top of page

Znaleziono 223 elementy dla „”

  • Olga Juskowiak – trzy wiersze

    niebo jest tutaj niebieskie jak chleb lepię z niego domy w których rodzę nowe dzieci. ale to później na razie plan jest taki: od rana będziemy gorączkować potem możemy iść na plażę słyszysz? morze wali jak do siebie. może moje ciało jest ujściem rzeki. nie podam źródła niosę falę fala mnie niesie płynąć dalej? dalej już mi się nie chce ogólnie dobrze siedzieli z cyganami musieli jeść zupę na smalcu. od rana rozczesywali miejsca, na których pasą się sztuczne sieci neuronowe punkt po punkcie punkt po punkcie i po co? przecież i tak nie rozpoznamy tego po którym nie będzie powrotu dolejesz mi wina? kiedy już będzie po ptakach moja siostra i ja zamienimy się w grzyby wszystko mamy przygotowane usunięte spirale schowane pod zlewem moje kapelusze jej hymen hodowany w słoiku z gazą na hymenofor. czekamy na zielone światło nasza sytuacja jest dobra, ponieważ jest stabilna nasza sytuacja jest dobra, ponieważ jest stabilna nasza sytuacja jest dobra, ponieważ jest stabilna Olga Juskowiak – graficzka, absolwentka poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Laureatka II konkursu literackiego Muzeum Jana Kochanowskiego “debiutJana”, wyróżniona w X konkursie poetyckim im. Anny Świrszczyńskiej. Publikowała m.in. w kwartalniku Strona Czynna, magazynie artystyczno-literackim Helikopter, Gazecie Malarzy i Poetów. Prywatnie i zawodowo związana z Poznaniem, gdzie pracuje jako projektantka i dyrektorka artystyczna.

  • Adam Lizakowski – Wiersze kalifornijskie

    Drogi Panie Adamie, Pańskie wiersze przypominają mi wyrywanie zębów na żywca, proszę wysłać coś innego, tych ani „Kultura” ani nikt inny nie opublikuje. Jest w nich dzika brutalność, ale i autentyczność. (Fragment prywatnego listu Czesława Miłosza do Adama Lizakowskiego.) Czarne kobiety mają więcej złota Cieszę się że znowu się spotykamy powiedział penis do pochwy przypominającej owoc papai rozkrojony na pół ja też się cieszę nadszedł maj – odpowiedziała pochwa dodając tęskniłam za tobą… dokąd poszedłeś? mieszkałem obok płaczących łon: miski glinianej, bezwartościowej podniszczonej w której farbuje się wielkanocne jajka później z czymś przypominającą grecką urnę w ciszy cierpliwie czekając na ciebie marnowałem czas i nasienie, chory i zawstydzony jedzenie mi nie smakowało mózg drżał pracowałem jako młot walący w kamień leżący obok ławki przy boisku do piłki nożnej na której młodzi robili dzieci a ty jak sobie radziłaś przez ten cały czas zapytał penis? jeden całował mnie wiosną, drugi jesienią ten trzeci nigdy nie całował tylko patrzył głaskał i ten prześladuje mnie najbardziej w dzień i w noc jakie głupie kutasy pieprzyli mnie napełniając swoimi troskami i wadami ale i ich życie też pieprzyło sukinsyny którzy skakali sobie do oczu z którymi nie mogłabym żyć nic mnie nie obchodzili oszukiwali jak dzieci zachowywali się jak dzieci czułam twoją nieobecność Rick Rosa Połamana szczęka i twarz rozkwaszoną jak nadepnięty pomidor ma dziesięć dolarów, ale chce złowić duży lachociąg z wargami jak poduszkowiec za pięćdziesiąt a może i sto dolarów pożądliwie spogląda jakby był we śnie tak jakby ich ciała należały do nich lub były ich własnością niczego życie go nie nauczyło – przecież nie jest na ulicy przyjaciół czy przyjaźni optymistycznie nastawiony do świata Dyzio marzyciel – buja w obłokach – kiedyś kochał kogoś żarliwie i namiętnie beztroski – za to dostał dwa tygodnie temu wpierdol – gryzł ziemię z bólu ale nie wołał o pomoc - ziemia nieczuła i kulista, turlał się - może zmądrzeje, może się wyliże ale na miłość z wzajemnością nie może liczyć Policyjna suka Wśród wielu aut oczu uszy nóg pisków dzieci emigrantów z Azji południowo -wschodniej przebiegających włóczęgów w poprzek ulicę wycia syren wozów strażackich na czerwono pędzących jak wariaci z płonącą głową nawoływań alfonsów i kurew handlarzy narkotyków i śpiewów psychicznie chorych wyje na niebiesko policyjna suka jakby dostała cieczki goni się poprzez zagony ulic Opowieść wigilijna Jeśli dotniesz tego portfela kochanie – masz złamaną rękę będziesz zwierzątkiem kwilącym w czasie nocy wigilijnej cierpiącym pod ciężarem łańcucha win za złodziejstwo – wykutym sobie za życia - jesteś palantem skurwysynem chytrusem - co masz na myśli zapytał masz prawie 60 lat rodziny nie widziałeś od wieków wciąż wysyłasz im pieniądze żonie którą dyma sąsiad albo listonosz - tak myślisz - tak myślę wobec niej chcesz być szczodrym, serdecznym człowiekiem jakim byłeś za młodu a mnie chcesz dymać za darmo abym ci gotowała i sprzątała prała gacie i była twoją służącą jestem dziesięć lat od ciebie młodsza zasługuję na szacunek szanuj moją młodość bo kopnę cię w dupę to z głodu w powietrzu umrzesz zanim na ziemię spadniesz drugiej takiej nie znajdziesz - tak myślisz - tak myślę też mam rodzinę w Polsce też bym chciała im pomóc nie żartuję to koniec jeśli się nie zmienisz jeśli po świętach nie kupisz mi pary nowych butów na sylwestra jeśli nie kupisz mi nowej sukienki to z nami koniec - patrzy na nią jak maluje usta rzęsy brwi czesze włosy - jeśli będziesz na wszystko żałował odejdę do innego który mnie doceni - tak myślisz - tak myślę jeśli za te wszystkie noce będziesz się bał powiedzieć kocham cię jeśli nie usłyszę do ciebie tych wspaniałych słów ale tak trudnych dla ciebie kocham ciebie odejdę What do you think of the american poets? Jesteś z Polski co myślisz o amerykańskich poetach zapytała blondynka o dużych niebieskich oczach? dużo o nich nie myślę szczerze odpowiedział patrząc na jej wspaniałe piersi oparte na stole przy którym siedzieli w Cafe La Boheme - nie była to jesień ale zapach palonej trawy unosił się w powietrzu zaciągając się im pomyślał o jeszcze jedna trafiła się amerykańska intelektualistka która nawet wie gdzie jest Polska – wiem, że tłumaczysz amerykańskich poetów na polski których powiedz? czuł jakby ktoś wykręcał mu mocno rękę do tyłu, a to przecież jest gra w ping ponga - pomyślał sobie raz ona raz ja i głęboko spojrzał w jej oczy - mam ich dwóch może trzech Walt Whitman i William Carlos Williams jest jeszcze no tym jak mu tam zdolny grafoman Allen Ginsberg Carl Sandburg a najbardziej to lubię Boba Dylana - to raczej staroświeccy poeci powiedziała mieszając cukier w filiżance – a których poetów amerykańskich powinni czytać Europejczycy to nie jest już ping pong ale huśtawka oczami wyobraźni zobaczył sobie i ją na huśtawce góra – dół - dół - góra – ona siedzi na jego kolanach próbują się jak najmocniej rozkołysać - o ludziach których podziwiam trzeba mówić dyskretnie – ważyć słowa – język nie może być banalny trzeba kopać nim głęboko aż do samego dnia tam gdzie są ukryte diamenty – poleciłbym tych dla których Ameryka jest domem być może John Ashbery być może Kenneth Koch być może James Schuyler albo Robert Creely być może Wallace Stevens i jeszcze z tysiąc poetów bardzo oryginalnych i ekscytujących ale najlepiej jest czytać krytyków Helen Vendler czy Marjorie Perloff o poezji i poetach można mówić o w ten sam sposób jak o kawie czy herbacie najpierw trzeba uchwyć kolor nieba przestrzeń plantacji barwy krzewów i drzew na których rosną te rośliny później czujemy ich delikatny bukiet aromatyczno - smakowy - a o czym jest twoja poezja? czy piszesz o Polsce czy o Ameryce? poprawiła białą bluzkę lewą ręką prawą pierś za bardzo z niej wystawała to już było zaproszenie do tanga - pytanie cioci Krysi – powiedz Johnny whom do you love more mom or dad? albo zdradzonego kochanka; Proszę, powiedz mi, że mnie kochasz!!! a jesteś po drugiej stronie globu łatwiej będzie mi powiedzieć o czym moja poezja nie jest – nie jest o miłości gołąbków ani łabędzi te ptaki oskubałbym z piórek moja poezja jest o waleniu się po pyskach z Ameryką i kopniach jakie rozdaje Ameryka nierozgarniętym emigrantom, a także tym co zbyt nisko mają nosy tuż przy ziemie wypinając tyłki proszą się o kopa zauważyłam, że przez cały czas patrzysz na moje piersi, to mnie krępuje but I have got to tell you what I think – jestem dziennikarką czy chce mnie wyruchać? – are you the hooker with the heart-of-gold? Przyszli obalić rząd Spotkali się na United Nations Plaza w najbogatszym stanie Ameryki policjanci na koniach i nogach tajniacy i psy policyjne suki tarcze i pałki oni bronią rząd i państwo ład i porządek dobrze opłacani ogoleni i najedzeni z łatwym dostępem do lekarzy i edukacji czujnym okiem własnym i kamer obserwują tłum a raczej zbieraninę niezadowolonych i pokrzywdzonych dynastia bezrobotnych bezdomnych bez szans na podwyżki domaga się lepszego życia godziwych warunków tańszej opieki lekarskiej i lekarstw ich największą armatą w tej wojnie są krzyki i skandowania tańsze mieszkania tańsze mieszkania domagają się większego zainteresowania państwa ich problemami rody biedaków od pokoleń jak stara płyta powtarzają to samo w kółko krzyczą przez megafony: dajcie mam większe zasiłki dajcie mam większe zasiłki a będziemy jeszcze bardziej się pieprzyć ale pozwólcie mam żyć w godziwych warunkach - drzwi do których tak się dobijają to rząd który podejrzliwie patrzy na nich przez judasza - tłum woła otwórzcie nam drzwi rząd spokojnie pyta - do jasnej cholery kim jesteście? tłum odpowiada– naród czego chcecie pyta rząd? tłum głośno odpowiada wypierdolić was z urzędów - po dwóch godzinach pokojowych demonstracji czas na protest minął muszą się pokojowo rozejść teraz siedzą na murkach częstują się papierosami, piją piwo z puszek ukrytych w rękawach ich bomby spuszczone na rząd z późnym zapłonem jeszcze nie wybuchły powoli rozchodzą się po okolicznych barach i knajpach tam przy whisky i martini omówią dalszą strategię rządu o tym pieprzeniu się wszystkiego ze wszystkim Wang And Li Hotel Dla tych co nie mają czasu na chodzenie i tańczenie kupowanie kwiatów prezentów picia kawy miłe słówka jest Wang and Li Hotel - szybki numer na saddle-up or hand job or oral sex - miała szczęście ją wybrano rozczochrana czarna grzywka głowa unosi się w górę w dół grzeczna dziewczynka wyrywa chwasty na polu za jedzenie pochylona głowa i myśli o domu w Sichuan - czuje się trzy razy bardziej samotna wspomina tęskni za tym co zostało daleko zamyka oczy i widzi księżyc nad Jinsha River matkę z igłą w ręce cerującą ubrania trawy na bezkresnej równinie jesienną burzę - piorun - wielki pożar wiosną trawa dochodzi do bram miasta tam ludzie rozpalają ogień na łodygach strąkach gotują fasolę ta krzyczy w garnku jesteśmy z tego samego korzenia dlaczego mnie torturujecie… Półwysep San Francisco, albo nie pokazuj mi swych piersi miła po północy nie trzeba wiatrem być, aby na zimne dmuchać nie trzeba chuchać, aby być hutnikiem nie trzeba być w ulu, aby jeść miód nie trzeba być rybą, by płynąc pod prąd nie trzeba niczego zgubić, aby znaleźć coś wielkiego nie trzeba być beznadziejnym, aby przy nadziei być nie trzeba być w drodze, by o drogę pytać nie trzeba być aniołem, aby dostać po skrzydłach nie trzeba być łysym, aby nie mieć grzebienia nie trzeba jeść cukru, aby słodkim być nie trzeba być królem, aby iść tam piechotą nie trzeba zębów, aby gryźć nie trzeba być żarówka, być świecić w ciemnościach nie trzeba jechać do Kalifornii, by jeść kalafiory nie trzeba mieć psa, by być oszczekanym nie trzeba być szalonym by szaleć nie trzeba mieć giętkiego języka, aby napisać co pomyśli głowa nie trzeba być na szczycie, aby szczytować nie trzeba być w dolinie, aby mieć doła nie trzeba drążnic psa, by być pogryzionym nie trzeba być kamieniem, by mieć kamienne serce nie trzeba śniegu, by być bałwanem nie potrzeba być strażakiem by to olać nie trzeba być hydraulikiem by podnieść ciśnienie w żyłach Adam Lizakowski (ur. 1956) – poeta, tłumacz, fotograf. Urodził się w rodzinie żołnierza, uczestnika walk o Berlin, osadnika wojskowego. Lizakowski debiutował w roku 1980 w ogólnopolskim Tygodniku Kulturalnym, dzięki poecie Tadeuszowi Nowakowi, który w swoich utworach poruszał tematykę chłopską. Od 1981 roku Lizakowski przebywał poza granicami kraju. Studiował na Columbia College Chicago (BA) i Uniwersytecie Northwestern w Chicago (MA). Jest członkiem redakcji studenckiego kwartalnika „TriQuarterly Online”. Tłumacz poezji amerykańskiej m.in. Walta Whitmana, W.C. Williamsa, Allena Ginsberga, Langstona Hughesa, Carla Sandburga, Roberta Pińskiego i Boba Dylana. Także z angielskiego przełożył ponad 50 wierszy chińskiego filozofa i poety Lao Tse, oraz wiele wierszy perskiego poety z XII w. Rumiego. Był wydawcą kwartalnika „Dwa Końce Języka” w Chicago oraz redaktorem naczelnym miesięcznika „Razem” wydawanego w San Francisco. Przez wiele lat publikował wiersze w paryskiej Kulturze. W 2016 powrócił do Polski. Jest autorem ponad tuzina książek m.in. Złodzieje czereśni, Jak zdobyto Dziki Zachód czy Pieszycka księga umarłych.

