top of page

Znaleziono 223 elementy dla „”

  • Kai Aareleid – Czytaj mnie  

    I czytaj mnie jak wiersz czytaj bez pośpiechu wymawiaj każdą sylabę poczuj każde słowo na swoim języku zważ ciężar każdego członu zdania i staraj się dotrzeć do sedna ja wiem że chcesz zrozumienie można osiągnąć na wiele sposobów znaki przestankowe mogą być porozrzucane tu i tam można pisać razem i osobno dość dowolnie ostateczne znaczenie wyjaśni się dopiero później czytaj mnie w swoim tempie w moim tempie baw się wyrażeniami wykrzyknikowymi onomatopoezją echami i pauzami czytaj mnie II czytaj mnie jak miniaturę wiem to może być trochę jednostronne i zbyt szybko się skończy czytaj jeszcze III czytaj mnie jak krótkie opowiadanie może nie być dużo dłuższe ale ma warstwy można je zedrzeć jak ubranie z pleców w nagrzanym pokoju i jest w nim zmierzch półtony cisza czytaj mnie IV czytaj mnie jak powieść dwieście pięćdziesiąt stron bo takie są najlepsze dłuższe mają za dużo słów a te krótsze znowu przełamują granice gatunkowe chociaż ogólnie krótsze jest lepsze co do tego się zgadzamy czytaj mnie jak powieść gdzie jest wiele krótkich rozdziałów i przestrzeni między słowami ponieważ coś można pominąć w historii lub przerobić w coś nowego z innym smakiem w powieść a niektóre historie można całkowicie pominąć bez pisania lub pozostawić niedokończone nie zawsze trzeba kończyć czasami po prostu nie ma czasu jakbyś nie wiedział przeczytaj mnie V czytaj mnie jak epos ale raczej wciąż twoją lub moją epopeję narodową zostawmy na boku eposy anglosaskie i starogermańskie te pola bitew są zbyt rozległe i odległe a co do Greków wolałabym epicką bohaterkę taki epos gdzie kobieta podbija lądy i morza a mężczyzna walczy z hordami zalotników byłoby miło poza tym heksametr nie do końca brzmi naturalnie w naszych językach ojczystych mój wciąż jakoś sunie na swoich sześciu nogach jak kulejący pająk w twoich ustach jest po prostu zabawny do twoich ust pasują inne pieśni i niewątpliwie aliteracja jest dla nas obojga najlepsza sprawdziliśmy to od razu dlatego czytaj mnie jak epopeję pierwszy i ostatni rozdział podsumowanie spis treści i stronę tu czy tam nawet jeśli nie rozumiesz wszystkiego brzmienie wciąż jest piękne odwieczne i wieczne czytaj mnie VI czytaj mnie jak haiku tak jest jaśniej smak można uzyskać natychmiast eksperci twierdzą że mój język jest lepiej dostosowany do nieco innego podziału na sylaby ale mniejsza o te sylaby metryka kamasutra czy są w ogóle potrzebne moje haiku są jak te perskie miniaturowe obrazy które wyrastają ze swoich ram weź mnie żebym wyrosła z mojej ramy czytaj mnie VII i napisz mnie bo tak naprawdę jestem tylko tytułem i nawet to można zmienić po drodze napisz mnie VIII przeczytaj mnie w swoich dwóch językach i napisz mnie ponownie w obu IX w końcu przeczytaj mnie jak znak wodny możliwy do zobaczenia tylko pod światło pozostający w twojej tęczówce przeczytaj mnie tłum. Marta Eloy Cichocka Kai Aareleid (ur. 1972) – wielokrotnie nagradzana estońska pisarka i tłumaczka. Jest autorką poezji, powieści, opowiadań i sztuk teatralnych publikowanych w kilku językach obcych. Kai Aareleid jest również płodną tłumaczką literatury z fińskiego, angielskiego i hiszpańskiego. Przetłumaczyła na estoński takich pisarzy jak m.in. Bruce Chatwin, Paavo Haavikko, Jorge Luis Borges, Isabel Allende, Roberto Bolaño, Javier Marías, czy Carlos Luis Zafón. Pracowała również jako redaktorka i agentka literacka, była mentorką dla początkujących tłumaczy i prowadziła kursy tłumaczeniowe dla studentów uniwersytetów. W roku 2016 za swoją drugą powieść Linnade põletamine otrzymała w Estonii literacką nagrodę roku. Wybór załączonych przekładów jest owocem XII Obradoiro Internacional de Tradución Poética na wyspie San Simón w hiszpańskiej Galicji. Więcej szczegółów na: https://pl.wikipedia.org/wiki/Kai_Aareleid

  • Karol Maliszewski – pięć wierszy

    Literatury Literaturo o uchodźcach, wojnach, zamachach, mniejszościach i ich prawach, o kapitalizmie i tak dalej, bardzo ważna literaturo, daj żyć mniej ważnej, zupełnie malutkiej, literaturze o niczym, czyli pustce, w której rozgrywają się te wszystkie pozorne rzeczy, jaskrawe maźnięcia pędzlem na bladym płótnie. Fala Jedno stado pcha się na drugie, nie mając nic złego na myśli, tak niesie ich fala, jedni drugim wykręcają ręce czy raczej racice, nic złego, konieczność zaprowadzenia porządku; skierujcie kamerę gdzie indziej, najtrudniej pokazać nic, które zostaje po przejściu fali. Społeczeństwa Społeczeństwo było za tyranem, gwarantował kapuśniak i najlepszą słoninę, kazał otworzyć gorzelnie dla turystów i badaczy żywego słowa, zadowolenie rosło wprost proporcjonalnie, kobiety na powrót były kobietami, mężczyźni z troską opowiadali o ich losie, co transmitowała usłużna telewizja. W ościennych państwach pogotowie strajkowe trwało permanentnie, rolnicy od lat przytupywali przy ogniskach z opon, już nawet nie pamiętali, o co im szło, ale gdyby nagle podniósł ceny w skupach zboża, byliby za tyranem. Nic Nic już nie osiągać, żadnego królestwa, wystarczy to, co tracimy, osiągnięcia są dla wybranych. Ułożenie towarów na Kredyt bez zwierzeń, czytelniku, pójdziesz na to, zawierzysz pieśń, oddasz gardło, potem i tak po drugiej stronie spotkają się nasze ślady, cienie za skąpe na opowieść czy interpretację, ale zawsze, powiemy, był ruch, przeciek, wzajemność; kto cię tu prosił, wykrzyczane w gniewie, to też komunikat, nawiązanie, przecież mieliśmy tylko zrobić zakupy bez kartki, z ręką swobodnie w kieszeni, nie na klawiaturze. Karol Maliszewski (ur. 1960) – dr hab., profesor UWr., pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr.  Opublikował kilkanaście zbiorów wierszy i książek prozatorskich, m.in.: Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy, Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach. Nowa poezja polska 1989–1999. Rozważania i uwagi, Rozproszone głosy. Notatki krytyka, Po debiucie, Pociąg do literatury.  Ostatnio wydał: Piosenka o przymierzaniu (2019), Bez zaszeregowania. O nowej poezji kobiet (2020), Czarownica nad Włodzicą. Baśnie  i legendy z Nowej Rudy i okolic (2021). Mieszka w Nowej Rudzie.

  • Anna Podczaszy – Trzy skarby i dwa wierszyki

    Skarb 1 Jest możliwość, że na górnej półce znajduje się to, co się może i zgubiło i leży zadowolone albo i nie, nic nam do tego, choć właściwie zależy, jak na to spojrzeć i czy aby na pewno górna jest ta półka. Nieważne. Ważne, że to jest (albo i nie) i skomle o naszą uwagę. Choć nie wiadomo, czy o uwagę, czy po prostu skomle (zależy, jak na to spojrzeć) i czy skomle, czy może jednak wyje z taką mocą, że spadam w otchłań. Tak, jest też możliwość, że to się nam nigdy nie zgubiło. Skarb 2 Mogę, owszem, zwalić ściany (w poszukiwaniu ciebie) i znaleźć komunijny święty obrazek, Świętą Rodzinę i Andrzeja, też świętego. Dać nura w ich srebrne okręgi potem mogę (w poszukiwaniu czegoś). Skarb 3 Można też zrównać dom (w poszukiwaniu szczęścia) i wygrzebać ukryty skarb, srebrny jak spokojne jezioro, bez rysów i dramatycznych teatrów. Sufit zostawić, niech wisi, jak wisiał. Mój Święty Obrazek W ’42 przyjęłam komunię przenajświętszą po raz pierwszy. Napije się pani ze mną wiśnióweczki z tej okazji? Ach, mamy już ’24? Sto lat! Poleję. Popatrz pani, jak ten czas leci, myślałam. To było wczoraj. Pierwsze imię od chrztu jest Helena. A drugie imię od biskupa nazywa się Zofia. Wypijemy? Która to, już? Boże, jak ten czas, dopiero myślałam. A pani co wtedy porabiała? Nie żyła pani? No, co zrobić, bywa i tak w życiu. Czy to od pani ja ten dom posiadam? To wypić trzeba z tej okazji. Od Niemca? Naprawdę, będzie tu pani miała nowoczesne wygody, tylko chałupę zamieść. A ja do pieca dołożę – serce Jezusa gorejące i wiśnióweczka niczego sobie, ale maj zimny w kościele parafialnym. Do tej pory czuję w kościach ten krzyż, mój słodki Boże. Koło Otóż nie ma możliwości, że wołam: „Hop hop! Na pomoc!” Jeszcze czego! Sama wymieniam koło siebie oddechy – raz, i jeszcze raz, i jeszcze. A ostatni starczy na zawsze, skoro się kończy świat. Anna Podczaszy (ur. 1972) – autorka kilku książek poetyckich wydanych przez Biuro Literackie. Jej teksty opublikowano również w kilkunastu antologiach i szkicach. Za tomik danc nominowana do Nagrody Nike 2001. Autorka tekstów piosenek zespołu HuRaban. Współpracuje z legnickim Teatrem Modrzejewskiej. Na podstawie jej wierszy powstał pieśniodramat Spójrz na nią (2019). Autorka monodramu Zapowiada się ładny dzień (2022), zwycięzcy kilku festiwali teatralnych, w tym festiwalu Teatropolis w Łodzi (2023). Mieszka i pracuje w Legnicy.

