top of page

Znaleziono 223 elementy dla „”

  • Michał Piechutowski – pięć wierszy

    eutanazja możliwe że pamiętałaś powojenną biedę a może nawet pierwsze lata odzyskanej niepodległości znaliśmy się dobrze dla mnie byłaś od zawsze a dziś jeden urzędniczy enter klawisz niepozostawiający znaku graficznego i już cię nie ma tylko dlatego że byłaś starą topolą Mój różaniec Pięćdziesiąt lat Jak pięć dziesiątek różańca Z pomieszanymi tajemnicami Najwięcej było Bolesnych Choćby od przekłuwania uszu Wrześniowe chłodne popołudnie Top Market przy Grójeckiej Zbliżając się do wyjścia Zobaczyłem leżącą na ziemi Umierającą osę Nadszedł jej czas i zaradzić temu Nie mogła nawet obfitość Owoców tropikalnych w sklepie Przyklęknąłem przy niej I próbowałem podnieść paragonem Walczyła jak o życie Nie dając się nagarnąć Weź pan to zabij! - mówiły oczy ludzi Patrzących na moje poczynania Udało się umieścić ją na dłoni Lekko otoczyłem palcami Nie chciałem by skończyła tutaj Rozgnieciona butem lub mopem Zobaczyłem w niej piękno młodości I starczą bezradność Bohaterstwo I wołanie o pomoc Tym wszystkim wtedy była Całym swoim życiem w tej jednej chwili Ze sklepu zaniosłem ją Na jedno z ukrytych podwórek Za fasadami starych domów Położyłem na trawie By mogła spokojnie odejść Czy ten gest miał jakiekolwiek znaczenie? Aranżacja wnętrza '93 Moje wnętrze Zagracone starymi ideami I marzeniami o lepszym świecie Nie ma czym oddychać Nie ma się gdzie ruszyć By się nie potknąć o naiwność Albo nie strącić empatii jak wazonu Cały ten bajzel wyniosę na śmietnik Wolne ściany zapełnię własnymi portretami Na półkach ustawię samozadowolenie Unikać jak ognia muszę zbierania Niepotrzebnych rozterek Uczucia zamknę w lodówce obok Jałowych wspomnień Psują tylko powietrze i gromadzą kurz Jeszcze tylko garść nowinek obyczajowych I zdrowia bo zdrowie jest najważniejsze I przestrzeń! Dużo przestrzeni! Pustej! Już Gotowe Potęga myśli Każda myśl o tobie Przekroczenie masy krytycznej Nic nie zostaje w promieniu Kopnięcia lub ciosu pięścią Każda myśl o tobie O jeden kamyczek za wiele By powstrzymać lawinę Katastrofalnych następstw Każda myśl o tobie Przybliża do mnie wieczność Coraz trudniej się trzymać By nie wpaść do jej pyska Michał Piechutowski (ur. 1973) – młody, zdolny, atrakcyjny. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania magazynier/archiwista w szpitalu.

  • Jarosław Barańczak – cztery wiersze

    Chełmoński niekompletny Szczególnie jesienią życie staje się łatwiejsze. Plecak jest lżejszy, dźwigasz tylko te przyczajone chmury, z których deszcz. I powietrze jak głęboki wdech. W pożółkłych trawach strzępy lata, słyszysz odjeżdżający pociąg, i żaden żal. We wrzosach jeszcze brzęczy, taka wspólnota trochę zapomniana, głogi cierpkie, ale nie namawiają do ucieczki. Jesteś obok - skupienie na sprawach dawnych. Omszałe kamienie w miękkiej ciszy zagadują groźny czas przeszłych letnich burz. W schronisku okiennice jeszcze otwarte, łóżka piętrowe namaszczają związki z dróg całkiem osobnych. Rano rozsypują się jak szyszki porwane wiatrem. Żółty liść przykleja się do buta, w niebo gapią się jakieś obce dzieciaki. Bociany odleciały wcześniej, taki Chełmoński niekompletny. I tylko ten dzwonek nieznośny. Nie ma go, uzgadniamy. Chowamy się pod pałatkę - trochę pada. Zasłuchanie Śnił mi się Ganges, rozlany jak balia po tysiącach kąpieli, i nocne ognie. Każdy ma swoje święto światła, kiedy płomień pochłania stosy marzeń. Unoszą się pyłem w wilgotnym powietrzu, zetlałe lądują w odmęcie. Śniło mi się jezioro. Buki na wysokich brzegach, czerwony dach leśniczówki. Jesień, która płonąc umyka od cierpkiego smaku, ciemność, gdzie wciska się tupot borsuków, przeloty perkozów. Zasłuchanie. I śniły mi się szczyty gór. W jaskrawym słońcu odległe. Niebo czyste, wyprane, już suche. Ścieżki zdeptane tropami wędrowców, plecaki pełne wszystkiego, i lęk. Schronisko, gdzie odprawia się życie i sarny, które podchodzą pod okna. Ostrokrzew Tej zimy wokół ostrokrzewu kręci się sporo kosów. Czarne ruchliwe plamy na białych obrusach, w żółte szczypce wpadają czerwone okruchy, głód zostaje gdzie indziej. W białym od słońca afrykańskim powietrzu.  Wiruje piasek, niesiony suchym wiatrem; drobiny śniegu osypują się z krzaków, fatamorgana za oknami. Murzynek Bambo, unieważniony koleżka z wierszyka,  który już tu nie mieszka. Powietrze drży i rozmywa się nad wyschniętą sawanną. Pełno zimy wokoło. Twierdzisz, że nie jest łatwo brnąć przez  pory tego świata, to na co komu jeszcze inny. Tylko niekiedy nocą, słuchając jak topnieją śniegi, mówisz, że znów potrzeba jakiegoś odkupienia. Sanktuaria Myśl o reinkarnacji kazała mi oszczędzić karalucha. Szedł po ścianie w indyjskim pociągu. Szczelnie wypchanym kolegami mojego kolegi. Stos jego dziadka, świeżo zmarłego, nie spłonął na brzegu świętej rzeki. Zabrakło mu łutu szczęścia. Wieczność oddaliła się dużo dalej, niż cel naszej podróży. W wąwozach uliczek Katmandu natknąłem się na stragan. Kilka much snuło się wokół wyschniętych skrawków mięsa. Po sanktuariach placów nie włóczyły się krowy, choć zapewnione miały święte życie. Głód był tu duchowym żarem, wsłuchiwaniem się w głos kosmicznej harmonii. Płynący ze skłębionych nad głowami, niekończących się drutów i kabli. A w telewizji mówili, że w Małopolsce zmarły co najmniej dwie osoby. Po zjedzeniu galarety, przygotowanej z mięsa zwierząt domowego chowu. Zajął się tym prokurator. O duchowym pierwiastku zdarzenia nikt nie wspomniał. Jarosław Barańczak – doktor nauk technicznych, były dyplomata, autor dwóch tomów wierszy, w tym Znaku nagrodzonego Lubuskim Wawrzynem Literackim. Wędrowiec. Na stałe we Wrocławiu.

