top of page

Znaleziono 223 elementy dla „”

  • Kati Fado – pięć wierszy

    wspomnienie w rozbitych lustrach – kropla krwi pod mikroskopem, trochę innych banałów. zostanie peklowane mięso, wódka i fajki, mężczyzna na brzegu, na tzw jedwabnym szlaku, to inaczej mówiąc przeszłość. pamiętam pierwszą stację, wzruszenie ramion, niechęć, tężejące grona lub myśli ściśnięte w dłoniach, mój krok milowy donikąd, albo Idaho, gdzie wilki skaczą do gardła, matka powtarzała: licz się z upadkiem. już nie podnosi wzroku mogę więc pisać, choć to niemęskie i niekobiece – ukrywać to niechciane dziecko, które nie udźwignie ciężaru, jaki mu powierzono – na dworcach, w szpitalach, najmniejsza cząstka mnie wpisuje się w błędny genotyp – kąt pochylenia, wyróżnia się miękkością, w cyklicznym kołysaniu  – życie –  przenosi młode w pysku. w wirowaniu jestem wszech-kobietą z tłumu, wiatr szarpie lniane sukno, rozchodzi się w szwach, w torebce chusteczka, w niej zęby, kilka drobiazgów kosmetycznych, na wszelki wypadek stringi, gumka, guma miętówka, tomik K. Płusy – niezbędnik małej feministki. dowód tożsamości i trzeźwości spłowiał, zgubił się – zabłąkał. w lśnieniu akweny denaturatu – dezynfekcja odcisków, ścięcie tęczówek jak żółtka. wspólne zachody i wschody – wszystko to działa na prąd. powstają domy nadziei w Ugandzie i nie ma przekazu, nie ma winy. odrabiam lekcje. jestem misjonarką. wycieram twarz zasmarkanemu chłopcu, mężczyźnie przysięgam wierność. koję delikatności i by mógł odpłynąć w cień, rzucony na drogę kamień węgielny. co masz w czubie? wykuj na marmurowej tabliczce, tak jak inne wykolejenia i słowa bez znaczenia, i ponad wszystko. znamienny jest powrót do antyku, do grobowców, mumii, drzeworytów, jestem córką cieśli. na panteonie, w patosie, w etosie chwili – obieram zgniłe jabłka, obierki spadają serpentynową strużką, bo nic się nie ukryje pod ścierką do twarzy, strach prowadzi mnie do wolności, skulam się w patetycznej pozie, zamykając ujścia – powraca podświadomość – w innym czasie, obraz na siatkówce płowieje, ziemia zapada się w przepaść, ryzyko śmierci połyka Ikary – z wosku – malarze tną płótna, w górach rosną krzyże i czas – na tenis, ranga wysoka, wiele turniejów. co się dzieje na świecie z udziałem biało-czerwonych? kto będzie wisienką na torcie? a gwiazdki nie widać, w tle kochanek interpretuje i pokazuje gwiazdozbiory na prywatnym niebie – portal empatia. nóg nie wygrałam na loterii, ludzka stopa uwięziona w przeręblu kąsana przez harpie – przynęta ideałów, przed upodleniem chowam się w mroku, połykam prochy, rozczesuję warkocze, o włos od obłędu, od snu, zatrzymuje się w filmowym transie, odgrywam siebie – najpiękniej jak potrafię, wymachuję rękoma, wściekle gryzę, po to abyś mógł drwić i mieć pewność, której mi brakuje, nie podnoszę pytania o sens, uginam się pod szczegółem, drążę dziurę, boską tajemnicę, wyczytuję z ksiąg wieczystych. co jesteśmy w stanie uznać za normalne? wiedzę? powątpiewam, nazywając siebie tą –  którą w istocie jestem. Anny, Alicja i ja zły omen, błąd w sztuce – smugi cienia – okalają czas stracony – niczym narośl. niezamężna Anny niedawno powróciła do świata duchowego z małej, malowniczej wsi w Anglii, gdzie wieku 16 lat popełniła samobójstwo, będąc w 2-gim miesiącu ciąży. tydzień wcześniej straciła ukochanego, który spadł z dachu. zdążył poznać życie na kredycie. licytacje w smartfonie. sztuczny tłum. ile razy grzebałyśmy siebie? tyle razy odrastały ręce – które żądały upierzenia jak krwi, zapisać się bez pamięci, kluczem znaków w powietrzu, wykluczyć lament, stworzyć testament spisując się na medal w okolicach porażek. porażenie – zapisuję negliż i schedę ciała zepsutego, jak zabawka Alicji z krainy czarów. dochodzi pojękiwanie gwiazd, znowu jestem obca – w obcej ziemi schowana i wschodząca jak pierwiosnek. przebudzona pszczoła. spotykam Anny w wieku 50-ciu lat, jest moją bratnią duszą. siadam jej na kolanach, na ramieniu. znajduję i odbieram ból. poję nektarem zakazanych wersetów – nikczemnych i plugawych, szczerych i czułych, co mi dane zwracam z pokorą, jestem sędzią bez togi i doświadczalną małpą bez futra, bo kocham nadludzko i łapię się na błędach okoliczności złych, donoszę na siebie i oczyszczam z demonów, chciałabym inaczej, ale nie potrafię. jak wyliczyć się z każdego dnia, jak pokonać bankructwo prawdy, skamieniały strach zdrapać z oczu? nie używając ostrych krawędzi – przycinam krwawiący język. tymczasem kiedy umieram związana rozpaczą, rozwiązuję się długim wersem zapisanym dla ciebie. wszystkimi ja znikąd, ty-wielkogłowy zewsząd, schodzisz z gór by spotkać się na zbiegu zatrutych rzek. ze skraju i ze światła jesteś tym pierwszym w ukryciu. żyjemy tylko nocą, bo wtedy stajemy się czujni i szlachetnie szaleni w snach – rozpoznajemy się na białej sali, pod mostem lub w igloo i zapalamy kaganek – przestajemy bać się okrutnej jawy. nasz związek z rzeczywistością jest mieszany. odkąd jesteśmy zmieszani na swój widok nie grozi nic prócz pikanterii i wrzątku ciał. jesteś przemilczeniem pełnym znaczeń. choć nieustannie poruszasz ustami i bardzo przy tym cierpisz, zwyciężasz samego siebie. próbuję czytać z ruchu twoich warg – ale stawiają trudne warunki i zatruwają twoją jaźń szyderczymi wielogłosami. jestem jedyną z bliskich nieobecną w złym. aplikujemy sobie leczenie na wspólny rachunek, w bezgotówkowej wymianie recept na życie. królujesz w intensywności jednej z chorób, ja zaś jestem władczynią księstewka wielości. dzielą nas wieki całe i całe wieki łączą. znamienne jest nasze pożądanie ciał eterycznych. i znowu nie jestem na ciebie gotowa, więc musisz mnie rozłożyć, rozgrzebać, otrząsnąć i zwolnić z bólu. kiedy jest prawie po wszystkim, trudno znaleźć to czułe miejsce w sobie, gdzie w spokoju można by przemyśleć, co poszło nie tak. końcowe informacje na skórze noszę cierpliwy papier i przestaję reagować. kolagenowe włókna nie stwarzają mnie od nowa. w nowej akcji i obsadzie nie dogonię Niemiec. jakiś zamęt. znowu zgaszone światło, wstyd. komu odejmuję chleb od ust? zamykam okno? powstrzymując ulotną zuchwałość, wieczna udręka, bo nie jestem ptakiem, nie wystarczy mi garść ziaren, ponad głowami tracę oddech, wcielam się w ruch pneumatycznych młotów uderzających w ten czuły punkt nad żebrami i myślę o moście łączącym mnie z nadrzeczywistością, w którą wstrzykuję chininę. rozpacz, nie kończy się zgonem, mordercy podchodzą do drzwi nocą, fale powracają, tłuką się o brzeg. dlaczego być? bić? głównie na arenie międzynarodowej – sprzedajne kobiety niosą światło – w porcie – politycy, księża, pijany robotnik i artyści parafrazują obrazy Chagalla, karma dla szakala, gnój. robak toczy się wewnątrz mięśni, jelit. robię test na lamblie i legendy, z dumą, naćpana, w próżni, moje amputacje, negacje, deklaracje i cisza. głowa powoli opada, ślinotok z rynsztoku, tego malarz nie wyrazi, bo pędzel w zdrapanych twarzach wiernych przyjaciół sztywnieje – w geście bezradnie uniesionej ręki. agonia bywa nieprzewidywalna. chmurzy się i nikt nie idzie za trumną. dotykam lazuru, znowu gaśnie światło i tak bez końca. wzburzone fale, morze czerwone, morze krwi, wojna w Donbasie, ciągle dochodzi do ataków, także serca, z powodu upałów, polskie zasobnictwo gazowe rozwija się pod Szczecinem – czytamy na Twitterze trzon jednego z centrum – ta fuzja ma wywoływać różne synergie, na zagranicznych rynkach, dla bezpieczeństwa Polaków i ich portfeli, wydobycie naturalnych surowców, ograniczenie wolności słowa w reżimie Łukaszenki. ile w tym prawdy? jestem niezależną dziennikarką, dziękuje państwu. Kati Fado (wł. Katarzyna Kowalewska, ur. 1972) – w przeszłości modelka, dziennikarka, organizatorka wydarzeń kulturalnych w kraju i zagranicą. Laureatka wielu prestiżowych Ogólnopolskich Konkursów Poetyckich m.in.: im. J. Bierezina (Nagroda Specjalna 2016 r.), im. M. Hłaski, im. R. Wojaczka w ramach Festiwalu Silesius (2022 r.). W 2023 r. laureatka nagrody głównej w I Ogólnopolskim Konkursie na Książkę Poetycką wydawnictwa – fundacji FONT (jej książka Afazja ukazała się drukiem w styczniu 2024 r.), publikowała m.in. w "Arteriach", Babińcu Literackim, "ArtPapierze", "Nowych Peryferiach", „Magazynie Literackim Minotauryda”, „Artis”, "MegaZine Lost&Found” oraz antologiach pokonkursowych. Była tłumaczona na j. angielski i niderlandzki, dwukrotnie reprezentowała Polskę na Międzynarodowym Festiwalu Poezji Furige Tongen (Holandia). Właśnie ukończyła pracę nad kolejną książką poetycką Obcy Język – planowane wydanie 2024 r. Poza tym malarka, grafik komputerowy i performerka. Niepełnosprawna od urodzenia. Od  2011 r. całkowicie niezdolna do pracy i samodzielnej egzystencji.