  • Grzegorz Wróblewski – siedem wierszy

    Klara Łuska jaszczur Obiecuje Klara wierzy Nieprzytomna Łuska jaszczur Coś o Rasta I się poci Klara naga Łuska jaszczur Kwiat paproci Łuska jaszczur Na nią spada Bo masz inną Pulsar głowę Łuska jaszczur Coś o Rasta Klara wierzy Pulsar czary Łuska jaszczur Na nią spada I się poci Kwiat paproci I pulsary Kwiat paproci Łuska jaszczur Kwiat paproci Zbiera siły Nozdrza naga Potem fantom Z niej wycieka Gwiazdy błyski Bez tułowia Łuska jaszczur Robi oczy Przerażony Łapie oddech Szuka ciała Kwiat paproci Klara w końcu Ostudzona Łuska jaszczur Zejść nie może Wizja trzyma Kwiat paproci Ulica Dolna W końcu ojcu obcięli nogę. I zmienili nam dyktatora… Natomiast pięć lat temu widziałem gawrona, który zrzucił z wysokiego drzewa na maskę samochodu włoski orzech. Po co zrzucił? To oczywiste! Żeby go w ten sposób rozłupać i potem bez popitki zjeść. Alkoholizm przy ulicy Konduktorskiej Świat bez boga jest światem nieludzkim – grzmią mokotowskie ssaki. (Z pewnością nie jest to sezon na kolorowe latawce…) Ponieważ żyję w świecie bez boga, żyję w świecie nieludzkim. I wszystkie skomplikowane kwestie mam z miejsca wyjaśnione. Obroty ziemi Powoli zachodzi słońce. Planuje się obniżenie ochrony wilka. Co oznacza zgodę na odstrzał. Ale mamy za to właściwy lek. To nie jest przecież czas na ból. (I nie są to wcale liryczne kolaże!) Wilki są agresywne i lubią padlinę. A księżyc jest piękny jak srebrny pierścień… W przypadku wątpliwości skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą. Wymiana Zrzutka na klacz i wiersze o pracy przy ścinaniu dębów, które widziały, a nie powinny widzieć. Stara klacz nie pasowała do drogich stajni. Była kulawa, więc właściciele oddali ją do rzeźni. Kupili z dobrej hodowli młodego, atrakcyjnego ogiera. Nastąpiła wymiana… Dlatego starcy farbują włosy. Nie pasują do pocztówek z błękitnych lagun. Próbują trzymać się w pionie, żeby nie zakopano ich w dole. Ogier też długo nie pociągnie. Zwykłe wieczory przy świeczkach. Rzeźnia. Cztery mrożone kaczki W sklepie natknąłem się na kobietę, która kupiła cztery mrożone kaczki. Z dumą na mnie spojrzała… Czy to było rewolucyjne? Tak, z pewnością! Nie zmarnowała przynajmniej życia. Szczęśliwi, którzy wciskają w siebie proteiny, zamiast spekulować o minotaurach i aktywnościach seksualnych mrówek. Grzegorz Wróblewski (ur. 1962) - artysta wizualny, autor książek poetyckich, prozatorskich i dramatów; m.in. Ciamkowatość życia (1992/2002), Planety (1994), Dolina królów (1996), Prawo serii (2000), Pomieszczenia i ogrody (2005), Hologramy (2006), Noc w obozie Corteza (2007), Nowa kolonia (2007), Hotelowe koty (2010), Pomyłka Marcina Lutra (2010), Dwie kobiety nad Atlantykiem (2011), Wanna Hansenów (2013), Gender (2013), Kosmonauci (2015), Namiestnik (2015), Choroba Morgellonów (2018), Implanty (2018), Miejsca styku (2018), Pani Sześć Gier (2019), Runy lunarne (2019), Tora! Tora! Tora! (2020), Cukinie (2021), Letnie rytuały (2022), Niebo i jointy (2023). Tłumaczony na kilkanaście języków, m.in. na język angielski, zbiory: Our Flying Objects – selected poems (2007), A Marzipan Factory – new and selected poems (2010), Kopenhaga – prose poems (2013), Let’s Go Back To The Mainland (2014), Zero Visibility (2017), Dear Beloved Humans (2023). W Bośni i Hercegowinie Pjesme (2002), w Czechach Hansenovic vana (2018). Brał udział w licznych wystawach zbiorowych i indywidualnych (malarstwo, mixed media, instalacje) w Polsce, Danii, UK i Niemczech. Autor ksiązki asemic writing Shanty Town (Post-Asemic Press, USA, 2022) oraz książki-obiektu z poezją wizualną Polowanie (Convivo, 2022).

  • Wioletta Ciesielska-Pawlak – Pokój do płaczu

    jeśli chcesz być moją dziewczyną muszę sprawdzić czy faktycznie masz tam błonę mój tata mówi że wszystkie jesteście takie same moja ciotka ma gabinet na początku pietryny każdą tam prowadzę po cuksy w cudze bachory to ja się wrobić nie dam na cotygodniowy sex będziemy jeździć do mojej kawalerki po mojej babci moim maluchem od mojej mamy lubię jak tam jest czysto więc przed zawsze porządnie się podmywasz musisz się podszkolić boś drętwa powinnaś się wić jak na moich ulubionych pornolach moje byłe zawsze miały orgazm popracuj nad tym proszę pamiętaj wybrałem właśnie ciebie a to jest zaszczyt sierotko powtarzaj za-szczyt jestem twoim słoneczkiem mamusia radziła żebym była kucharką w sypialni i dziwką w kuchni czy jakoś tak opromieniam mojemu panu drogę z łoża do pracy i z pracy do łoża czekam co wieczór na ganku ze schowanym pod podomką garem kaszy nocą będzie młócił aż wypluję plewy chore szczytowała wielokrotnie  to dar mówili koledzy w gimnazjum jesteś wyjątkowa będziesz gwiazdą mówili panowie z branży gdy podpisywała pierwszą umowę była taka szczęśliwa robi to co lubi i jeszcze jej za to płacą tylko adres zmieniła i jednostkę chorobową nigdy nie podchodź do nieoswojonych zwierząt po ogoleniu tygrysa na skórze zostają pręgi gdy myślisz że poskromiłeś kobietę purpurzyć się będzie dziko jej sutek i srom nie wiem do tej pory nie wiem czy rowerzysta łapał równowagę przytrzymując się na chwilę mojej lewej piersi a bioenergoterapeuta robiący hokus pokus nad nastoletnim łonem wywoływał pierwszy okres nie wiem też czy znajomy ma rację gdy twierdzi że piszę ostrzej gdy jestem zaraz przed słyszałam wiele razy że powinnam mieć miękkie cycki i twardą dupę na pewno mam mocną głowę kiedyś mnie w skroń jebnęła huśtawka a na przerwie koledzy podcięli nogi i trzasnęłam potylicą o ścianę i o podłogę to chyba w pełni tłumaczy moje f(r)azy pełna penetracja z pozostawieniem nasienia w pochwie* penetruj mnie jak twój bóg przykazał na górze synaj w brzuchu wieloryba wśród płonących krzewów penetruj pijany penetruj naćpany penetruj mnie z lajpem pod okiem i kosą pod żebrem jestem tylko pochwą na dwóch nogach więc nie krępuj się proszę zalej nasieniem mając w poważaniu głębokim *audycja radiowa Danuty Sobol  "jak być dobrą żoną w sypialni". Wiersze z tomu Pokój do płaczu, KIT Stowarzyszenie Żywych Poetów, Brzeg 2023. Wioletta Ciesielska-Pawlak (ur. 1980) – autorka tomów poetyckich krańcówka Litzmannstadt  (2019) i Wciórniości (2022). Publikowała m.in. w „Odrze”, „Stronie Czynnej”, „Helikopterze”, „Obszarach Przepisanych”, „Cegle”, „Tlenie Literackim” i „Wakacie”. Potrafi naciągać rzeczywistość jak zbyt krótką kołdrę. Ma wspaniałe Stado.