  • Jacek Sadkowski – wiersze 

    Sanctus Czy ryby jeszcze drżą w oceanie Czy wiatr się zrywa czy bije dzwon Czy przyjdziesz znów daleko stąd Opowieść zimowa, Armia sroka na brzozie kawka na wierzbie niebiański wilk księżycowo mlaszcze niebieskim jęzorem. wiatr wieje. [nie obchodzą ich ludzie] [nie ma nas w ich świecie] wiatr wieje tam gdzie chce i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża. tak jest z każdym, który narodził się z Ducha*. a kto tu narodził się z Ducha? tu nie wolno nikomu podążać tam gdzie chce. nie ma nas w Duchu. Ducha nie ma w nas. wymyśliliśmy sofizmy teizmy agnostycyzmy hermeneutyki solipsyzmy niestyczne linie styczne niestykające etyki dialektyki nakazy zakazy. stosy kazamaty. trucizny. wszystko co jest nakazane jest zakazane. nie ma w nas zdolności widzenia Ducha. oślepliśmy. z Niego i z Nim jest brzoza sroka wierzba kawka niebiański wilk o księżycowym spojrzeniu. [nie obchodzą ich ludzie] [nie ma nas w świecie] ______________ * J 3, 5-8 Róża Różewicz Kadżagugu na lekcji polaka w ogólu wiecznie skacowany psor władek rozwrzeszczał się że jesteśmy bandą debili których nic nie rusza. a nie rusza dlatego że nie czytamy polskiej poezji współczesnej. a nie czytamy bo nic nie kumamy. a nie kumamy bo mamy mózgi przeżarte wiejskimi dyskotekami z chujową muzyką. miał trochę racji. klasa o profilu podstawowym czyli bez. trafiłem tam za karę na rok i czułem że zejdę przedwcześnie samopowieszony albo po zapiciu bimbrem kilku blistrów relanium. wszyscy dookoła żyli tańcami disko i kłótniami gdzie było fajniej w zeszłą sobotę - w brachlewie ryjewie czy kurwa sadlinkach rozpędzinach tudzież nowymi laskami limala kadżagugu gazebu hjumenlig. szaro zimno parszywie. to wtedy w czasie wagarów kupiłem tomik nieznanej mi lipskiej. nie o śmierć tutaj chodzi i chwycił mnie poważny poetycki haj. we łbie mi się przestawiało z wrażenia że jest ktoś kto tak myśli widzi zapisuje cudaniewidy. wyśpiewałem władkowi o lipskiej i w ogóle o tym co czytam myślę a on z pogardliwym wydęciem warg powiedział że gówno rozumiem i gówno wiem i wyciągnął z szafy tomik różewicza i przeczytał głośno że róża to kwiat albo imię umarłej dziewczyny i przez pół godziny tłukł mnie po mózgu kretyńską analizą skądinąd dobrego wiersza. a w tym czasie limal zaliczył gazebu kadżagugu z hjumenlig bzyknęli stado lasek w sadlinkach znudzone panny dłubały w paznokciach znudzeni kolesie układali poppersowskie grzywki poezja umierała we mnie rosła nienawiść do niewinnego różewicza. gdyby pisanie wierszy życie wierszem naturalne wierszożycie polegało na klepaniu drętwych formułek zostałbym fanem duran duran albo skawińskiego z kombi i wyjechał na wieczny fajf do ryjewa. katujący poezję skacowany władek i fani czajnakrajzis niczego nie kumali. nie kumali że są gotowym tłem wierszy wierszożycia zajebistego piękniejszego niż pierdyliard czerwonych róż Słodki flet i niski klucz Liryka, liryka - gorycz w piołunach, Rwijcie się, wijcie dźwięki na strunach, Obłęd wyzwolił mnie, w gędźbę przetopił, Muzyka! Muzyka! Nicość i popiół! Muzyka, Jan Brzechwa dobrze że ostatnio jakby mniej wszystkiego w okolicach głowy. jeszcze niedawno drobiazgi niepotrzebnie zajmowały dużo miejsca. niecierpliwie rozpychały się imiona tytuły nazwiska adresy. zapamiętane rysy twarzy budziły drgnienia elektryczne wibracje synaps przy rozmowie neuronów. jesień. w chłodach i szarościach przeciągłych przedświtów to wszystko niepotrzebne. wystarczy ogólne wrażenie. dźwięki. miłości. rozsypane nuty. pojedyncze słowa. trochę szepczących zmierzchem barw. przygasa świat. nazwy są nieistotne. nie wydaje mi się żeby prawda była w powiedzeniu stat rosa pristina nomine nomina nuda tenemus. nie widzę sensu w gromadzie nazw. nie chcę pamiętać nazwy róży chcę pamiętać jej ideę. to co budziła we mnie nieważne czy była różą czy pokrzywą kwiatem wilczego łyka. była różą. ideę róży zamyka w sobie flet. ideę fletu zamyka w sobie róża. jedna z kilku rzeczy które chcę pamiętać zamyka się w październikowym zmierzchu w katedrze. w muzyce którą tam widziałem. w potężnej ciemnej ciszy którą słyszałem. pięć grających dziewcząt przebranych w renesansowe suknie. próba opisania tego przy użyciu jakichkolwiek słów figur stylistycznych zabiegów jest z góry skazana na niepowodzenie. muzyki ciszy zapachu ciemności nie da się przełożyć na słowa. trzeba usłyszeć ciemność zobaczyć dźwięki nut. kije deszczowe guillaume dufay klawesy gwiaździste sklepienie josquin des prez przewodnie żebro. nieważne który rok jaka epoka. przed koncertem gdy niebo błyskało jeszcze światłem paliłem przed katedrą papierosa a z chmur wynurzył się październikowy klucz żurawi. ptaki leciały nisko nad zamkowym dachem zdawało się że mogę dosięgnąć je ręką. może to kiczowaty lanszaft sentymentalne wspomnienie banalnych ptaków i nocnego koncertu a przecież widziałem i słyszałem tam czystą i głęboką wieczność bez czasu. [cisza noc ptasie nuty tercja seksta polifonia] jest jesień. jesień w chłodach i szarościach przeciągłych przedświtów. potrzeba mi tylko garści piktogramów emotikon emoji ptak lot noc dźwięk katedra cisza wieczność cisza wszechwieczność wszechcisza. Armia cieni Oko do nieba, do ziemi trup Pomiędzy tym żałosna lampa słów Cały mój świat nie znaczy nic Ja Ciebie ścigam, wołam Cię, aby żyć Światło świeć, Światło prowadź mnie! Przebłysk; Armia nie powinienem tu wracać. od początku wszystko szło źle. mówiąc prościej wyglądało to chujowo. morze gotowało się w śnieżnym sztormie. nawet czterej pijani w sztok szwedzcy nafciarze zaprawieni w bojach i idiotycznym szczaniu pod wiatr rzygali jak koty. w pewnym momencie promem bujnęło tak mocno że wyrwało mnie z fotela prasnąłem o ścianę a tablet eksplodował szkłem. dziwacznie. największa łajba na bałtyku wiozła ledwie kilkunastu pasażerów obsranych ze strachu i wsłuchanych w hipnotyczny wiatr wyjący w sklepach z tanią wódką i w salonach kosmetycznych. widmowa załoga widmowego statku. terminal był pusty. mróz. ciemność. śniegu od zajebania. żadna taksówka nie jechała za trójmiasto. na szczęście przytuliłem się u kumpla w sopocie. nocna tułaczka uberem po zasypanych bezludnych ulicach to temat na kilka wierszy. rankiem spadłem ze stromych schodów z drugiego piętra. kumpel pozbierał mnie i przerzucił sto kilkadziesiąt kilometrów do domu. a w domu było jak to w domu. bardziej pusto niż pusto. dwie zebrowate amadyny które zwykły śpiewać na mój widok tydzień wcześniej odleciały z tęsknoty na nadrealną plażę którejś z sundajskich wysp. usiadłem. siedziałem bez ruchu przez kilka miesięcy. potem rozpakowałem walizki i dalej siedziałem bez ruchu. kupowałem czasem marchewkę i podlewałem kwiaty. ni stąd ni z owąd wielka szeflera po raz pierwszy od piętnastu lat wystrzeliła jasnozielonym pędem zakipiała musującą falą drobnych kwiatów. w paru ogrodniczych forach wyczytałem że muszę mieć zwidy bo szeflerze w domu nie mogę stworzyć warunków do kwitnienia. chyba że w tropiku. ale nie. mój krzak rozigrał się kwiatami. może szeflerze potrzeba ciszy i szelestów pustki ocierającej się o pustkę. wtedy kwitnie. potem w grudniu tuż przed świętami nagle rozbłysło światło w moim korytarzu. niby banał ale żarówka nawaliła kilka miesięcy wcześniej. z nawyku przy każdym powrocie do domu wciskałem w ciemności włącznik. bez skutku. aż nagle nagłe zapłonęło i płonie światło. teraz usiłuję zrozumieć - sztorm puste miasto lot z drugiego piętra. śmierć amadyn cisza. kwiat szeflery. światło znikąd. jeszcze jestem Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.