  • Ewa Jarocka - Listy do Jarka cz. 2

    19 sierpnia 2023 Jarku, to miał być mój dzień zabawy z przyjaciółką i niemyślenia o Tobie, ale wszystko popsułeś. Choć przypuszczałam, że to zrobisz, to ja mam teraz wyrzuty sumienia. Jestem za dobra. I ludzie mnie wykorzystują. Ty niestety też. Mam z Tobą przechlapane prawie jak Dołęga-Mostowicz z Piłsudskim. Najchętniej wlazłbyś na moją głowę, odtańczył tam dziki taniec, przy okazji wydłubał mi oko, bym chodziła jak w zegarku. Bym zapomniała o sobie, może zrzekła się tożsamości. A pomyśleć, że nie rozumiesz rewolucji kulturowej, próbujesz powstrzymać zmiany, zasłaniając się tradycją. Zatem w sieci godzinę temu napisali, jak żałośnie kwiczałeś dziś u siebie w salonie, jak rzucałeś kryształami, jakie to było rozdzierające. Zaś policja pod płotem śpiewała kolędy. Darłeś się jak na wiecu na zabiedzoną staruszkę, która kiedyś oddała na Ciebie głos w wyborach, a potem wygarnęła Ci kłamstwa i oszustwa. Że nie ma w aptekach darmowych leków, trzynastki są skromne, wszystko pożera 500+, a szefowi ministrów znów urósł nos – kinol wydłużył mu się o pięć centymetrów, trudno to będzie ukryć. Trudno będzie tuszować jego kłamstwa, starzy ludzie, mimo posiadanych emerytur, wkrótce faktycznie będą musieli zapierdalać na budowach za miskę ryżu. Gdy zobaczyłam w sieci, jaki zrobiłeś rano cyrk na kółkach, przestraszyłam się bardzo. Pomyślałam o Blidzie i Lepperze, że pójdziesz w ich ślady. Nie wytrzymasz napięcia wynikającego z odrzucenia i krytyki. Tylko Zerro na tym skorzysta. Stwierdziłam więc, że nie chcę Cię odrzucać ani ganić, jedynie postawię Ci granicę, coś, czego nie lubisz, a może czego nawet nie znasz. Ważne jednak będzie, że ja o siebie zadbam. Jeśli mamy podobne potrzeby i wartości, spotkamy się. No więc darłeś się dziś w salonie jak trąba jerychońska, bo wybieram się do Tete na balety, a Ty nie zostałeś zaproszony, nie możesz mnie więc z lęku przed odrzuceniem potraktować dystansem, chłodem, obojętnością i pogardą. Nie możesz mi pierwszy powiedzieć „nigdzie z Tobą nie idę” lub „wypierdalaj”. Kiedyś wyłeś tak do polityczki w sejmie. To straszne, że tak traktujesz kobiety. Jarek, nie jestem Twoją mamą, która była oschła, choć trzymała Cię pod kloszem. Która Cię z miłości przekarmiała, unieważniała, bo tak naprawdę Cię nie widziała, żyła jeszcze wojną. Ona też była jak ta staruszka z wiecu, z dwójką synów było jej trudno, zwłaszcza, gdy oni ukradli księżyc. Zależy mi na Tobie. Chcę zbudować z Tobą zdrową bliskość. To nie boli. Ale rozumiem, że zrobisz tak, jak umiesz. Policzysz się ze mną. Inaczej nie jesteś w stanie mojego szczęścia znieść. To smutne, że jesteś aż tak zawistny. Tak, zazdrość to mały Pikuś przy tym, co tu się dzieje. No i nie obraź się, ale nie wyglądasz mi na kogoś, kto chodzi na urodzinowe imprezy, przebiera się w krótkie spodenki, kupuje czekoladki, balony, kwiaty. Kto grilluje i pije alko z młodymi ludźmi. Pewnie nie lubisz tego i chorujesz, gdy Twoi bratankowie mają swoje święta. Unikasz ich jak ognia, bo jeszcze trzeba by wziąć któregoś na kolana, zrobić z nim fikołka. Brzuch Ci za bardzo wystaje, żeby zawiązać buty, a co dopiero robić z dzieciakami przewroty, piruety, turlanie się. Myślę, że Ty się nawet opalać nie lubisz, podświadomie szykujesz się już do przejścia na drugą stronę i kończysz pozaczynane w Polsce sprawy. Teraz niby miałbyś tańczyć?! Zatem może dobrze się stało, że siedzisz w Warszawie, a ja we Wrocławiu. Wybraliśmy sobie siebie takich odległych po to, żeby móc zrealizować rodzinne skrypty. Dystans, chłód, obcość, a przy tym ogromną czułość skrytą pod spodem. Tak, jest dla nas ratunek. Ogromne uczucie, które nas połączyło. To czułość, którą Ci dam, jak odpuścisz, zrozumiesz, że nie jesteś stratny, jeśli zdobędę więcej niż Ty i będę szczęśliwsza. Niekoniecznie będąc imperatorką, wprowadzając w Polsce zamordyzm, ale idąc się upić z Tete. 20 sierpnia 2023 Jarku, smutno mi. Boję się Ci mówić cokolwiek po wczorajszej awanturze poprzedzającej imprezę u Tete, żeby Ci nie zrobić przykrości. Powiem tylko, że było spokojnie i podwójnie, bo niby świętowałam z przyjaciółką, ale cały czas myślałam o Tobie. To więc były trochę Twoje urodziny, nawet jeśli paliłyśmy trawkę. Ja też dziś odpoczywam, może pospaceruję w pobliżu kościoła. Mówię „też”, ale Ty chyba nie umiesz leżeć z nogami do góry, myśleć o niebieskich migdałach, spacerować po parku i zachwycać się zielenią. Ty musisz w niedzielę iść do kościoła, by podjudzać ludzi, dzielić ich nawet w obrębie katolickiej wspólnoty. Nie wiem, czemu Ty w tym widzisz przyjemność. Rozumiem, że namawiasz księży do przekroczeń, ale biedne staruszki? Po co Ci ziejący nienawiścią elektorat? Taki beton nawet Tobie nie poda pomocnej dłoni, gdy coś się stanie. Na starość nie przyniesie Ci szklanki wody do łóżka. Będziesz umierał spragniony i głodny, na rozkładanym materacu. Wielkie gazety na świecie w ogóle o Tobie nie wspomną. Tylko po latach, gdy dojdziemy do siebie po tych chorych politycznych popisach, ktoś doda do Twojego biogramu na Wikipedii: gnom umierał sam, zapomniany. Nie wiem, Jarku, co z nami będzie, czy się dogadamy, więc może to jest prawdopodobny scenariusz. Gdybyś jednak zaczął być dla mnie miły, nadskakiwał mi i dbał o mnie, nie pozwoliłabym Ci umrzeć w przytułku. Zostałabym rzecznikiem Twoich idei. Miałbyś w swoim biogramie na Wikipedii link do informacji z Gazety Wyborczej: Jarosław Kaczyński to polski polityk urodzony 18 czerwca 1949 roku w Warszawie. Zmarł wczoraj o godzinie 21:37 w domu na Żoliborzu w otoczeniu ukochanej żony i Mruczka. Po jego śmierci rząd PiS ogłosił permanentną żałobę narodową, narodowe płakanie i jedną wielką histerię betonu. Tymczasem w całym kraju zadziewiają się cuda. Na ulicę z kościołów wyszły tłumy wiernych, by już tam zostać i się smucić, żegnać przywódcę. Nawet politycy opozycji żegnają go kwiatami. Leją się ich latami wstrzymywane od wkurwu łzy. I Donald Tusk nie zmilczał, zrobił na Facebooku relację, że Kaczyński był tylko średnim wariatem, choć pod koniec życia mylił ukochanego Mruczka z żoną. Dzisiaj zaś podobno wódz objawił się we Wrocławiu na chodniku przy Jedności Narodowej. Mieszkańcy całego Dolnego Śląska ssą go na zmiany. Wołają: Santo Subito! Wszystkim zainteresował się ksiądz Tadeusz Rydzyk, a arcybiskup Marek Jędraszewski nie może spać, projektuje na Jedności Narodowej wyburzenie stuletniej zabudowy i postawienie bazyliki świętego Jarosława Kaczyńskiego. Chyba się jeszcze nie dorobił… Ty, Jarku, a Ty boisz się śmierci? Pewnie tak jak życia i plugastw, nie boisz się śmierci. Może jak każdy pisowiec, trochę obawiasz się bólu i starości, że nie będziesz mógł dokazywać, łamać innych ludzi, że wskutek demencji zwrócisz się przeciwko sobie. No i starych ludzi nikt nie poważa, inni śmieją się z nich, traktują ich pobłażliwie, niepoważnie. Jak księży albo małe dzieci, może trochę jak kobiety. Trochę jak niewdzięcznego wodza, populistę, kłamcę i manipulanta, który nie zasługuje na pochówek, którego większość normalnych ludzi widziałaby, jak usycha po nabiciu na pal… I pewnie Gazeta Polska napisze piórem Terlikowskiego, a przynajmniej sygnuje jego nazwiskiem tekst, że Wyborcza po Twojej śmierci przez nabicie na pal totalnie odjechała, że to trybuna zgorszenia, zdegenerowania i popsucia. To nieprawda, że umierałeś wśród bliskich, tylko jak wyżej, jako męczennik, i teraz rozszarpują Cię kruki i wrony. Terlikowski wspomni też, że najpierw przyszedłeś na świat w 1949 roku. Zaraz w cudownych okolicznościach. Przez dzieworództwo. Towarzyszyła temu ucieczka Twoich staruszków z Argentyny do Polski, zatem partenogeneza miała miejsce pod Warszawą w lichej stajni. Z czasem zostałeś najwybitniejszym politykiem w historii Polski, bo opowiadałeś dziennikarzom każdej opcji takie mądrości, jakbyś pozjadał wszystkie rozumy. A potem ci gamonie nabili Cię na pal. Całe szczęście wkrótce objawiłeś się we Wrocławiu na Jedności Narodowej i już teraz stoi tam ufundowana przez Rydzyka i Jędraszewskiego bazylika Twojego świętego imienia, gdzie czytane są kolejne projekty Twojego autorstwa. Projekty zmian w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. I w tym jest smutna prawda. Choć zdaniem wielu, marzysz o czymś, co w przyszłości może stać się podwalinami faszyzmu w kraju nad Wisłą. Faktem jest, że zamierzałeś przeinaczyć Konstytucję, majstrowałeś już coś przy niej, a na pewno łamałeś niekorzystne dla PiS-u zapisy. Może Ty jednak szukasz ratunku w zmieniającym się świecie. Dla konserwatyzmu i ludzi takich jak Ty, którzy by się rozpadli, całując się z kimś tej samej płci, palącym trawkę, czy dokonującym aborcji. Tak to jest teraz w Polsce, ale i na świecie, historia się nam rozjeżdża, umowa społeczna nie jest już ważna, liczy się wielowersyjność. W końcu mamy postmodernizm. Mam nadzieję, że zanim naprawdę umrzesz, załapiesz choćby ten akapit listu, może nawet pośmiejesz się z całości moich wypocin. Szkoda by było, żebyś umarł głupi. 20 sierpnia 2023 Jareczku, co robisz? Byłeś już w kościele? A może dziś jest jakaś miesięcznica? Pogubiłam się w tych wszystkich datach i pisowskich świętach. A może pierzesz skarpetki w ace? Majtki wyprałeś rano, suszą się na sznurku w łazience? Nie wywiesiłbyś ich na balkonie. To by Tobie uwłaczało, Twojej funkcji i najwyższemu majestatowi. Jakiś zbłąkany, upalony w trzy dupy gówniarz mógłby dojrzeć z ulicy, że na Twoim balkonie wiszą też staniki. Ale to by były koronkowe majtki na niedzielę. Narkoman jednak cyknąłby smartfonem fotę i potem mógłbyś oglądać własną bieliznę w Fakcie lub w Super Expresie. Spaliłbyś się ze wstydu, zwłaszcza że pismaki też by tam dostrzegli biustonosze. Sugerowaliby, że się przebierasz dla Mruczka, żeby Cię bardziej kochał. Szczególnie, żeby wielbił Twój owłosiony tyłek. Raz prawą łapką, raz lewą, czasem tylko szorstkim językiem. Jarku, a może znów masz paranoję? Szykujesz się na przegraną w wyborach. Prawnie już zabezpieczyłeś się przepisami w ustawach, ale obawiasz się, że obecna opozycja po odniesionym w październiku sukcesie będzie usiłowała Cię zniszczyć. Tusk uderzy w Twój czuły punkt i zacznie od Twojego brata. Każe zburzyć pomnik smoleński na placu Piłsudskiego. I sam zniszczy koparką świętość, prawie relikwię. Złodziej przeniesie też ciało Lecha na cmentarz komunalny, gdzie, jego zdaniem, jest miejsce pochówku współczesnych polityków, miernot. To nic, że niektórzy będą płakać, zabijać się, błagać o litość. To nic, że Ty będziesz płakał jak bóbr, a przynajmniej wreszcie wzruszysz się do łez. Może nawet wyjdzie Ci to na zdrowie? Zaufaj mi, to jest przyjemne. Zwłaszcza po latach zaciskania zębów, spinania mięśni grzbietu i trzymania rąk na kołdrze. Fantazjuję, że byłeś rano w kościele pomodlić się za nawrócenie grzeszników, wychodząc z kościoła poczułeś strach przed prześladowaniami i odwiedziłeś pomnik smoleński, by sprawdzić, czy nikt go nie