  • Samantha Kitsch – trzy wiersze

    kompromis z antykonformistą Moja Muza Nuda mojamuzanuda MMN mmn z everestu everestów vodospadem v vodospad między nałogiem a nudą dla kaprysu lub z desperacji łamię wyławiam zgłębiam łupię kruszę nonsensy z nonsensołomów ze złości? bez cierpliwości? pik kier karo trefl – czwarty do brydża! w kółko w kółko i krzyżyk wdech i wydech dla pana starosty budujemy mosty – do brydża dla pana starosty tęcze z tęczołomów mgły z mgłołomów orgazmy z orgazmołomów marazm z marazmołomu bumerangi z bumerangołomów w kamieniołomie cieniuteńkich nitek – w cieniuteńkich nitek nitkołomie trzy szczodre siostry: kontra rekontra i rekontra-à-rebours w pojedynku z fałszywą nutką w symbiozie z fałszywą nutką czarna dziura w grze w kółko i krzyżyk cóż! – potknął się o drugie dno beczki miodu z łyżką dziegciu rzut kostką zawsze triumfuje nad przypadkiem! żeby chociaż powietrze żeby chociaż jeden dzień w roku żeby chociaż niedźwiedzia przysługa cóż z tego że powietrze? cóż z tego że jeden dzień w roku? cóż z tego że niedźwiedzia przysługa? z tęczołomu z mgłołomu z orgazmołomu z marazmołomów z bumerangołomu pik kier karo trefl C-dur a-moll – pasjans nigdy nie zmyli przypadku! siódma woda po grze w kółko i krzyżyk w beczce dziegciu z łyżką miodu z radości? i z radością? zgłębiam wyławiam łamię łupię kruszę Malarka Zuzanna P. [autoremiks] północ – nawlekam łóżko na nitkę snu nitka rwie się i łóżko spada z hukiem kawa była za mocna – za słaba kawa? chyba kawa nie była dość łaskawa? czy kiepski poeta jest poetą? ale czy kiepski poeta w ogóle jest poetą? DOBRZE – kiepski szewc niewątpliwie jest szewcem ALE czy kiepski poeta W OGÓLE jest poetą? Zuzanna Płakała malowała portrety kobiet – każda miała na imię Zuzanna i każda płakała. Więc na obrazach Zuzanny Płakały Zuzanny płakały. Innymi słowy: płakały Zuzanny Zuzanny Płakały. Owszem – Zuzanny Zuzanny Płakały płakały. No cóż, płakały Zuzanny Płakały Zuzanny. słowa z powrotem w całość którą nigdy nie były i zaraz z powrotem w inną całość którą też nigdy nie były jego wiersze to zemsta na poezji za to że nie umie jej pisać jego wiersze to zemsta poezji na nim za to że nie umie jej pisać pisze się wiersz aby zadziwiał pisze się wiersz aby dziwaczył kochani nawet kochani nawet nie kochani nawet nie nawet kochani nawet nie nawet nie U Zuzanny Płakały Zuzanny płakały – u Płakały Zuzanny płakały Zuzanny – płakały Zuzanny Zuzanny Płakały – Zuzanny Zuzanny Płakały płakały. kochani nawet nie kochani nawet nie nawet kochani nawet nie nawet nie kochani nawet nie nawet nie nawet wystukując rytm zjawia się w jego głowie melodia nucąc melodię wracają do niego słowa piosenki pisząc wiersz biorą go diabli Malując Zuzanny, Zuzanna Płakała płakała – płakała Płakała – płakała, aż się zesrała. idąc ulicą trącił mnie ptak [historia prawdziwa] jeden jedyny raz w życiu (idąc ulicą) ptak swoim skrzydłem (przelatując) jeden jedyny raz w życiu (ja – idąc ulicą) swoim skrzydłem (on – ptak – przelatując) uderzył mnie w policzek? skroń? miejsce między policzkiem a skronią? można je nazwać i policzkiem i skronią? szedłem piękną zieloną dzielnicą Parkowe Zbocze w górę chodnikiem z prawej strony jezdni – ptak uderzył mnie w prawą część twarzy po czym (przystanąłem odwróciłem się) skrył się w bluszczu porastającym kamienicę ból nie był mocny ani zupełnie lekki powiedzmy: był niemal średni – wyraźny moje zdumienie było bezgraniczne jest bezgraniczne Samantha Kitsch – pseudonim literacki, pod którym ukazało się dziewięć zbiorów poezji, m. in.: Bahama, Helena, konfiskata konfetti i jojjo. W przygotowaniu zbiór szybkie szkice z szopem (SPP Łódź).

  • Victor Ficnerski – cztery wiersze

    [ ] miasto nie ma przyczółków a kolce: miasto to przyczółki i kolce: ludzie uszy nie dłonie miłość rozjątrzenie jesienią najlepiej smakuje na kacu [ ] mógłbyś się chociaż opamiętać i pić jak zaawansowany alkoholik szlukać małymi dawkami ale regularnie i: wciąż robić fajne rzeczy [tylko nie mów na głos] że jesteś niemy trosze bo może jesteś trochę małomówny: a twoje pisanie nie nadąża za twoim życiem to: się zdarza [znów będziesz mnie besztać] pół nocy szczekałem i nie mogłem się naszczekać powiedziałem pierdolę to:  B I E D N E  P O L S K I E  G Ó W N O i stałem się hardy zhardziały motylki w brzuchu kapcanieją ci na larwy Victor Ficnerski (ur. 1990) – publikował w pismach: „Afront”, „Arterie”, „Cegła”, „Czas literatury”, „EleWator”, „Fabularie”, „Malkontenty”, „Rita Baum”, „Wyspa”. W antologiach: Dzieci Wolności. Antologia przełomu, Przewodnik po zaminowanym terenie 2, EleWator. Antologia 2012-2021. Proza. Debiutował tomem W tym mieście (Wydawnictwo papierwdole, 2022). Organizuje wydarzenia literackie pod szyldem „Papier Ścierny”. Mieszka we Wrocławiu.

