie zawierała nawet uzasadnienia – nie było w niej nic ponad ogólnikowe oskarżenie o “okropną herezję” (po portugalsku “horrendas heregios”). Wygląda na to, że starszyzna po cichu uznała Twoje racje, i nawet nie miała śmiałości z nimi dyskutować. Łatwiej im było Cię wypędzić, niż udowodnić Ci kłamstwo, gdy w swoim traktacie wykazywałeś, że religijne pojmowanie Boga było nieprawdziwe u samych fundamentów. W następstwie klątwy wyniosłeś się z Amsterdamu, podjąłeś pracę zarobkową, a wolny czas poświęcałeś na studiowanie nauk i pisanie traktatów o etyce, teologii i filozofii.  Prawa do posługiwania się rozumem nie mogła Ci odebrać żadna Rada Starszych. Przyznam, nie daje mi spokoju pytanie, jak zareagowałeś na klątwę. Czy byłeś   rozczarowany i zdruzgotany? A może jednak poczułeś rodzaj ulgi, że oto pępowina została odcięta i będziesz mógł myśleć po swojemu, nie oglądając się na ludzkie opinie. Czułeś pewnie, że Twoi współwyznawcy, nawet pewnie o tym nie wiedząc,  darowali ci wolność. Byłeś zdolnym studentem Tory, może ktoś tam w gminie liczył, że zostaniesz rabinem, a  Ty zrobiłeś coś, co ich zaskoczyło i oburzyło. W rezultacie, oni pozostali w oblężonej twierdzy, a Ty wyszedłeś na zewnątrz. Chcieli Cię ukarać, a dostałeś od nich cenny prezent.  Trudno mi nawet wyobrazić sobie tamte czasy, religijność w XVII wieku miała inne oblicze, inną temperaturę, mocniej więziła człowieka niż religia obecna będąca już tylko własną karykaturą. Kiedy  w 1670 wydano drukiem Twoje najważniejsze dzieło “Traktat teologiczno-polityczny”  jakiś fanatyk nazwał je “książką wykutą w piekle przez samego diabła”. Nie zrobił tego prywatnie. Zaatakował Cię ponieważ uznał, że w ten sposób broni swojej religii. Wyobraź sobie, że współcześni zeloci też używają piekielnych porównań, gdy nie podoba im się jakaś współczesna książka, jakiś film, obraz, rzeźba. Atakują autorów równie agresywnie, jak Ciebie atakowano wówczas. Przez długie lata chodziłeś w tym samym płaszczu z niezacerowaną dziurą po nożu, którym pewien nawiedzony szaleniec usiłował Cię zabić na schodach synagogi w Amsterdamie. Powiedz, czego symbolem miała być  ta pozostawiona dziura w płaszczu? Czy bardziej zależało Ci na pokazaniu światu swojej nieugiętości w głoszeniu prawdy niż na elegancji i schludności? Czy może miała to być przestroga przed szaleńcami, którzy w bezsilnej złości sięgają po narzędzia zbrodni?  A może po prostu, chciałeś pokazać ludziom, jak groźny jest fanatyzm? Nie chcę Cię smucić, ale w moich czasach, a mamy wiek XXI, fanatycy nadal zabijają inaczej myślących. Rzadko sięgają po nóż, bo mają do dyspozycji narzędzia skuteczniejsze.  Ale bywa też nóż. Twoi ówcześni prześladowcy byli przedstawicielami tej samej kategorii ludzi, którzy od tysiącleci w imię obrony własnej pozycji społecznej i własnego bogactwa nękali osoby o poglądach zagrażających porządkowi społecznemu przez nich ustanowionemu. Zawsze za prześladowaniem ludzkich dążeń do niezależności i wolności stoi ta sama mentalność. Tak się składa, że grupy prześladowcze broniły zazwyczaj monarchii, panującej religii albo – jak to było w XX wieku  – autorytarnych ideologii, które nie znosiły konkurencji i z furią zwalczały wszelkie przejawy wolnego myślenia. I tak, jak znane Ci instytucje religijne XXVII-wiecznej Holandii zwalczały odszczepieńców i innowierców, tak owe pseudo-religijne ideologie, mające w dyspozycji nieograniczone środki, na masową skalę dręczyły i zabijały ludzi. Nie wszystkich zabijano i nie od razu. Tych, którzy mieli być użytecznymi sługami urabiano za pomocą indoktrynacji, systemu kar a także za pomocą cenzury – jej zadaniem było ograniczanie i eliminacja swobodnej wymiany myśli, rozwoju niezależnej