profanuje, żadna grupa kabaretowa, po czym wróciłeś do domu i szukasz w Internecie psychoterapeuty. Mężczyzny. Nie chcesz iść do kobiety, żeby jej opowiadać o Polsce, swoich planach wobec niej na przyszłość i o tym, jak bardzo ojczyzna jest zagrożona nowoczesnością, Facebookiem, Instagramem i kanałami pornograficznymi. Twoim zdaniem, kobieta nic by z tego nie zrozumiała. Tylko by Ci podpowiedziała źle, może się śmiała, była ironiczna. Pomijając to, że nie słuchasz nikogo, mówiłaby Ci, żebyś zerwał relacje z kościołem, który idzie na dno. Sam o tym nie pomyślałeś jeszcze, ale po jej słowach mógłbyś nabrać wątpliwości, czy dobrze zrobiłeś, wikłając klechów w politykę. Przez chwilę miałbyś spadek nastroju wywołany świadomością podjęcia tak fatalnej decyzji dla losów Polski. A Ty się nie mylisz. Dlatego, że nigdy się nie mylisz, doszedłbyś do wniosku, że to był blef. Baba Cię podjudza, jest szpiegiem PO. Wredna baba próbuje ugrać kompromis aborcyjny dla Polek lub sprowadzić na kraj jeszcze inną tragedię. Plagę Tusków w Parlamencie. Ty dobrze wiesz, że Polki muszą się rozmnażać, muszą zaludniać ziemię, bo są do tego stworzone. One nie wiedzą, do czego są stworzone, ale Ty wiesz. Seks to nie jest rozrywka. A co z satysfakcją przy zbliżeniu, gdy ma się pięcioro dzieciaków i niskie zarobki? Biedne suczki też mogą mieć przyjemność z seksu, zwłaszcza gdy nie używają prezerwatyw ani tabletek, tylko po stosunku oddają mocz. To dobra, sprawdzona metoda antykoncepcyjna. Bo facet musi dostać codziennie. No więc przydałby Ci się facet. Psychoanalityk, mądrala. Żeby rozkminił kilka wątków w Twoim życiu, rozplątał supeł, który w głowie masz. Masz pod czaszką nielichą zagwozdkę. Jak pozbyć się z kraju Tuska, Internetu, może światła. Może Kurski gdzieś upchnie tego złodzieja z PO? Pracuje przecież za granicą, dobrze zarabia, w obcej walucie. Czytaj: Kurski kradnie, bo się nie zmienił. Ludzie się nie zmieniają, chyba że pracują z psychoanalitykiem. A Ty potrzebujesz teraz jakiejś bomby. Prawdziwego rozpierdolu. Terapeuta Ci to zapewni, może już w kontrakcie, jaki z nim podpiszesz na rok. Żaden doradca Ci tego nie da, ale gość od analizy Twoich snów. Czytałeś przecież ostatniej niedzieli, że wszystkie odpowiedzi są w Tobie, Twoja głowa aż od nich puchnie. Taki sztywny gość naprzeciwko kozetki pomaga Ci je tylko odnaleźć. Ale czy Tobie coś się śni? Czasem łykasz na noc tabletki na uspokojenie, wtedy nic Ci się nie śni, nawet Mruczek. Gdy nie łykasz tabletek, nie śpisz, głaskasz kota. Pomimo iż jest środek tygodnia, zakładasz koronkowe majtki i budzisz pupila. Chroniony policyjną eskortą, wpadasz na chwilę do sejmu, żeby upewnić się, czy wszystko już spieprzyłeś, a Prezydent zgodnie z Twoją wolą to podpisał. Duduś podpisałby diabłu cyrograf własną krwią, nie bez przyczyny nazywają go długopisem. Fantazjuję, że już wiesz, że po kilku sesjach analizy spałbyś jak dziecko i śnił. Może nawet rozważyłbyś wycieczkę do Wrocławia? Do mnie, żebym mogła dać Ci w pysk za te wszystkie zawiedzione nadzieje. Za tę całą obojętność i wiele zmarnowanych szans. 21 sierpnia 2023 Jarku, uspokoiłam się i wiem, że należą Ci się moje wyjaśnienia, może nawet przeprosiny. Przepraszam, że wierzę w rzeczy niemożliwe. Już drugi raz Cię przepraszam w tak krótkim czasie. Chyba naprawdę jestem demonem zła, wcieleniem piekła, dissem. A przynajmniej jestem niedoskonałym człowiekiem, nie tak jak Ty. Choć czasem myślę, że jest na odwrót, że to ja jestem dobra i miła, a Ty jesteś jednym wielkim manipulantem, asystentem Lucyfera, jego mózgiem zatopionym w smole. Bierzesz ze mnie, ile się da, nic nie oferując w zamian. Zresztą robisz wiele innych okropnych rzeczy. Nie będę się jednak o to z Tobą kłóciła. Choć słyszałam, że kłótnie służą bliskości. Zatem już wiesz, że mam fantazję. Moja wyobraźnia jest ułańska, ogromna jak kosmos z czarnymi dziurami i bez. Dlatego wymyśliłam sobie wszystko to, co działo się od momentu, kiedy wspomniałam w jednym z postów imprezę u Tete. No dobrze, łgałam jak z nut, zmyślałam jak podczas matury pisemnej z historii w 1999 roku. Nie tylko dlatego, że jestem kreatywna. Trochę też dlatego, że nie mam narzędzi do zrozumienia świata. I Ciebie, mój kochany. Tego że mnie nie chcesz, że nie przyjedziesz do Wrocławia, żeby się ze mną spotkać, poświntuszyć, żeby zostać tu. Wolisz sejm. I tę sprytną jak ziemniak Elżbietę Witek. Zatem fakt, jest na odwrót, to ja jestem zazdrosna, nie Ty. Jestem zazdrosna i samotna, bo zostawiłeś mnie we Wrocławiu na pastwę losu, sam zaś podrywasz tylko o osiem lat młodszą kobietę, marszałkinię. I jak ja miałam się nie uruchomić, nie cofnąć w rozwoju? Przez całe dzieciństwo fantazjowałam, to była moja metoda na poradzenie sobie z opresją, sposób na przetrwanie. Tak jak mój perlisty śmiech, robienie z siebie głupiej albo pomylonej, a czasem zimnej jak lód, niedostępnej. Bywało nawet, że się dysocjowałam, nie pamiętałam wielu faktów z własnego życia. Dziś, gdy przychodzi jakiś kryzys, odpalają mi się te same strategie radzenia sobie ze stresem, z tym, czego nie chcę, co mi się nie podoba, czego wolałabym nie widzieć i czego nie dostrzegam, ale co czuję. Chodzę wprawdzie na psychoterapię, ale wiesz, to chyba trochę potrwa, zanim się zmienię. Budowa nowych połączeń między neuronami wymaga czasu. I tak już jest lepiej, niż było, bo nie wmawiam Ci, że obiecałeś mi ślub cywilny i wesele na dwieście osób. W jakimś zamku na Dolnym Śląsku. A potem, że pojedziemy na miesiąc miodowy do Argentyny. I że oddasz Mruczka do schroniska, bo rzekomo mam alergię. Jarku, z każdym dniem o wiele bardziej twardo stąpam po ziemi, urealniłam sobie wiele spraw, wiem, że nie jestem Mruczkiem, że Ty nie wchodzisz w relacje z byle kim. A ja czasem zachowuję się jak gówniara i te konfabulacje są dobitnym tego przykładem. Pewnie też nie mam klasy, nawet w sejmie nie zwróciłbyś na mnie uwagi. Na to że pod cienkimi rajstopami do czółenek i spódnicy oraz białej góry, mam ogolone nogi. Pisówy tego nie praktykują. Liczą, że z owłosionymi nogami są bardziej kocie, drapieżne, że wcelują w Twój gust. A Ty, gdybyś mógł, ogoliłbyś na łyso nawet Mruczka. Zatem wymyśliłam sobie, że mógłbyś być o mnie jakkolwiek zazdrosny. Że wyraziłeś swoją zazdrość o moją obecność na imprezie u Tete, przemieniając dom przy Mickiewicza w salon złości, piekielne miejsce na wkurw i piekło. Żadnego kryształu po mamie nie stłukłeś i nie hałasowałeś, jak opowiadałam na Facebooku. Milczałeś jak zwykle, choć nie – dwa razy puściłeś bąka. Policja nie śpiewała pod Twoim domem kolęd, bo policja nie śpiewa, tylko ochrania Twój dom, nasz kraj. Wreszcie media w sieci nie napisały o wszystkim. To mi odjebało. Jakoś totalnie i teraz Ty masz pozamiatane? A może nikt nie zwrócił uwagi na upiorną wariatkę? Albo nikt nie uwierzył w jej słowa, każdemu wydały się one żałosne. Tak, dobrze rozumiesz, Jarku, zregresowałam się. Cofnęłam się do dzieciństwa, kiedy nie miałam mieć tego, co chcę, czego potrzebowałam. Więc sobie to dofantazjowałam, że mam wszystko, jestem zaopiekowana, szczęśliwa. Zatem zobaczyłam Ciebie, jak wywijasz kryształami po mamci, bo mnie kochasz, ale nie możesz akurat mnie mieć, gdyż ja szlajam się po bibach i jeszcze prawdopodobnie zaprawiam się trawką. A Ty się tak starasz, żeby Polska była właściwym miejscem do życia dla młodych dam. Nie jestem damą, jestem Ewką Jarocką, której czasem zdarzy się napisać do Ciebie list. I już Cię przeprosiłam za wszystko, więc nie rób dłużej z tego dramy. Nie wykorzystuj mojej słabości w jakimś kuriozalnym celu, by jeszcze bardziej mnie dobić. Wystarczy mi świadomość tego, co zrobiłam. Wiem, co zrobiłam, chciałam oszukać nas wszystkich, ale nie maltretuj mnie więcej, nie jesteś Zerro. Od teraz, proszę, zacznijmy życie od nowa. Jarku! Uwaga, trzy, dwa, jeden, start. Gotowe, niech się zadziewa nasz świat w szczęściu i w obfitości. Niech to będzie nasz miesiąc miodowy. Dwa miesiące. Do wyborów. Zatem miałam dzisiaj w nocy sen, śniło mi się, że… 21 sierpnia 2023 Jarku, wspominałam Ci rano, że miałam piękny sen warty pogłębionej analizy. Chcesz się pokusić o jego interpretację? Bo wiem, że miałeś już trzy sesje u psychoanalityka, masz warsztat, by to zrobić, czyli jeszcze bardziej odkryć mnie dla siebie. Mnie, siebie i demokrację… No więc śniło mi się dzisiaj, że zamurowałeś wejście do swojej willi. Oczywiście, zostałeś w środku z przestraszonym Mruczkiem. Miałeś też na czole napisany niebieskim długopisem manifest: to koniec demokracji. Ale pojawiłam się ja. Spłynęłam na Twoje podwórko z miłej, małej chmury, chmurki, którą można było przegonić skierowanym na nią wydechem. Nikt się jednak nie ważył interweniować w boskość. Zatem spłynęłam na Twój chodnik z kostki łagodnie, dotychczas bowiem mieszkałam w Niebie, byłam aniołem. Byłam miłym, pięknym aniołkiem, jakimś serafinem. I Ty wtedy poczułeś, że Ci serce rośnie, radośnie drga, już nie jesteś zmrożony, bo ja zaczęłam rozbierać zbudowany przez Ciebie mur. Pustak po pustaku. Kiedy już nie dzielił nas mur, wybudowałam most z pustaków i desek na opał z Twojego podwórka. Ciągnął się w nieskończoność, do nieba i z powrotem na ziemię. Szłam nim długo, zmęczyłam się, jakbym już nie była serafinem, ale sobą, człowiekiem z białka. Wtedy odkryłam, że jestem sobą – mam czterdzieści trzy lata, blond włosy, duże cycki, jestem dobrą duszą. I zrozumiałam, że taką można mnie kochać najbardziej. Bardziej niż Elżbietę Witek, która wykłada zakłamaną historię w sejmie. Ja nie kłamię i nie oszukuję, bo nie jestem marszałkinią, ale i wiem, co to jest prawda, że prawda nas wyzwoli, zawsze wypłynie na wierzch, sprawi, że największy dyktator pęknie jak ozdoba choinkowa pod wpływem jej podmuchu, będzie budował w drzwiach swojego domu mur. Zobaczyłeś mnie na tym moście, jak idę do Ciebie, i dałeś mi nowe imię, ochrzciłeś mnie. Powiedziałeś: od teraz nazywasz się Ewa, jak matka wszystkich ludzi, bo też jesteś megalomanką. Byłam wtedy megalomanką. Mitomanką i pisówą. Ale nie wzięłam się z niedoskonałych rodziców, tylko z gwiezdnego pyłu, boskich okruszków miłości. Od tej pory żyliśmy sobie pod mostem we dwoje. W nowym domu z kartonu i taśmy klejącej. Już nie chciałeś budować niczego z pustaków. Mówiłeś: żadnych murów, nawet na granicy. Cierpieliśmy. Ale ile się przy tym nauczyliśmy! Przede wszystkim załatwiłeś nam rozkładany materac. Załatwiłeś go z uwagi na koneksje, które miałeś. Zerro przywiózł go taksówką, Rydzyk pobłogosławił, a Duduś wypisał mu gwarancję na wieczność. Razem z materacem Zerro przywiózł w bagażniku taksówki jeden koc, posłanie Mruczka. Od teraz mieliśmy pod nim razem spać i śnić o anarchii. Było tragicznie, ale przeżyliśmy. Zatem śniliśmy o każdej jednej możliwej życiowej alternatywie i okazji. Śniliśmy nawet o tym, co niemożliwe, co się wyklucza, jest wzajemnie sprzeczne, niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, boskie. Chłonęliśmy to, bo uczynić z tego nowe państwo, naszą ojczyznę. Nowoczesną Polskę. Bo anarchia trochę przypominała nam postmodernizm. To było straszne, bo ukochałam sobie postmodernizm, a potem miałam z niego zrezygnować na rzecz jakiegoś nowego materializmu. Dlatego musieliśmy dokonać odważnych wyborów i postawiliśmy na demokrację. Zatoczyliśmy koło. Tak jak wcześniej przeżyliśmy kryzys demokracji, tak teraz świętowaliśmy na równych prawach jej triumf. 