  • Olga Ptak - trzy opowiadania

    Sybiraczka Białystok, 1940 r. Marię zrywa na równe nogi gwałtowne walenie w drzwi mieszkania – przez wizjer dostrzega kilku mężczyzn próbujących kolbami karabinów sforsować zabezpieczenie. Nie ma wątpliwości, że to jedna z trójek operacyjnych NKWD. Kobieta wie, że sekundy dzielą ją od wdarcia się do jej domu barbarzyńców, ludzi pozbawionych skrupułów, dlatego co sił w nogach biegnie długim przedpokojem i w ostatniej chwili udaje jej się wepchnąć swojego trzyletniego syna do pokoju, w którym znajduje się siostra jej męża. W ten sposób Karol zostaje cudem uratowany od wywózki, ale nie jest to cud bezinteresowny i pełny. Maria zapłaci za niego wysoką cenę. Popędzana, zakrzykiwana i poniżana kobieta podczas brutalnego wyganiania jej na trzaskający mróz nie wydaje z siebie ani jednego dźwięku. Kiedy w wagonie ludzie płaczą i desperacko się modlą, Maria myśli tylko o tym, co stanie się z Karolem. Na wygnaniu nie boi się kolejnych epidemii tyfusu, a urągające ludzkiej godności warunki mieszkaniowe udaje jej się znosić tylko dlatego, że myślami jest daleko stąd. Brud, zimno i głód dotykają jedynie jej ciała, a bytowanie w ciasnej lepiance traktuje jako przejściowe, choć ciągnące się w nieskończoność zawieszenie jej prawdziwego życia. Spanie na zawszawionym, zapluskwionym wojłoku, zdobywanie resztek jedzenia, walka z niekończącymi się infekcjami nie są jednak dla Marii najgorsze. Najtrudniej jej patrzeć na dzieci, które pomimo ssania zanurzonych w odrobinie miodu szmatek, mimo prób oszukania głodu przy pomocy bibułki uwalanej mąką, masowo umierają. Ich matki tracą sens życia i odchodzą wkrótce po nich. Maria przeżywa dzięki makuchom, jakie udaje jej się zdobyć od kobiety, której pomogła wyleczyć ropiejącą ranę. Potrafi ssać brązowy pręcik nawet kilka dni i choć przeczy to prawom biologii, jakoś udaje jej się utrzymać przy życiu. Jej matka i babka pochodziły z podbiałostockiej wsi, wyposażając kobietę w przydatną wiedzę. Maria urozmaica dietę okolicznymi roślinami i przeżywa. W 1946 roku Sybiraczka wraca do domu, a właściwie do syna, bo kamienicy, w której znajdowało się jej mieszkanie, już nie ma. Przestraszony Karol widząc matkę chowa się za spódnicą cioci. Szwagierka Marii nigdy nie zatajała przed chłopcem faktów dotyczących sytuacji rodzinnej. Troskliwie zajmowała się dzieckiem, nawet przez chwilę nie próbując mu wmawiać, że mogłaby zająć miejsce jego matki. Po chwili konsternacji Marię opanowuje ślepa złość. Jest kobietą silną i zdecydowaną – podbiega do chłopca, łapie go za rękę i siłą wyprowadza z mieszkania. Pomimo, iż w ciągu kolejnych miesięcy kobiety wypracowują zgodne stanowisko względem sposobu wychowania chłopca, Karol ma duży problem w zaakceptowaniu Marii w roli matki. Dziewięciolatek jest rezolutnym chłopcem, potrafiącym swobodnie opowiadać o swoich przeżyciach, jednak nie dzieli się nimi z kobietą, która do jego życia wróciła po latach. Po lekcjach biegnie do cioci, wobec której nie musi się wysilać, udawać, nie musi szukać drogi porozumienia – wszystko między nimi jest łatwe, oczywiste, naturalne. Matka jest zimna i wyniosła, trudno się przed nią otworzyć – tak postrzega to chłopiec. Wiele lat później, gdy Karol zostaje przyrodnikiem, nie przychodzi mu do głowy, że gdyby któregoś z tamtych dni, po powrocie matki z Syberii, spojrzał na nią jak na badaną pod mikroskopem kroplę wody, dostrzegłby przypominające ruchy Browna, chaotyczne obijanie się milionów emocjonalnych cząsteczek o ściany jej udręczonego serca. Jako dorosły mężczyzna Karol może pochwalić się bardzo dobrymi relacjami z matką. Wie, że dzielna, odważna, wytrzymała kobieta uratowała mu życie; zdaje sobie sprawę, ile musiała przeżyć, poświęcić, znieść, aby on mógł być tym, kim jest, by miał okazję założyć własną rodzinę. Karol darzy Marię szacunkiem i podziwem nie mogąc pojąć jak to się stało, że te wszystkie przerażające okoliczności nie doprowadziły jej do śmierci. Jednak Maria nie jest kobietą z żelaza. Kiedy Karol swą rozprawę doktorską dedykuje ciotce, okazuje się, że są okoliczności, które potrafią ją zabić. Klienci barachołki Lwów-Kazachstan 1940 r. Pani Helena przykłada dużą wagę do jakości – dokłada starań, by przedmioty, jakimi się otacza, były wykonane rzetelnie i funkcjonalnie. Stateczna kobieta jest nauczycielką i żoną sędziego – nie może dopuścić, by odwiedzający ich lwowski dom goście i klienci męża mieli wątpliwości dotyczące poziomu, na jakim żyje małżeństwo. Pan Antoni jest urzędnikiem ministerialnym i doktorem prawa pracującym na stanowisku notariusza, radcy prawnego i adwokata, jednak najwyżej ceni sobie urząd sędziowski. To dzięki niemu mężczyzna znajduje się najbliżej tego, co przyświecało mu, gdy jeszcze przed zdaniem egzaminu dojrzałości dokonywał wyboru studiów – sprawiedliwości. Praca notariusza sprowadza się do nadawania prawomocności faktom i transakcjom, radca prawny sporządza opinie i udziela wskazówek w oparciu o znajomość przepisów, jednak klient może z nimi postąpić dowolnie. Decyzje sędziego są nieodwołalne, zyskują natychmiastową wykonalność – tylko sędzia w sposób bezstronny i niezawisły może swoją decyzją zmienić czyjś los, choć w niewielkim stopniu przywracając zachwianą równowagę świata, naruszoną przez działające w nim siły zła. Siły, które pewnego dnia postanawiają wziąć odwet na panu Antonim i jego żonie. Helena ma jakieś dwa kwadranse na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, Sowieci mogą przyjść po nich w każdej chwili. Wywózka na Sybir jest przesądzona, wkrótce podzielą los tysięcy rodaków. Gdy funkcjonariusze komunistycznego reżimu wpadają do zadbanego mieszkania znajdującego się nieopodal Politechniki Lwowskiej, kobieta stoi przy łóżku w pokoju męża, którego postanowiła spakować jako pierwszego. Do pociągu rozpoczynającego podróż w nieznane małżonkowie wsiadają razem, jednak wkrótce zostają rozdzieleni. Pan Antoni trafia w okolice Kołymy, pani Helena ma więcej szczęścia – dociera do Kazachstanu, gdzie jest dużo cieplej. Niestety to w jej bagażu znajdują się kalesony i buty męża, których czterdziestoparolatek tak bardzo teraz potrzebuje. Żadne z nich nie może jednak nic zrobić. Bezsilność, która jest odwrotnością sędziowskiej profesji, staje się udziałem obojga. Siły zła przejmują kontrolę nad światem. Dni na zesłaniu są do siebie podobne, choć od czasu do czasu na drodze handlu wymiennego obejmującego towary i usługi udaje się nieco poprawić swój los. Tu jakość życia tysięcy ludzi jest zależna od minut, a czasem sekund, podczas których wpychali do bagaży rzeczy, jakie uznali za przydatne. Zdjęcia bliskich, pamiątki rodzinne i dokumenty nie mają żadnej wartości. Helena udaje się na tzw. barachołkę, czyli miejscowy bazar, na którym bieżeńcy mają możliwość sprzedania swojego dobytku. Dziś zabiera ze sobą przedmioty najcenniejsze, jedyne, jakie jeszcze jej zostały – męskie skórkowe półbuty i kalesony z najwyższej jakości angielskiej wełny. Za pieniądze ze sprzedaży będzie mogła kupić trochę mleka i jarzyn, które handlującym udało się ukraść nocą z kołchozu. Pani Helena jest kobietą dumną – stara się bez potrzeby nie okazywać uczuć. Musi sprzedać jedyne, co zostało jej po mężu, pozbyć się przedmiotów, które jeszcze niedawno otulały ciało ukochanego mężczyzny. Gdy podchodzi do niej wiejska gospodyni i z bezzębnym uśmiechem za najwyższej jakości męską bieliznę oferuje śmiesznie niską cenę, pani Helena nie wytrzymuje: „Ty głupia babo, to są najlepsze angielskie kalesony!” – krzyczy. Urażona kobieta donosi i Helena dostaje za swój wybuch – przez władze oceniony jako wyraz antyradzieckiej propagandy – pół roku karnego obozu. Około trzydziestoletni mężczyzna zdradza zainteresowanie butami pana Antoniego. Przygląda im się z wystudiowanym spokojem praktyka i znającego się, a następnie kładzie ręce na biodrach i pochyla się nad interesującym towarem lustrując go okiem znawcy. W końcu bierze jeden z butów do rąk, uderza nim o ziemię, naciska, rozciąga i zgiętym palcem zaczyna pukać w podeszwę. Po chwili wydaje werdykt: „Kriepkie kak tiurma!”. Buty sędziego, obrońcy Lwowa, podporucznika rezerwy piechoty Wojska Polskiego II RP zostają sprzedane za litr mleka, porcję włoszczyzny i kilka ziemniaków. Kasjerka z Kina „Podhalanka” Sanok, 1946 r. Dziesiątki zgromadzonych w gmachu „Sokoła” osób zostają mimowolnymi świadkami niecodziennego widowiska. Oto ciało młodej dziewczyny w locie wygina się w łuk – jej długi warkocz i rozpostarta dłoń zataczają w powietrzu krąg, a po chwili kobieta bezwładnie upada na ziemię. Strużka intensywnie czerwonej krwi z sekundy na sekundę zmienia się w kałużę, a większość zebranego towarzystwa zastanawia się jak to możliwe, by z jednego człowieka wypłynęło aż tyle ciemnobrunatnego płynu. Panuje złowróżbna cisza – nikt nie kaszle, nie chrząka, nie kicha. Czas się zatrzymał. Jedynym zmartwieniem zebranych staje się wymyślenie sposobu na ucieczkę, na bezszelestne opuszczenie tego miejsca. Chcieliby udać – ze strachu czy z wygody – że nigdy ich tu nie było. Przeklinają pomysł udania się do siedziby Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” przy ulicy Mickiewicza by na tutejszej sali obejrzeć film. Właściwie nikogo z nich nie powinno tu być, bo Wojskowe Przedsiębiorstwo Kinowe wbrew woli „Sokoła” przejęło salę na piątkowe, sobotnie i niedzielne popołudnia. Na działalność nieistniejącej formalnie instytucji o nazwie Kino „Podhalanka” składają się projekcje filmowe w tej właśnie sali. Mieszkańcy małego podkarpackiego miasteczka z niecierpliwością czekali na pokaz ruchomych obrazów, nie mając wygórowanych wymagań dotyczących poziomu artystycznego. Żaden z widzów nie był natomiast przygotowany na takie widowisko. Przed chwilą, bez żadnego wyraźnego powodu, rosyjski żołnierz na ich oczach zastrzelił kasjerkę Kina „Podhalanka”. Niewiele wiemy o tamtych wydarzeniach, przetrwały one w pamięci kilkorga mieszkańców miasta w formie przestrogi przed niejednoznaczną powojenną rzeczywistością. Dziewczętom powtarzano, by pod żadnym pozorem nie wychodziły z domu po zmroku, chłopakom natomiast, by unikali miejsc i sposobności do wplątania się w kłopoty. Nie wiemy, ile lat miała kasjerka, nie mamy wiarygodnych dowodów na to, jak wyglądała, ani jak do tego doszło. Nie była to miłosna historia, akt zemsty czy działanie obliczone na zadanie wyrafinowanego cierpienia. Jedyną pewną w tej sprawie okoliczność stanowił fakt, że obie osoby były sobie całkowicie obce, żołnierz był pijany, a decyzję podjął pod wpływem impulsu. Coś się Rosjaninowi nie spodobało, w jednej sekundzie postanowił więc sięgnąć po broń i rozwiązać nieporozumienie sprawdzonym, jedynym znanym mu sposobem. Tak rosyjski żołnierz zastrzelił kasjerkę z Kina „Podhalanka”. Zarówno zgromadzeni w sali gimnastycznej „Sokoła”, jak i wszyscy pozostali mieszkańcy miasta (bo oczywistym jest, że wieść obiegła społeczność lotem błyskawicy) stoją w niemym zdumieniu, ponieważ oto właśnie, w jednej sekundzie podważone zostało niezachwiane, święte i nienaruszalne przekonanie, będące światopoglądową podwaliną ich nowego życia. Mieli czelność przywiązać się do myśli, że znajdują się w gronie wybrańców, którzy mogą nareszcie opuścić piwnice, przestać się chować na widok munduru i nie reagować drżeniem rąk na pukanie do drzwi. Wciąż jeszcze w swoich wieczornych opowieściach cudem prześlizgiwali się pod wielkim gmachem na Sienkiewicza, skąd w każdej chwili mógł wychynąć gestapowiec, jednak w dzień stopniowo odrywali się od tych myśli, wspomnień, od czyhającej za każdym rogiem śmierci. Nareszcie mogli wyjść na spacer, przejechać się rowerem albo iść do kina. Rozmościli się w złudnym poczuciu bezpieczeństwa jak w bujanym babcinym fotelu, bo tak łatwo było znowu normalnie żyć. Tak łatwo rosyjski żołnierz zastrzelił kasjerkę z Kina „Podhalanka”. Fragmenty nieopublikowanej książki Subtelnostki. Katalog portretów niedopamiętanych. Olga Ptak – neurologopedka, terapeutka dziecięca, prezeska Fundacji „Kto ukradł jutro?” wspierającej dzieci niepełnosprawne i zagrożone niedostosowaniem społecznym; absolwentka wczesnego wspomagania rozwoju dziecka, terapii pedagogicznej. Autorka kilku książek i kilkuset recenzji teatralnych napisanych dla „Dziennika Teatralnego”. Jej hobby to kryminalistyka. Uwielbia komiksy paragrafowe, dedukcyjne planszówki detektywistyczne i interaktywne gry książkowe przepełnione zagadkami logicznymi.