  • Marek Kucak – sześć wierszy

    sprawca nie pozbawiaj się ojca szczególnie kiedy leżycie w tym samym szpitalu psychiatrycznym biorąc garść tabletek rano i garść tabletek wieczorem nie łatwo jest go przepędzić kiedy przebywa na oddziale dla schizofreników tak samo wiele potrzeba aby zapomnieć o wszystkich żywych i umarłych kiedy jest się w izolatce (dajcie mi haloperidol) i trzeba ciągle wracać do Pawłowic lub Lipnika [za ścianą umiera mój ojciec] za ścianą umiera mój ojciec lecz ja do niego nie pójdę nie powiem tato jestem poetą i mogę unieśmiertelnić cię w wierszu ja do niego nie pójdę kiedy chory leży w pasach po paranoidalnym widzeniu się (dajcie mu Haloperidol) muszę odciąć pępowinę oddalić się do innego skrzydła gdzie nie dosięgną mnie jego obłąkańcze krzyki szczególnie zaś zadbać o siebie w sali obok umiera mój ojciec tracąc język inny niż żargon schizofrenii a ja nie jestem w stanie jakkolwiek mu pomóc (dajcie mu choć Relanium w zastrzyku) odlot jeszcze mogę stąd wyjść rozwinąć skrzydła kiedy mój ojciec kurczy się w sobie i coraz trudniej odnaleźć do niego drogę dzieli nas wszakże ściana izolatki i jasny anioł choroby któremu rosną skrzydła z naszych krzyków chciałbym przenieść się do innej części szpitala z dala od ataków mojego ojca wszakże jestem poetą mogę w każdej chwili stworzyć to i owo na nowo (dajcie mu chociaż Zolafren) znamię nie pozbawiaj się ojca nawet jeżeli robiłeś to dotąd całe życie spójrz gdzie skończyłeś nie gorzej niż ten którym nie chciałeś się począć w katowickim szpitalu psychiatrycznym w którym przebywał uprzednio mój tata oddziałowa kojarzy nazwisko nawet jeżeli chciałem się go pozbyć lecz ostatecznie nie przepędziłem jak wszystkich żywych i umarłych których przynoszę na oddział pełne kieszenie Olmów Sierków i Półtoraków lub słów tak pięknych jak maszkiety tak kolorowych jak serwet ruch i opór na szczęście nie zasiedziałem się ani w Hałcnowie ani w Pisarzowicach nawet u Sierkowej byłem krótko i już muszę wracać do Pawłowic ileż razy przetnę jeszcze granicę cesarsko – pruską i do ilu rzek będę wzdychał tak często jak do Białej zanim dotrę do kropki nad ypsylonem lub będę mógł położyć się nad Sołotwą przeczytać nekrolog Niewęgłowskiej zobaczyć upadek gwiazd plum plum plum w nicość i nie rozmyślać nad okrucieństwem katowni bielskiej UB przy ulicy Krasińskiego 30 tabula rasa poeta to ten kto każdego dnia godzi się z pustą kartką nie wypominając jej bezpłodności po jakże owocnej nocy kiedy śnił sto wierszy o miłości lecz nawet jeden się w nim nie zapisał ze wszystkich snów żaden nie może być trwalszy od kwiatu pomarańczy kiedy rano jestem bezpłodny niegodny wyrazów co splatają się w ustach jak języki przy pocałunkach poeta to ten któremu słowa objawiają się na ulicy w kształcie kobiecych bioder a on nie rzuca się na nie i tylko kiedy niekiedy dostaje ochłap Marek Kucak (ur. 1992) – studiował filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Laureat kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Publikował m.in. w „Helikopterze”, antologii Wiersze i opowiadania doraźne (2019 oraz 2020, Biuro Literackie). Finalista projektu Biura Literackiego na książkę poetycką (2019 oraz 2020).

  • Daria Juskowiak – sześć wierszy

    Bać się pająków to złoty interes bać się pająków te małe nóżki mogą rozdeptać wielki lęk przed starością i wojną strach jak parasol na nich rozpięty teraz rozmiarów monety wyniesie się z ciebie na sufit goniąc za pająkiem wte i wewte straci na wadze zgubi energię lecz i tak wróci jak syn marnotrawny a ty go przyjmiesz i nakarmisz Siódma próba teatralna najlepszą atrapą poranka w godzinach popołudniowych są jajka na bekonie i ziewanie kiedy za siódmym podejściem po raz pierwszy w życiu widzi w drzwiach obcego jest jeszcze lepiej zdziwiona i coraz bardziej go nie zna od ósmej do szesnastej replay w całodobowo porannych kapciach a potem aż do kolejnej próby będzie leciała na żywo W knajpie panoszą się czarne stoliki stoliki czarne na amen a przy nich żałobnicy w żałobie po sobie samych za oknem śnieżne migotania świat znów powtórkę ma z umierania pozostawione na kołku w murze żebrzą o głowy kapelusze na czarnych stolikach rozdania wciąż nowe bo wolą damę pik niż żonę Różnica wyprostowany na dwóch nogach wygrywający na siedmiu lądach wybrał sobie śmierć wysokogatunkową obsługują ją słowa umrzeć/umierać® dla pozostałych zdychać/zdechnąć z uwagą: potocznie słowniki dla dramatu bez logo homo sapiens nie mają nic przesadnie gustownego Wersja demo na początku było całkiem całkiem świat przedstawiał mi się grzecznie i po kawałku jestem kamieniem – mówił jestem twoją matką jestem trawą chrząstką jestem ciszą przed burzą na pytania nie fair przyjdzie jeszcze czas a zanim nabiję cię w butelkę z bardzo ciemnego szkła będę grał w miarę czysto Umiar mój mąż ma akwarium a w nim złoty łańcuszek pokarmowy dla kategorii wiekowej trzy plus i co najwyżej większa rybka mniejszą rybkę pogania śmiercią w trybie oszczędnym Daria Juskowiak – absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Swoje wiersze publikowała „Odrze”, 8. Arkuszu "Odry", w "Helikopterze". Laureatka konkursu prozatorskiego "Małe życie po wielkiej zmianie" przeprowadzonego pod patronatem Fundacji Olgi Tokarczuk (publikacja pod tym samym tytułem w 2023 r.).