  • Karolina Sałdecka – dziewięć wierszy

    Powiedz mi tak jeśli chcesz mieć truskawki musisz wyjebać chwasty jeśli chcesz mieć chwasty musisz wyjebać truskawki G. Ryczywolski *** (chwasty siedzą głęboko…) maliny są twarde i smakują lasem. para Afgańczyków zrywała je nad ranem. może przeżyli może nie. układam na kuchennym blacie kształty z noża i zapałek. są tam figury geometryczne i człowiek. podczas spotkania online, które nazywamy callem, płaczę, szerując ekran i key performance indicators. rozlewam się i tężeję jak wosk: od zawsze wierzę w miłość, a dostaję awans. Przyczepy moja przyjaciółka mówi że ma problem z przyczepami ścięgien dlaczego widzę przyczepy pełne ścięgien? pod powiekami dla P. ty piasek ja błoto a wokół nas memy które tworzy się teraz nawet o śmierci świat dalej płonie kiedy spokojnie jadę rowerem przez puste miasto jest pełnia lata jeśli ktoś powie że kłamię będę nadal jeść truskawki początek i koniec wołają do mnie z bram pewnie nie wiesz jeszcze że mogę płynąć w nieskończoność i nigdy się nie męczę wciągają mnie twoje otwarte wody Sola dosis facit venenum zaczęło się tak że nikt niczego nie chciał: tłusty Egipcjanin z siwym wąsem i podobnej szarej galabii palił papierosa przy wejściu jego oczy jego dusza pył jego serce pył mimo to właśnie ten dzień pamiętam najbardziej ze wszystkich innych w tamtej chwili zrozumiałam że najbardziej słoną kroplą kiedy wychodzę z morza (bez tchu) jesteś ty Abu Simbel w starożytnej świątyni ludzie depczą sobie po palcach układają oczy włosy usta do zdjęć a przecież to na nic na ścianach wojownicy niewzruszenie strzelająz kusz przez sufit biegną czarne postaciktoś wylewa puchar z winem albo truciznązasypia ucieka przepada w ciemnościtak naprawdę nikt nie lubi tej świątyni wloką się do niej autokarami w środku nocy obowiązkowy konwój przenosi wszystkich do światła (co z tymi którzy pozostają w mroku?) faraon jest dumny i ma spokójrazem z piękną Nubijką spoglądają w stronę jezioranic sobie nie robiąc z porwań francuskich turystówi petów rzucanych na piasek w dużym markecie o niemieckiej nazwie pytam o chleb z ukrainy nie ma i nie będzie ale możesz zrobić go sama z zaplecza wychodzi do mnie piekarz wystarczy że najebiesz tam dużo kolendry kotku powiedział i masz swój chleb tak jak chciałaś tak jak oni mają nasze wszystko może mu dobrze w piekarni a jego mowa ma być bardzo crispy w polskim ciepłym smrodliwym piekiełku czuję jak jego skóra pachnie vifonem pikantnym z pietruszką Dwa słodkie wiersze krew w środku krzyczy biegnij zanim strach podstawi ci nogę nie lubię mężczyzn kiedy mówią nie myśl nie da się w nich na nowo zanurzyć są jak wyschnięte źródła wszystko się wtedy kończy: świerszcze piszczą jakby zjadały własny odwłok drzewa umierają w białym świetle księżyca jeszcze mieszka żar ale coraz słabszy ratuje mnie zapach rozgrzanych w ciągu dnia traw i liści mój przyjaciel lekarz podłącza mi wenflon mój przyjaciel lekarz miał już wychodzić z pracy dlatego jest w stroju kolarza mimo to zakłada gumowe rękawiczki zamiast tych na rower wpływają we mnie strużki poltramu ketonalu pyralginy rozmawiamy o ranach i złamaniach żeby odwrócić uwagę od palącego przedramienia po chwili jest nam lepiej wkładamy pod język dwa słodkie wiersze W ostatni dzień roku wymroziłam wszystkie moje kwiaty żeby sprawdzić śmierć (czy jest nieodwracalna). badylaste trupy widzę tylko przez szybę o ile zdecyduję odsłonić rolety. niedaleko rosja strzela do prawdziwych ludzi jak w grze. boję się: oddychać pić kawę prasować odkurzać jeść klopsiki w occie kochać mężczyznę (którego i tak kocham) podawać psu leki przytulać dziecko narzekać na pracę i durną szefową a przecież jest rosja. przyjdzie i po to Wadi El Gemal pociągi lądują jak wielkie statki kosmiczne ludzie szarpią mięso na tyłach starych magazynów kurwa mać płyną zdławione głosy bez koloru (gdyby były chociaż czarne) mgłę można przecież pić podzielić na hausty albo dopiero w gardle próbować dźwignąć ludzie szarpią wszystko co się da szarpią nawet cegły na tyłach starych magazynów ptaki pikują za szybko ku wilgotnej ziemi śnieg wypala rany po rosyjsku nocne statki kołują na oparach Karolina Sałdecka – polonistka i romanistka, doktor nauk humanistycznych. Publikowała m.in. w „Twórczości”, „Kwartalniku Literackim TEKA”, na stronach internetowych „Dekady Literackiej”, „Arteriach”, „Blizie”, „Autografie”, „Znaku”. Laureatka kilku ogólnopolskich konkursów poetyckich. Autorka zbiorów wierszy: Na własne oczy (2011), Psi blues (2016), Wieżowiec: zero (2020), Rekuhkara (2021), książki Żyjemy wciąż jeszcze na rusztowaniach. Wizerunek kobiety w polskich powieściach doby realizmu socjalistycznego (2013) oraz powieści Psycho Killer (2016). Mieszka w Bydgoszczy.