filozofii, literatury i sztuk. Dla każdej władzy autorytarnej, (świeckiej lub religijnej) opartej  na kłamstwie i utrzymywaniu ludu w ignorancji rozwój nauki i oświaty zawsze stanowi zagrożenie. Gdybyś żył w naszych czasach – cudem ocalały z nazistowskich prześladowań i bolszewickich pogromów –  gdybyś widział, w jak okrutny sposób te dwie zbrodnicze formacje wdrażały w czyn swoje ideologie – zmieniłbyś  trochę perspektywę patrzenia na to, co Ciebie spotkało. Ty zostałeś zraniony tym śmiesznym listem, co owszem, było niedogodnością, ale przecież trudno ją porównać do śmierci w komorze gazowej albo w wyniku przestrzelenia potylicy i zrzucenia zwłok do dołu z wapnem. Taki mieliśmy wiek XX. Czy wiesz, jak współcześni encyklopedyści opisują nurt filozoficzny, którego byłeś wybitnym przedstawicielem? Nazywają Was racjonalistami (w Twoich czasach chyba nie używaliście jeszcze tego terminu) czyli zwolennikami takiego podejścia do filozofii, aby ta filozofia nie była więcej kolejnym mitem, baśnią czy literaturą, tylko solidną nauką, która odzwierciedla rzeczywistość w taki sam możliwie ścisły sposób, jak czyni to matematyka. To Wy, Baruchu ogłosiliście światu, że nie ma żadnego życia po śmierci, daliście milionom uciśnionych ludzi wytchnienie od pośmiertnych kar, od czyśćca i piekła.  Daliście im nową perspektywę widzenia spraw ostatecznych. Przed Wami była tylko jedna: nagroda w niebie albo kara w piekle. Żadnej trzeciej drogi. Wam – racjonalistom – zawdzięczamy logiczną konstatację, że nie ma czegoś takiego jak nieśmiertelna dusza. Dwa wieki później dowiódł tego Darwin publikując dzieło “O powstawaniu gatunków”. Według jego teorii, człowiek powstał w wyniku ewolucji, co znaczy, że na pewnym etapie rozwoju niewiele różnił się od małpy, a jeszcze wcześniej przypominał robaka. Pytanie racjonalistów brzmiało: w którym momencie trwającej miniony lat ewolucji  “nieśmiertelna dusza” wnika w ciało człowieka? I po czym owa dusza poznaje, że jej nosicielem nie będzie już małpa lecz dumnie brzmiący człowiek z krzesiwem w ręku?    Byłeś jednym z tych, którzy dla nas przecierali ścieżki wiedzy. Swoją pracą nadałeś znaczenie ludzkiemu rozumowi, wskazałeś, jaki potencjał tkwi w naszym rozpoznawaniu świata oraz jak wielką przeszkodą w odkrywaniu tajemnic świata materialnego jest zabobonna wiara. Znawcy historii filozofii twierdzą, że Twoja myśl była inspiracją nowożytnego racjonalnego humanizmu, dzięki któremu ludzkość zdobiła całkiem spory krok w zrozumieniu samej siebie i co więcej, odważyła się badać świat materialny. Lot człowieka na Księżyc to, między innymi, Twoja robota. Rewolucja rodzi się z buntu a Twoje umysłowe dzieło dało fundamenty rewolucji zwanej Oświeceniem. Lubię takich buntowników i właśnie z tego powodu do Ciebie piszę. Potraktuj Baruchu ten list jako formę podzięki. Nie wiem, czy za twego życia ktoś Ci dziękował, czy znalazłeś czas na odczuwanie dumy i satysfakcji z tego, co osiągnąłeś? Może nie. Wszak byłeś pionierem, odyńcem-samotnikiem, który dopiero przeciera szlak dla innych. Może nikt nie zdążył powiedzieć Ci, jak bardzo przydałeś się ludzkości. Nie cały umarłeś Baruchu, pozostały Twoje dzieła i to właśnie było, a może nadal jest, powodem, dla którego nadal Cię kąsają. I robią to tacy sami ludzi, jak ci, którzy napisali tę idiotyczną klątwę. Twój domniemany i znienawidzony panteizm oraz teza o braku rozdzielności między materią a duchem nadal ich bardzo uwiera. Żaden religijny ideolog nie przepuści tak śmiałego wyzwania. Gdyby mogli, wyklęli by Cię nie tylko z gminy, ale i z ludzkości. Najchętniej wygumkowali by Cię z książek i podręczników, a wszystko dlatego, że nie mają żadnych dowodów na to, że duch i