  • Edward T. Bolak – ze zbioru: najmniejszego znaku

    ziemia się rozstąpiła ale można uciec drogi obiekty utrudnienia kolosalne nieraz nie są bez końca mijając te wyrwy kręcimy zamaszyście po trawniku bieżnikiem podeszwą omijamy uskok niejeden krawężnik czy spad zaś narowiste łydki w podrygach pląsach szokują ów pośpiech łagodzi niektóre braki stromizny asfaltu pokonują dziarsko franty postępują słusznie odruchowe stopy gwiazdy mówią same za siebie są jak rollercoaster wszystko na temat gwiazd efekty odwrotne to część życia obrotni zajdą daleko po nierównościach zapadliskach jamach jarmarkach w końcu wejście do piekła wypada · przypisujemy nadmierną wagę nieistotnym faktom sądząc że cieszymy się komfortem bez żadnych kompromisów zawsze stosowni i godni stąd to „w żaden sposób" stąd to uczucie pustki niepokój niepewność i udręka jesteśmy niedorzeczni i udręczeni (przykład Nelsona Mandeli mroczny) zanika pamięć u mam potem dwa lata cię nie poznają i odkręcają gaz lub łamią krętarz Ukrainki fałszywe kupują mieszkania po dwóch dniach idą do specjalisty i na emeryturę a nasze aktywistki chciały się posrać wszyscy pojebani wszystko to nauka wojna rozstanie choroba ślepota i plomba te życiowe lekcje tak jak w treningowej sali łzy to elektrolity i hektolitry masywni postawni winni nauka i natura na manowce wiodą · wszystko dobrze dzielni mężczyźni jak ojciec i wielu innych leją beton w sierpniowym skwarze fundamenty pod dom nie są to wieprze nie są pedałami po całym dniu · matki wszystkie po rozwodzie po porodzie wychowują bachory z zemsty a potem się dziwią panie higienistki i nauczycielki wyśmiewają stulejki nie wiedzieliśmy nawet co to jest nie chcieliśmy nosić tarcz recytować wierszy patrzyliśmy jak było brzydko i jest · gdybyż tylko poeta ten podmiot narcystyczno-depresyjny! gdy tymczasem także drwal mama Krzysia Malebranche · akceptacja rezygnacja i odrzucenie są tym samym jasne strony zaprzepaszczonych szans akceptacja rezygnacji to jednocześnie rezygnacja z akceptacji i odrzucenie ich obu o ile zachowamy styl w notatach · sprzęty szwankują przebiega nas zimno a jeśli to mało łakocie zjawiają się znikąd szczęka nam opada a potem pojawiają się łzy gryziemy nadeszły serniczek zasłaniamy twarz obecna jest babcia nieboszczka · zamiast kupować nowe zobaczyć co się ma i popaść w konsternację nabycie na przykład ubrań to jednak zobowiązanie pokrycie płaszczem grzbietu w przypadku jesieni owijanie to specyficzne napięcie bawełny i szczera hipostaza skrzydeł pleciony wieniec · drodzy klienci chwytają się pazurami nuda to kram wątpliwości wybór to konieczność kaszkiet się przechyla na korzyść twarzowo na osobie spod znaku wodnika jak tęcza ewentualne czerwone flagi zawodzą czujemy grunt popod nogami masa pieniędzy idzie bokiem męczymy się na raty lub w forintach rok za rokiem · te odkrycia nam towarzyszą gdy używamy śmiechu i uroku chcemy się błędnie olśnić dobrze wyglądać przy talerzu pomniku który właśnie mijamy możemy zacząć od small talk aby pod koniec kolacji wypalić wypalić do ukochanej! · myślimy o zębach ślubach pływaniu i tonięciu czasem o utracie reputacji a potem zdarza się nagość ciąża i niemądre obietnice ostatecznie pogrzeb czyli wielki smutek · można zignorować humanitaryzm z jego darami od Greków ale przegapić życia się nie da choć niektórzy gówno próbują myślą że nieprzewidywalność dodaje pikanterii że gdy Domina założy czarną smycz i opaskę na ślepia to zaraz stanie czas ale planują w terminarzu i na cmentarzu czyny nie dowierzając przygodności nawet hojni altruiści odchodzą od zmysłów w zapomnienie zorganizowani przejmują stery blokują rumpel syreny · w dniu transplantacji w styczniu krążymy laser już poczynił szkody tyle co kot napłakał jest krwi baza ludzi niedotykalskich zmalała wśród nich hula gromada w kitlach · w skarbczyku mądrych porad znalazła się apatia iluzoryczna i efemeryczna praca nawet gdy dobrze płatna nie popłaca tylko rozpusta i utarczki zdają egzamin wśród rutyn apatycy nie winowajcy są inni kontra neptycy wszyscy im winszują · pytasz jak pachnie nowa książka i co czujemy otóż ma ona odpowiadamy zapach maszyn w Amazonii co cięły prastare sekwoje i baobaby pod Rybnego i ten który czuć gdy w kadziach goreje plastik do nabłyszczania okładki i zapach smutku gdy styrane leciwe kobiety zostają zmuszone do nocnej zmiany na czarno przy drukarskich maszynach i nieuchwytny zapach srebra gdy księżyc wilczy w pełni szczerzy srebrne kły · piernikowe serce 17,5 cm z karnetem miękkie cudności z personalizacją z jadalnym nadrukiem w celofanku z suszonymi chabrami że złotym klipsem od Niepokalanek leżało zapomniane aż zjawiliśmy się my wstrętni prędcy i pochopni chłopcy aby je dźwignąć strawić skonsumować kochać ale też zająć poznać z pół kozłem spisać dotknąć znieważyć zatrwożyć zauważyć otworzyć osłuchać ostukać wyruchać i nie pozwolić nigdzie odejść głupio bez odwijania · księgi plugawe nie dają oparcia czytanie o Duchu Gór Liczyrzepie lub procesach to żywienie złudzeń z dnia na dzień osuwa się w popiół książkowa wiedza mądrość wywodzona z druków krajowych nawet drukowany Psałterz z tytulikiem · w tym tu komunikacyjnym zachowaniu nie wysuwamy roszczeń do ważności nie chcemy akceptacji czy zachwytów a że za nic mamy zasoby tożsamości nie zajmują nas fakty nie musimy zabiegać uzasadniać przekonywać dowodzić tworzyć odniesień przekazywać opinii zajmować zaciekawiać oferować sprzedawać wyznań emocji przeżyć i danych i tak tworzymy te tu i takie zdekontekstualizowane towary bez ceny i wartości bez dystrybucji targetu obiegu sensu i celu krytyki publiki nie słysząc też w nich siebie prawdziwe kwiaty zła grotę nimf i tak jeden za drugim egzemplarze całkowite z dobrego odcisku z drukarni Batki wciąż schodzą chwalebnie bierzemy się jakby do ksiąg liturgicznych do żywotów od ręki do udręki · schludny luksus powraca wysoko napinana cera tylko nuworysze jak zawsze tutorial makijażowy do nich nie dociera a my wlepiamy zaropiałe oczka w suche powietrze kaloryferów · sporo naciągactwa handlowcy i ci od usług brylują w tym społem hufce święte trochę obojętności przyprawia ich interes o zawał taki starszy siwy dziadek prawie leży kaleki towarzystwo niskiej jakości rżnie fokstrota · aby polubić bycie bezradnym winniśmy ćwiczyć skoro pozostanie zaciekawionym to mało gdy popatrzyć na wielką masę planet i ciał i to co dzieje się ze światłem i sposób w jaki tłamsi nas przyciąganie i co w końcu można wtedy po tym spojrzeniu warto poczynić kroki poczuć wiatr przedwiośnia nie unikać pokus wziąć książkę aby poczytać zamienić kilka słów wyjąć z wielkich danych aż nazbyt widoczna masa informacji paraliżuje codzienność dataiści do których należymy chcąc nie chcąc unieważniają podstawy dyskursu a być może więcej osobiste myśli i emocje z wykorzystaniem własnego głosu i punktu widzenia jako ekwiwalent funkcjonalny są zapewne przeżytkiem · krupniczek się przegryzie nabierze smaku wysłane siurki zaimponują i trysną mniejszości pozostaną w zdrowiu tożsame złagodnieją zwyczaje filmy wyzbędą się scen tortur makabryczne witryny w mięsnych znikną z oczu dzieci siostry zakonne będą dokazywać i doznawać i piwo w kościele pocieknie performance przeminą płatna miłość zaraz za rogiem przepadnie nasze białko anielskie przybierze postacie słodkie jak torcik bezowy z truskawką · sukces w prostocie w poglądowej książce znalazły się przykłady główkami kiwały kwiaty pąki rozwijały dobranoc mówiąc w drobnym jałowcu szmelc widzieliśmy jak te chuchra podnosiły głowy pewne przedstawienia są jak Wezuwiusz lub jastrzębie goniące słowiki tam na stoku kwiecie w popiele... (co nie znaczy by popaść w transgresje budować jakieś lochy) · w tej tu radykalnej prozie bez rzeczowości poezja nic nie odzyskuje splendor rytmicznych cacek zawadiactwo minione zostanie wytwarzalność rój co nasionami strzyka próbujemy ocalić w trupiej czaszce te wzloty klamoty spółrubieżne krainy wszystko nam leci przeleci na znak · dotyk noża w narkozie ciało pamięta! elastycznym bandażem owijani w pasie aby nie pęknąć babcia dawała dolary doktor Pilch to była legenda nie ma wielu rzeczy wieczorów atramentowych zawiei · w przebraniach i koronach jedzie taki kawał babina aby tylko tę gruszkę zjeść lub wyrzucić ząbki sztuczne zaraz się popsują saszetka zniknie żółte ciżemki odejdą na Włóczków skiśnie śnieg · wyniosłem podręczniki do gnozy są w karmniku na klombie tak jak te krwawe porody i męka wojna była i skauting szkołą życia już nawet wilki z Wall Street lepsze niż domniemane progresy ostoje zwierząt przetrzepane · matka miała astmę dlatego nie nauczyłem się palić była krawcową więc nie umiem szyć wiersze to obciach po Oświęcimiu dlatego te nazbyt prozaiczne i rozwlekłe bez rytmu · jeszcze napiszemy historie lepsze i krótsze jeśli ktoś chce znajdzie drogę znajdzie sposób znajdzie czas damy rady o które nikt nie prosił pod płaszczykiem wsparcia będziemy wystarczający a gdy pryśnie czar i udowodnią nasze rozgoryczenie i nieufność i wyrachowanie to spłynie gorzka satysfakcja z spełnionych przewidywań jak po kaczce wegetarianizm na społecznych peryferiach mamy na naukę szanse · metodą małych kroków omijania ordynarnych ozdób po tej scenie fantazmatycznej jaką jest nasz Świat dążymy w blasku zaćmienia do figury zaniku nie będzie już potrzebny repertuar · nie zawsze dostajemy to czego pragniemy ale też nigdy nie zasługujemy na to co ostatecznie od życia dostajemy gdy pragniemy aby nie zasługiwać na upragnione i nie pragnąc zasługiwania na otrzymane koniec końców o Pani! E.T. Bolak (ur. 1968) – opublikował zbiory miniatur literackich: Marginalia (2018), Ważniejsze omyłki (2018), Tytuły nieważności w antologii Depozycje (2019), Sybilla wzięta (2021), Dawne rejestry (2022), Ruchy frakcyjne (2022), Minuty krótkie (2023), Rybny weterynarz (2024).