  • Marcin Mielcarek – Lubił się śmiać

    Paweł wyszedł z kuchni i udał się do salonu. Przez chwilę siedział w fotelu i patrzył na wyłączony telewizor, oglądał swoje odbicie w ciemnej toni matrycy. Potem wyjął smartfon z kieszeni spodni i zadzwonił do Norberta. – Zatłukłem swoją żonę – powiedział, kiedy tylko kumpel odebrał telefon. – Że co? – Nie mogłem zdzierżyć już jej ględzenia. – O czym ty mówisz chłopie? – O tym, że uważała, że nie mam jaj. No to pokazałem jej w końcu jakie mam do cholery jaja. Norbert od dziesięciu lat prowadził kancelarię adwokacką i był diablo dobry w tym co robił. Podobnie jak Paweł zarabiał furę kasy, którą przepuszczał bez większego żalu. Paweł pracował jako przedstawiciel handlowy w branży IT. Nie miał bladego pojęcia o tym całym programistycznym gównie, ale potrafił sprzedawać, posiadał do tego dryg, był z takich cwaniaków co to nawet łysemu wcisną grzebień. Obaj mieli duże domy pod miastem, nowe auta w garażu, pełną polisę na życie, oszczędności w złocie i obcych walutach oraz wakacje na życzenie w ciepłych krajach. – Słuchaj Paweł, twoja żona naprawdę nie żyje? – zapytał. – Poczekaj. Sprawdzę. Paweł podniósł się z fotela i wrócił do kuchni. – Tak – potwierdził i poszedł do salonu. – Nadal leży jak leżała. Po drugiej stronie było słychać jakiś szum, jakby szelest, a może trzeszczenie. – Cholera jasna gdzie są te pierdolone dokumenty, co?! Jak jakie?! Te co je zostawiłem wczoraj na biurku! – krzyknął Norbert, a potem już łagodniej dodał. – To nie do ciebie. Mówiłem do Zofii. – Domyśliłem się. Co tam u niej? – No ja jeszcze jej nie zadźgałem wyobraź sobie. U niej jak zawsze, nic nowego. Siedzi w domu i się nudzi, kiedy ja muszę zapierdalać na jej fanaberie w postaci kosmetyków, ciuszków, paznokci, bucików, fryzjerek, błyskotek i innych dupereli. Słuchaj wymyśliła se ostatnio, że zapisze się na kurs pisania. Uparła się, że zostanie cholera poetką i będzie pisać o brutalności patriarchatu i pozytywach płynących z jego destrukcji. – Zawsze mi się wydawało, że poetą się jest albo się nie jest. – To samo jej powiedziałem. Pogadali jeszcze chwilę o ostatnim komediowym występie Łukasza “Lotka” Lodkowskiego, o nadchodzących wyborach parlamentarnych i ich wspólnym znajomym, kandydacie jednej z partii, a potem Norbert już całkiem poważnie zapytał: – No dobra stary, czyli co? Nieźle mnie wkręciłeś, tak? Niezły z ciebie żartowniś, ale pojechałeś po bandzie teraz. To jest mocne nawet jak na Głośnego Pablo. Kilku znajomych, węższe grono facetów z grubymi portfelami, którzy spotykali się raz na miesiąc, aby się napić, pograć w pokera, wybrać na striptiz albo zwyczajnie zaliczyć jakieś dupy z branży mody, nazywało go Głośnym Pablo. Przez to, że był cholernym jajcarzem, duszą towarzystwa. Znał setki kawałów i anegdot, sypał nimi jak z rękawa. I dlatego, że miał bardzo głośny śmiech. – Nie żartuję – potwierdził Paweł. – Nie? – Iwona leży martwa w kuchni. – Serio? – Wiesz, że kiedy się śmieję to się śmieję. Znasz mnie przecież. – Czyli ty tak na poważnie? – Śmiertelnie poważnie. – Coś takiego. Cholera jasna. Naprawdę ją zabiłeś. I dzwonisz do mnie bo co? Chcesz, żebym cię bronił czy jak? – Dzwonię bo jesteś moim kumplem. – To miło, że tak uważasz, ale słuchaj, sprawa jest poważna, tu chodzi przecież o morderstwo. Broniłeś się? Czy to był akt samoobrony? – Mówiłem ci już, że po prostu ją zatłukłem. – Ale możemy iść w samoobronę, na przykład wiesz, była od jakiegoś czasu niestabilna emocjonalnie, leczyła się psychiatrycznie i w końcu jej odwaliło. Mam znajomego lekarza psychiatrę, który wisi mi ogromną przysługę, mógłbym go poprosić o wypisanie recept z datą wsteczną, o zaświadczenie, że chodziła się do niego leczyć. Zeznasz, że brała leki, że nie była sobą od jakiegoś czasu, że ci groziła i w końcu wyskoczyła z nożem. Musiałeś się bronić i wyszło jak wyszło. – Nie chcę robić z niej wariatki Norbert. – Dlaczego? – To była w końcu moja żona. – Albo zrobisz z niej wariatkę albo pójdziesz siedzieć. Twój wybór chłopie. – Rozumiem. – Dzwoniłeś już gdzieś? Na pogotowie? – Tylko do ciebie. – Dobra Paweł, już do ciebie jadę. Nigdzie mi się nie ruszaj. – W porządku. – I wiesz co? – Co? – Ja nawet lubiłem tą twoją Iwonę. – Wiem. Ja też ją lubiłem cholera. Norbert rozłączył się, a Paweł poszedł do kuchni, wyminął ciało żony i nalał sobie wody do szklanki. Przez chwilę obserwował cichą ulicę za oknem i odniósł wrażenie, że nic tak naprawdę się nie zmieniło. Następnie wrócił do salonu i wybrał numer na policję. Dyżurnym okazała się kobieta, młoda siksa chcąca robić karierę w służbach kosztem życia prywatnego, którą miało już pół komendy. Telefon był dla niej szokiem. – Dzwonię z ulicy Polnej 27. Zabiłem swoją żonę. Leży z rozwaloną głową na środku kuchni. Zadałem jej około trzydziestu ciosów tłuczkiem do mięsa. Jej twarz wygląda jak bardzo wilgotne, surowe mielone. Wszędzie jest pełno krwi. – Proszę jeszcze raz podać adres. Podał jej, a potem wyłączył telefon i spojrzał na swoje stopy. Białe skarpety były całkiem mokre od czerwieni. Ściągnął je i rzucił w kąt. Potem włączył telewizor, program komediowy. Trafił na stand-up. Lubił się śmiać. Śmiał się do momentu, kiedy usłyszał wjeżdżające na podjazd auto. Marcin Mielcarek (ur. 1996) - absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pełnoprawny debiut opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki w numerze 05/2020 "Twórczości". Od tamtego czasu publikowany w wielu poważnych ogólnopolskich czasopismach. Autor zbioru opowiadań Parada myśli nocnych. W 2022 roku powieściowy debiut wydany wraz Wydawnictwem Anagram – Sztuka latania; książka nominowana do nagrody głównej Lubuskiego Wawrzynu za rok 2022 w kategorii "proza". Laureat 8 Konkursu literackiego o tematyce zielonogórskiej (opowiadanie Koty nie piją whisky). Stypendysta Miasta Zielona Góra na rok 2023 w dziedzinie literatury. Prowadzi bloga, na którym zamieszcza swoje teksty poświęcone szarej egzystencji człowieka. Literacko – brudny realista. Cały czas pisze. Mieszka w Zielonej Górze.

  • Katarzyna Zając – pięć wierszy

    Kardiogram Chciałam wejść do katedry pełnej światła, wzniesionej z dębów i buków, sięgającej wieżami nieba. A wędruję przez sterylną ciszę szpitalnych korytarzy, wciąż nie wiedząc, czy usłyszę, że pacjent żyje. Tak, jeszcze czuć puls. Po długiej nocy, kiedy wszystko zawisło na zielonej drobince mchu, pojawia się promień słońca. Krytyczne godziny minęły, ale chory wciąż balansuje na granicy życia i śmierci. Widzę wokół martwe ciała drzew, broczące krwią konary, ranne czeremchy i głogi. Nie śpiewa żaden ptak, przez drogę nie biegnie sarna. W napięciu wpatruję się w poszarzałą twarz lasu, czekając, aż rumieńce zabarwią policzki, spojrzą na mnie nieprzytomne i zamglone oczy. Wznoszę modlitwę do samotnego drzewa, na którym wyryto szkarłatną literę. I goreje we mnie jak krzew płonący. Drzewo oliwne. Baranek ofiarny. Mówi: mam dwadzieścia cztery lata ocalałem prowadzony na rzeź. W jego koronie dwa kruki wiją swoje gniazdo. Ich mroczny krzyk przenika jak lodowaty podmuch wiatru. Czerwona gwiazda W mroku łęgu narodziła się po raz drugi. I pierwszy raz umarła. Przyciśnięta przez mężczyzn do ściółki. Wdychała zapach grzybni i mokrych liści. Księżyc wschodził w pełni. Z każdą chwilą ubywało bladego i niewinnego ciała. Nie pomogły ostrzyżone włosy, zbyt luźne ubrania chłopaka. Kiedy jej księżycowe ciało uniosło się ponad lasem, przestała istnieć. Nim odeszli, splunęli na nią. W brzuchu wyrosły kolczaste chwasty. Odtąd stała się starą wariatką, choć miała nie więcej niż dwadzieścia lat. Zbierała rośliny, rozumiała mowę lasu i ptaków. Sprzedawała zioła, owoce i własne sery. Zamieszkała na uboczu, stroniła od ludzi. Jej najbliższą rodziną były drzewa i hodowane zwierzęta. Teraz przycupnęła w lesie. Szóstym zmysłem słyszy, że znów maszerują żołnierze, świszczą śmiercionośne kule. Niebo ma smak piołunu, kiedy wschodzi na nim gwiazda w kolorze krwi. Rozdrapuje palcami mokrą ściółkę, krztusi się ziemią, ciężko łapie oddech. Chciałaby być podobna do rosochatej wierzby. Połączyć się w jedno z jej korzeniami i posiwiałymi włosami. Umrzeć drugi raz. Przestać jak zjawa krążyć między światem żywych i umarłych. Wypluć z ust zdławiony krzyk, nim rozpłynie się niczym trujący opar znad bagien. Gęsta czerwień Skapuje kroplami z maków – a razem z nią dym i pył, stukot żołnierskich butów, marszowa melodia. (To nie dźwięki migawki, łapane w pośpiechu kadry). Światło drży, jakby stało się ranne. Wycieram o trawę poplamione palce. I kołyszę, mocno kołyszę – nabrzmiałe czerwienią spódnice, i ukryte w nich puste kołyski-kołysanki dla nienarodzonych dzieci makowych panienek. Światłoczułość Było to lato, które stawało się już jesienią. Jak słońce, które zniżając się ku zachodowi kładzie przed sobą coraz dłuższe cienie (…) William Faulkner „Światłość w sierpniu” Światło rodzi się w sierpniu, kiedy ziemia nabrzmiała od zbiorów pęka jak skóra złotego węża, którego przed wiekami wypędzono na moczary. Na dłoń dziecka wysypują się ziarna. Powietrze drży od upału – duszne od wibrujących skrzydeł, lepkich plastrów miodu wyciąganych z uli. Na polach tańczą słoneczniki, przy drogach złocą się nawłocie. Wchłaniamy miękkie światło i kolory, na chwilę zapominając, że ziemia wydaje obfity plon z bezsennych nocy, mrozu i szczękających zębów, samotnych łez i krwi. Rozkoszujemy się dniami pełnymi słońca – sennie zawieszeni na hamaku z pajęczych nici. Pod dom podpełzają mgła i niewidoczni dla nas umarli. Nie wiemy, że zbliża się pierwszy szron. Na skroniach. Otwieramy drzwi do ogrodu. Niepostrzeżenie wchodzimy do tunelu, z dreszczem dotykając martwych dłoni. Po długiej zimie rozmarzła ziemia Można wyciągnąć z kokonu skrzydła, odurzyć się zapachem pąków, podziemnych łodyg i korytarzy, w których krążą soki. Skrzydła stają się coraz lżejsze. Już nie pamiętają ostrych szpilek szronu, szaroburych, jednakowych dni. Znowu nadejdą coraz krótsze noce, a ćmy będą tańczyć w gęstwinach ostrężyn i paproci. I będą śpiewać: Jestem piękną Sulamitką, o wąskiej kibici i dorodnych biodrach. Jestem ulepiona z mleka i miodu, nasyć mną dziś głód, zliż z ciała całą słodycz. A jeśli spojrzysz ukradkiem na roztańczone, skrzydlate cienie, zauważysz, że w oku noszą zastygłą grudkę soli – słony karmel, bardzo słony karmel. Katarzyna Zając (ur. 1977) – ukończyła ochronę środowiska na Uniwersytecie Opolskim. Debiutancki tom wierszy Pęknięcia (2011). Publikowała w prasie literackiej, m.in. "Latarni Morskiej", "Frazie", "Migotaniach, przejaśnieniach", „Okolicy poetów”. Laureatka wielu konkursów poetyckich, m.in. OKP im. K. Ratonia (2010), XVIII OKP im. Rafała Wojaczka (2009), OKP im. M. Stryjewskiego (2023). Pasjonatka przyrody i fotografii przyrodniczej. Mieszka w Ozimku.