21 sierpnia 2023 Jaruś, mam przez Ciebie kłopoty. Choć dobrze wiem, że jestem dorosła i sama dokonuję wyborów, myślę też, że to Ty sprowadziłeś nad moją głowę czarne chmury. Zamieniłeś się w Pana Chmur i rach-ciach, zmokłam jak kura. Czarne chmury urządziły mi z życia prysznic, sprawiły, że zapomniałam o jasnym aspekcie egzystencji – triadzie dobra, piękna i miłości. Szczególnie spełnionej miłości. Takim uczuciu, które nikim nie zamiata, które zakochanemu zmiata liście sprzed stóp, i odpowiednie tramwaje nadjeżdżają człowiekowi same, on nigdzie się nie spóźnia, nie robi z siebie wariata, może pisać listy miłosne, za które zbiera pochwały, nikt go za nie nie gani, nikt nie mówi, że to melodramat, od którego ich autorka czy autor zaraz zwariuje. Jest sielanka. A ja akurat dziś przeczytałam na Facebooku sentencję, bo Facebook czyta chyba moje listy do Ciebie, że jeśli ktoś chce umrzeć, powinien się nieszczęśliwie zakochać. Będzie umierał na raty, powoli jak żółw. Trochę jest w tym taniej prawdy, a trochę wielkiej mądrości. Wiem to na podstawie swoich doświadczeń i obserwacji. Bo kocham Cię niespełnioną miłością, Jaruś. Zakochałam się w Tobie nieszczęśliwie, cierpię jak skurwysyn i z tego bólu przerzucam na Ciebie odpowiedzialność za moje kłopoty z umieraniem i w ogóle. Niby to tylko czarne chmury nad moją głową, ale prawda jest taka, że one są wielkimi groźnymi baranami, jak samozwańcza żona Pana Chmur, Pani Pawłowicz. Ona to potrafi zrobić człowiekowi z życia zmiany klimatyczne. Od jej podmuchów i zsyłanych przez nią na ziemię huraganów giną ludzie, a najbardziej ludzie zakochują się nieszczęśliwie w kaczkach. Ofiary Pawłowicz chodzą wtedy do parku i karmią kaczki chlebem ze spluchniaczami. To jednak nie jest życie, to pół egzystencji. A przecież mam tylu fajnych kolegów, z którymi mogłabym konie kraść, mieć całe życie. Mam wielu dobrych kolegów, na przykład jutro pieczemy we czwórkę u mnie w domu chałkę. I będzie cool, chociaż nie będę miała z kim pogadać o kolorze włosów, sztucznych rzęsach, tipsach, botoksie czy najnowszej sukience z lumpeksu, że wyglądam w niej jak królowa jesiennego nieba. Nie pogadam z nimi też o PiS-ie i ich polityce prorodzinnej. Bo żadnego z tych mężczyzn nie kocham, jak Ciebie, Jaruś. Bo przed nimi się nie otwieram, jak mogłabym się otworzyć przed Tobą. Przed Tobą stanęłabym w prawdzie niczym brama bez furtki lub Pawłowicz przed Panem Chmur. Ty byś tylko wchodził przeze mnie i wychodził. Mam też kolegów z liceum. Czasem któryś, o ile się akurat nie ukrywa, przyśle mi pocztówkę – swoje zdjęcie sprzed naszej szkoły. Powspominamy wtedy chwilę stare dobre czasy – palenie i picie – i ja znów biegnę do Ciebie, do komputera, żeby pisać Ci czułe elaboraty na temat moich snów i Twojego politykowania. Mam też kolegów ze studiów, ale nie ma ich w kraju, prawie wszyscy robią kariery za granicą. Mimo to w branżowej sprawie zawsze mogę się do nich zwrócić. Mogę im zadać pytanie, na które nawet Ty nie znałbyś odpowiedzi. Jednak nie za odpowiedzi na trudne pytania Cię lubię. No i mam brata, który też potrafi być moim funflem. Złoży mi komputer, odbierze autem mamę z trudno dostępnego miejsca, załatwi takie rzeczy, o których strach tu wspominać. Ale załatwi je i jestem mu za to wdzięczna. Jestem wdzięczna, że on jest, pojawił się w moim życiu po mnie i widzi mnie, nie zapomina, że jego siostra jest też jego koleżanką. Zatem o moje względy w stosunku do niego mógłbyś rywalizować, o ile to możliwe, byłby remis z lekką przewagą dla Ciebie. Tak będzie zdrowiej dla nas wszystkich. Mam wreszcie kolegów, których nie znam dobrze, prawie wcale. W sumie to dobrzy ludzie, prawie wszyscy zaczepiają mnie na Facebooku. Gadam z nimi przez komunikator o moich listach do Ciebie, którymi żyję. I oni nadają do mnie wiadomości, że tworzę melodramat, że zwariuję. Sypią też różnymi innymi uwagami, ale te dwie najbardziej mnie bolą, no jakby mnie nie znali, podejrzewali o takie rzeczy, o których strach jest myśleć, które robi tylko mój brat. Dlatego myślę, że jakbym się nie zakochała w Tobie, nie miałabym nad głową czarnych chmur od Pana Chmur, a na głowie Pani Pawłowicz od huraganów i trupów. Siedziałabym sobie wygodnie w domu i zbijała bąki, raz na tydzień przeczytałabym jakąś bestsellerową książkę, namalowała smoka, napisała wiersz, spotkała się z koleżanką i gadała przez dwie godziny o butach na słupku. Tymczasem muszę walczyć z niesprawiedliwością. Trochę jak Ty, kochany. Najgorsze jednak, że Ci się skarżę jak małe dziecko: czy naprawdę uważasz, że nasz romans na Facebooku jest melodramatem? Jeśli się zakochałam, powinnam pisać o kaczkach od chleba ze spulchniaczami czy może jednak o obiekcie westchnień? Może powinnam zwariować, żeby dać kolegom satysfakcję? Mam milion pytań, na które musisz mi odpowiedzieć, bo ja sama nie potrafię, nie mam takich talentów i mocy. Mam kłopoty, których przez swój brak pewności siebie sama nie udźwignę, nie rozwiążę, nie wymażę z pamięci, choćbym była Panem Chmur i Panią Pawłowicz związanymi przysięgą małżeńską, wprzęgniętymi w jedno zjawisko pogodowe. Ono już tu jest, nazywa się koniec świata, bez nazywania spraw po imieniu wtargnęło do mojego życia jak czarne chmury z huraganem i sieje w nim spustoszenie. Trochę jak Ty, Jaruś… 22 sierpnia 2023 Jaro, wiem, jest późno. Albo wcześnie, bo doba się dopiero zaczęła. Powinnam spać, a nie mogę. Pewnie moi koledzy od przekonania o tym, że zwariuję z powodu naszej relacji, będą się cieszyli, gdy odkryją, że padłam dopiero o czwartej nad ranem. Że nie sypiam dobrze i to jest dowód na to, że zwariowałam. Niedługo wyjdę więc nago na ulicę, bo pomylę ulicę z własną łazienką lub sauną, i będę tam wyczyniała hocki-klocki. Ludzie umrą ze śmiechu, patrząc na mnie. Najpierw zaczną się turlać, potem piszczeć, wyć, skomleć o jeszcze, ale nikomu nie przyjdzie na myśl, że oszalałam z miłości, należałoby mnie odstawić do Warszawy, choćby na Nowogrodzką. Ale najlepiej na Żoliborz, gdzie mieszka z kotem ten, który pomieszał mi w głowie. W sumie miałabym Ci wiele do opowiedzenia. Jak to było chodzić nago po Jedności Narodowej i być zaczepianą, wyśmiewaną, klepaną po tyłku, nazywaną dziwką i krejzolką. Moim zdaniem, kobieta powinna móc przejść nago ulicą, a mężczyźni powinni wtedy kontrolować swoją seksualność. Ale może dzieje się tak w Ameryce, w niektórych stanach. Jaro, może gdybym Ci zrelacjonowała przebieg takiego zdarzenia, zmiękłbyś i zabezpieczył jakoś ofiary gwałtu w naszym kraju? Bo te wszystkie klapsy w moją pupę, baty, które bym otrzymała od przechodniów, byłyby sporym nadużyciem. Przecież nie jestem Twoim kotem. A może marzą mi się klapsy w pupę w niecodziennej sytuacji? W sytuacji, kiedy puszczają mi hamulce i robię sobie krzywdę. Tak naprawdę tylko w takich okolicznościach mogę przeżyć bliskość z mężczyzną? Przyszło mi to teraz do głowy i posmutniałam, zwiędłam, poszarzałam. Jak bardzo jestem skrzywiona i gdzie byli moi rodzice, gdy byłam mała i rosłam do góry. Na bank nie rosłam na boki. Może moi starzy chodzili nago po ulicy? Klepali się po tyłkach, aż doszli do wniosku, że dość tego, przeniosą się do alkowy, zwłaszcza że pojawiła się kolejna ciąża. Ale alkowa nic nie zmieniła, bo nie mogła. Bo w zmianie chodzi o coś więcej niż posprzątanie syfu na zewnątrz. Głęboka zmiana zadziewa się w środku, jest wewnętrzna. Dlatego, jak jeszcze raz ktoś powie, że peron mi odjechał… Nie, nic nie zrobię, nie powiadomię Cię, Jaro, żebyś działał, uruchamiał wpływy – wojsko i Pegasusa. Nie jestem Zerro, który się mści na całym świecie, że jego rodzice też wychowali się nadzy na ulicy z błota, że gdy podrośli, znaleźli dom, ale to nic nie zmieniło, bo wrósł w nich syf. Że było jeszcze gorzej, gdy urodził im się syn. Jaro, wiem, jest późno, powinnam spać, śnić o demokracji, którą mi wkrótce dasz w wersji mini, ale jestem podekscytowana i dlatego pozwalam sobie na odrobinę szczęścia i szczerości, choć pewnie przeginam. Bo nie rozbieram się i nie ganiam nago po ulicy, nigdy nie biegałam, choć moje wewnętrzne dziecko bawi się tam w kałuży. Coraz częściej się tam bawi, jest spontaniczne, za sobą. Całe szczęście, w jego kałuży odbija się słońce i pływają salamandry plamiste. Bo moja wewnętrzna Ewunia ma ogromne szczęście. Widziała już kijanki, żaby, dżdżownice, a teraz bawi się z salamandrami. Zakochuję się w niej powoli, bardziej niż w Tobie, Jaro. Niedługo będziesz miał konkurencję. Bo zakochałam się w Tobie, gdyż nie miałam siebie z wewnętrzną dziewczynką na czele. Ale to się zmienia, od środka. To pęcznieje i zaraz wybuchnie, zaleje nas prawdą, dobrem i pięknem. Przede wszystkim jednak oczaruje nas autentycznością. 22 sierpnia 2023 Jarku, padam na nos jak Pies Pluto, więc dziwię się samej sobie, że do Ciebie piszę, mam jeszcze siłę. Jestem wyczerpana nie tylko dlatego, że siedziałam wczoraj prawie do trzeciej nad ranem, ale i dlatego, że koledzy właśnie ode mnie wyszli. Robiliśmy dziś wspaniałe rzeczy. Nie bój się, to nawet nie ocierało się o cień romansu, choć było sympatycznie. Upiekliśmy chałkę i siedzieliśmy w pokoju nad blachą, i jedliśmy pyszne pieczywo, rozmawiając. Gadaliśmy o narkotykach. Ale nie bój się, jestem za stara, by ćpać, choć muchomora sromotnikowego chętnie bym spróbowała. Nie bój się, uszczknęłabym co najwyżej tylko specjalnie obrobioną mikrodawkę sromotnika, ona nie zaszkodziła jeszcze nikomu. A może nawet pomogła komuś stanąć na nogi, pozbyć się jakiegoś nałogu, otworzyć się na większe rzeczy niż pospolite życie, zdobyć San Escobar. I mnie przecież na plaży w San Escobar otworzyła się jakaś klapka, przede wszystkim jednak razem z żółcią zwymiotowałam tam żołądek. I teraz chudnę. Wczoraj zrzuciłam pięć centymetrów w cyckach. To niedobrze. Choć Ty pewnie nie lubisz dużych cycków, wolisz płaskie koty. I co my z tym zrobimy? Naćpamy się czymś, żebyś mógł mnie znieść? Też mógłbyś kiedyś tego spróbować. Nie zaraz narkotyków, ale rozmowy nad blachą z chałką. Przykładowo, mógłbyś godzinami nad blachą z chałką gadać z Zerro. Pan Prokurator Generalny musi być fest ciekawym rozmówcą, pewnie zna się i na twardych narkotykach jak Terlecki. Bój się, bo pewnie zażywał je na studiach. Kto w latach dziewięćdziesiątych nie ćpał, nie dilował. Choć wtedy pewnie modny był kompot, Zerro palił haszysz i crack. I dzisiaj czasem zdarzają mu się flashbacki. Co to takiego jest? To takie sztuczki, które po narkotykach po latach wyprawia mózg. Zerro musi mieć flashbacki. Nikt o