  • Juliusz Pielichowski – pięć wierszy

    Plac Inwalidów Chory wróbel umiera wtulony w piwniczne okno. Kobieta pokazuje ubrania innym kobietom. Wszystko jest na sprzedaż, mówi. Życie to handel żywym towarem. Zgarniasz i wyrzucasz do śmieci resztki ciał, których nie zjedliśmy: ości, skórę, trochę warzyw. Aparat mowy to pierdolony pistolet. Przystawiasz go sobie do głowy. Jakieś dziecko na ulicy krzyczy, że jest człowiekiem. Jesteś po jego stronie, ale przyglądasz się matce, jej piersiom mleka pełnym nie dla ciebie. Światy, w których żyłeś, zostały odłączone. Słychać gdzieś echo, to z serca. Czas rozłożony w czasie, poprzez czas. Ta znajda w tobie. Te zapiski, strzępienia. Tak wyglądają ludzie, w których brakuje słów. Tak wygląda plac w tobie, na którym się nie spotkamy. Teraz już będzie tylko ona, rozpacz. Ten rozpad. Wszywka o poezji widmowej Gdy umarł twój brat, nie dowiedziałeś się. Przez kilka miesięcy. Nikt się nie dowiedział przez kilka miesięcy, że umarł twój brat. Gdy potem ty umarłeś na kilka miesięcy, nie dowiedziałeś się, przez kilka miesięcy, że to byłeś ty. Nawet teraz tego nie wiesz, choć wyraźnie słyszysz głos, który mówi ci o tamtej śmierci, niezauważonej. Z jego domu zapamiętałeś trudną do objęcia rozpacz, w której swój koniec znalazły tysiące błyszczących much, niczego nieświadomych. Zanim zdechły, zjadły jego ciało. Zamiatałeś je przez wiele dni. Teraz oglądasz w sobie jego widmo. To ty, trochę tylko starszy. Wszystko nosi w sobie coś innego, o znajomej twarzy. Jest bliższe niż cokolwiek, co można zobaczyć na powierzchni. Zwłaszcza, gdy się patrzy tak, żeby zobaczyć. A czasami tak właśnie się patrzy. Z martwego 1 Te wiersze. Jakbym wszedł do domu, w którym ktoś umarł. 2 Z martwego domu te wiersze. Z martwego domu te słowa wyprowadzane przez martwych ludzi, do ludzi bez wyjścia i bez wejścia. 3 Martwy język czegoś od ciebie chce. Nie rozmawiaj z nim martwym językiem. Nie potrzebujesz więcej tej śmierci. Całe życie się o nią ociera teraz. 4 Nasłuchują wiersze. Nie odchodzą tylko nasłuchują. Są czymś większym, niż sobie wyobrażałem; są z czegoś większego wyrwane, wydalone. 5 Dotyka i uśmierza. Wodzi palcem po zwojach, rozwija je i zostawia, zaspokojone. 6 Ten wiersz, etui na oko, które nic już nie widzi, tylko patrzy. 7 Spotykam go w ciele, z którym mnie łączy. W innych ciałach nie spotykam nikogo. 8 Te miejsca na wiersze z innego języka, pustoszejące. 9 Przychodzi znikąd i mówi: zajmijcie się nim, jego bełkotem. Zajmijcie się mówiącym wierszem w nim, samym. 10 Co mówi, to nie jest coś do powiedzenia. To tylko słowa, zasłyszane. Tu zwracane. 11 Te wiersze, donikąd, to bezdroże, które chce najbardziej samo w sobie. Jego ujadanie. Jules dans l’ascenseur Z kolejnym miastem robisz się bardziej, samotny. Nierzeczywistość w sercu miasta. Miasto w sercu nierzeczywistości. To końcówka, dalszego ciągu nie będzie. Są we mnie czyjeś sny, które zszywam. Jest we mnie grób nieznanego, coraz głębszy. Ten język z osierdzia jest, ze środka. Miałem ci w nim coś powiedzieć, ale zmieniłem zdanie. A może to zdanie zmieniło mnie. To jedyne zdanie, którym się stałem. Widziałem dziś jego cień, jak włóczył się po mieście, bez człowieka. To inne, oko. Nie wiesz, czyj jesteś. Nigdy nie wiedziałeś. Blizny, nimi szedłeś naprawdę. To te miejsca w tobie, w których nawiązałeś z nią kontakt. Nie wiesz, czym jesteś. Nigdy nie wiedziałeś. Teraz trzymasz w rękach coś jak słońce, coś głęboko ironicznego. To happy end. Nie wiesz, czy jesteś; nigdy nie wiedziałeś. Jedziesz obcym wierszem, jak windą, zawsze w dół. W lustrze wyświetlają już twoje wnętrzności. Z kolejnym miastem roisz się bardziej, samotny. Zwierzęta nocy Andrzejowi Sosnowskiemu Śnisz, czy o drogę pytasz. Wytraca się poczucie realności. Our small hours. To człowiek, we mnie, który podważył noc. On żyje też w tobie, dottore. Co raz weszło do wiersza, już z niego nie wyjdzie. Tej nocy przyszedł jakiś chłopiec, mówił przez sen. Nie mówił nic, czego sen nie potrafiłby się domyślić. Pozwoliłem mu się zabrać. To zdanie, pomyślałem, i tak nie przeżyje kolejnego nalotu. Zjawi się inne i połknie je – ciemną przynętę, którą jestem. Choć to mógł być inny wiersz, z bliskiego wschodu słońca. Kto przed snem odmówił wiersz, zostanie uprowadzony. Wcześniej tylko powtórzy się sobie obce nie-pytanie: śnisz, czy o drogę pytasz. I pójdzie sobie gdzieś dalej. Juliusz Pielichowski (ur. 1984) – autor tomów wierszy Czarny organizm (2019) oraz Przeciwwiersze (2023). Przekłada na język polski eseje i pisma H. D. Thoreau (O chodzeniu –wybór z „Dziennika”, „Literatura na Świecie” nr 9-10/2020). Przygotował wybór szkiców i opowiadań Elizabeth Bishop (razem z Andrzejem Sosnowskim i Marcinem Szustrem 2020) oraz – z angielskiego przekładu – spolszczenie zaginionego opowiadania Marka Hłaski Diabły w deszczu (2020). Współpomysłodawca i członek Rady Programowej Nagrody Dramaturgicznej im. Tadeusza Różewicza.

  • Rafał Różewicz – Wiersze celowo zepsute. O „Przeciwwierszach” Juliusza Pielichowskiego