  • Adrian Krysiak – Madame Boikot

    Kiedy skończyłem pięćdziesiąt lat, najpierw straciłem cierpliwość, a potem — w konsekwencji — inwencję, i wyczerpały mi się pomysły na życie, tak że nie potrafiłem już — wskutek smutku lub rozczarowań — ułożyć wszystkiego od początku i wymyślić siebie na nowo. Pozbawiony ambicji i perspektyw, wyprany z marzeń, za to pogodzony z nieuniknionym, przestałem podejmować jakiekolwiek próby zmiany czegokolwiek, zanurzony w dojmującym tu i teraz, pośród rozlicznych książek w pięciu językach, lecz bez kobiety władającej jednym, za to najistotniejszym, przy której budziłem się przez dwadzieścia lat, dzień w dzień, i przy której nie mogłem zasnąć przez pięć ostatnich, bo doprowadzała mnie, noc w noc, do szału, opowiadając o fermionach i bozonach, dekoherencji kwantowej, falach de Broglie’a i rozpraszaniu komptonowskim, bo akurat sypiała z jakimś fizykiem, wieloletnim kandydatem do Nagrody Nobla, no w każdym razie bez byłej żony, której zresztą z całą pasją nienawidziłem, odkąd okazało się, że jej ulubionym pisarzem jest Murakami, a nie Borges, jak utrzymywała do tej pory. Szczerze mówiąc, potrafiłem rzucić w niepamięć jej liczne zdrady — nawet tego wieloletniego kandydata do Nagrody Nobla — i złorzeczenia, kaprysy i fanaberie, roztrzaskane zastawy, chimeryczne nastroje i przeciągające się miesiącami milczenie, ale nie potrafiłem pogodzić się z myślą, że przez te wszystkie lata tak mnie okłamywała w kwestii absolutnie fundamentalnej. Wyczekiwałem więc końca świata, jaki by on nie był. Czekałem. I czekałem. I czekałem. *** Owego roku koniec świata nadszedł jednak zupełnie niespodziewanie. Dał o sobie znać niezbyt głośnym dźwiękiem powiadomienia, sygnalizującym nową wiadomość w skrzynce odbiorczej. Właściwie to — wystarczył szybki rzut oka na pole tematu — najnowszą odpowiedź z wydawnictwa, kolejną z serii dwudziestu trzech uprzejmości wymienionych z przemiłym redaktorem. Bo musicie wiedzieć, że jestem pisarzem, i to najwyższej próby. Tak dobrym, że aż niepublikowanym, jeśli nie liczyć kilku wzmianek w pismach literackich wątpliwej jakości. Przymilny redaktor napisał: „Niestety, jednak nie zdecydujemy się na publikację. Poszczególne fragmenty bardzo nam się podobają, mamy jednak wrażenie, że książce jako całości brakuje trochę oddechu, śmiałości artystycznej, jakiegoś wychylenia w przyszłość. Muszę przyznać, że ma Pan ogromną kulturę literacką, wyrafinowany gust literacki oraz świetne pióro, więc to, czego brakuje, z pewnością przyjdzie, prędzej czy później. Dlatego z uwagą będziemy śledzić Pańskie poczynania jaki pisarza i chętnie przeczytamy kolejną Pańską propozycję. Zwłaszcza jeśli będzie to zbiór opowiadań, a nie powieść. Powieści publikujemy już i tak zbyt wiele i są zazwyczaj tak niewyobrażalnie chujowe, że to przechodzi ludzkie pojęcie”. Znając dość dobrze rodzimy rynek wydawniczy i jego produkty uboczne, nie mogłem się nie zgodzić, więc się zgodziłem. Z drugiej strony, mając świadomość dość jednak zaawansowanego wieku, nie byłem pewien, czy cokolwiek jeszcze przyjdzie, nieważne czy wcześniej czy później, w moim wieku debiut zakrawał trochę na próżność i kabotyństwo. Każda rewolucja zasadza się na determinacji, mnie zaś jej brakowało. Po takim dictum nie pozostało mi nic innego, jak się napić. Jak już się napiłem — starym zwyczajem — zniknąłem na kilka miesięcy, a potem odnaleziono mnie w zupełnie innym mieście w obcym kraju, gdzie zdążyłem ułożyć sobie życie pod przybranym nazwiskiem. Zajmowałem się… zresztą nieważne, czym się akurat zajmowałem, na pewno czymś nielegalnym, nieetycznym i raczej lukratywnym (najprawdopodobniej był to handel hybrydami psów nieuznawanych przez żadne szanujące się stowarzyszenie kynologiczne bądź pisanie pod pseudonimem tanich powieści erotycznych), dość powiedzieć, że miałem — po raz pierwszy — rodzinę, i — nie pisząc — byłem naprawdę szczęśliwy. Sielanka nie trwała jednak długo, odnaleźli mnie w obcym kraju i, pod wpływem złych podszeptów i wcale licznych namów zaprzyjaźnionych redaktorów wątpliwej jakości pism literackich, którzy pragnęli wydrukować więcej fragmentów mojego opus magnum, porzuciwszy nowo nabytą rodzinę i szczęście, powróciłem do kraju sosny, jego mać. Jak pisał Edmundo Paz Soldàn: „Człowiek wraca z podróży z pełnymi kieszeniami, czegoś się dowiedział, o czymś zapomniał, zatruty i chętny, by zatruwać, żeby to, co jest, przestało być szybciej niż zazwyczaj przestaje, żeby królestwo tymczasowości raz na zawsze wbiło pazury w ten świat” *( Powróciłem więc, z pustymi kieszeniami, o wszystkim zapomniawszy, nie wiedząc, co dalej, zatruty postępowymi ideami, z mocnym postanowieniem oddechu, śmiałości artystycznej, jakiegoś wychylenia w przyszłość. Żadnych przeciągających się opisów stanów emocjonalnych, rozlicznych metaliterackich nawiązań czy nachalnych dygresji — mówiłem sobie — radykalne ograniczenie przymiotników i przysłówków, jak radził poczytny amerykański król wśród pisarzyn, zero dopowiedzeń i niedopowiedzeń, subtelnej ironii i wyrafinowanego języka, depresyjnych typów spod ciemnej gwiazdy o bogatym życiu wewnętrznym, piętrowych metafor i niekończących się wyliczeń, anafor, metonimii, aliteracji, parentez, para- i quasi-cytatów, programowego narzucania arbitralnych ograniczeń formalnych, nawiązujących w strukturze do metody oulipijczyków, zaniechanie stylu eseistycznego i „udziwnień” w rozumieniu tego przeklętego formalisty Szkłowskiego, ponieważ zrozumiałem, że muszę zrezygnować z siebie i swojego stylu, muszę wręcz zaniechać stylu, wyzbyć się go, by odnieść sukces. Tak się, kurwa, wychylę, że nieomal z balkonu nie wypadnę, niczym Hrabal. Bądź co bądź, pragnąłem stać się przebojowy przebojowością pięćdziesięciolatka po przejściach, wulgarny jak skurwysyn i bezczelny bezczelnością totalnego amatora, któremu wydaje się, że zdobył najwyższą wiedzę w dziedzinie, którą interesuje się od tygodnia, bo przeczytał góra dwie książki na temat hodowli jebanych rybek akwariowych. A jakby tego było mało, w najmniej spodziewanym momencie, w okresie kompletnego przewartościowania idiosynkratycznego stylu, poznałem kobietę reszty swojego życia, o co najmniej dwadzieścia lat starszą ode mnie, oszałamiającą. Zawsze byłem trochę à rebours, nie powinno więc dziwić, że nawet kryzys wieku średniego musiałem przechodzić niestandardowo, ja, który zawsze wybierałem kobiety w swoim wieku, w ogóle mało raczej w tej kwestii doświadczony, nagle zainwestowałem uczuciowo w partnerkę sporo starszą, jak gdybym w ten sposób pragnął odegnać od siebie śmierć i scedować całą odpowiedzialność życia na nią, sam nie wiem. Madame Boikot, bo tak kazała się tytułować, była bodaj najstarszą czynną zawodowo barmanką w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Miała pomiędzy siedemdziesiąt a sto dwadzieścia lat, nie sposób dociec. Od razu zdobyła moją sympatię, gdy zamówiwszy kolejną wódkę, usłyszałem wyskrzeczane jej przeżartym papierosami głosem: „Nie przejmuj się, dzieciaku, po pierwszej pięćdziesiątce najczęściej następuje druga”. No i zakochałem się jak małolat. W tym głosie, w jej dramatycznej ekspresji aktorki kina niemego i wiecznie rozcapierzonych palcach, swoistej pretensjonalności, głębokich zmarszczkach, arystokratycznych gestach i permanentnym makijażu, leniwym oku i sporych rozmiarów brodawce po lewej stronie ust. Nie będę ukrywał — to nie było pożądanie, lecz zauroczenie, nie chodziło o seks, a właściwie nie tylko o to, raczej chciałem chodzić z nią na długie spacery po plaży, trzymać się za ręce, wyjechać za miasto, by wspólnie obejrzeć wschód słońca, robić zakupy, zwyczajnie spędzać z nią czas i dzielić się nic nieznaczącymi uwagami o pogodzie i co będzie na obiad, całe to imaginarium miałkich, banalnych, rzucanych od niechcenia uwag o stanie świata, bo wiedziałem — siłą wieku i mimo wszystko doświadczenia — że właśnie na tym polega miłość, najdebilniejsza ze wszystkich ludzkich słabości. Byliśmy więc razem i wypracowaliśmy rutynę, która wyznaczała tempo dnia: ranki spędzaliśmy na pijaństwie, popołudnia na cudzołóstwie — wbrew moim wcześniejszym oczekiwaniom tyleż sensualnym, co czysto fizjologicznym — a wieczory mitrężyliśmy, ja zaś chciałem krzyczeć coś o