materia to dwa osobne byty, jakieś oderwane od siebie kategorie. Za Twego życia nazywano Cię myślicielem radykalnym, bo miałeś odwagę odrzucić pojęcia wywodzące się z religii, no i postulowałeś, żeby zwrócić się ku logice i matematyce. W naszych czasach, jeśli ktoś trzyma się praw nauki, nie może być nazwany radykałem ani wichrzycielem, tylko rzetelnym naukowcem, o którym czasem mówi się górnolotnie – sługa rozumu. Wiesz, my w XXI wieku wchodzimy w epokę  prymatu inteligencji komputerowej  nad ludzką. O ile nie zawiedzie nas instynkt samozachowawczy, niedługo będziemy sługami rozumu większego, zupełnie od nas niezależnego, który sami do istnienia powołaliśmy. Wyobrażasz to sobie? Myśl ludzka stworzyła takie urządzenia techniczne, które nie tylko zastępują człowieka w prostych żmudnych czynnościach, ale które prześcigają go w szybkości i dokładności liczenia. Może przykro będzie Ci to usłyszeć, ale soczewki już od dawna szlifują maszyny i robią to o wiele precyzyjniej niż człowiek. Jak możesz się domyślać, nauka w ostatnich dwustu latach bardzo się rozwinęła, powstały zupełnie nowe jej dziedziny, a naukowcy mają do dyspozycji niewiarygodnie czułe narzędzia badawcze. To, co było zaledwie Twoją intuicją, okazało się naukową prawdą możliwą do zaobserwowania za pomocą czułych maszyn. Postulowałeś jedność z przyrodą – mamy to na poziomie molekuł i fizyki kwantowej. Jest dokładnie tak, jak twierdziłeś w swoim traktacie: nie ma niczego we wszechświecie, co nie podlegałoby wspólnym zasadom, nic nie jest od niczego oddzielone, jako ludzie jesteśmy z przyrodą jednością. I nie ma niczego ponad, niczego obok, niczego pod spodem - wszechświat jest całością. Nie wszyscy dawni  filozofowie, których nazwiska dziś znamy, mieli rację, ale Ty wypadłeś znakomicie – nauka potwierdza, że na poziomie bardzo małych cząstek, mniejszych niż atomy, istnieją cząstki znacznie subtelniejsze, na przykład prądy elektryczne, którym przypisuje się ogromną rolę w utrzymywaniu funkcjonowania świata jako nierozdzielnej całości. Te same cząstki, które buzują w nas, buzują również w organizmach zwierząt, roślin, minerałów a nawet gwiazd. Światło, energia, materia – w różnym natężeniu i proporcjach – tworzą nasz świat. My już zrozumieliśmy, że nie ma się kogo bać, dlatego w naszych oczach wcale nie jesteś radykalny. Po prostu wyprzedziłeś swoją epokę o jakieś 350 lat. Współcześni Cię nie rozumieli, dlatego cię poniżyli, pozbawili praw, wyrzucili poza wspólnotę. Najwięcej ucierpiałeś od tych, którzy kąsali Cię za życia. Przez ich bezduszność i ignorancję musiałeś szlifować soczewki zamiast w całości poświęcić się studiom filozoficznym. Ale są tacy, którzy broniąc dawnych dogmatów i mitologicznych fantazji kąsają Cię nadal. Nie są w stanie pojąć Twej prostej prawdy, co pokazuje, że niestety, rozum ludzki nie całkowicie zwyciężył. Mentalni spadkobiercy Twoich prześladowców w wysokich kapeluszach jeszcze kąsają, jeszcze szczerzą kły, ale są już w odwrocie i sami wyrzucają się poza nawias racjonalnego społeczeństwa pędzącego ku kolejnym odkryciom. Przynajmniej mam taką nadzieję. Powiedz Baruchu, czy ta nadzieja, albo jakakolwiek inna nadzieja, należy do świata racjonalnego? Bardzo bym chciał, aby tak było. Mirosław Drabczyk – uro­dził się w Zło­to­ryi na Dol­nym Ślą­sku. W pra­sie li­te­rac­kiej pu­bli­ko­wał opo­wia­da­nia, ese­je i wier­sze. W­ydał dwie ksiązki po­etyc­kie. Kil­ka jego prze­kła­dów we­szło do pierwszego w języku polskim zbioru poezji Garego Snyder'a Dlaczego kierowcy ciężarówek z drewnem wstają wcześniej niż adepci Zen. Jego autorskie wiersze znalazły się też w obu edycjach Przewodnika po zaminowanym terenie (2016, 2021). Miesz­ka w Du­bli­nie.