  • Mateusz Lisowski – cztery wiersze

    Liston Churchill Lis Albionu wykasływa słowa do whisky to stałe zagrywki to dziś bierze gryzki szklanki ostrząc arsenał języka za nic ma słowo śledzika podanego na cześć śliskim osobom dyktatorom katatonicznym ich logos milczy kiedy nie liczy się banknot cygarIqos pośwituje mu w dłoni od monotonii się wzbrania schrony znajduje na baniach przyjaciół którym okazjonalnie wchodzi na łeb ale but zdejmie przejmie się i nimi mają jego słowo poda suma na cześć ślicznym osobom bo kocha mimo że zazdrocha nieco zdrowszych głów junkie junkier nie starcza mi luster                             w półśnie o szklankach ubity cukrzanie w migdałach nie panuję nad marcepanem nad zielonymi szałasami których jestem arcy panem moje duszne latyfundia za złamanego funta wymagają spacerów w kapciach przez porozbijane ega przyjdź popaplać poplątać pyszny język przyjdź przeżyć chochliczne imp                                                                                     rezy przyjdź przeleżeć przaśny tydzień pospadać z rynien powbijać wzrok w sufit aż się na coś nawrócisz aż ucałujesz moi w policzek oblicze bez obliczeń moi w sprawie szkiełek jestem konserwatywny lub koneserem lub konserwą nerwom na deserek w sztywnej ramię funduję latyfundia morze przestrzeni o smutnej zawartości która mieni się wtórnie                              bo za długo wbijam wzrok R60 freestyle smutne wagony rzeczy którym marzą się pagony toczą się koleją a przeciw dzisiejszym dziejom kolei przeczy osobisty Rejtan przeciwko kolejnemu z kolei prostych torów niewyboistych kolejnych z kolei powyżyna Katarzyna Aleksandryjska patronka zabierze prąd! konie da! wiśta wio!                   kawalerzy co z niej za mizantrop kawa leży na żołądku klikamże w cuś aż brzusio puści i ulży z główki poleci wolność                      koleją jelit znajdując ujście w dolnej partii ple  ców                                           \/ incydent nietakurtkowy bramka głodna identyfikacji pyta mnie o kartę wejścia do budynku ta… zapomniana w innej kurtce leży pełna gracji razem z chęcią tłumaczenia się ta… cóż za nietakt cóż… dziś chyba nie wejdę dziś chyba będę się lenić dziś chyba nie jestem szczurkiem dziś chyba pójdę do łazienki siać dżumę on company time gdyż jestem wise za prawem do trucia trucicieli Mateusz Lisowski – lekko autystyczny, w pełni autentyczny mieszkaniec Ząbek, które można w gruncie rzeczy zaliczyć do suburbii. Szczęśliwy posiadacz złamanego nosa i blizny przy nim. W życiu kocham przede wszystkim słowa i rower. Codziennie uciekam w ocean tych dwu uciech i wesoło się w nim taplam, choć po moim nosie można wnioskować, że bywa tam niebezpiecznie.

  • Marcin Wróblewski – pięć wierszy

    Tata Zapach zdeptanej tekstylnym obuwiem trawy, której nigdy nie koszono na okoliczność przyjazdu wesołego miasteczka, ani nigdy, zmieszany z kojącym aromatem Radomskich. Zaklejające oczy behape latarnianych świateł. Uszy pełne pisków tych, którzy zdołali się dopchać do krzesełek. Mnie też, w końcu, było dane… zobaczyć ojca obejmującego i przepraszającego jakąś płaczącą kobietę. Jestem W moim mieście nie ma dziur w drogach, nie wdepniesz tam w psie gówno, o nie. Usłane kwieciem skwery i rabaty wabią roje pszczół i olśniewające motyle. A park… brakuje w nim tylko tygrysów tulących pandy, raj z pisma z wieżyczką, której z kolei brakuje w gmachu ratusza. Wyglądałby wtedy całkiem, jak pałac z bajki Disney’a. Ludzie – skromni, prości i pracowici – szanują się nawzajem i nie są zazdrośni. Urodziłem się tam i żyłem długie lata, lecz pewnego dnia zapragnąłem wdepnąć w psie gówno i wyjechałem. Nerw Stworzył mnie na swoje podobieństwo. To dlatego jestem niewidoczny. Sztuki magiczne Zawiodłem się na gołych babach, wódce i papierosach. Tyle mi było dane, ile mi było zabronione. Wziąłem wszystko. Niczego nie wziąłem. Widzenie Skibidi Toilet to konflikt sedesowych potworów, których mogą zniszczyć tylko kamerzyści lub postaci z telewizorami zamiast głów. Skibidi to złe charaktery o wyglądzie sedesów, z których wychodzą przerażające głowy. Iwona Szadkowska Dobrze, że jest… Bo wszystko inne przestało już działać. Gdy się urodziłem, mój ojciec upił się z radości, przysłaniając cierpienie matki widowiskowym upadkiem ze szpitalnego krzesła. Poświęcenie jest dla frajerów i – przygarbione – chodzi w moherowym berecie starożytnej marki. Cudowne plany i szczere intencje nigdy nie wystarczają… Życie zasłonięte życiem. Tyle razy byłem sobą, ile razy obejmowałem płacz po zmarłych. Marcin Wróblewski (ur. 1980) – wydał dwa zbiory wierszy: Zimne Ognie (2023) i Brama (2023). Ukończył filologię polską, pracował jako nauczyciel. Publikował m.in. w „Toposie”, „Odrze” „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Art Papierze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” (2023), wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla (2023). Mąż i ojciec dwojga dzieci. Pochodzi ze Zwolenia, mieszka pod Nałęczowem.