zdrowych zmysłach przecież nie chciałby Cię wygryźć z pracy! Gadaliśmy też dzisiaj o MDMA, ale nie do końca skumałam, co to takiego jest. Wiem, jestem zacofana, ograniczam się tylko do palenia trawki. MDMA się nie pali, to coś jak amfetamina albo kwas. Ale amfetaminy nigdy nie brałam, więc nie wiem, co to jest MDMA. I pewnie teraz jesteś ze mnie dumny. Bądź ze mnie dumy jak paw, bo jest z czego. Powiem ci, że w liceum miałam kolegów, którzy palili heroinę. To na bank nie było MDMA. Koledzy nie leczyli tym PTSD, tylko lądowali na dworcu. Czasem przechodziłam obok dworca i widziałam, jak się pokładają na trawnikach, jak śpią na chodnikach. Mówili, że kradną, ale się puszczali. Szybko powypadały im zęby, a ich cera była szara, ziemista, niezdrowa. Zatem cudem nie wdepnęłam wtedy w gówno i to jest ogromny powód do dumy. Jarek, a może jednak zapalilibyśmy kiedyś zioło? Namówisz nowego Ministra Zdrowia, żeby przepisał nam medyczną marihuanę. Niedzielski padłby trupem, gdybyś go o to poprosił, ale ten nowy może nawet usiądzie razem z nami nad blachą z ciepłą chałką i zapali? Będziemy palić i jeść, bo po paleniu zwiększa się apetyt. Nie, nie będziemy rozmawiać o narkotykach. Żeby nie zapeszyć, żeby nie złapać doła, nie wyobrażać sobie, że oblazły nas pająki. Będziemy rozmawiać o kotach i Jakim. Co się z tym chłopakiem porobiło. Znikł z życia publicznego w Polsce, choć przez chwilę siedział w Europarlamencie. A na Zachodzie to dopiero są dragi. Czasem Jaki ma więc takie flashbacki, że nie można go słuchać nawet pod budką z piwem. Ja myślę, że wszyscy w tym rządzie poza Tobą i Niedzielskim ćpają. Odwiedzają się w domach i ładują w siebie MDMA albo sromotniki. Są tak gnuśni, że nie pieką chałek, tylko kupują gotowe produkty ciastopodobne w LIDL-u. Albo mąkę i jajka, by ładnie się prezentowały na stole w pokoju. Ich rozmowy nad drożdżami jednak się nie kleją, nawet gdy ktoś od czasu do czasu wtrąci do gadki o dragach jakąś sylabę. Zwyczajnie politycy PiS mają przećpane mózgi. Jak mogą nie mieć przećpanych mózgów, skoro utrzymują wysokie stanowiska, skoro nie zjada ich stres, a czasem któryś z nich trafi nawet do Europarlamentu. Bywa, że chciałabym wejść w ich skórę i zobaczyć świat ich oczami. Nie zobaczyłabym nienawiści, pogardy, małostkowości, tylko pieniądze. Złotówki. Euro. Dolary. Miliardy. Nie zobaczyłabym stanowisk w spółkach Skarbu Państwa, tylko przekręty. Tyle przekrętów, że aż bym miała mdłości. Wreszcie zobaczyłabym podeptaną Konstytucję, ale też nadzieję na totalitaryzm, czyli jeszcze więcej władzy i wpływów oraz seksu. Bo czy nie wszystko, co mamy, bierze się z naszej energii seksualnej? Są takie teorie, że to seks napędza świat. Że chory seks napędza świat pisowców, dlatego pisowcy tak nie lubią dużych cycków, tylko płaskie koty. Choć w Narodowym Banku Polski są cycate aniołki, które robią kariery na wybiegu w domu Glapińskiego. Jedna zarabia więcej od drugiej. Bardzo im tego zazdroszczę. Jarku, może dlatego przyssałam się do Ciebie? 23 sierpnia 2023 Ej, Ty, Jarek, gamoniu, dwa miesiące temu zostałeś Wiceprezesem Rady Ministrów. Gratuluję Ci z całego serca. Serio. To duża rzecz. Cieszę się, w końcu jestem patriotką. Szkoda tylko, że nic mi nie powiedziałeś. Mama mnie dzisiaj poinformowała, że robisz karierę. Jest wstrząśnięta. Teraz wszystkie laski w sejmie będą na Ciebie leciały, ja będę nieszczęśliwa, znów zacznę obgryzać paznokcie. Pamiętaj, że tak naprawdę nie podobasz się tym flądrom, tylko Twój stołek. Wysokie stanowisko to afrodyzjak. Nawet nielichy buc jest rozchwytywany, gdy ma kasę i prestiż. Mam do siebie pretensje, że się nie interesuję polityką. Przeoczyłam Twój awans. Ale już naprawiam swój błąd, cała zamieniam się w słuch. Mów! Kochany, kto Cię awansował? Kto zdecydował o tym, że już nie jesteś szeregowym posłem? Co teraz będzie? Ja nawet nie wiem, jak to wszystko działa, co robi Wiceprezes Rady Ministrów, a to jest przecież Twoje życie. Czasem całe. Za władzę i wpływy sprzedałbyś Mruczka, oddałbyś bratanicę Arabom, jej dzieci żyłyby na ulicy i musiałby kraść. I mnie pozwałbyś do sądu za naruszenie dóbr osobistych. No gdyby moje listy odsłaniające Twoje mierne poczucie humoru wpadły w ręce niepowołanych osób, gdybym je gdzieś opublikowała. Na bank trafiłby Cię szlag, to byłby koniec naszego romansu. Wściekałbyś się jak na mamę, która Cię nie widziała, która w przeszłości grzebała w Twoich rzeczach, chodziła za Tobą i nie ufała Ci, zwłaszcza gdy ukradłeś razem z bratem księżyc. Tak, masz praktykę, by zostać Wicepremierem. Musisz mieć praktykę, by silną ręką rządzić wschodnią Polską. By dzielić i rządzić, dawać pstryczka w nos Unii Europejskiej. Taki jesteś przecież doświadczony i skorumpowany. Choć się zarzekasz, że nie zarabiasz wiele, nie bierzesz łapówek, jesteś nieskalany jak łza albo dziewica, kiedyś ukradłeś księżyc. Niby byłeś mały, ale to do dzisiaj się na Tobie odbija. Wszyscy o tym pamiętamy, śmiejemy się, jakim byłeś blond łobuzem. Miałeś szczęście, że nikt nie wezwał wtedy do Ciebie milicji, że Cię ze szkoły nie wyrzucili. W przyszłości nie dostałbyś się na prawo, Polska wiele by straciła. Wodza z prawdziwego zdarzenia. Dzisiaj to by chyba nie przeszło, żeby tak kraść i obnosić się z tym w telewizji. Żeby jeszcze brać za to grubą kasę. Ale takie były czasy. Przymykało się oczy na wygłupy dzieci. Dzieci nie były poważnie traktowane, jakby nie zaliczały się do ludzi. Mówiono im: dzieci i ryby głosu nie mają. Albo: co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. Pociechy były karane biciem. Pewnie jeszcze pamiętasz, jak nauczyciel od historii okładał Cię linijką. A tak poza tym maluchy robiły, co chciały, bo rodzice pili. Wódka była walutą, to musieli pić. Woleli to niż rozkradać dobra narodowe. Choć i tak każdy kradł jak mógł, by polepszyć komfort życia swojej rodziny. Twoja mama też na pewno kradła. A przynajmniej kupowała spod lady książki w księgarni. Zatem nie mów mi, że to nie tak, że niczego nie rozumiem, bo jestem od Ciebie dużo młodsza, nie pamiętam komuny, za to znam komputery, Internet i sztuczną inteligencję, która nas powoli wchłania. Pamiętam dziewięć ostatnich lat komuny, jak upadł Mur Berliński i rodzice głosowali na Wałęsę. Trzydzieści jeden lat różnicy między nami to nie taki horror. W końcu jesteś naszym wielkim Wicepremierem, musisz to wiedzieć. Ludzie w gorszej sytuacji niż nasza potrafią się spotkać. No i mam wyobraźnię, wiem, że kiedyś było Ci trudno, nie było lodów, czekolady, pomarańczy. Wszystko było na kartki, nawet skarpetki i majtki. No, zabawki można było kupić za pieniądze, ale Twoja matka miała dwóch synów na utrzymaniu, była biedna, więc na podwórku bawiłeś się sam w Polskę. Też byłeś Wicepremierem i wyprowadzałeś nasz kraj z Unii Europejskiej. Kochany, jeszcze raz bardzo Ci gratuluję, rządź nam sprawiedliwie. Prawo jest po Twojej stronie. 23 sierpnia 2023 Jaruś, zabijesz mnie. A przynajmniej nie będziesz mnie dalej kochał. Była u mnie Tete i przeczytała mój ostatni list do Ciebie, który nieopatrznie zostawiłam na stole. Musiałam jej wszystko wyjaśnić. Tłumaczyłam się ostro, czerwieniłam się, trochę nakłamałam, ale nie wyparłam się naszej miłości. Jak bym mogła się jej wyprzeć. Za Chiny Ludowe bym tego nie zrobiła, nawet jakby Donald Tusk przyjechał do Wrocławia i mnie torturował. Nawet jakby mnie torturował swoimi dowcipami o PiS-ie. On czasem ma takie przaśne poczucie humoru, nie to co Ty. Najgorsze jest jednak to, że on żartuje również z Ciebie. Z Twojego braku poczucia humoru, zajadłości, uporu, sztywności i z tych Twoich wybitnych zdolności językowych. Teraz będzie się śmiał z nas obojga, bo prawda ujrzała światło dzienne, Tete wszystko wie i zaraz dowiedzą się inni. Wszyscy będą o tym mówić, robić durne memy na nasz temat. Nikt nie oszczędzi naszej miłości. Ta relacja będzie za-gro-żo-na. Nie wiem, jak powstrzymać Tete przed kłapaniem dziobem. To pleciuga. Niby przyjęła wszystko ze zrozumieniem i obiecała zachować to dla siebie, ale wiesz, jak jest z kobietami. Kobiety są zepsute, rozwiązłe, nie dotrzymują obietnic, zdradzają sekrety przyjaciół, nie są lojalne wobec nikogo. Także Tete ma za nic naszą przyjaźń. Najgorsze, że pewnie mi zazdrości. Zaraz będziesz miał drugą adoratorkę. Jestem o tym przekonana. A ona też ładnie pisze. To Tete miała na maturze pisemnej z polskiego piątkę, nie ja. To może oznaczać jedno. Że zaczniesz mieć do niej słabość. Zwłaszcza gdy Ci napisze, że Jarocka to dziewka, wsiowa dziewczyna, małżeństwo z nią byłoby dla Ciebie mezaliansem. A przecież nie byłoby, bo się wyrobiłam. Także przez Tete. Ona mnie wytresowała na damę. Może nie jest do końca zadowolona z efektów, ale jest lepiej, niż było. Umiem więc podnieść w restauracji rękę na kelnerkę, tak nieznacznie, dyskretnie, że mój łokieć ledwo unosi się nad stołem. Umiem się ubrać tak, by nie rzucać się w oczy. I nie opalam się, bo to by świadczyło o tym, że pracuję w polu, jestem chłopką, kimś nieobytym, bez manier. No i Ty też nie lubisz opalenizny, nie chodzisz na solarium, zawsze jesteś blady jak dupa. Ty nienawidzisz ciemnoskórych, mówisz o nich murzyni, nie pozwalasz ich wpuszczać do Polski. Niestety, nawet potrzebujących dzieci. Najgorsze jest jednak to, że się jebnęłam. W tym przeczytanym przez Tete liście napisałam, że wychowałeś się na podwórku. A Ty podobno nie latałeś po trzepakach i śmietnikach, metalowe drabinki nie były Twoje. Miałeś lepiej niż Tusk, który raz w wywiadzie przyznał, że wychował się na ulicy. I teraz cała jestem w nerwach. Wysłać Ci ten list, czy go schować. Tam przecież są gratulacje dla Ciebie, wiele ciepłych słów. Kochany, nie chcę, żebyś pomyślał, że nie widzę Cię jak mama. Chcę dzielić z Tobą życie, wspierać Cię i chwalić. Tego samego oczekuję w zamian. Zainteresowania, opieki. Wzajemność jest cool. Tete powiedziała, że Ty nie zniesiesz takiej potwarzy, mojej nieznajomości faktów z Twojego dzieciństwa. Że najlepiej by było, jakbym sama się zabiła. Zatem podejrzewam, że muszę się zabić dla Ciebie. Nie wiem kiedy. Ani jak. Najpierw jednak się prześpię. Jestem zmęczona po ostatnich bezsennych nocach i imprezach. Poza tym nie chcę popełnić żadnego błędu. Mam tylko jedną szansę. Teraz myślę, że moje życie było całkiem miłe. I trochę absurdalne. Bo jeśli się zabiję, nie zabiję się z powodu źle ulokowanych uczuć, ale dlatego, że jestem niedouczona. Powiedziałbyś, że głupia, skoro w 2015 roku głosowałam na PO. Ale ja bym Ci to wybaczyła, bo gdybym jednak przeżyła, w październiku głosowałabym na PiS. Może nawet zagadałabym obserwatorów tego wydarzenia, by można było podmienić jakąś urnę z ważnymi głosami? Dla Ciebie oddałabym duszę diabłu, trochę jak Duduś, któremu czasem publicznie nie podajesz ręki. Pewnie dlatego, że ma już kogoś lub studiował na poprawnej politycznie uczelni. Hm? Ale nic tu po mnie, szkoda mojej energii na zazdrość i czcze gadanie. Pora umierać, choćby ze strachu przed wygraną PO, bo wtedy, mimo wszystkich moich gaf, Tobie z żałości pęknie serce. 