  • Przemysław Znojek – Pativ

    * W Miasteczku, które niegdyś odwiedził Ginsberg, znajdowało się szczególne mieszkanie. Stanowiło ono niespotykany i tajemniczy krajobraz, swoisty most łączący świat rzeczywisty z odrealnionym. Korytarz należał do najdłuższych i najszerszych pomieszczeń lokalu, przypominał raczej hol szlacheckich dworków, z ich charakterystycznym przepychem. Tutaj zjawiali się tajemniczy przybysze: odwiedzający, pochodzący z zamierzchłych czasów, niejednokrotnie od dawna już nie żyjący. Ściany niecodziennego przedpokoju wypełnione zostały przedmiotami, które zazwyczaj wywoływały wśród gości ogromne wrażenie: wypchanymi zwierzętami, stanowiącymi główny obiekt fotografii. Prym wśród tego nieżywego zoo wiódł ogromny dzik - doprecyzowując, łeb zwierzęcia z wystającymi po bokach kłami. W trakcie niezliczonych, nocnych rozmów pozostałych, dawno zmarłych zwierząt: jelenia, sarny czy kuropatwy, ostatnie zdanie należało zawsze do niego. Wydawało się, że wypchane stworzenia odpowiadały za strefę komfortu całego domu, płynęła od nich magiczna aura, chroniąca całe mieszkanie. Obok zwierząt, na wytapetowanych ścianach w kolorze żółto-czarnym, znajdowały się herbarze, a także broń biała, a wśród niej różnego rodzaju sztylety oraz szable. Niektóre z nich pamiętały jeszcze czasy kozackich powstań, przechodziły z rąk do rąk, tworząc niewidzialną więź między sąsiednimi narodami. Zawieszone wysoko, acz blisko nieuchwytnego sufitu, tak żebym nie mógł ich sięgnąć. Kusiło mnie niezmiernie, żeby użyć ich kiedyś do zabawy w rycerzy, jednak pozostawały ponad moim zasięgiem. Co innego dla przybywających biesiadników. Pamiętam, jak sam Bohun ze swoją kompanią pojawił się u nas, Dziadek powitał go serdecznie już od samego progu, a później ataman kozacki sprawdzał, jak leży w dłoni każda ze wspomnianych szabel, z łatwością zdejmując eksponaty ze ścian. Obserwowałem jego zachowanie, wciskając głowę między uchylone drzwi pokoju, jednak Iwan nie zwracał na mnie uwagi. Kręcił w ten czas obfity wąs, podziwiał przedpokój, poklepując Dziadka po ramieniu. A ja pozostawałem pod wrażeniem postaci, licznie zgromadzonych w naszym domu, przepełniało mnie uczucie dumy, ale z drugiej strony mieszało się ono ze smutkiem, spowodowanym brakiem możliwości rozmowy z gośćmi. Napawałem się widokiem kilkunastu mężczyzn, uzbrojonych i agresywnie wygolonych, z pasmem tłustych włosów zwisających z lewej strony głowy, ich specyficznym językiem, przypominającym do złudzenia pierwotny dialog. Słyszałem wznoszone toasty, których motywem przewodnim stało się hasło: „Chwała Ukrainie”. Głośna biesiada skończyła się wraz z nastaniem północy, pogrążony w próbach snu, kręciłem się w nocnej pościeli. Tymczasem Bohun czule pożegnał się z Dziadkiem, dziękując uniżenie za gościnę, udał się z pobratymcami na balkon, gdzie w blasku pełni księżyca rozpierzchli się, niczym kompania duchów. Znajdując się już w przestrzeni ponad dziesięciopiętrowym wieżowcem, obrócili się, zerkając wprost w nasze okna, wyszczerzyli zęby w uśmiechu i pokłonili, odchodząc drogą w stronę srebrnego globu. ** Gwiezdne wojny. Dzisiaj taki motyw zabawy klockami Lego. Bohaterowie podzieleni