    Książki z wierszami dzielę na zbiory wierszy i książki poetyckie. Bierze się to stąd, że w mojej opinii tym drugim bliżej jest do projektu, czyli pewnej zamkniętej i przemyślanej od początku do końca całości. Taką książkę charakteryzuje wyraźny motyw przewodni, jak choćby powracający w różnych konfiguracjach obraz lub figura-bohater, będąca pewną „stałą” wielu wierszy i jednocześnie ich siłą napędową. Zwolennikiem takiego spojrzenia na utwory, jako na coś, co warto nie tyle co napisać, ile właśnie „zaprojektować” w ramach pewnej, przyjętej struktury jest choćby Tomasz Różycki. Jego Kolonie (2006) czy Księga Obrotów (2010) są świetnymi przykładami projektów o nazwie „książka poetycka”. Oczywiście, pisanie pod raz przyjęte założenia ma swoje liczne wady i pułapki. Różyckiemu zdarzało się w nie również wpadać, zwłaszcza wtedy, kiedy wiersz stawał się koniecznością, czyli wymuszonym trybikiem w maszynie, jeszcze jednym utworem przybliżającym poetę do realizacji planu. 88 „ósemek” wykorzystujących te same motywy i rekwizyty? Proszę bardzo. Zafascynowany projektowaniem i cyklicznością jest również Juliusz Pielichowski, poeta i tłumacz, autor Czarnego organizmu (Instytut Mikołowski, 2019) i laureat, jak dotąd, jedynej edycji Nagrody FEJM, przyznawanej za najlepszą debiutancką książkę poetycką roku. Jego najnowszy projekt Przeciwwiersze znacznie różni się od debiutu. Choć premierowe utwory są jakby bardziej przystępne, to jednocześnie nastręczają wiele trudności. Mimo że pozornie wszystko wydaje się tutaj prostsze. O ile w Czarnym organizmie Pielichowski bawił się przecinkiem, tworząc dzięki temu nowe komunikaty, których sens następnie podawał w wątpliwość, tak w Przeciwwierszach postawił na zwykłość, powszechność i dość typowe rekwizytorium. Zniknęła więc zabawa interpunkcją, wiersze przestały być aż tak poszatkowane, zaczęła u autora dominować płynność, trywialność i zwyczajność, również w opisie świata przedstawionego. W tym miejscu wnikliwy czytelnik, zarówno książki, jak również tej recenzji powinien zadać sobie pytanie: czy takie pisanie może być interesujące, skoro to wszystko już gdzieś czytałem i słyszałem? Kiedy poeta nie sili się na oryginalność, nie zamierza zadziwiać, lecz robi wszystko, żeby to, co pisze było dziwnie znajome? Przyznam, że i ja początkowało wpadłem w pułapkę banału zastawioną przez autora. Mojej lekturze towarzyszyło pewne rozczarowanie. O Przeciwwierszach początkowo myślałem, jako o kroku w tył. Jednak coś nie dawało mi spokoju i zmuszało do sięgania po tę książkę ponownie. Tym czymś była wspomniana trudność tkwiąca w pozornej prostocie formalnej tych wierszy. Czytałem te utwory i – choć wszystko wydawało mi się dość zwyczajne i oczywiste – to jednocześnie nie do końca rozumiałem, co autor chciał mi przekazać. Okazało się bowiem, że to nie poeta tkwi w pułapce drugiej książki, ile ja, jako czytelnik, tkwię w pułapce komunikatu. Kwestia tego, jak możemy komunikować się ze światem zewnętrznym i jakie zagrożenia płyną z takiego, a nie innego zastosowania języka, od początku znajdowała się w orbicie zainteresowań Pielichowskiego. Autor drwił ze środków interpunkcji i naszych, wyniesionych ze szkoły przyzwyczajeń i schematów. W Czarnym organizmie mieliśmy do czynienia z uwolnieniem komunikatu od dyktatu przecinka poprzez jego... nagromadzenie. Tymczasem w Przeciwwierszach mamy do czynienia z sytuacją zgoła odwrotną. Czyli ze schowaniem komunikatu pod warstwą pozornie trywialnych obrazów i dobrze znanych nam rekwizytów, które mają uśpić naszą, czytelniczą czujność. Dlatego wydaje mi się, że rozumiem dość prowokacyjny tytuł książki. Pielichowski jest nie tyle, co przeciw wierszom, przeciw tzw. „polish school”, którą w licznych utworach wyśmiewa choćby Grzegorz Wróblewski, mając na myśli zbytnie przywiązanie do języka metafor obecne w poezji polskiej, ile jest przeciw naszym przyzwyczajeniom, jeśli chodzi o odbieranie tego, co jest nam przedstawiane. To stąd tzw. „przeciwwiersze” celowo są wierszami pozbawionymi energii, wierszami, zaryzykuję stwierdzenie, zepsutymi. Są po to, żeby po raz kolejny zdemaskować nasze schematyczne myślenie o świecie zewnętrznym i płynących z niego zagrożeniach. Nie po raz pierwszy mówienie do otoczenia jego językiem ma być impulsem do działania, reakcji. Co jednak w sytuacji, kiedy mówienie o czymś zamienia się w pozorne mówienie o niczym, bo w mówienie o uniwersaliach, czyli de facto o wszystkim? Czy odbiorcy nie przejdą nad takim postawieniem sprawy do porządku dziennego? Kiedy w świecie-nic chcemy powiedzieć również  „nic”, żeby uzyskać… coś? I tutaj dochodzimy do wspomnianego świata przedstawionego w tych utworach. Jest to świat jakby „po wszystkim”, w którym to, co już miało się wydarzyć – się wydarzyło. Siwczykowe Centrum likwidacji szkód. Krajobraz księżycowy. Świat martwy. Czy można go ożywić, opisując to wszystko, co zamieniło się w pustkę, w „nic”? Czy działanie równa się ożywianiu, czy jedynie przypominaniu o tym, w jakim miejscu, jako ludzie się znaleźliśmy? Bo te wiersze przecież raz jeszcze mają za zadanie przypomnieć nam takie tematy, jak miłość, śmierć, samotność czy sens pisania. Mamy tutaj do czynienia z zaplanowanym powrotem do podstawowych spraw determinujących nasze istnienie czy działanie. To jednak coś więcej niż odkrywanie tajemnicy zawartej w najprostszych, rzekłbym, pierwotnych rzeczach. To, co jednak łączy obie książki to przypomnienie roli instynktu w naszym życiu. W Czarnym organizmie samczy instynkt zdobywcy pchał podmiot liryczny ku władzy rozumianej dwojako: jako władzy nad organizmem kobiecym, czyli jej ciałem i jako władzy nad organizmem państwowym. W obu przypadkach chodziło o posiadanie, dominację.  W Przeciwwierszach dominuje natomiast instynkt przetrwania, chęć zapisania i nadpisania „pustki”. Przypomina się tytuł drugiej książki Waldemara Jochera Przetrwalnik. Zarówno u Pielichowskiego, jak i Jochera nasze życie stało się zmechanizowane, sztuczne, zależne od systemu, nowych technologii, które coraz bardziej stają się częścią nas samych, naszego „ja”. Konieczne więc stało się zatrzymanie, nawet chwilowe, wzięcie ożywczego (życiodajnego?) oddechu. O ile do wspomnianej „walki o oddech” Pielichowski zaprzągł w debiucie wspomniany przecinek, tak w drugiej książce zaprzągł już do tego cały wiersz. Przeciwwiersze składają się bowiem z cykli wierszy-wszywek. Można je potraktować, zarówno jako przerywnik i konieczną pauzę w poddanym dyktatowi cywilizacji śmierci…życiu albo (znów!) odwrotnie. Bo gdzie ten oddech, skoro wszywki są gęste, celowo rozbuchane, pełne słów, tak jakby przecinek z debiutu rozrósł się i ewoluował? W epoce nadmiaru, nie tylko dóbr, ale i konfliktów, począwszy od katastrofy klimatycznej, przez pandemię koronawirusa, aż po wojnę, taka ewolucja wcale nie jest niemożliwa. I wydaje mi się, że te właśnie wszywki są tym, co może łączyć Przeciwwiersze z Czarnym organizmem. A zatem nie radykalna rewolucja, lecz przemyślana i powolna ewolucja. Mimo że i tak obie drogi prowadzą nas do nieuchronnej katastrofy. Wspomniałem powyżej o uczuciu nadmiaru, które towarzyszyło lekturze drugiej książki Pielichowskiego. I nie jest to przypadek. Czytając najnowsze utwory poety miałem wrażenie potykania się o słowa, taplania się w błocie. Są gęste, lepkie i – przy całym doborze zwykłych rekwizytów – łatwo jest się w nich zgubić. Wspomniane wszywki również idealnie wpisują się w strategię spowalniania lektury i paradoksalnie mogłyby nigdy się nie kończyć. Tak jakby autorowi zależało na tym, żeby wiersz, jaki by on nie był, istniał po to, aby nas co jakiś czas zatrzymywać i przypominać nam o tym, o czym wolimy nie pamiętać, o czym nie chcemy mówić. A nie chcemy pamiętać o tym, że władzę nad nami sprawuje biologia, że jesteśmy – właśnie – organizmami śmiertelnymi i agresywnymi, które nie do końca jeszcze panują nad instynktami. Co jak co, ale Pielichowski wierzy w siłę słowa i pisanie traktuje bardzo poważnie. Antyświat chce więc zwalczać właśnie przeciwwierszami. Tylko czy ta ambitna próba wyciągnięcia nas z odrętwienia, które wzięło się z nadmiaru negatywnych wydarzeń i przytłoczenia odpowiedzialnością, może zakończyć się sukcesem? Cóż, w pisaniu chodzi chyba o podejmowanie wyzwań, w większości skazanych na porażkę. Tylko to nie wiersze Pielichowskiego są porażką, przeciwnie: są celnym komentarzem do ginącego świata. Bo jeśli jedynie słowa nam pozostały, może tak właśnie powinny wyglądać i wybrzmiewać te ostatnie? Zwyczajnie? Przeciwwiersze to ważna książka, choć skromna zarazem. Pielichowskiemu więcej niż dobrze udało się przejść test drugiej książki i udowodnić, że „projektowanie” nie musi polegać na usilnym dopisywaniu brakujących utworów, w ramach z góry narzuconego sobie konceptu. To wspomniane zapisywanie „pustki” przebiega naturalnie. Nie możemy więc tutaj mówić o jakichś powtórkach, czy o zbędnych utworach. Szkoda tylko, że WBPiCAK zmieniło format wydawania książek na kieszonkowy, przez co mam nieodparte wrażenie, że pozornie tak „zwyczajnym” wierszom, jak wierszom Pielichowskiego coś ten format jeszcze odbiera. I umniejsza, czyniąc z jego niepozornych wierszy jeszcze bardziej niepozorne „wierszyki”. Nawet jeśli chodzi w nich o tak kluczowe kwestie, jak losy świata, a zwłaszcza losy poezji. Juliusz Pielichowski, Przeciwwiersze, WBPiCAK, Poznań 2023. Rafał Różewicz (ur. 1990) - autor trzech książek poetyckich m.in. Po mrok (2019), Podwójna ciągła (2022) oraz powieści Land (2022). Nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius i dwukrotnie do Nagrody Kulturalnej „Gazety Wyborczej” wARTo. Jego wiersze były tłumaczone na język angielski, ukraiński i rosyjski. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.