  • Paweł Konar – Pięć Chrystusików 

    Chrystusik przewalony wejdź all-in nie ze swych win skończ z dziurami w łapach na dnie kartonu Chrystusik ofukany na Jezusa! nadaremno voucher wygasł tabernakulum sprośne kąty Jezu Chryste! Chrystusik nagabywany prosimy ciebie zejdź na ziemię za twe dary podziękujem tarcicą a w tarczycy sołtysowej całun twój Chrystusik zblazowany sęk – sęk miał koleżków dwóch sęk w tym że mitu ZWAŁ od pocałunków Chrystusik zabawiony noski noski ludulki główki białe jak gołąbki macie diabełka w zawiasach Paweł Konar – próbuje sił w poezji, prozie i tym, co pomiędzy. Pojawiał się w „Stonerze Polskim”, „Stronie Czynnej”, „Zakładzie” oraz „Tlenie Literackim”. Laureat I nagrody w XVIII Ogólnopolskim Konkursie na Prozę Poetycką im. Witolda Sułkowskiego.

  • Marcin Balcerzak – Onan

    W łazience. A jakże. Pod deszczownicą, bo jest. A czemu nie. Rękami co nakładają żel żonglował. A patrzył wtedy krzywo tylko na swój duży brzuch, chociaż,  niczego innego poza nim, by  na sobie nie skorygował. Nie raz zapowiadał mu/brzuchowi, że nie będzie go już nigdy mył, jeśli, jak dotąd, przy każdej kąpieli, będzie  wytaczał się przed Nim. Że z Nim, brzuch widocznie przestał się liczyć i dodaje to do osobistych uraz. Do brzucha swojego mówi po raz na ucho, że liposukcją ma chęć się posłużyć,  jeśli nie będzie innego wyjścia, i przestraszy się może brzuch Jego gróźb - liczy. I może sam ze siebie, się zredukuje do wielkości orzecha włoskiego. Jeść zresztą, by musiał nie jeść On wcale, żeby bez wyrzutu  patrzeć na ten strudel co nosi; to jednak hola, hola, ale przestać jeść nie przestanie. Nie będzie przecież rozmawiał ze swoim bezdusznym brzuchem i otyłym do tego jak wieprz. Wobec tego, co do zdjęć od pasa w górę, nie wyobraża ich sobie, robienia ich sobie nago w łazience niepewną od drżeń ręką w kompleksach cały brzusznych.  Opis jedynie literacki na swój temat podaje, który redaktorsko robi o sobie na FB i tyle. Nie opisując szczegółów. Nogi całkiem często za to fotografuje i wysyła koleżankom/kolegom z dopiskiem, że należą do Johnny'ego Deppa. Ci po nogach i tak Jego nie rozpoznają. Ale, gdyby już któraś/któryś, kolega/koleżanka do Niego przyszli, od razu by rozpoznali te nogi ze zdjęcia u Niego, i że niczym nie ustępują tym nogom celebryckim. Wow. Czy widziałaś u jakiegoś długodystansowego lekkoatlety takie uda?  U Niego widzisz, widzisz. Nie wygolone, musiałabyś tylko wiedzieć są celowo. Uważałabyś jedynie, żeby od samego patrzenia na jeden włos Jego, nie pomyślał, że ciebie nigdy z Jego ulubionej łazienki się nie pozbędzie. A jeśli, ona zamknie ich oboje od środka na klucz, przykuta do wanny widokiem Jego nóg, tak, że sąd ostateczny zaskoczy ich  dopiero w łazience? Ale to nie wszystko, nie skończył z nią. Czy nie marzyła nigdy o piętach miękkich jak mech u jej mężczyzny? Albo o kostkach pierwszorzędnych jak z reklamy stopek u Niego? I wreszcie o palcach z krótko obciętymi paznokciami niespotykanie u mężczyzny? Łydek swoich, to ona by lepiej nie pokazywałby Jemu, bo jakby, mogłyby  się jej jedynie pomarszczyć  z zawiści. Może On, nauczy ją pielęgnacji także stóp swoich. Pokaże jej, jak można krem łagodny, łagodnie wkładać między Jego palce od nóg. A wtedy pochylona, dmuchać by mogła między Jego palce dmuchawce, by schły przed kremowaniem.  Mimo tego, do prawdziwej bliskości między Nimi, będzie miała długie kilometry piaszczystą drogą. Zresztą, tak świeżo po umyciu Jego ciała, by lepiej nie dotykała Go spoconymi rękami, gdyby akurat oddała się nagłemu, nieposkromionemu pożądaniu. Napisze też jej na drzwiach łazienki, żeby nie wnosiła na sobie do Jego  łazienki: niczego poza sobą samą nagą i wygoloną. Na łapciach pokaże w ultrafiolecie jej, jakie  ma ślady niewidoczne psa nieodrobaczonego i włosy łonowe podłej szczurzycy. Jak zamieszka z Nim, to do zapamiętania będzie miała trzy rzeczy, że nie wchodzi się pierwszą przed Nim do łazienki. Po drugie, że w ręcznik tylko wyciera się On swój. I że, po pierwszym natknięciu się na jej łapciach na włosy szczurzycy, wyjdzie ona z Jego domu bezzwłocznie sama, nie czekając na Jego ryk. Za rok może dopiero, pokaże jej więcej. Zobaczy wtedy, nie pochylając się nawet przed Nim, te rzeźby antycznie i fontanny greckie w pozach Erosa. Mielonych kości wołu ani kurzych skór z piórami On nie zje. Nie, dziwić jej nie powinno także, jak ze sobą rozmawiamy. Żeby zaśpiewała Mu, mówi, piosenkę, a ona śpiewa,  ujęła żeby delikatnie Jego pod rękę, a ona ujmuje. Włosy Jemu falujące żeby wyczesała, to ona czesze. Żeby nie zbliżała się tylko ze szkłem z rozbitego lustra w ręce na kilometr do Jego twarzy, więc się ona nie  zbliża. A gdy tylko, ma On gorszy dzień, tulić niech się zacznie ona  do Jego ciepłych rąk jak pies.  Toż przecież lepiej, niż miałaby z Nim tylko gadać i pierdy układać tylko po półkach jak baba w kościele. Więc dobra. Na koniec, jak będą wychodzili by pamiętała, żeby światło zgasić w łazience. Ale gdyby On miał znaleźć włosy jej w zlewie po farbowaniu farbą, by wiedziała, że najchętniej by ją nimi na pasł. I też, żeby On, nie zobaczył jej nigdy w Jego szlafroku frotte. Jakby też miała do Niego kiedyś przyjść, by pamiętała, że odpyta ją najpierw z tych trzech rzeczy do zapamiętania. Wszech zasad. Po pierwsze i następne; co wie o pielęgnacji Jego stóp i o zarazkach co wie, gdy są przenoszone koloniami, że w konia walą i we włosach potrafią sobie założyć osady. I  że brzydzić ją powinno chodzenie w cudzym szlafroku. Albo też, żeby jej zaoszczędzić wstydu, by nie łaziła za Nim prosząc, żeby wpuścił ją do Jego łazienki samą pod Jego nieobecność. Póki co, żeby jednak , nie myła rąk w Jego łazience po siku. Gdyby miała kiedykolwiek do Niego przyjść. * Do pracy, gdyby nie stażystka młoda  i też stara kierowniczka, po co On by też i przychodził? Właściwie to nie wie dlaczego, obie nie wnoszą Go na plecach po schodach do biura z atencją. Ale pewnie wydaje się obu paniom, że widok kawalera na rękach obu pań w Starostwie Powiatowym, akurat na schodach, nie ma co, byłby śmieszny. Ale dobra, będzie się obchodził póki co bez noszenia na rękach, tylko wejdzie po schodach. Poniedziałek. Jakby lepiej nie można byłoby zacząć. Czy to przypadek, że włączony ma już komputer i jest zalogowany jeszcze przed  usiąściem? A ile musiała stażystka poświęcić czasu, żeby pokapować hasło do Jego loginu, tak monstrualnie skonfigurowane. Anioły jakieś musiałaby  Jego błagać, żeby popatrzeć mogłyby Mu przez ramię jak