na dobrodusznych rycerzy zakonu oraz schwarzcharaktery z czerwonymi mieczami świetlnymi i czarnymi pelerynami. Podłoga pokoju, złożona z brązowych paneli, podzielona została niczym zakątki odległej galaktyki, stanowiła przestrzeń fabularną – z perspektywy stojącego człowieka – przestrzeń porozrzucanych bez sensu elementów, których cena zwalała z nóg. Myśli pogrążały się w rozpisywaniu wirtualnych scenariuszy śmierci poszczególnych bohaterów z odpinanymi głowami, nogami i rękami, jednak przerwane zostały donośnymi dźwiękami akordeonu, wchodzącymi wspólnie z wiatrem, uchylonymi w tym czasie drzwiami balkonowymi. Melodie wydawały się nieobce, chyba słyszałem je już wcześniej w trakcie wizyt domowych licznych gości, przechodzących przez próg mieszkania. Te charakterystyczne dźwięki, dopełnione słowami piosenki, opowiadały historię nieszczęśliwego mężczyzny, który w nieodległej przeszłości został porzucony przez kobietę o niespotykanym i wyjątkowym kolorze oczu. Podszedłem, niczym kuszony syrenimi dźwiękami, dochodzącymi z dołu bloku do balustrady balkonu, pochylając się przy tym w niebezpiecznym skłonie, szukając wzrokiem ulicznego grajka. Bliski byłem przechylenia się i wypadnięcia z wysokości ósmego piętra, prosto na krótko przyciętą trawę, zabijając się bądź z dozą niewiarygodnego szczęścia pozostając robakiem drążącym piaskowe kanały. W tym momencie poczułem za plecami mocną rękę, chwyt nieludzki, pasujący bardziej do niedźwiedzia, aniżeli żyjącego człowieka. Usłyszałem wtedy twardy głos, w którym dało się odczuć pewne zdenerwowanie: „Uważaj, nie wychylaj się tak !” – rzekł stanowczo Dziadek. „Chciałem tylko zobaczyć... skąd muzyka...” – przerażenie grzęzło w gardle zatrzymując słowa. „To tylko Romowie, tylko Romowie” – brzmiała odpowiedź Dziadka. „Ci sami, którzy odwiedzili nas jakiś czas temu?” – zdobyłem się na pytanie. „A skąd! Wtedy przyjechał Baron ze swoją świtom, może to ktoś z jego rodziny, chociaż z daleka nie widzę” – ripostował Dziadek. Wzrokiem uchwyciłem powracające wspomnienie, zatrzymującej się pod klatką kolasy, wchodzącej zapewne w skład taboru. Wyróżniała się wśród armii metalowych pojazdów – ona drewniana, kolorowa, wypełniona mnóstwem dywanów w barwach czerwonej, czarnej oraz złotej, z jasnymi frędzlami, po wszystkich czterech stronach kwadratowego materiału. Zaprzęgnięta w dwa gniade konie, zdawała się tworzyć magiczny puzzel , nie pasujący do układanki, jakie tworzyło szare blokowisko. Doskonale pamiętam moment, kiedy Baron wraz z dziesięcioma pobratymcami pojawił się w progu mieszkania. Mężczyzna w ciemnozielonym kapeluszu z błękitnym piórkiem, jasnym, prążkowanym garniturze, wyglądającym na nieco znoszony oraz bambusową laską. Postać mieniła się w blasku ogromnego żyrandola, ponieważ starszego pana zdobiły złote elementy: gruby, wyglądający na drogi łańcuch, kolczyki w obu uszach, a także niezliczona liczba sygnetów, które powodowały wrażenie, że jego dłonie składały się jakby z dwudziestu palców. Uśmiech gościa również uzupełniały dwa przednie złote zęby. Baron przekraczając próg serdecznie przywitał się z Dziadkiem, przytulając i utrzymując dłuższą chwilę w tymże uścisku, przekazując