chwili, żeby trwała, bo jest piękna. Potem z kolei chciałem ją zabić. Madame Boikot. *** Nie wiedziałem o niej nic poza tym, że w młodości wiodła awanturnicze życie w Paryżu, serwując absynt, uwodząc kogo się dało i „wydymając krnąbrne usteczka”, jak sama to określiła. Więcej mówić nie chciała, wymawiając się słabą pamięcią. Wspomniała tylko, że zawsze odmawiała udziałów w wernisażach, premierach i rautach, ponieważ lubiła tańczyć, nie znosiła zaś koterii i konfekcji, a podobne wydarzenia miały — w jej przekonaniu — coś ze środowiskowej buty, chucpy i minoderii. Pracując jako kelnerka w kawiarni artystycznej, poznała podobno samego Georges’a Pereca. Umierałem z ciekawości, jakim był człowiekiem i jak to spotkanie przebiegło, ale ona tylko stwierdziła, iż „żył jak nikt inny, umarł jak każdy”. Nie wiem, czy jest to epitafium godne wybitnego pisarza, ja w każdym razie byłbym trochę rozczarowany, gdyby ktoś tak o mnie powiedział, zwłaszcza tyle lat po mojej śmierci, gdy nic nieznaczące zetknięcie dwojga ludzi ma przecież czas, by przedzierzgnąć się w pełnoprawną anegdotę, kończącą się zaskakującym bon motem. Niemniej chciałem ją zabić. Co prawda tylko raz, przez krótką chwilę, nie z mojej winy, za to pod wpływem, lecz to nie zmienia faktu, że doświadczyłem syndromu Raskolnikowa, gdy ona akurat witała mnie w drzwiach, a ja stałem z siekierą w ręku — nie mam pojęcia, co siekiera robiła w moich rękach — i rozważałem wszystkie za i przeciw. Czy myślałem o „Trzeba zabić tę miłość” Morgensterna, czy o „Miłości” Hanekego — nie jestem w stanie ustalić. Wiem tylko, że zdałem sobie sprawę, że za stary jestem na takie efekciarskie gesty, będące przywilejem młodości, niech młodzież morduje staruszki siekierami, im jeszcze wolno zdobywać się na brawurę, i jej nie zabiłem, choć — przyznam — byłem dość blisko. Gdybym miał kilka tygodni więcej na zastanowienie, stojąc pod jej drzwiami i patrząc jej w oczy, gdyby czas się wtedy zatrzymał albo przynajmniej zdecydowanie zwolnił, możliwe, że inaczej by się to skończyło. Możliwe też, że wcale nie, ponieważ wyobraziłem sobie — nadal pod jej drzwiami, przed ich otwarciem — samego siebie po zbrodni, bezpowrotnie zbrukanego, raczej przecież nie uszłoby mi to na sucho, w tym wieku niełatwo zawiera się nowe znajomości i trudno przywyknąć do nowego adresu, i żal mi się zrobiło samego siebie, nie byłem gotów na stawienie czoła konsekwencjom zabójstwa z premedytacją. Oczywiście, starałem się zasięgnąć języka u stałych bywalców baru, w którym nadal pracowała. Wiele osób łączyło ją z kinem. I tak niektórzy twierdzili, że to ona była małą dziewczynką pojawiającą się na chwilę w początkowych kadrach „Złodziei rowerów” Vittoria De Siki, inni zaś utrzymywali, że znajdowała się pośród dziewcząt na lotnisku w „Playtime” Jacques’a Tatiego, jeszcze inni byli święcie przekonani, że można ją zobaczyć w grupie znajomych czekających na powrót Mabel ze szpitala w „Kobiecie pod presją” Cassavetesa. Nie wierzyłem w żadną z tych historii. Ponadto ktoś napomknął, że podobno łączył ją przelotny romans z Jeanem van Heijenoortem i to rzeczywiście wydało mi się najbardziej wiarogodne. Przypomniało mi się, o czym dumałem, gdy stałem pod jej drzwiami z siekierą w ręce. Otóż nie był to żaden z wymienionych filmów, raczej cytat z Ricardo Piglii: „[p]o trzydziestce […] jesteśmy już tylko smutnym zlepkiem mrzonek i wspomnień po kobietach, które zastrzeliliśmy z dubeltówki”. **( Może przez moment poczułem, że po pięćdziesiątce jesteśmy już tylko smutnym zlepkiem mrzonek i wspomnień po kobietach, które zarąbaliśmy siekierą, a przynajmniej z takim planem udawaliśmy się pod drzwi ich mieszkań. Symptomatyczna wydała mi się też reakcja samej Madame Boikot; otóż widząc mnie z potencjalnym narzędziem zbrodni w ręce, powiedziała zblazowanym tonem: „Wedle Witkacego Lew Tołstoj twierdził, że człowiek, który nigdy w życiu swym nie zapalił papierosa, nie jest zdolny do prawdziwej zbrodni w całym znaczeniu tego słowa”. Jak mówiłem, absolutnie oszałamiająca. W międzyczasie, prawdopodobnie z powodu silnych przeżyć, zapomniałem o uprzednio deklarowanym oddechu, śmiałości artystycznej, wychyleniu w przyszłość, wreszcie o wbijaniu pazurów w rzeczywistość. Stępiałem, a stępiawszy, na powrót stałem się tym, kim byłem, już to niewolnikiem stylu, już marną namiastką pisarza, pamiętającego jednak o słowach pewnego bodaj Irlandczyka, który bez cienia przesady powiedział podobno, że zostawia krytykom literackim materiał na kilkaset lat badań. Nie mogąc liczyć na uznanie za życia — w tej chwili nie jestem pewien, czy po pierwszej pięćdziesiątce zawsze następuje następna — przygotowuję się rzetelnie na sławę pośmiertną. Oczywiście, głęboko wierząc jedynie w życie pozagrobowe, nie śmiem twierdzić, że czeka mnie cokolwiek, choćby i rozpoznawalność, jednak wolę się zawczasu przygotować; szkoda by było, gdyby jednak ktoś po latach odkrył moją twórczość i nie znalazł w niej niczego zaskakującego, nic, czego warto by szukać. Krótko mówiąc, byłaby to wielka strata dla potomności i trochę jednak wstyd dla autora. Swoją drogą, musicie wiedzieć, że zawsze, to jest odkąd pamiętam, odczuwałem silną awersję do nikotyny. Odrzucał mnie nie tylko sam zapach, lecz nade wszystko akt palenia, sposób trzymania papierosa i tempo rozmowy, równocześnie zbyt szybkie — biorąc pod uwagę następstwo tematów oraz samą ich liczbę — i zbyt wolne — zważywszy na upływający czas. Uważam, że człowiek palący tak bardzo pragnie nabrać głębi, że gubi swojego interlokutora w domysłach, starając się być bardziej interesującym niż to konieczne; gdy się nad tym dobrze zastanowić, nie ma potrzeby bycia interesującym, to dość stara, ale jednak mało atrakcyjna słabość ludzi z założenia mało interesujących. Stąd też najwięksi palacze wśród Europejczyków — Francuzi i intelektualiści — nie dość, że są mało zajmujący, to są też najbardziej mętni w wywodach i nie sposób otrzymać od nich jednoznacznej odpowiedzi na najprostsze choćby pytanie. Oni nie mówią, by coś zakomunikować, oni mówią, by mówić, jak gdyby mówienie sprawiało im fizyczną przyjemność; nie rozmowa, lecz mówienie właśnie. Tym samym pytania retoryczne zaczynają pełnić funkcję riposty, półsłówka — równoważników zdań, a dygresje i chwyty erystyczne stają się erzacem informacji, oni zaś — przede wszystkim Francuzi i intelektualiści, ale nie tylko — brandzlują się własnym pustosłowiem w imię wyrafinowania i w oparach papierosowego dymu. Zresztą nawet najwięksi nie uniknęli blagi. Na przykład Juan Ramón Ribeyro, skądinąd znakomity literat, poświęcił swemu nałogowi cały esej zatytułowany „Tylko dla palaczy”. Pisze tam na przykład: „Palenie stopiło się prawie ze wszystkim, co robiłem. Paliłem, nie tylko przygotowując się do egzaminów, lecz także gdy oglądałem film, grałem w szachy, podrywałem jakąś ślicznotkę, spacerowałem sam po wybrzeżu; gdy miałem problem i go rozwiązywałem”, jak również: „Papieros pozwala nam połączyć się z ogniem i nie dać się spalić. Ogień jest na jednym końcu papierosa, a my na drugim. Dowodem bliskiego kontaktu jest fakt, że papieros pali się, ale to nasze usta wydychają dym. Dzięki temu wynalazkowi czynimy zadość pierwotnej potrzebie religijnej łączności z czterema żywiołami, z których bierze się nasze istnienie”. ***( Oczywiście, jako że Peruwiańczyk był nielichym erudytą, bez wahania czyni aluzje albo i nawet bezpośrednio nawiązuje do takich autorów, jak Molière, Mann, Gide, Svevo, Flaubert, Gorki czy Hemingway. Warto by do tego spisu — by uczynić go nieco pełniejszym, naturalnie — dodać postaci takie, jak Duchamp, Munch, Camus, Bolaño, Perec, Cortázar czy Andrés Barba. Nie mam pojęcia, co tak skompilowana lista miałaby reprezentować, jestem jednak przekonany, że lista zawierająca więcej nazwisk jest pełniejsza od listy, zawierającej nazwisk mniej. Bądź co bądź, żeby już nie przedłużać tej niekończącej się dygresji, pragnę zauważyć — nota bene, temu jednemu spostrzeżeniu służył cały ten dość długi wywód — że wskutek abstynencji nikotynowej nie potrafiłem popełnić zbrodni, którą powinienem był popełnić, by sprowokować śmierć i w ten sposób jej uniknąć, co było do udowodnienia. Inna anegdota łączyła jej pobyt w Paryżu z osobą