  • Miłka Malzahn – Dziennik Zmian (6)

    Jest nas wielość: Opowiadaczy - Homerów - fabuł. Nie ukrywam - jestem opowiadaczką. Świat mojej narracji jest całym moim światem; wydarza się na moich oczach i posiada aktywne komentarze. Jestem opowiadaczką, chociaż nie przynosi to jakiś szalonych profitów oprócz tego, że potrafię niemilczeć w każdej sytuacji życiowej. Milczeć też potrafię. Wtedy, kiedy opowiadam sama sobie rzeczywistość, używając wewnętrznego głosu - milczę.  Tak jest, gdy piszę: felieton, książkę, list, wpis na Substacka. Cokolwiek. Milczę sięgnąwszy czarnej kropki jakiegoś życiowego dna. To jest głuche milczenie. Milczę i czerpię siłę z tej czarnej dziury. Za jakiś czas wszystko zamieni się w słowa. Zawsze tak jest. Nas, opowiadaczy jest wielu. Nie każdy się tym chwali, nie każdy ćwiczy, nie każdy przyznaje się do tego, że przekłada wyobraźnię na materię (bo tak to jest, tak jest), nie każdy krzyczy, że poezja jest drogą wyjścia z wielu sytuacji. Niektórzy opowiadają siebie tylko bliskim. Niektórzy nie wychodzą z szuflad. Ale i tak świat i życie nam wszystkim się wydarza. Kluczowe jest panowanie nad fabułą. I tego dotykam tutaj, by odpowiedzieć na podstawowe pytanie opowiadacza: hej, ale kto to mówi? i nucę sobie: Jesteś fabułą. Jestem fabułą. Jesteś fabułą. Jestem fabułą. Jesteś fabułą. Jestem fabułą. Jesteś fabułą. Jestem fabułą. Jesteś fabułą. Jestem fabułą. A potem, już jako fabuła, pragnę zostać Homerem swoich czasów ;) Jest nas wielość: Opowiadaczy - Homerów - fabuł. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Nieustannie łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy offowy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami, a najbardziej regularnie – prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.

  • Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (6)