23 sierpnia 2023 Jarosław, mam pewne przemyślenia, którymi chciałabym się z Tobą podzielić. Może Ty jesteś złym człowiekiem? Nie odpisujesz mi na listy, a ja ich już trochę do Ciebie wysłałam. Milczysz, jakbyś co najmniej miał nóż w kieszeni i chciał go zaraz użyć. Skupiasz się, bo potrzebujesz przeanalizować plan zabójstwa Polski. No jak to efektownie zrobić, a potem szybko zwiać do Argentyny. Bo za takie coś nawet najlepszy adwokat nie dałby Ci wsparcia, o udzieleniu pomocy nie wspominając. Sprawa z góry byłaby przegrana, akt oskarżenia nie jest bowiem dokumentem wyssanym z palca. Takie sprawy po prostu się przegrywa. A może Ty masz w kieszeni gaz pieprzowy? Zasadziłeś się w sejmie na polityczki opozycji z tym szczypiącym gównem, bo chcesz je poczęstować ich własnymi łzami i pieczeniem oczu. Chcesz, by cierpiały – na pół godziny straciły wzrok, były jak dzieci we mgle, totalnie ślepe i bezbronne. Żebyś mógł macać je po pupach albo wymacać w ich kieszeniach broń. Chętnie sprawdziłbyś, czy nie mają przy sobie noża, którym mógłbyś trzy razy zamordować Polskę. Za PO i Nową Lewicę, że ojczyzna dała im rację bytu. Może ja się pomyliłam co do Ciebie? Może nie czytałeś nawet moich pierwszych, miłych listów, by od razu stwierdzić, że mi peron odjechał. Może Ty planujesz atak terrorystyczny na sejm? Może zajebałeś już z archiwum rysunki architektoniczne sejmu i tworzysz na Żoliborzu zabójstwo Polski, i to, jakby się potem wydostać z klatki na zewnątrz. Rysujesz plan, jak się najszybciej dostać na lotnisko i uciec z tonącego statku. Gdy uruchomią się te wszystkie alarmy napadowe i szereg innych zabezpieczeń, wpadniesz w pułapkę. Wpadniesz w taką pułapkę, że nawet modlitwy Ci nie pomogą. Ani Matka Boska z papieżem. Złapią Cię i postawią Ci zarzuty. Sąd nie będzie znał litości, skarze Cię na dyby albo lanie rzemieniem pod pręgierzem. Albo od razu Cię zamkną – WOT w porozumieniu z Zerro. Nie, nie w głębokich lochach. W szpitalu dla obłąkanych. Stwierdzą bowiem, że nie odpowiadasz za morderstwo, jesteś fest niepoczytalny, bo nikt o zdrowych zmysłach nie zabiłby z premedytacją Polski. Ty się mylisz. Bardzo. Możesz na nas sprowadzić szereg nieszczęść – ruską okupację, Wagnerowców, wyjście z Unii Europejskiej, konflikt z Niemcami, konflikt z resztą świata, biedę, bezrobocie, głód i inne liczne plagi ślimaków i stonki. Ale nie jesteś w stanie pozbawić życia tak dużego kraju. On Ci się wymsknie, nie da się pozbawić życia, ukatrupić kozikiem po ojcu. Nawet zamknąć się nie da, nie będzie milczał jak Ty, bo jest kochany i odpisuje na listy. Kobiety tutaj nie pozwolą Ci na szerzenie zła, zbuntują się, uniosą. Znów wyjdą na ulicę z transparentami i będą profanować pomniki i figury w świętych miejscach, wołając: jebać PiS. Nie przestraszą się narodowców i innych faszystów, których używasz do swoich przestępstw. One nawet przed różańcami i wodą święconą się nie ugną, będą pluć i przeklinać. Poleje się polska krew, ale Ty za to bekniesz. Jarosław, to jak to jest z Tobą? Jesteś zły, popsuty i demoniczny? Mam Cię nazywać degeneratem? Ty lepiej siebie znasz niż ja Ciebie, powiedz, co Ci siedzi w tej durnej głowie, jakie machloje i przekręty? A może tylko odwracasz moją uwagę od rzeczy, które są ważne? Może ja się fokusuję na Tobie, że nie masz serca, że masz gwoździe zamiast pikawy, a Twój plan jest niecny. Może ja się fokusuję na Polsce niepotrzebnie, bo Tobie chodzi o mnie… 24 sierpnia 2023 Jarku, znudziłeś mi się. W ogóle to mi się nudzi dzisiaj jak mopsowi. Może dlatego, że jest lato, sezon ogórkowy, PiS się nie wysila, choć szykuje już czternastki i podwyżkę 500+, by przekupić ludzi przy urnach wyborczych. Jarku, strasznie mi się znudziłeś, jak kopytka, aż przed chwilą zasnęłam nad telefonem. Miałam do Ciebie dzwonić, a tu zmorzył mnie sen. Przyśnił mi się Twój brat. Lech krążył jako jakaś taka niezidentyfikowana forma gazowa. Duch? Latał pod sufitem u mnie w pokoju, a gdy przestraszona się obudziłam i otworzyłam oczy, dalej tam był. Był i szeptał gazowymi ustami: jebać PiS. Bałam się, że zacznie wymachiwać rękami i krzyczeć „jebać PiS”, wtedy moja dobra opinia legnie w gruzach. Sąsiedzi usłyszą bluzgi na jedynie sprawiedliwą, prawą partię polityczną w Polsce, i wymyślą w tych zakutych łbach, że spoufalam się z opozycją, że mi się ostatecznie znudziłeś. Pytanie jest takie, czy Ty jesteś nudny jak lane kluski, kopytka, makaron na łazanki, zresztą wszystko, co jest z mąki. Czy nie jesteś beznamiętny jak owe knedle, kiedy się ich nie przyprawi. Może potrzebny Ci pieprz i sól? Coś takiego, co by uczyniło Cię atrakcyjnym. Może nowe zęby albo szampon przeciwłupieżowy? Skoro jednak jesteś zły, nie możesz być nudny… Mimo to ziewam na myśl o Tobie, znów chce mi się spać. Znudziłeś mi się, ale może to tylko taki potrzebny etap w naszej relacji? Żeby znów siebie zobaczyć, przeżyć drugie zauroczenie, zakochanie, bombardowanie miłością. Żeby nasze narządy płciowe mogły odpocząć od otarć. Miłość też jest procesem, gdzie uczymy się od siebie nawzajem o sobie. Gdzie spotykają się dwa systemy rodzinne ze swoimi zaletami i wadami. Czyli są nasi bliscy i dalecy krewni. Dziadkowie, rodzice, koty. I może dlatego we śnie przyszedł do mnie Lech. Czy mój sen może oznaczać, że wolę Twojego brata od Ciebie? Czy wybieram Lecha, który tak naprawdę nie jest zimny jak jego braciszek bliźniak? Z dwojga złego, wolę Lecha, który gdzieś tam w obłokach ma żonę. Pomimo to nagabuje mnie, nawiedza mnie w domu podczas snu i jemu to chyba nie przeszkadza. Jemu mega się nudzi i szuka na ziemi atrakcji, kogoś takiego jak ja. Logicznego, choć szalonego jak Ania z Zielonego Wzgórza. Na bank popsutego. Bo on nie dożył życia. Nie śmiał się za często, nie żartował, nie rozbierał się do naga, by pływać w bajorze, i nie wkurwiał się tyle, ile jego brat Jarosław. Wreszcie nie zamordował Polski. Smutne to, choć prawdziwe. Bo żona Lecha czeka na męża na obłoku, aż skończy mnie straszyć białymi kłębami licho wie jakiego gazu i wróci, skąd przyszedł, by być obok niej. By przykleić się do niej jak do piersi matki i znów patrzeć smutno na to samo. By mielić te same myśli i zdania. By tymi samymi zdaniami witać się i żegnać. Wreszcie by nie mówić sobie tego, co ważne. Że ziemia jest płaska, a politycy PiS to zbawcy narodu, nadzieja Polaków. To jest dopiero życie. Aż chce się rzygać z nudy. Jarku, choć wiem, że nuda jest zdrowa, nie jestem do niej stworzona. Proszę więc, wymyśl jakąś aferę. Aferkę. Konflikcik. Nieporozumionko. No, pisowskie, choć może być też seksafera jak za Leppera. Jak chcesz, możesz w coś wrobić opozycję. W sekstaśmy albo w wypowiedzi typu: prostytutki nie można zgwałcić. Możesz do tego użyć Zerro, Dudusia, Pinokio. Oni się zgodzą na wszystko dla Ciebie, nawet na wyuzdany seks oralny. Może Minister Edukacji skusi się również być użytym? Czarnek jest tak interesujący, że trudno przy nim jeść kopytka, leczyć dniami i nocami otarcia na narządach płciowych przez abstynencję seksualną. No ale czy jego nazwisko nie brzmi trochę jak wyraz członek? A od członka wszystko zależy – życie, szczęście, może nawet zdrowie psychiczne ludzi. Zatem Czarnek formuje masy ludzkie i przyszłe pokolenia wyborców PiS na zboczeńców. W jego fantazjach dewianci pójdą w październiku głosować. Najpierw wezmą udział w referendum, potem oddadzą głos na PiS. A jeśli PiS faktycznie wygra wybory, to już na bank nie będzie nudno. Nie będziemy ziewać, spać, nie będziemy leczyć otarć narządów płciowych, będziemy ruchani w dupę bez wazeliny. Przez Ciebie, klucho. Ewa Jarocka (ur. 1980) - absolwentka podyplomowego Studium Literacko-Artystycznego w Krakowie. Autorka czterech książek poetyckich i czterech prozatorskich. Nominowana m.in. do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii poezja i w kategorii proza. Stypendystka Prezydenta Miasta Wrocławia w dziedzinie literatury. Maluje.

  • Cezary Ciszak – cztery wiersze

    młody przed domem tożsamość zbiorowa kształtuje przestrzeń dzieciaków uzbrojonych w rowerowe łańcuchy metalowe rury pozbawione celu umiała życie jako konfrontację wyobrazić z innymi podobnymi nienawidzę więc jestem do nich samych podglebiem na kawowym zachodzie politycznych idei potrzeba wielkich struktur wroga wszyscy przeciw wszystkim zwierzę ludzkie stworzone przez innych ludzi sens ściera dobrobyt ściera sens przeżyć i urosnąć żeby przeżyć, wiedzieli że pilnować trzeba centrum terenu przy szosie zawsze mieli buty trzy posiłki dziennie niebezpieczna zabawa jednak zabawa w wysoko upiętych włosach chowały hajs zioło i szpilki myśmy kontrolowali okolice tej tam życie polega na że jak się urodziłeś na to na jesteś gotowy mamy za sobą stare dzieje man łazienka przy kuchni moja szmata jest piękna niż twoja róża wytarta na brzegach ciepłowniczych rur odpada warstwami naga w rdzawą żarówkę wiader z mopem pod kafel zimnych nóg twoja kiedy żar wieje z kuchni jest zwykła ściera na hak pod kaloryfer chociaż nie ma równi jest brak podłogi w oknie gdzie mieszka rybik punk rybik król od zlewni na odchodnym kiedy na moją pada ciemność twoja trawi mucha niby dwie szmaty ubrane łazienka przy kuchni dom bez wejść koniec był toć przewidziany z zewnątrz widać mały otwór prowadzący donikąd po czasie napotkamy skałę pozostałość po nieudanym planie budowy niemożliwość istnienia wejścia którego warto by szukać na odległość tysiąca śladów zakryte przenośną warstwą piachu ruchomych kamieni w ubitej ziemi korytarz prowadzący do granic widzeń donikąd w samo dno rzeki bez głosu wnętrze domu bez mapy dno rzeki bez głosu widzeń donikąd w samo prowadzący do granic w ubitej ziemi korytarz piachu ruchomych kamieni zakryte przenośną warstwą na odległość tysiąca śladów których warto by szukać niemożliwość istnienia wejścia po nieudanym planie budowy napotkamy skałę pozostałość prowadzącą donikąd po czasie z zewnątrz widać mały otwór koniec był toć przewidziany broker siedzę broker na przedpokój między drzwi do sypialń z indeksów domowych obracam kapitał utopiony odpływów do wanny przy kuchni cyklami destrukcji w kruche akcje bytu żółty papier starcza na kurtaż od transów zobacz teraz ze stacji dochodzi światło łamie promień nierówno przymykając drzwi odmienne aktywa kojarzę obliczając zysk zysk czysty w nowy bukiet arbitraż chodź pod stół na korytarz do klienta rybika Cezary Ciszak – poeta. Publikował w czasopismach (m.in w “Odrze”, “Ricie Baum”, “Pomostach”, “Cegle”, “Helikopterze”) i antologii Przewodnik po zaminowanym terenie 2. Kilkukrotny laureat konkursu poetyckiego OKP im. Wojaczka. Uczestnik wielu festiwali (m.in. Nocy Performerów, Mikrofestiwalu, Nocy Poetów, Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania). Nakładem wydawnictwa papierwdole ukazał się jego debiut hyperpoland. Obecnie pracuje nad książką зона комфорта. Mieszka we Wrocławiu.