niejakiego Antoniego (Antona) Adamovskiego, eksperymentalnego twórcy teatru offowego i animatora życia kulturalnego zubożałych mas, teoretyka teatru, scenografa, reżysera, założyciela awangardowej grupy, która na pierwszy plan wysuwała język sztuki, przy programowym ograniczeniu pozostałych środków wyrazu. Adamovski zgromadził wokół siebie grupę entuzjastów, uważających go już to za mesjasza, już za zręcznego prowokatora, będącego przepustką na salony bohemy. O ile mi wiadomo, udało im się wspólnie zrealizować — nie w Paryżu, lecz na prowincji — „Nadobnisie i koczkodany” Witkacego, „Pokojówki” Geneta i „Nosorożca” jakiegoś rumuńskiego dramatopisarza. Madame miała też sama pisać sztuki, ale żaden tekst się niestety nie ostał; sama wspomniała raz, że wszystkie je spaliła, zadając tym samym kłam — przez okazanie — ryzykownym deklaracjom Bułhakowa. Koniec końców, jako że spektakle nie cieszyły się zainteresowaniem publiczności, a wszystkie zgromadzone środki pieniężne zostały przeznaczone na zakup dewocjonaliów oraz narkotyków, trupa uległa samorozwiązaniu podczas prób fragmentów „Króla-rybaka”, Anton wyemigrował do Ameryki Południowej, Madame Boikot nie zrobiła kariery dramaturgicznej, pozostał sam trup. Im lepiej ją znałem i im mniej o niej wiedziałem, tym częściej dopowiadałem sobie możliwe choć mało prawdopodobne koleje jej losu, tworząc w ten sposób mozaikę życiorysów, palimpsest potencjalnych przeżyć. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że moja inwencja twórcza i pomysłowość nigdy wcześniej ani później nie były tak żywiołowe i nieposkromione jak w okresie, gdy z nią byłem, to ona zaprzęgała moją wyobraźnię do wytężonej pracy. Przecież, biorąc pod uwagę jej zaawansowany a trudny do ustalenia wiek, nie mogłem wykluczyć, że to właśnie ona wynalazła koło, odkryła dla świata twórczość Soulages’a, Hartunga, Mathieu i de Staëla, że to z jej rąk Kim Nguyen Baraldi otrzymał pierwsze wydanie „Życia instrukcji obsługi” na niedzielnym ryneczku w Saint-Aubin w Tuluzie, że to ona osobiście inspirowała krytykę grupy Young British Artists z Damienem Hirstem na czele, od Szostakowicza otrzymywała listy z Żukowki, Kujbyszewa i Moskwy, dla niepoznaki adresowane do niejakiego Izaaka, była świadkiem, jak Czarodziej z Rygi zdobył mistrzostwo świata, by już w następnym roku stracić tytuł, że to ona nieoficjalnie pomagała Ianowi Monkowi w przekładzie dwóch pierwszych książek Daniela Pennac, że po północy zostali już tylko oni — Ribeyro, Panchito, Santiago i Madame Boikot — popijając pożegnalne wino przy barze w Relais Odéon. Nadal nie mogę przeboleć, że nigdy nie przeczytam żadnego z jej dzieł scenicznych, niewystawionych przez awangardową grupę Adamovskiego, zapomnianych, prawdopodobnie zniszczonych przez samą autorkę. Zważywszy na mój nowo nabyty temperament, umiejętnie stymulowany jej obecnością, nie mogłem nie uzupełnić luk i nie wymyślić sztuki, której ona — jak mniemam — nigdy nie napisała. Rzecz rozpoczyna się od iście beckettowskiej sceny, beckettowskiej w zarysie, nie zaś w ogóle — podejrzewałem swoją kochankę o różne bezeceństwa, nie śmiałbym jednak zarzucić jej aż takiej lakoniczności — oto widzimy kobietę, około pięćdziesięcioletnią, która stoi na balkonie. Poszarzały włos wyraźnie zwichrowany, dekolt — ledwo, ledwo zasłonięty przez halkę po babci nieboszczce — w rozsypce. Choro wygląda. Załamuje ręce. Rozpacza. Na balkonie oprócz niej pusty karmnik dla ptaków i tak samo pusta popielniczka. Oraz paczka cukru. Kobieta nie może wejść do mieszkania. Nie rozumie i nie dowierza. Zwraca się w lewą stronę sceny, w kierunku wielkiego nieobecnego, który nigdy nie odpowiada. Po prawej dyskutuje z sąsiadami. Ci rozmawiają, jednak bardziej z sobą niż z nią, stanowią ucieleśnienie przeróżnych postaci znanych skądinąd, przypadkowych plotkarzy z klatek schodowych, wścibskich okupantów balkonów, emerytów i rencistów inwigilujących najbliższe otocznie, tajnych współpracowników służb i informatorów policji, nie do końca świadomych jej absurdalnego położenia. Lecz i ona się zmienia ze sceny na scenę, podzielonych na pięć składowych: wiosna, lato, jesień, zima, śmierć; od zaprzeczenia przechodzi do gniewu, od gniewu do targowania, po targowaniu następuje depresja, po niej zaś akceptacja. Główna bohaterka, określona mianem „kobiety o nieustalonym statusie ontologicznym”, funkcjonuje gdzieś pomiędzy rzeczywistością a fikcją, pokutując „za partyzantów, powstańców i legiony, za kobiety, co los wlecze”. Mimo że w początkowych partiach krzyczy jeszcze: „Przecież ja żyję, nie mogę życia na balkonie spędzać. Strawi mnie ten balkon niechybnie, głodem zmorzy”, to później staje się pacjentką, która nie reaguje na dotyk, nie reaguje na próby podjęcia kontaktu werbalnego, nie utrzymuje kontaktu wzrokowego, bo przestało jej zależeć. Pacjentka przestaje być pacjentką, staje się powłoką pacjentki, egzystencją bez esencji, protezą istoty żywej. W finalnym akcie stwierdza: „To nie wydarzyło się w pojedynczym akcie, cały powrót stanowił jak gdyby proces, ewentystyczny łańcuch, w którym gradualistycznie urzeczywistniała się moja potencjalność. Państwo nie rozumieją. Dojrzewałam do tego. Powracałam do siebie partiami, kawałek po kawałku odzyskiwałam kolejne części siebie, aż złożyły się w całą postać, z tymi samymi fobiami i lękami, co poprzednio. Nie jestem zdrowa” oraz wyznaje, że tym, co ją zmotywowało, był „Głównie strach i wynikająca ze strachu wola przeżycia. No i ta nieustanna obawa przed rozczarowaniem otoczenia, bo co ludzie powiedzą? Można by rzec, że uratowała mnie drobnomieszczańska mentalność”. Na sam koniec następuje ekspiacja: „Taka właśnie byłam. Albo zapominałam wszystko od razu, albo nigdy, bo wydawało mi się, że nie ma nic zabawniejszego niż ludzkie nieszczęście. Moje błędy stanowiły sens życia, jego jedyny cel, a słowa były wszystkim, co mi pozostało. Cały czas histerycznie pragnęłam spokoju i zapomnienia. A później, gdy wreszcie nadeszły, przeklęte a upragnione, odczułam całą potworność sytuacji, która stała się moim udziałem. Ale nauczyłam się, że jest nadzieja, że jutrzenka przynosi nowy dzień, który możemy uczynić lepszym. Nawet jeśli upadnę, to zrobię to dobrze, lepiej niż inni. Dostanę lepsze noty za styl”. Gdy jej rozmówcy odchodzą, ona cytuje fragment z „Bladego ognia” Nabokova („I byłam jak gdyby cieniem jemiołuszki, zabitej przez pozorną głębię szyby…”) i zaczyna za nimi biec, jednak wpada na szybę i odbija się od niej. Próbuje ponownie, z podobnym skutkiem. Dotyka szyby i uzmysławia sobie jej istnienie. Zostaje sama. *** Momentami nie mam nawet pewności, czy naprawdę istniała, jak gdyby była tylko kaprysem mojej wyobraźni, elementem rzeczywistości pomijalnym w planie wszechświata. Nie wiem już, czy spotkała Pereca ani czy mogła oglądać na żywo mecz Tala, czy zagrała w „Kobiecie pod presją” Cassavetesa, czy to do niej pisał Szostakowicz, czy romansowała z Jeanem van Heijenoortem, wreszcie czy natknęła się na mnie w najgorszym momencie mojego życia. Jeśli jednak gdzieś tam była, nawet jeśli nigdy na siebie nie wpadliśmy i nie zamieniliśmy z sobą słowa, nie wypowiedziała wszystkich tych lakonicznych zdań, zupełnie niebeckettowskich, i jeśli dane jej było zachwycić się czymkolwiek większym niż ona sama, to mam przekonanie graniczące z pewnością, że jedna jest rzecz pewna i niepodważalna, że jednemu nikt nie ma prawa zaprzeczyć, to jest że po północy zostali już tylko oni — Ribeyro, Panchito, Santiago i Madame Boikot — popijając pożegnalne wino przy barze w Relais Odéon. *(  przeł. T. Pindel **( przeł. B.Jaroszuk ***( przeł. N. Pluta Adrian Krysiak (ur. 1987) – mieszka i pracuje w Poznaniu. Z wykształcenia lingwista, z zawodu lektor języków obcych z zacięciem krytyczno-terapeutycznym, tłumacz, korektor i redaktor. Zainteresowania: hiszpańsko- i francuskojęzyczna literatura awangardowa i eksperymentalna, metafikcja, sztuka XX-wieczna, teatr absurdu, jazz, flamenco, fado, filmy Bergmana, Tarra, Miguela Gomesa. Publikował w „Helikopterze”, „Fabulariach”, „Stronie Czynnej”, „Drobiazgach”, „Tlenie Literackim”, „Wizjach”, „Trytytce”, „Gazeta Musi się Ukazać” oraz „Obszarach Przepisanych”. Raczej mizantrop, więc ogólnie milszy mu pantofelek.