słowa w języku, o którym nie miałem zielonego pojęcia, dopiero później dowiedziałem się, że porozumiewali się używając romani. Przed rozpoczęciem wspólnej biesiady, jeden z przybyszów, wchodzących w skład świty, podarował Dziadkowi haftowany dywan, jeden z tych wypełniających kolasę. Został on ułożony w przedpokoju, wyglądał niesamowicie, robił wrażenie przedmiotu pochodzącego z zupełnie innej cywilizacji. Dalekiej i nieodgadnionej. Tajemniczej, a zarazem niezwykle interesującej. Wśród grupy zaproszonych gości znajdowali się dwaj chłopcy, przypuszczalnie moi rówieśnicy, którzy umilali wieczór zgromadzonym, grając na akordeonie, a także skrzypcach. Ich muzyka przepełniona była wesołością, próżno czekałem na nostalgiczne dumki, w zamian nich słyszałem opowieści o czarujących melodiach, pozwalających zdobywać serca niewiast, płonących ogniskach oraz tułaczkach po różnych zakątkach świata. Wieczór trwał, przeszedł w bezchmurną noc, narodził się nowy dzień, a spotkanie nie dobiegało końca. Muzyka grała bez przerwy, tak jakby romscy chłopcy byli zaczarowani, a Baron opowiadał, snuł historię, oparte o własne przeżycia: mówił o prześladowaniach w czasach średniowiecza, o sztuce rzemiosła kowalskiego, którą się niegdyś parali oraz zapomnianym Holocauście. Opowiadał w taki sposób, jakby to wszystko przeżył. Nie pamiętam, kiedy goście wyszli, zasnąłem na podłodze bez poduszki, ale za to pod frotowym kocem. Czułem powiew świeżego powietrza dostającego się do pokoju wąską szparą niedomkniętych drzwi balkonowych. Przypuszczam, że wówczas biesiadnicy zamienili się w złoty pył, ulatniający się wraz z podmuchami wiatru, pchającymi ich ku zielonym rezerwatom Gór Świętokrzyskich. Współcześni Nomadzi odzyskiwali ludzkie postacie, po czym rozbijali taborowe obozowiska pośród majestatycznych dębów, blisko strumienia z krystalicznie czystą wodą, której źródła należało szukać w samotnej górze. Bliskość natury działała na nich kojąco: Baron wyglądał jakby ubyło mu najmniej czterdzieści wiosen i tylko ja wiedziałem, że jak na człowieka dawno już zmarłego prezentował się nadzwyczajnie młodo. Mężczyzna nabierał do drewnianej,  ciemnej fajki suchych, jesiennych liści, po czym delektował się kłębami żółtego dymu. *** Tymczasem Miasteczko wymarło. W odchodzącym leniwie wrześniowym słońcu prezentowało jedyną zaletę małomiasteczkowej rzeczywistości – zieleń i żółć obecną na osiedlowych alejach. Parkany pokryte były skoszoną trawą, w której mieszały się ze sobą kolory jesieni, by w heroicznym boju udowodnić przewagę którejś z barw, sekundowały tej walce gołębie, szukające wśród skoszonych roślin smakowitego pożywienia. I tylko w moich myślach pojawiały się reminiscencje tamtego przyjęcia. A muzyka skrzypiec przypomina wciąż świat dzieciństwa. Przemysław Znojek – literaturoznawca, bohemista, historyk kultury. Interesuje się problematyką mniejszości narodowo-etnicznych w obrębie literatury. Zarówno w działalności badawczej, jak i próbach prozatorskich, poszukuje odpowiedzi na pytanie: kim jest człowiek-inny, wyobcowany, żyjący na peryferiach społeczeństwa. Publikował w „Projektorze”, „Składce” oraz w „Gazecie, która musi się ukazać”.

bottom of page