    24 marca 2022. Koniec analogii Mija miesiąc tej wojny. Trzeba wreszcie sobie to jasno powiedzieć, że nie ma porównania ani analogii. Owszem, wygrzebywane parafrazy do polskich powstań, wojen, obron, heroizmu, są czasowo użyteczne. Bo tak się mówi drugiemu jak bliski jest ból, rozpacz, gniew. Ale nie wszystko da się przeniknąć. Na przykład spokoju z jakim idą walczyć. Nie mówią, nie piszą o walce. Mówią o robocie, pracy. Jakby szli zaorać pole, wyrwać chwasty. To ta prosta, chłopska solidność, upartość, zawziętość. Na to nie ma rady. Robotę trzeba wykonać. Chwasty trzeba wyrwać. W tym dniu, miesiąc po ataku powiadam wam – nie ma już poręcznych analogii. To się dzieje po raz pierwszy. Mariupol w roku 2022 jest Mariupolem w roku 2022 a nie Warszawą w roku 1944 Kijów w roku 2022 jest Kijowem w roku 2022 a nie Warszawą w roku 1939 Witalij Kliczko jest Witalijem Kliczko a nie Stefanem Starzyńskim. Ukraińska Gwardia Narodowa w roku 2022 to Ukraińska Gwardia Narodowa w roku 2022 a nie pospolite ruszenie w 1656. (tak na marginesie - pospolite ruszenie nie było ochotnicze tylko obowiązkowe koledzy i koleżanki) Międzynarodowe oddziały ochotników na Ukrainie 2022 nie są Międzynarodowymi Brygadami w Hiszpanii w 1936 Ukraina w roku 2022 jest Ukrainą w roku 2022 a nie Polską w roku 1939 ani Finlandią. Ukraina jest sobą. Analogie to wyraz najgłębszej serdeczności,  ale nie mają żadnego pokrycia w stanie faktycznym. I może pora zacząć je wstrzymywać, żeby rozumieć co się dzieje. Może pora oddawać właściwy szacunek Ukrainie, Ukraińcom i Ukrainkom. Nie ustawiać ich w porównaniach budujących nasze serca. Ta wojna jest inna niż wszystkie z wielu powodów. I z tego miejsca zachęcam do trollowania firm takich jak Decathlon Polska Auchan Leroy Merlin Polska. Niech dzwonią do swoich szefów albo szefów swoich szefów, niech im powiedzą, że interes się spierdolił. Nigdy też w dziejach wojen łączność, świadomość sytuacyjna, autonomia pojedynczego żołnierza, drużyny, plutonu nie była tak duża, tak ważna i tak decydująca. I widać że Ukraińcy potrafią w to grać, a putlerowcom wydawało się, że potrafią, ale okazało się, że nie. Putlerowcy nie wiedzą gdzie są i po co. A Ukraińcy i Ukrainki wiedzą. I robią co mają do zrobienia. Wyrywają chwasty. To chłopski naród, wytrwały, nie męczy się łatwo. Nigdy też w dziejach NATO nie udzielono tak dużego wsparcia krajowi nienatowskiemu. Nie wierzycie mi? A naprawdę wierzycie w tych ochotników, emerytowanych snajperów w wieku 30 lat jadących z półcalowymi giwerami do Ukrainy? I wierzycie, że Ukraińcy, chociażby dzisiaj, tak na oko trafili w dwa desantowce w pocie w Bierdańsku? Jeden zatonął, drugi się ładnie fajczy. (Do piekła, do piekła) Wierzycie, że mieli przed wojną nieskończone zapasy NLAW, Javelinów i amunicji do Bayraktarów? Że to historia jak z Kołodzieja Piasta, że strzelają, strzelają a magazyny ciągle pełne? Że nikt im ich nie dowozi? I wierzycie, że przypadkiem ukraiński snajper wie gdzie i kiedy ma być na pozycji, żeby ustrzelić putlerowskiego pułkownika czy generała? Już nawet nie liczę kolejnych główek w tej rzezi korpusu oficerskiego jakiego nie widział świat od dawna. (Do piekła, do piekła) Oczywiście - putlerowcy chcą zdemolować Ukrainę, skoro nie mogą jej podbić. Dlatego nadludzkim wysiłkiem - co może umykać w powodzi drobnych newsów - armia ukraińska odpycha na ile się da wysunięte pozycje putlerowców od swoich miast. Nie wygląda to efektownie, ale jest efektywne. Chodzi o odsunięcie pozycji artylerii. Bo wbrew propagandowemu okrzykowi o "No fly zone" większość masakr ludności cywilnej powodują przede wszystkim nawały artyleryjskie, a nie bombardowania lotnicze czy uderzenia rakiet. Dlatego te kontrataki pod Mikołajowem, Charkowem, Sumami, Ochtyrką. Żeby odsunąć pozycje artylerii. Patrząc po mapach tej wojny - ta Ochtryka nie pojawia się w ogóle a to chyba największy sukces ukraińskiej armii - wycięcie całego ramienia kleszczy w rejonie Ochtyrki. Moje polskie serce jest oczywiście w Mariupolu. Moje polskie oczy chciałyby widzieć odsiecz Mariupola. Moje polskie uszy chciałyby słyszeć głos trąbki kawalerii i głos jakiegoś rotmistrza rzucającego krótko trębaczowi - graj bracie! Ale nie wiem czy doczekamy odsieczy Mariupola czy chociażby załamania oblężenia. Nie wiem jak potoczy się ta wojna dalej. Po miesiącu walk w 1939 na mapach sztabowych został Hel i grupa Niepokonanego Kleeberga, gdzieś między cęgami Wehrmachtu i sowietów. Coś ze zgrupowania KOP szykowało się do bitwy pod Szackiem. Dogasały ognie pod Tomaszowem. Do Warszawy wkraczało feldgrau. Po miesiącu walk w 2022 roku Kijów nie jest okrążony a podobno nawet to pod Kijowem w okrążeniu są putlerowcy w sile dwóch brygad. Jeżeli to prawda, to zobaczymy ładną kolumnę jeńców idącą przez Hreszczatyk i może jeszcze Instytycką w górę, gdzie mają pochylić głowy gnoje przed pierwszą, Niebiańską Sotnią tej wojny. Po miesiącu wojny w 2022 roku broni się Charków, Sumy, Mikołajów, Siwierodnieck, Ochtyrka, Sumy, Czernihów i krwawy, niepokonany Mariupol. Analogie się kończą, bo w 1939 nikt nie był z Polską, a teraz wielu jest z Ukrainą, i tak ma być, ja też jestem moim polskim sercem za Ukrainą, właśnie dlatego, że wtedy Polska była sama, żeby już nikt nigdy nie był sam. Analogie się kończą, bo nigdy w dziejach znanych mi wojen nie trafiło na tak upartych, wytrwałych dzielnych, sprytnych odważnych wojowników. Nie przestaje mi brzmieć w głowie zdanie Starego Szwejgerta zapytanego, jaki jest najlepszy żołnierz na świecie? Odpowiedział, że nie Polak, nie Rosjanin, nie Amerykanin, ale Fin. Bo Fin, mówił Stary Szwejgert, zakopie się w śniegu i będzie czekał, dzień, dwa, aż się doczeka na dobry cel, wtedy strzeli, zabije i zniknie w śniegu. (wiedział co mówi, był w zwiadzie sowieckim w czasie tej wojny) Myślę o zdaniu Starego Szwejgerta pamiętanego jako rozmazany portret z dzieciństwa, kiedy przypomina mi się film z ataku putlerowców na Browary dwa tygodnie temu. Kolumna ruskich czołgów wjeżdża między domy jak na defiladzie i wtedy spomiędzy budynków, z odległości mniejszej niż sto metrów, tak że spudłować się nie da, w bok czołgu trafia pocisk, zapewne NLAW. Albo Carl Gustaw. Myślę o tym żołnierzu, który trzymał ten granatnik i czekał, czując w trzewiach drżenie ziemi pod gąsienicami kilkudziesięciu czołgów. Bo jak jedzie jeden czołg, to czujesz drżenie ziemi. Naprawdę podskakują małe kamyczki jak na kreskówkach dla dzieci. A jak jedzie ich kilkadziesiąt, to nie wiem jak się można czuć. I on tam jest i czeka. Ale on nie jest Finem w roku 1939. On jest Ukraińcem (albo Ukrainką) w roku 2022. Bo Ukraińcy i Ukrainki nie są już i nie będą nikim innym nigdy. Ukraińcy i Ukrainki są sobą. 27 marca 2022. Głosy Słuchaj tych głosów żałosnych żarliwie, nim brzask poranny uciszy je w niebie i nowe miasto w napiętej cięciwie dni tryumfalnych na nowo pogrzebie. Słuchaj tych głosów, bo po to szczęśliwie ocalon został w tragicznej potrzebie, byś chleb powszedni łamał sprawiedliwiej i żył za tamtych i za siebie lepiej. (Tadeusz Gajcy, "Śpiew murów") Minął miesiąc. Masa rozszczepionych, rozproszonych głosów. Ledwo coś napiszesz, coś nowego się dzieje, a nie zawsze pasuje do opowieści. Brytyjskie Ministerstwo Obrony zaczyna swój codzienny raport z wojny słowami: "The illegal and unprovoked invasion of Ukraine is continuing. " Każdy język ma swoje specyficzne brzmienia i nadaje się do adekwatnego nazywania określonych rzeczy na tym świecie. Tak myślę. Angielski też ma swoje supermoce. W tej powyższej frazie ukazuje się cała godność i uroda angielskiego. Stanowczy, elegancki, rzekłbyś, statement. Przypomnienie podstawowej prawdy w krótkiej frazie. "The illegal and unprovoked invasion of Ukraine is continuing. " Żeby nie zapomnieć kto zaczął i na jakiej podstawie. Żeby nie dać się wpuścić w symetrystyczne pierdolenie peacemakers of the west. Jest napastnik, musi przegrać, oddać co zrabował, naprawić co zniszczył i wypłacić wdowom i sierotom odszkodowania. Co rano dla mnie najważniejsze strategicznie jest to, że wojska baćki ciągle stoją z bronią u nogi i baćka, wąsaty kniaź kartoflanki nie bardzo ma chęć na dołączenie do rzezi. A dopóki z kierunku Brześcia wzdłuż naszej granicy nie pędzi pancerny zagon - możemy przyjmować uchodźców, może iść przez naszą granicę transfer uzbrojenia, wyposażenia, pomocy humanitarnej i niehumanitarnej. Także taniec baćki, mimo że budzi pogardę, bo to dygi tchórza, co próbuje grać męża stanu - ma ogromną wartość strategiczną. Ukraina, mówiąc obrazowo, ma się o co oprzeć plecami i chociaż z tej jednej strony czuć bezpieczeństwo. A wczoraj z okazji Dnia Niepodległości Białorusi przysięgę złożył ochotniczy białoruski batalion imienia Konstantego Kalinowskiego. Zajrzyjcie do chłopaków. Батальён "Кастуся Каліноўскага".  Przysięgali na pamięć Kalinowskiego - bohatera 1863 roku naszego i Ich i jeszcze Litwy i na Kościuszkę, który też dla Nich jest bohaterem. Mamy wspólną historię. Dla wszystkich jej wystarczy. Tymczasem kacapy drepczą w miejscu i kolejny dzień czytam mądrych, którzy ostrożnie sugerują, że wojska putlera się przegrupowują. No i tak kolejny tydzień. Wiele wskazuje na to, że pod Mikołajowem skutecznie przegrupowują się w kierunku ogólnym na Chersoń. Czyli się cofają pod kontrnatarciem Ukraińców. Kojarzycie Mera Mikołajowa? Nazywa się Witalij Kim, zasłynął skarpetkami wyłożonymi na biurko w przerwie walki. Taki typowy Ukrainiec, co nie pęka, tylko mówi, że moment, zaraz pogadamy, tylko pójdziemy chwilę popracować, bo kacapom trzeba spuścić wpierdol. Tam między Chersoniem a Mikołajowem jest też to słynne lotnisko, które było atakowane przez Ukraińców, jak ktoś skrzętnie policzył, dziesięć razy. Tak jakby się kacapy o słabej psychice umawiały tam na zbiorowe samobójstwa. Także przegrupowanie trwa i przyjmuje czasem postać wpierdolu. Czego wam i sobie serdecznie życzę. A skoro o samobójstwach mowa - rosyjski Minister Obrony Narodowej Poprzez Nieustanną Agresję, Siergiej Szojgu miał podobno zawał serca. Ja się wychowałem w czasach kiedy istniało ZSRR i na te zawały to się mówiło, że to był zawał kalibru 7,62 milimetry albo ołowica radziecka. W tym miejscu zwyczajowo mówiło się też dowcip o Radio Erewań, że słuchacze pytają Radia Erewań, czy to prawda, że Majakowski popełnił samobójstwo? Radio Erewań odpowiada  - dokładnie nie wiadomo, ale jego ostatnie słowa brzmiały "Towarzysze, nie strzelajcie!". I skoro jeszcze o samobójach mowa. Liczba generałów kacapskiej armii, którzy poszli do piekła wzrosła do siedmiu. Nie licząc Szojgu, o ile to prawda. Pułkowników nikt nie liczy bo już chyba dwójka z przodu tej cyferki, chociaż wypłynęła ostatnio ciekawa informacja, że żołnierze 37 Brygady Zmechanizowanej armii putlerowskiej przejechali swojego pułkownika czymś gąsienicowym i pułkownik pagib. Ogólnie mieli różnicę zdań co do jakości dowodzenia i celowości wydanych przez kamandira rozkazów. Takich rzeczy Rosja chyba nie widziała od 1917. Ale oczywiście to rok 2022 i wszystko może być zupełnie inaczej. Skojarzenia to przekleństwo. I jeszcze takie newsy - niektóre mają więcej niż 24 godziny, ale są warte tego by je zacytować dla pamięci potomnych: "Przedsiębiorstwa Uralwagonzawodu i Czelabińskiej Fabryki Traktorów, które produkują i naprawiają czołgi i inne pojazdy opancerzone dla Sił Zbrojnych RF, wstrzymały pracę. Prace zostały wstrzymane z powodu braku niezbędnych komponentów zagranicznych. Według Defence Express „Uralvagonzawod” to jedyne rosyjskie przedsiębiorstwo, które seryjnie montuje czołgi, zarówno na potrzeby armii rosyjskiej, jak i na eksport. " A tymczasem Ukraina ma więcej czołgów niż przed wojną - dzięki oczywiście porzuceniom sprzętu. Portal Oryx jako "abadonned" czyli porzucone i "captured" czyli zdobyte wskazuje odpowiednio 228 i 685 pojazdów opancerzonych w tym samych czołgów - 41 porzuconych i 125 zdobytych. A to są czołgi tych samych typów jakie mają Ukraińcy. To nie są "Pantery" w rękach Powstańców Warszawskich których nikt nie umiał obsłużyć. I jeszcze taka uwaga, że Oryx analizuje ujawnioną dokumentacje zdjęciową i filmową, zatem podane liczby mogą być większe. To, co podaje Oryx, to jest takie pewne na mur-beton. 930 porzuconych i zdobytych pojazdów pancernych w miesiąc. Ludzie. Tego Finlandia nie widziała. I kolejny news. "W obwodzie sumskim narasta problem związany z rozkładem zwłok żołnierzy agresora. Strona rosyjska ma nie odbierać ciał zabitych, zaś Ukraińcy, z uwagi na blokadę połączeń kolejowych, nie są w stanie dostarczyć do tego rejonu specjalnych chłodni. " Nie dalej jak dwa dni temu u Marcina Ogdowskiego czytałem, jak to na wojnie w Afganistanie chłopcy stracili kolegę, dostał w drzwiach lepianki i padł na twarz do środka. Tamci się odstrzeliwali we wszystkie strony i nie było jak ugryźć, na radio amerykanie mówili, żeby się odsunąć, bo rozwalą punkt oporu z "Hellfire", ale nasi krzyczeli, że nie ma mowy, że nasz tam został, żeby nie rozwalali chaty. No i dostali swojego kolegę, nie żył już, ale pochowali go normalnie, z honorami. Taka zasada. Naszych – żywych czy martwych nie zostawiamy nigdy. Normalna w normalnych armiach. Nie w kacapskiej. Kacapy nie chcą swoich poległych bo musieli by wówczas przestać kłamać swoim, że to taka operacja specjalna a nie rzeź. A Ukraina nie przestaje zdumiewać. W kierunku odwrotnym niż uciekinierzy granicę z Polską przekroczyło 296 tys. osób. Ale w tej liczbie jest nie mniej niż 80 tysięcy chłopaków, którzy rzucili wszystko i wrócili bo kraj w potrzebie. Nie dlatego, że ktoś im kazał. Dlatego, że chcieli. I ostatni news na dzisiaj: "Jestem gotów dobrowolnie oddać się do rosyjskiej niewoli w zamian za umożliwienie ewakuacji dzieci z Mariupola; potrzeba mi trzech dni na zorganizowanie misji ewakuacyjnej, następnie mogę zostać zatrzymany - napisał w czwartek na Facebooku ukraiński generał policji Wiaczesław Abroskin. W zupełnie zniszczonym Mariupolu pozostało wiele dzieci. Jeśli nie uratuje się ich teraz, umrą w ciągu najbliższych dni. Chodzi już o godziny. Dlatego zwracam się do rosyjskich okupantów - stwórzcie możliwość ewakuacji dzieci z Mariupola, a na ich miejsce proponuję oddać się do waszej niewoli. (...) Zrobię to na ostatnim punkcie kontrolnym" - poinformował Abroskin" Znając kacapów pewnie generała Abroskina by wzięli a dzieci nie wypuścili. Bo to jednostronna wojna. Mój synek ma pięć lat i ma zapisane gdzieś z tyłu głowy, że wojna jest dwustronna i jego dziecięca logika dzieli wszystko na dwa. Wczoraj rysowaliśmy potwory. Tymek narysował potwora i mówi, to jest dusza Putina, bo Putin nawet jak jest ładny to duszę ma brzydką, dlatego tak go narysowałem. A tutaj jest taki sympatyczny potworek, on jest polsko-ukraiński. A potem mówi, narysuję prezydenta Ukrainy, ale też jako potworka. I rysuje, wychodzi mu takie serce na dwóch nogach, ale potem dodaje jakieś paszcze. - Co to jest? - pytam chłopaka - No paszcze, bo on na pewno też potrafi być zły i tam wies, bombarduje rosyjskim dzieciom szkoły - No więc synku właśnie ta wojna jest taka, że to Rosjanie napadli na Ukrainę i tylko oni bombardują szpitale, szkoły, sierocińce, schroniska dla zwierząt, teatry. - I nikt w tym domu nie jest za Rosją? - Nie! - odpowiedzieliśmy chórem z Małgosią. - A w rodzinie? - Nikt - Ale to wszyscy Rosjanie są źli? - Nie, tego nie powiedziałem. Państwo rosyjskie jest złe, synku, państwo rządzone przez Putina napadło na naszych przyjaciół i znajomych, dlatego wszyscy jesteśmy sercem za nimi. Ale są też bardzo odważni Rosjanie i Rosjanki, którzy potrafią wyjść na ulice i krzyczeć, że nie chcą tej wojny i ich podziwiamy i życzymy wszystkiego dobrego. - I oni będą rządzić w Rosji? - Mam nadzieję synku. - I wtedy tam pojedziemy? - Takie mam marzenie. Ale najpierw pojedziemy do Ukrainy. Tymczasem Aleksiej Nawalny dostał dodatkowe dziewięć lat łagru za odwagę i mówienie prawdy. Nie mniej niż piętnaście tysięcy Rosjan i Rosjanek siedzi w aresztach, wielu dostało grzywny. "The illegal and unprovoked invasion of Ukraine is continuing. " Radosław Wiśniewski  (ur. 1974) – animator, promotor literatury piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.