  • Grzegorz Domher – Samasiara

    Co on kurwa wyprawia, co za koleś, pojebało go czy jak? Łysy jak taran przepycha się przez tłum na peronie. Ludzie ustępują mu z drogi jakby uciekali przed niszczycielską siłą żywiołu. Bo też ten pojeb jest jak tornado, nic go nie powstrzyma, kiedy brnie przed siebie. Na każdym przegubie pieszczocha nabijana nie ćwiekami, ale pięcio centymetrowymi gwoździami, które sieją spustoszenie w garderobie roztrącanych ludzi. To dlatego kobiety jak oparzone w ostatniej chwili odskakują od tego na zero ogolonego pojeba. Łysy jest łysy, wysoki i zwalisty, nieco zgarbiony, jakby nosił zmartwienia tego świata' i ostentacyjnie nieogolony. Ramiona jak wiatraki, gały jak młyńskie koła, rycerz posępnego oblicza, jebany Don Kichot. Robi piorunujące wrażenie, tłum rozstępuje się przed nim jak Morze Czerwone przed narodem wybranym. Może my jesteśmy wybrani? Tak się poniekąd czujemy, pierdolić wszystko, anarchia rządzi. Pokolenie no future, kurwa przyszłość tego narodu, jebie nas wszystko, no może matura nie matura a chęć szczera zrobi z ciebie oficera. Każdy nosi buławę marszałkowską w plecaku, kurwa w jakim plecaku, nie mamy żadnych bagaży, Łysy ma drugą flaszkę za pazuchą starej przedwojennej chyba, skórzanej kurtki. Pierwszą wypiliśmy za stacją benzynową i z fasonem stłukliśmy o ścianę. Pierwszy Bałtyk opróżnion był. Młodość, siedemnaście lat, oktany we krwi, jedziemy, do chuja wafla. -Się kurwa opanuj, bo nas skleją - Mały próbuje znaleźć miejsce na peronie. Łysy przysiada się do jakichś ludzi, którzy w pośpiechu opuszczają betonową ławeczkę. Majta nogami w wielkich wojskowych buciorach, jego gęba jest bardziej zarośnięta niż czaszka a oczy zamglone bałtyckim szkwałem. - Co nam zrobią, spiszą nas najwyżej, jebię to - Łysy ostentacyjnie spluwa pod nogi. - Co ty pierdolisz, wezmą nas na izbę - rzuca Mały - Kurwa ale mnie jebnął ten Bałtyk, prawie sztorm, się zara przewrócę - bełkocze Łysy, przewracając oczyma. Tłum oczekujący na pociągi omija ławeczkę, jakby siedzieli tam trędowaci. Dżinsy w charakterystycznym odcieniu fioletu, zawsze wychodził obrzydliwy kolor po farbowaniu dżinsów na czerwono, buty wojskowe z peerelowskiej armii, trochę siermiężne, ale solidne. No i pasy nabijane ćwiekami. To był punkt honoru, nie mieliśmy takich jak dziś mają metalowcy, z ładnymi stożkowatymi ćwiekami. Trzeba było spędzić pół dnia wybijając dziury w wojskowym pasku, po czym w każdą z nich wkładało się szewski, przemysłowy ćwiek i zakuwało go młotkiem. Ustrojstwo było dość ciężkie, może nie lśniło tak jak te ze zdjęć, ale budziło respekt, coś w tym było, nikt nie przeszedł obojętnie obok gościa w takim pasie, który był buńczucznie noszony na biodrze. - Co ci odjebało z tymi kurwa gwoździami, po chuj to nosisz? - wkurwia się Mały - A widziałeś kiedyś pieszczochę z sześciocentymetrowymi gwoździami? No nie mów, że nie robi wrażenia - Łysy staje we własnej obronie - Robi, ale kurwa dziury w ubraniach ludzi, którzy cię mijają. Na bank mają pamiątkę po spotkaniu z tobą. No, dobra, zaskoczyłem. - No i od razu lepiej się kurwa wyluzuj, coś taki cienki bolek, rządzimy, nie pękaj Siadamy na peronie. Czekamy na pociąg. Pono Bałtyk produkuje się z proszku, zalewanego kranówą. Z prochu powstałeś w proch się obrócisz. Chuj ich wie, jest ohydny i cuchnie chemią, ale wali w dekiel. Ambitnie kupiliśmy właśnie Bałtyk, cieszy się złą sławą, trza było uszczknąć trochę tego nimbu. Się pozuje na złych i niebezpiecznych, dla trzymania ludzi na dystans, ale i dla wysłania sygnału dla innych. Nasz wygląd to symbol przynależności, mundur partyzantów, którzy mają zamiar walczyć ze wszystkim. Łysy i Mały identyfikują się z punkami, cokolwiek miałoby to znaczyć. W całej tej peerelowskiej stagnacji zaczęły się pojawiać jakieś przebłyski czegoś nowego , świeży powiew jakiejś zmiany. To było intrygujące , te pojedyncze zdjęcia z Londynu, jakieś fotki zespołów, wyśmiewana nowa moda kapitalizmu. Nieśmiałe artykuły o nowym trendzie w muzyce rockowej, prostej , prymitywnej i bardziej dzikiej. Sex Pistols, The Clash, Sham69. Agrafki i nastroszone włosy, nieosiągalne ramoneski i obszarpane spodnie w kratkę, wojskowe buty. Wyzywające miny i napisy. Fuck off. To nas pociągało, tacy się czuliśmy: dzicy i nieposkromieni. Wandale w chujowym, szarym świecie, który trzeba zniszczyć. Destroy, nie ma czego żałować, nic tu nie ma do stracenia, nic tu nie ma do zyskania. Nawet jeśli będziesz przestrzegać wszystkich tych reguł nie spodziewaj się żadnej nagrody, nic nie gratyfikuje twojego upokorzenia, możesz oczekiwać jedynie nudnego spokoju w apatycznym, pozbawionym ciekawszych emocji chujowym życiu. Jebać to, nie ma zgody, czemu mielibyśmy na to przystać, społeczny kompromis jest nie do przyjęcia, nawet obietnice, które miałaby zamydlić nam oczy są śmieszne. Wszystko co fajne jest z Zachodu, ubrania , muzyka, zdjęcia niespełnialnych marzeń o lepszym życiu. West is the best. Wschód jest tylko toporny i siermiężny. My jesteśmy ze wschodu, kurwa mać. Co nam obiecuje wujek dobra rada? Żyj cierpliwie, znoś wszechogarniającą szarość, wąskie horyzonty i płaskie perspektywy, za wiele sobie nie obiecuj, bo widzisz co jest. Chujnia z grzybnią. Socjalizm realny. Solidna dawka życiowego realizmu, nie podskakuj za wysoko. Pracę masz zapewnioną, może bezużyteczną i słabo płatną, ale z głodu nie umrzesz. To kurwa nie jest czas na ostrygi i kawior, ostatecznie ruski szampan może być. Państwo nie da ci umrzeć, musisz się tylko podporządkować, niebieskie ptaki są wychwytywane przez czujne władze i przymusowo wyekspediowane na Żuławy, kurwa gdyby to była prawda na Żuławach powstałaby chyba nasza własna rodzima Kolumbia, bananowa republika z setkami zubożałych Escobarów. Ucz się a potem pracuj , ku chwale naszej niebananowej ludowej. Czekaj dwadzieścia lat na własne mieszkanie. Czekaj na przyszłość, która nadejdzie w skarlonej, odstręczającej formie. Albo nie nadejdzie. Czekaj, bo trzeba przeczekać. Kurwa. Czekamy na sygnał z megafonu dworcowego. Jak to się mogło stać, że zakupiono licencje na pierwsze punkowe płyty, które pojawiły się w księgarniach? Dziwne zrządzenie losu, może ktoś po pijaku podjął taką decyzję na międzynarodowych targach płytowych. No bo, po kiego chuja zakupiono licencje na Exploited i składankę Back Stage. To żadna czołówka punka, raczej nisza, może było tanio, tak czy inaczej mogliśmy katować nasze gramofony kakofonią radykalnego punk rocka. Różowa, przezroczysta płyta Exploited z jej ikoniczną okładką i hitem Sex and violence stała się naszym symbolem. Mieliśmy też swoje wydawnictwa, była Brygada Kryzys, Dezerter wydał singla z dwoma pokoleniowymi piosenkami “ Spytaj milicjanta” i “Ojczyzna miła”. Z tym się można było identyfikować, Perfect czy TSA stało się anachroniczne, my dryfowaliśmy w stronę anarchii. Mały i Łysy się jakoś szybko spiknęli w szkole. Inne klasy, ale jak tu nie się rozpoznać. Dwa punki na szkołę, tyle dyrekcja mogła znieść. Łysy jak byk, kawał chłopa, Mały cherlawy i nerwowy. Jebani Flip i Flap. Ale przy Łysym nie było nikomu do śmiechu. Serce na dłoni, ale chciał wyglądać groźnie, a już zaczęło być ciężko, trzeba się było użerać z gitowcami, potem doszła wojna ze skinami, a wszystko to w chmurze nieustających szykan ze strony milicji. Takie są reguły subkulturowych konfliktów. Własną tożsamość trzeba wywalczyć a potem jej bronić, najmniejsze plemię to wie. Stanowiliśmy coś w rodzaju plemienia z niezliczoną ilością odłamów i herezji. Cały ten dresscode miał identyfikować przynależność plemienną, ale kto by się tam wyznał w kolorach sznurówek do glanów. Różni odszczepieńcy, wywrotowcy i zwykłe pojeby miały możliwość ekspresji. Oczywiście na skalę bloku wschodniego. Ale był to szok, gdy na pierwszych koncertach widziało się zielone włosy, zafarbowane dżinsy czy agrafki w uszach. Harcerska gazeta “ Na Przełaj “ umieściła artykuł o polskich punkach z Warszawy, tekst miał w zamierzeniu być prześmiewczy, krytykujący ślepe naśladowanie zgniłych zachodnich fanaberii. Ustawiono nas w opozycji do prorządowego harcerstwa propagującego wychowanie całego tabunu wujków dobra rada i konformistycznych obywateli socjalistycznego społeczeństwa. W artykule wspomniano o niejakim Pokropie , którego jedyną wypowiedzią zacytowaną w gazecie był to głębokie motto życiowe ‘’ wszystko to gówno, byle w bani grzało’’. Prawdziwe haiku. Cóż za inspirująca sentencja życiowa, chcieliśmy poznać tego niedocenionego myśliciela osobiście. Co za odmienne podejście do egzystencjalnych dylematów, proste i celne, cios prosto w twarz, nie jebane ucz się i bądź posłuszny, tylko pierdol wszystko i zagłąb się w sobie, co za głębia, wręcz mądrość, słowa prawdziwego unergroundowego myśliciela. Niedoceniona karta polskiej myśli filozoficznej, prawdziwie nowatorski aspekt europejskiego egzystencjalizmu. Mamy się czym poszczycić, co za wkład w rozwój zachodniej filozofii. Bojaźń i drżenie. Czekamy na sygnał. Warszawa. Wjeżdża pociąg, tłum się rzuca do drzwi, no co to ma być, jak bydło upchane w wagonach, wszystko zajęte, przedziały pełne, korytarze zapchane, zastawione bagażami. Przepychamy się przez dziki tłum, Łysy co chwilę zaczepia swoją pieszczochą o jakieś ubranie. Trudno, ciśniemy dalej. Na nic lepszego nas nie stać, wybieramy harmonijkę między wagonami, na podłodze dwie metalowe płyty, które podczas jazdy wydają piekielne zgrzyty i jęki. Drżą i zgrzytają. Harmonijka to zawsze było miejsce, które chciało się opuścić jak najszybciej, w obawie przed uszkodzeniem ciała albo dewastacją słuchu. Dziś to nasze miejsce, dziki i brutalny akompaniament do naszej wyprawy. Huk i kakofonia, wyjący wiatr, zimno potworne, generalnie przejebane. Ale mamy jeszcze jedną flaszkę Bałtyka. Łysy wyciąga zza pazuchy butelkę, odkręca i pije z gwinta, okropna jest ta wóda, ciężko jest się nie porzygać, ale jak już spłynie do żołądka i minie szok kubków smakowych, to może być. Działać działa. Wszystko to gówno, byle w bani grzało. No i grzeje. Co prawda musimy krzyczeć sobie w uszy, bo hałas jest niewyobrażalny, ale jakie porozumienie i braterstwo. Sami przeciwko wszystkiemu, między nami dobrze jest. - Po co my tam właściwie jedziemy? - Mały kurczowo trzyma się jakiegoś wystającego metalowego pręta - Skąd mam wiedzieć, zobaczymy, co się stanie, na pewno kogoś spotkamy - na każdym przejeździe Łysy wygląda, jakby go poddawano elektrowstrząsom - Jasne, emisariusze wszystkich krajów łączcie się - Kurwa, chyba proletariusze - Wszystko jedno, jest akcja będzie reakcja - Chemik się znalazł, reakcje to ty masz po Bałtyku, oczy w słup, gwoździe na sztorc, człowieku przejebanto - Wiesz, że mój stary jedzie na kontrakt do Indii? Nieźle, co? - Łysy jest szczerze przejęty tą wiadomością - Jaki kontrakt? - No z roboty, z biura architektonicznego, coś tam bedą budować, jakąś fabrykę, czy coś - szpera za pazuchą swojej kurtki. Co on chce znaleźć plany tej fabryki, czy co? - Ja pierdolę, nieźle, Indie, a znasz Warszawę? - Warszawę? Tylko z telewizji, Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście, kalumnia Zygmunta - Nieźle, będziesz robił za przewodnika wycieczki na manowce - Co? - Manowce, zresztą nieważne - Jeszcze po kropelce? - Dawaj, trzeba skończyć ten syf Pijemy to coś, na EX do końca, twarze spoza harmonijki, z korytarza przyglądają nam się z odrazą, a Łysy z gestem