się loguje i sobie na skrzydłach białych odpisać Jego login. Kawę jak Mu zrobi jest pewien, że na pewno oblizała Mu łyżeczkę po samą rękojeść, swoim jęzorem marząc, że jak prawie będzie to pocałunek. Ale, gdyby nie miała ładnej twarzy, zakończyłby pewnie ten związek jednak awanturą. Co innego, że musi specjalnie podchodzić do zlewu, żeby obmyć te łyżeczkę ze śliny stażystki, nim wymiesza nią kawę. Dwudziestoletnia stażystka, nie przypadkowo przecież bierze do ust długopis, który  trzymał On w palcach nie dalej jak wczoraj. A ile ma ona jeszcze innych Jego osobistych przedmiotów, pochowanych pewnie w majtkach, naświetlając nimi, Jego zapachem swoje krocze? Przy sikaniu jest jej trudniej, zanim wszystkie powyciąga, ale przecież że warto. A czyżby nie podgląda Jego w ubikacji męskiej? Jej cień widział przecież stojąc nad muszlą za sobą. A jak tylko wyjdzie z klopa, to nie wchodzi może za Nim, wąchając Jego smród , co na chwilę pozostał, bo zawisł czarując? Strach jest w Nim jednak i pozostaje, bo jakże by to wyglądało, gdyby  na kolana Jego wlazła przed komputerem naga  i machając samurajskim mieczem z dalekiego wschodu, który wisi póki co na ścianie, i przegoniłaby ola Boga, wszystkie z biura baby. A te drąc się, by sobie wyszły?  A czy, by wtedy zazdrosna o Niego kierowniczka, nie rzuciła się na stażystkę i obie nie pocięłyby się tym samurajskim mieczem ostrym jak przysłowiowa brzytwa? Piersi by sobie poobcinały pewnie i z macic powydłubywałyby  sobie jak z ostryg ze skorup mięso tym mieczem, przecież do przecinania ludzi. Krwią by mogło spłynąć  całe piętro Starostwa. Wolał nie myśleć, że musiałby je –kierowniczkę, stażystkę, całe później z obrzydzeniem bandażować i prowizorycznie chociaż do przyjazdu karetki, pozszywać zszywaczem  zszywkami ich porozrzucane w nieładzie ciała. Stażystkę coś jednak dzisiaj ugryzło, bo kawę jak przyniosła, to wykwękała, że ostatnią robi Jemu kawę w życiu.  Czy myśli, że będzie poddawała się Jego zmierzgłym spojrzeniom po całej jej sylwetce, nie pomijając jej krocza bez sprzeciwu? Nawet jak dziurkuje dziurkaczem, słyszy jak ekspres od Jego rozporka zaczyny otwierać się i zamykać lubieżnie i opętańczo, hałasując przy tym jak młot kuźniczy w hucie. I na Boga, miałaby udawać przez osiem godzin, że niczego nie słyszy? Nie życzy sobie ciągłego ocierania się o nią i łapania za jej rękę bez powodu. Ma poglądy emancypacyjne, to po pierwsze, a po drugie, jak powie swojemu chłopakowi o Nim, to do końca życie będzie tylko uciekał jak Forrest Gump przed siebie , a zatrzyma się tylko na chwilę, na ostatnim przystanku nr. 13 zatytułowanym – śmierć. Myśli, że nie widzi, że On nosi na sobie łachy z second handu od projektanta ze śmietnika? W nim nic nie ma dla niej interesującego. Ale jej mówi to dużo, że albo ma małego chuja i jest z tego powodu sam, albo też już wszystkie dziewczyny w Starostwie uznały, że nigdy nie będzie wyżej od referenta i szkoda byłaby, ich nieustannie ulatującej młodości. Nie opowiadał może On portierowi, że stażystkę ma na skinienie głowy? Że kawę Jemu robi nawet jak nie chce, nieproszona? Ale też, że ona chodzi za Nim do kibla i po Nim siedzi w kabinie na jeszcze po Nim ciepłej  desce, ma Mu zapomnieć? A o krzywych jakby jej nogach, po co poruszał te tematy staremu portierowi, że są do nienaprostowania? A później o gumach powyciąganych w jej  staniku zamęczał ją portier, bo On zrobił głupią uwagę. W komentarzach sama Mu napisze, żeby sam siebie polizał gdzie chce i po dotykał sobie własnoręcznie jąder, które pękną i tak,  od nie dotykania ich przez obce ręce. Od kawy wreszcie tej ostatniej, niech Mu popękają jelita, a co w nich ma nadgniłe, niech wylezie Jemu przez usta nurtem z gówna. Jeśli tak, musi ona wiedzieć, że  On wypije tę jej spleśniałą kawę, ale z obrzydzeniem; albo lepiej może też wyleje ją, jakby ona wcześniej do niej może naplułaby. * Nie będzie przecież teraz przed stażystką chwalił się Bożeną – kierowniczką. A by mógł opowiadać dużo o ich związku. I, że specjalnie dla Niego, przekłada swój ten krem do twarzy z pudełka +60 do pudełka +40, kierowniczka Bożena  - Jego. Udaje, że nie widzi, jak mataczy pokątnie z tymi kremami.  Ale gdyby, jak ze stażystką, bardzo by się oziębiło między nimi, nie przebierając w słowach powie Bożenie, że Jego okłamuje, pakując ten krem dla staruch w pudełko dla dziewic. Ileż to potrzeba, żeby sprawdzić wiek Bożeny. Nie musi nawet On rozpruwać kasy pancernej z danymi, w której jakoby, Bożena miałaby trzymać swoje dokumenty tożsamości pod pistoletami. Kolor butów Bożena z ciepłych na zimne zmienia codziennie, po parę razy w zależności od Jego nastrojów. Push up-ów jej dotyczy to samo. Czyż nie poprawiała sobie może dzisiaj kilkukrotnie makijażu, zerkając, czy On widzi ją po zmianie? Jakiś błahy zamiar poweźmie, żeby tylko dzisiaj podejść do Jego komputera. Świadczą te rzeczy o jednym, że na seks z Nim jest Bożena gotowa zawsze. Dlatego ubikacji nigdy Bożena nie domyka, specjalnie wtedy jak sika, na wypadek, jakby chciał otworzyć do kabiny z nią drzwi, bez niepotrzebnego hałasu. Niepotrzebnie by wtedy hałasowali, zadamawiając się we dwoje w kabinie. Pootwierana na oścież chodzi wokół Niego Bożena jak obora na wsi. A dlaczego kierowniczka, cały dzień strony jakieś przegląda z dziewczęcymi spódnicami nie zakrywającymi nic? Gdy, jak już dupę sobie zmniejszy, od razu sobie taką spódnicę zamówi, a Jego tylko zapyta o kolor, w którym jest  ładnie jej nogom.  Będzie zapewnia. Po obstrzykiwana to jest i tylko czeka, żeby zapytać Jego, czy nie za bardzo cofnie się w czasie do młodości od tego wstrzykiwania. Do samego macierzyństwa jej matki cofając się. Po do wstrzykiwała sobie kwasu w usta i koło oczu, gdyż zdjęcie jej będzie robił naczelnik urzędu na czterdziestolecie jej tu pracy. Wygląda, że martwi się już bardzo, czy aby z wiekiem za bardzo nie posunie  się w tył od tych zabiegów i nie będzie na tym czterdziestoleciu wyglądała zbyt dziecinnie. Odpowiedziałby jej wtedy, żeby się pod żadnym pozorem się nie bała. Najwyżej podpowie, niech założy sobie na głowę starą chustę po starej babie, a w dupie będzie miała wszystkich naokół.   