  • Michał Kaczmarek – pięć wierszy

    Z S3 na A4 z balkonu macha matka na dworze znajomy sąsiad z reklamówką dzwoniących butelek woła pracodawca łóżko tęskni za ciałem dziecka klamka za odciskiem linii papilarnych parkowe ławki mówią cicho do widzenia objazdowy teatr rusza w trasę wokół ratusza nie słuchamy jego piosenki ani ja kiedy skręcam w prawo na rozwidleniu ani ty zostawiłeś widok z okna i nas włączających silnik aby klimatyzacja schłodziła wnętrze w lekarskim oświadczeniu tajemnica w nocy z trzeciego na czwartego kwietnia zatrzymanie akcji serca Ostatnie spotkanie przyjechaliśmy po matkę by nas odwiedziła ojciec miał zostać złe samopoczucie siedzieliśmy w samochodzie przywitał się pomachał wnukowi rzucił wesoło ja bym pojechał matka nie chciała po latach pijaństwa kiedy się uspokoił wolała go mieć pod kontrolą w określonym miejscu jak lampkę która na środek biurka rzuca coraz słabsze światło przed telewizorem zadowolony z kilku dni samotności w połowie niewidoczny wysepka w deszczu która grozi wypadkiem Staruszkowie kiedy przychodzimy oni już są parami z przodu pośrodku i z tyłu samotni dzieci wyjechały w piętrowym domu dzielą czas między ogród telewizor wnuki raz na trzy tygodnie w ławce pół godziny przed mszą zbudzeni nad ranem przez pustkę dzień okrąg wypełniony kolorem białe plamy rosną zlewają się wreszcie dotykają krawędzi przed lustrem przy goleniu Basia idziemy najwyżej poczekamy Pięćsettysięczne miasto niedziela centrum chłopak który strzałem w głowę zabija narzeczonego swojej byłej dziewczyny a potem zabija siebie pokonuje nieznaną trasę za pomocą internetowej aplikacji znajduje kawiarnię tramwaj autobus spacer a może nawet cześć do kolegi albo zejście z drogi kobiecie w ciąży podziękowanie uśmiech na miejscu strzał krzyk krew na rękach i ziemi strzał po raz drugi i wreszcie strzał samobójczy samochód zwalnia odjeżdża przechodzień złożył podanie o przyjęcie do liceum dla dorosłych wychodzi zza rogu kamienicy Pięćsettysięczne miasto piątek obrzeża chłopak który strzałem w głowę zabija narzeczonego swojej byłej dziewczyny a potem zabija siebie miał matkę nie został nikt brat ale brat to za mało kiedy umiera syn siedemdziesięcioletnia emerytka jesienny wieczór puste mieszkanie wspomnienia zdjęcia i książki brak nadziei za późno by budować spotkania z koleżankami przełożone biura podróży nie zwracają opłat za odwołane wycieczki co z życiem życia nie ma kotka leniwie liże łapy chyba ma nowotwór sprawa przycicha reporterzy badają zaniedbania w ratuszu matka wychodzi z domu dziewczyna z trudem otwiera oczy Michał Kaczmarek (ur. 1986) - z wykształcenia nauczyciel języka angielskiego, w praktyce pracownik biurowy. Publikował w pismach i na portalach, m.in.: „Afront”, „artPAPIER", „eleWator”, „Migotania”, „Odra”, „Projektor”, „Pro Libris”, „Protokół Kulturalny”, „Śląsk”, „Tlen Literacki", „Versopolis” (w j. angielskim, tłumaczenie własne), „Wytrych”. Laureat konkursów poetyckich.

bottom of page