  • Grzegorz Wróblewski – earth research (2)

    Grzegorz Wróblewski  (ur. 1962) - artysta wizualny, autor książek poetyckich, prozatorskich i dramatów; m.in. Ciamkowatość życia (1992/2002), Planety (1994), Dolina królów (1996), Prawo serii (2000), Pomieszczenia i ogrody (2005), Hologramy (2006), Noc w obozie Corteza (2007), Nowa kolonia (2007), Hotelowe koty (2010), Pomyłka Marcina Lutra (2010), Dwie kobiety nad Atlantykiem (2011), Wanna Hansenów (2013), Gender (2013), Kosmonauci (2015), Namiestnik (2015), Choroba Morgellonów (2018), Implanty (2018), Miejsca styku (2018), Pani Sześć Gier (2019), Runy lunarne (2019), Tora! Tora! Tora! (2020), Cukinie (2021), Letnie rytuały (2022), Niebo i jointy (2023). Tłumaczony na kilkanaście języków, m.in. na język angielski, zbiory: Our Flying Objects – selected poems (2007), A Marzipan Factory – new and selected poems (2010), Kopenhaga – prose poems (2013), Let’s Go Back To The Mainland (2014), Zero Visibility (2017), Dear Beloved Humans (2023). W Bośni i Hercegowinie Pjesme (2002), w Czechach Hansenovic vana (2018). Brał udział w licznych wystawach zbiorowych i indywidualnych (malarstwo, mixed media, instalacje) w Polsce, Danii, UK i Niemczech. Autor książki asemic writing Shanty Town (Post-Asemic Press, USA, 2022) oraz książki-obiektu z poezją wizualną Polowanie (Convivo, 2022). Mieszka w Kopenhadze.

  • Xabier Cordal - wiersze

    *** Zobaczyłem pierwszy obraz to był czarny krzyż pochowany u podnóża drzwi domu nie wiedziałem, co to jest nie mógłbym zacząć książki     od napisania krzyża krzyże oznaczają zbyt wiele rzeczy czekałem zatem aż zwolni się miejsce pozostawał ze mną    miesiącami jak porzucony wers był z metalu w odpowiednim rozmiarze by toczyć się po mojej dłoni potem zobaczyłem ścieżkę    tak widziałem ją naprawdę za bramą zaniedbaną przez właścicieli być może wyjechali nieumyślnie    stworzyli    romantyczny ogród trawa wspinała się na krawędzie betonowej alei język zielonego mchu zapieczętował ślady kół przejeżdżały obok gdy ta posiadłość tętniła życiem jeśli drzewa pozostają samotne    rodzą się groby chwiejące się gałęzie    listopad zamykał mi oczy oddawały cień drzwi do wewnątrz mleko chore    ciche w kuchni    ona mężczyzna bez grzbietu śródatlantyckiego „nie chodź wyprostowany”    nakazali mi wycofując zamyśloną dłoń z kraty i podążając długą drogą prowadzącą do mojego pokoju nauczyłem się czytać na połamanych kościach nocy pod żarówką z wosku tutaj     w słonecznym splocie    w grocie winy kiedy dni bolą tak bardzo wierzymy że jesteśmy nieśmiertelni jeszcze raz dzięki pisaniu tej ziemi która zapomina nazwy rzeczy zacisnąłem dłoń na zimnym żelazie splątały się korzenie    łodygi i niebieskie drzwi *** boisz się ptaków ponieważ są starsze niż twoje oczy *** nic ci nie powiedzieli, w kształcie łabędzia się rodziłeś ale w końcu rozpoznałeś morze przez okno pomyślałeś: pochowajcie mnie w piosence pozostań w samym środku cały czas wiruj bez nostalgii, co za różnica, wybrzeże czy interior dla ciebie pieśń mulnika na jarmarku wszystkich świętych w gontán płynie smutno palonych kieliszkach i jest, i nie ma raju *** Uważasz, że to możliwe, by błękitny ocean rozstąpił się na dwoje?  Im bardziej oddalasz się od połyskującej równiny morza  tym staje się większa i większa. Tak jak miłość wewnątrz ciała Być może potrafisz spacerować po falach  które przychodzą i odchodzą  – wydają się rozmawiać bez końca ale to tylko zwierzę, które oddycha –  i wznieść toast  grzbietem dłoni do świeżej piany Pożądanie jest bogiem Jeśli miłość trwa wiecznie wracaj do swej samotności *** dla Mariam Ferreira i Chus R. Piñeiro Heloiza powiedziała mi pewnego wieczoru (tak, pamiętam szczegóły; myślę, że to przez Pindara i tamten czas teraźniejszy, który odmówił w sierpniu, tam gdzie Penalba odejścia z resztą czasu na ciemnym grzbiecie rzeki Sil) że poeta to ten, który pozwala, by pod jego podniebieniem narodził się ul Wtedy to zobaczyłem zobaczyłem, jak pszczoły zawieszają całe popołudnia nieważkie i ciepłe, na swoich skrzydłach słodkie brzęczenie innego świata Minął wiek Nikt nie zdoła tego wyrazić, opustoszałe ule niczego nie obiecuje tym razem ta ziemia jałowa która była stacją przesiadkową i zdołaliśmy mówić tylko o symbolach wiatr się rozchorował Poznasz królestwo zła po nieobecności pszczół tłum. Marta Eloy Cichocka Xabier Cordal – galicyjski poeta, absolwent filologii i nauczyciel języka galicyjskiego. Pracował jako felietonista w prasie cyfrowej (Vieiros, 2004-2010) i pisanej (O Correo Galego i Galicia Hoxe, 2007-2011), współpracował również z różnymi czasopismami artystycznymi i literackimi (od 1985 roku). Jako poeta znany jest zarówno z swoich indywidualnych zbiorów wierszy Arianrod (1993), Fruto do teixo (1994), Afásia (1997), A vella peneira a noite (2001) transmuta (2012), resistencia da auga (2018), jak i publikacji zbiorowych Unicornio de cenorias que cabalgas os sábados z kolektywem Ronseltz (1994). Jego twórczość znajduje się w rozmaitych antologiach. Jest również autorem tomu opowiadań Relatos para televisión (2019) i tekstów piosenek. Był scenarzystą filmu telewizyjnego A mariñeira (2008). Wybór załączonych przekładów autorstwa Marty Eloy Cichockiej jest owocem XII Obradoiro Internacional de Tradución Poética na wyspie San Simón w hiszpańskiej Galicji.

bottom of page