I się żeby odprężyła, jej powie, lub tylko wystarczy, żeby uprzątnęła papiery w bezładzie ze swojego biurka, dla seksu z Nim, bezpruderyjnego. Takie w Nim są wibracje. I żaden, by to dla Niego nie był dyskomfort ani obrzydzenie, móc ją dotykać na tym biurku przecież rękami bez rękawiczek. Co do jednak całowania nie podjął ostatecznej decyzji. Przecież jeszcze przed, mogłaby Bożena po tańczyć przed Nim, zdejmując dziewczęcą sukienkę mini i zostając w swoich różnokolorowych push up-ach. Super. Tylko, żeby Bożena zrobiła sobie coś z haluksami, które przeszkadzają przy seksie i obleśnie działają na Jego wyobraźnię. Albo może, gdyby użyła dobrego kleju do protezy, bo jakby to było, gdyby natknął się na nią w Swoich ustach? Przyrzeka, że tak by Bożenie w razie czego powiedział. A nie daj Boże, żeby siwe włosy jej leciały wprost z Bożeny głowy na Jego buty. Zrobiłaby może żeby coś Bożena z tym. Sugeruje i sugeruje patrząc jakby na Bożenę w swojej głowie. Pamięta, że na pewno chce, Jego Bożena dotykać czule od samego rana i dlatego sprząta codziennie swój gabinet, poprawiając po sprzątaczce.  Żeby stóp nie pobrudził stojąc bez skarpet przy biurku. A dlaczego On, ciągle czuje jej zapach z pochwy i ten niezachowawczo podąża za Nim? Tylko, żeby Bożena nie martwiła się niepotrzebnie, bo z umywalki w ubikacji, zrobi jej wygodny prysznic dla dwojga. Ale, żeby Bożena zapamiętała na przyszłość , żeby nie zakładać tej bielizny wyszczuplającej tyle, bo, gdyż, jak długo miałby Bożenę z tych nylonów wyplątywać pod ciasnym  prysznicem? Albo też, Jego uwadze nie uszło, że nawet oddech Bożeny z nieświeżego zrobił się przy Nim anyżowy, od  cukierka notabene, którego po kryjomu wkłada sobie Bożena kurde do ust. Czemu nie pomyślała tylko , żeby włożyć sobie słodki cukierek do ucha, albo w inne miejsca, w które  będzie On wkładał swój wielki jaszczurzy jęzor, być może - kiedyś tam?.  Wtedy dopiero wyda z siebie Bożena, ten prawdziwie orgastyczny jęk anyżowy całą sobą, po raz pierwszy w życiu. A co, jak wypisane będzie miała Bożena na twarzy, żeby On zostawił już w spokoju tę stażystkę nieopierzoną i się oddał w ręce wprawne tylko Bożeny? To tyle, tu teraz w Starostwie Powiatowym. Ale na weekend,  to Bożena musi zarezerwować dla nich dwojga  jakiś łagodny i drogi pokój w hotelu na cały weekend dla dwojga. Do swojego terminarza pod literką B - jak Bożena i W - jak weekend już narysował czerwone serce. W planach będzie miał wtedy, że Bożenie pozwoli na namalowanie na swoim gołym ciele Bożeny marzeń. Mazakiem, bo nie piórem ze stalówką przecież. Ale i też najlepiej mazakiem zmywalnym. W przerwach od malowania, oczywiście przyniesie Bożenie lody z lodziarni, na które będzie patrzyła lubieżnie, widząc Jego jaja bycze, podsuwające się jak ukraińskie drony pod kacapskie pozycje.  Daleko tylko od jej nadwrażliwych zębów. I zdziwi się Bożena faktem, ile mężczyzna może poświęcić czasu ukochanej kobiecie. Hotel przy przerażającej bliskości od morza. Wystarczy tylko, jak Bożena napisze do Niego zapraszającego maila, co do hotelu i z datą rezerwacji. Hotel hotelem, ale już zaraz to by mogła Bożena poczekać na Niego w Starostwie, ukryta w ubikacji przy zgaszonym świetle w nimbie.  Ale, czy Bożena umie czytać w Jego myślach? Wiedział, że dzisiaj właśnie Bożena przywoła Go do gabinetu skinięciem głowy, żeby na przykład w nim/gabinecie  znalazł te konspekty z przed stu lat, o które Bożena suszy Mu głowę. Bożena natomiast, jeśli jest zawalona robotą kierowniczą, to do koga ma się zwrócić? A w szafie u niej rok 1999 zalega chyba na samym jej dnie, dlatego, żeby nie zwlekał i przedarł się jak komandos do tych akt. To pomyślał sobie On kokieteryjnie, jaką kampanię Napoleońską Bożeno Mi szykujesz? Jeśli, to nie zapowiedz seksu z Bożeną, to na co to wygląda? Okularów tylko, żeby Bożena z pośpiechu nie zapomniała zdjąć. Bo jak się podepczą, żeby nie było przypadkiem na Niego. Powiedzieć by się chciało kierowniczce, że niech jej będzie i On dłużej nieproszony, przyjdzie znaleźć Bożenie te papiery. Widzi po wejściu do gabinetu powieszone na ścianie zdjęcie i Jego i jej ulubionej artystki estradowej, jakże dobrze się składa.   Ale ten wybitny obraz, wybitnego japońskiego artysty, na którym widać szczyt góry Fudżijama, który chwyta za serce, a w którego cieniu, będą odszukiwać swoje rozrzucone po biurze rzeczy za chwilę. Nie rozumie On, po co teraz szukać czegoś po szafach pełnych kurzu i narośli pleśni. Po co Bożena nerwowo biega po pokoju jak osa ściśnięta gorsetem.  Ale pytanie jest jedno Bożeno, czy sama mi spodnie zdejmiesz i przekręcisz w zamku klucz? I okna jeśli Bożeno przeszkadzają ci niezasłonięte niech ktoś zasłoni, wystarczy, żebyś jeszcze dokonała małego wysiłku, bo nie będziesz przecież dzwonić po  kalekiego portiera. Bożena  jednak znienacka się spytała o bezczynność Jego dzisiejszą, opieszale stojącego, zamiast szukać w szafie tych akt, których potrzebuje już, a nie za tydzień. Segregatorów nie pomoże Jemu wyciągać z szafy. I tak, Bożena, co do obowiązków Jego w Starostwie, może się wypowiedzieć że są żadne. A przy Jego żadnym zaangażowaniu, pozostanie jej tylko wnioskować za likwidacją Jego etatu. Ma tylko szczęście, że nie w trybie dyscyplinarnym tylko za porozumieniem stron. Nawet jeśli On znajdzie te dokumenty w ciągu godziny i tak Bożena nie zmieni zdania. Bardziej bezużytecznego pracownika Bożena nigdy nie spotkała. Skarży się jednak wielu. Bo lenistwo to jedno, a po drugie, czemu podrzuca dziewczynom w urzędzie do szuflad swoje legitymacyjne zdjęcie? A gdy podglądał stażystkę jak goliła sobie nogi pod biurkiem, gdzie sobie wyobraża ona stała? A te prezerwatywy, które pozostawiał tam gdzie przebywał? Wolałaby, żeby tylko już dzisiaj, pozdejmował już te teczki  z półek. Jutro dostanie od Bożeny wypowiedzenie z pracy. Nie na darmo Bożena dzisiaj przez Niego do pracy, założyła swoje największe męskie jaja z kolekcji, a machając nimi, żeby tylko uważał i żeby nie podszedł za blisko, jeśli dba o swoje zęby. Wychodzi Bożena na te małą godzinkę, po czym nie wyobraża sobie,  że po przyjściu nie odda jej On tych co potrzebuje papierów do ręki. Do obijania się Bożena- kierowniczka nie potrzebuje nikogo. Gdyż jej się rozchodzi o wydajność, a nie bylejakość, którą ma wymalowaną na twarzy. Do tej pory, tu jeszcze On pracował tylko dlatego, że obiecała matce stażystki, że ją z Nim wyswata. Ale to za duże ryzyko. Czyż miałaby Bożena sumienie, miłej stażystce zniszczyć całe życie? Tak został On sam u Bożeny w pokoju. Nie łapiąc nawet jeszcze za segregatory zapowiedział tylko: „Bożeno z nami to jednak będzie od dzisiaj koniec”. Marcin Balcerzak (ur. 1967) – publikował opowiadania w „Helikopterze”, „Trytytce”, „Zakładzie”, „Kontencie” i „Tlenie Literackim”. Mieszka i pracuje w Sieradzu.

bottom of page