roztrzaskuje flaszkę o metalową podłogę, w tym całym huku ta scena to tylko niemy film, z elementami slow motion, gdy odłamki szkła wirują nam koło głów. Łysy ma swoją, kurwa papę, jak się określało takie skórzane kurtki, ale Mały jest w jakimś prochowcu, który może był krzykiem mody w latach sześćdziesiątych, ale teraz to tylko westchnienie dawnej świetności. No i ten napis na plecach, “Świętej Pamięci.” Co to miało być? Może świętej pamięci tego szarego prochowca. Zaczynają zasypiać na stojąco, z zimna odrętwiali, z huku ogłupiali, Bałtykiem oszołomieni. Pogrążeni w falach sennych. Czasem ktoś otwiera drzwi do harmonijki, przechodząc do następnego przedziału, potem drzwi zatrzaskują się z hukiem zatrzymując ogłuszający hałas tylko dla nas. A my stoimy jak zamarznięte kukły, odrętwiali z zimna i ograniczający ruchy do minimum, bo każde poruszenie odczuwamy jako przeszywający ból. Znieruchomienie wydaje się oszukiwać ten przenikliwy chłód. Przynajmniej na kilka chwil. Musieli nas przyuważyć w pociągu, może konduktor dał znać dworcowej milicji, w każdym razie zamiast rozpocząć przygodę na Mariensztacie wylądowaliśmy na posterunku dworcowej milicji, na stacji Warszawa Wschodnia. Śmiechu było co niemiara, cały posterunek zebrał się by, naigrywać się z tych dwóch odmieńców. Spisali nas, nastraszyli, a Małemu kazali zdrapać A, które miał namalowane na tylnej kieszeni dżinsów. - Co ma znaczyć to A? - Autobus może, może nic - Ty odpowiadaj, jak cię porucznik pyta - młodszy gliniarz wcina się w przesłuchanie - Anarchia - Mały w końcu wydukał magiczne zaklęcie - OOOOO - A co to ma być ta anarchia - E tam, nic takiego - Gadaj zaraz, jak cię porucznik zapytuje - No, takie tam, wolność może - Wolności mu się zachciewa, smarkaczowi - No, ale jak anarchia, to nikt nie rządzi, proszę ja ciebie, czy co, zainteresował się porucznik - No tak jakby, każden jest odpowiedzialny za siebie jeno - Ale rządzić to niby będzie kto? - Nikt - Słyszeliśta go, nikt nie będzie rządził, a kto ma trzymać za ryj tych wszystkich, toż to anarchia będzie. Chaos że tak powiem - No, ale jak wszyscy będą w porządku, to nikt nie musi rządzić, same się będą rządzić - No jeszcze czego, toć ja porucznik muszę nakrzyczeć czasem na tego powiedzmy Kowalskiego, do pionu go postawić, zbesztać nieraz przeć to niechluj, bez rozkazu to i dupy by se nie podtarł, no jeszcze czego to nie wymyśli mądrale - Bez przymusu to wszystkie by obibokowali jeno, do pracy by nie chodzili, na Żuławach pomieszkiwali i huśtali się w hamakach, Anarchia. I pomrukując pod sumiastym wąsem, pan porucznik kazał nam wypierdalać. Pętamy się po tej Warszawie, bez żadnego planu. Ten cały Nowy Świat, czy jak go nazwano chyba ironicznie to ulica wyrwana z czasów stalinowskich, kompletnie szara jaki cała ówczesna rzeczywistość. I jak na dłoni widać tych, którzy są nieprzystosowani czy niepogodzeni z sytuacją. Alkoholicy snują się w zwolnionym tempie wypatrując następnego punktu, gdzie można by zatankować. Kilkoro narkomanów, w strojach mających uchodzić za hippisowskie, odkrywa blaski i cienie ówczesnego hitu, rodzimej heroiny, kompotu. Sprężynkują na omdlałych nogach z głowami zanurzonymi w kolorowych snach, tak innych od otaczającego świata. Podniesione ręce często zastygają w zatrzymanym geście. I tak trwają zawieszone w czasie, skamieniałe postaci, unieruchomione w groteskowych gestach. Na kilka chwil, potem ślamazarnie robią kilka kroków do następnej pozy. W końcu natykamy się na mitycznych warszawskich punków. Są bardziej kolorowi od nas, kilku ma nawet ramoneski, ale aż tak bardzo nie odstajemy. Godziny spędzone nad tymi pasami z ćwiekami zrobiły swoje. Jesteśmi akceptowalni, jesteśmy przysiadalni. Ta ma się rozumieć, żeśmy som nieufne. Poprostu miał gadane jakby się najadł szaleju, cokolwiek to jest. Po prostu muszemy uważać, z kim mówim. Na ten przykład wy skądżeśta som. Aha, no to jak tak mówicie, się rozumi, po prostu przyjezdne, przysiadalne, pogadalne. My tu som z różnych miejsc, na ten przykład ja z Grudziondza, po prostu prostu zawiało mnie i tu się szwendam. Jest co wypić, zapalić a i nadobne chętne. Tylko mentownia węszy, cały czas nas spisują, ktoś czasem pałowanie zarobi, tak tu po prostu jest. Twardym trza być, nie miętkim kabanosem. Załoga się tu spotyka, na Starym Mieście idzie coś wysępić. Zawsze ktoś coś podrzuci, kilka złociszy i już jest na jabola. Jabolowe życie. Kimamy u takiego jednego, Pokrop czy cóś, się rozumie ma posłuch u załogi. W gazecie był, słuchajo go, po prostu jak się najebie to i czasem jak coś powie, to jakby człowieka jasny szlag trafił. Na ten przykład, ma się rozumić po pijaku, ni stąd ni z owąd ‘’ Wszystko się ułoży”. Ale kurwa co się ułoży, gdzie? Sam leży na podlodze najebany w trzy dupy. Ułoży się, bo zawsze się układa, aż ostatni raz się nie ułoży. Po prostu ciary człowieka przechodzą, jak słucha takich rzeczy. Ma się rozumieć, to wszystko nie na poważnie, bo mu tu takich przemądrzałków nie znosim, jeden z drugim takie wpierdol od mentowni dostaną i już im rury miękną. Albo na ten przykład... a te, powiedzże Pokropie co to z tą Anarchią, po prostu nie ogarniam tego, kolego. Jakby ci tu po prostu, wyprostować te zawiłe sprawy. No masz, że tak powiem przejebanto, zawaliłeś, boś leniwy, mętna przyszłość przed tobą, a nawet po prostu nie masz przyszłości, czekają cię koprofagi i co najwyżej zbieranie korzonków, może złomu. I tu na ten przykład, po prostu wjeżdża robotyka i sztuczna inteligencja, co by cię trochę odciążyć w tym główkowaniu o przyszłości, bo czacha dymi a pożytku nima z tego jeno trza pałę zalać, żeby wyluzować. Stres kolosalny a tu sztuczna inteligencja hop i już ci stawiajo Żeraniu fabrykie, co same roboty tam zasuwają aż miło, skręcają i śrubują Polonezy ku chwale naszej ojczyzny. Na ten przykład, fabryki będą puste a jeno roboci gadać se będą w Java czy innym fantastycznym języku bez metafor. No future jak na dłoni, roboci do fabryk a robotnicy do sztalug, malować Grunwaldy czy inksze patriotyczne malunki. Upiększać nasz ludowy świat. A na ten przykład inne robotniki, co to im wzrok słabuje, za to dłoń nie zadrży i mózg się nie zagotuje, mogą wziąść się za bary ze słowami. Perorować mogo, deklamować mogo, pisać poemy mogo, strzeliste kosmiczne nofuturystyczne. A inne będą tańcować pogo w rytm neoludowej muzyki. Roboci do fabryk, płacić im nie trza, tylko prądu się napijo i zrobio nadgodziny, nadgorliwe, nadobowiązkowe. Za to bankomaty pełne bedo gotówki, każden będzie wypłacać wedle potrzeb i uznania. Zaufanie i szacunek. Zakaże się milicji obywatelskiej. My som obywatele, sami sobą porządzimy i nikt nie będzie się nam wpierdalał do zakąski. Bo na ten przykład, ja po prostu nie zakąszam. A te ludzie, które ani pisać ani czytać ani nawet malować nie dajo rady, jeno rządzić umiejo, to proszę cię po prostu do fabryk skierować i niech se tam pouczajo robotów, te są głuche na obietnice, stalowe nerwy majo, znioso wszystko dopóki rdza nie zatrzyma stawów żelaznych a przegrzanie nie przepali kłębowiska drutów neuronowych. Chodźma na Starówkie, coś trzeba wysępić, w gardle mnie po prostu zaschło. I ruszyła załoga, najpierw powoli a potem w nerwowym podnieceniu. Wszystko to jest widowisko, mamy wszystko? Ten podskakuje, tamten pląsa, tamci się szarpią, tańce świętego Wita. Taki nieskoordynowany oddział Armii Chaos. Buciory dudnią i szurają o bruk, co jakiś czas zatrzymujemy się przy jakichś przechodniach, próbując coś wyżebrać. Nie macie jakichś drobnych, może się dorzucicie do piwa. To nie są prośby, nie są groźby, to są lekkie uwagi. A ludzie reagują różnie, jedni uciekają w popłochu, żegnani tubalnym śmiechem i wulgarnymi wyzwiskami, inni wręcz przeciwnie, są zaciekawieni i szczodrzy. Ci są nagradzani ciepłymi okrzykami i pochlebstwami, to jakiś cyrk. Ale działa, publiczność daje się unieść tej fali ADHD i po chwili mamy już jakieś drobne, starczy na kilka piw. Nie jest źle, znowu lądujemy w jakimś zaułku, gdzie można się ukryć i rozsiąść na ziemi. Załoga się trochę podśmiewuje, ale Poprostu ma gadane. Jak popadnie w słowotok, to jest to jak rytmiczne dudnienie kół pociągu i jedzie na różne tematy. A na ten przykład, że tak powiem, po prostu zasługuje się na szczęście, Najsampierw to się nie ma w pełni otwartych oczu, małe dzieci śpią i tylko kwilą, domagając papu. Świadomość rośnie razem z nami i w końcu jest bardziej sprawna, już rozróżniamy czego chcemy a czego unikamy, co bardziej a co mniej. Się wyciąga rączki po zabawki, które nam daje świat. I co? Po pewnym czasie źródełko przyjemności wysycha. Sami musimy organizować sobie łakocie życia. Co się nigdy nie udaje. Zawsze za mało, nie na czasie, zawsze coś nie gra. Powoli kiełkuje w nas wątpliwość, że może nie zasługuje się na szczęście. I potem po prostu spędzamy lata na przekonywaniu samych siebie, że jednak zasługujemy. Jakieś poradniki życiowe, jakieś terapie grupowe, zajęcia stymulujące – wszystko po to, by odzyskać utraconą cząstkę dziecięcej pewności, że wszystko będzie dobrze. Fantastyczny hollywoodzki happy end. Fajerwerki na bezchmurnym niebie szczęścia. I po latach zmagań, w końcu odbudowane oczekiwanie na zasłużoną pomyślność, nadzieja odżywa a tu co? Kurwa nic. Po prostu jak w Buddenbrockach tego niemieckiego pisarza. Mann mu chyba było. Opasłe tomy, gigantyczna epopeja rodzinna, jebana dynastia, ciężkie do przebrnięcia. Się śledzi losy tej rodziny, lata starań, zabiegań i perypetii. Tworzenie i rozbudowywanie rodzinnego businessu. Ludzie się schodzą i rozchodzą, chorują i zdrowieją, bawią i nudzą, jak w jebanym życiu. Na tysiącu stron, mówię wam, kurwa nuda jak sto pięćdziesiąt. Męczące jest to czytanie, heroiczne nawet można by powiedzieć, te rodzinne problemy i kłopoty w interesach, się tego ma na codzień od chuja. I jeszcze o tym czytać? I co, i na ostatniej stronie główny bohater umiera, a zanim skona wyszeptuje - I wszystko na nic, wszystko to na nic. Hahaha. Samosierra, czy jak to mówią. Samasiara? Samsara? No, ten jebany kołowrót, do któregośmy wrzuceni. Jak te chomiki we klatce. Mówię wam po prostu jebana tragedia. A może komedia, po prostu można się załamać, to po kiego chuja było całe to mozolne czytanie. To powinna być obowiązkowa lektura w podstawówce. Wielkie wysiłki, wielkie oczekiwania, a tu upokorzenie i ostatecznie gigantyczny niewypał to życie. A czegoście oczekiwali, po prostu chujnia z grzybnią. Bardzo pouczające, hahaha. Śmiech na sali i kpiny z czytelnika. A ten Mann to pono nagrodę Nobla dostał, po prostu. Poprostu przerwał, bo ostatecznie zaschło mu w gardle, a piwo się skończyło. Załoga się zbiera, znów szturmujemy Stare Miasto. Zawsze coś tam wpadnie od lekko przestraszonych, ale i rozbawionych turystów. Tym razem zabieramy baterię piw nad Wisłą, w okolicach Syrenki. A ta wznosi miecz nad głową, musi walczy z czymś, ale nikt nie wie z czym. Aż jej chyba ręka zdrętwiała na amen. A zresztą my tu mamy własne pole wałki, zamroczona załoga zaczyna gubić szeregi i tracić szyk. Powoli jest nas coraz mniej i impreza robi się kameralna. – Te, to skąd wy jesteście?- wypytuje Sid, zakurzony i podchmielony – My przyjechali ze Śląska - bąka Łysy. Ślązacy nie mają dobrej reputacji w undergroundzie. Z wielu powodów, a raczej wielu stereotypów. No ale co mamy się wstydzić, że pochodzimy z Bytomia? No kurwa jeszcze czego. - Pięknie, piękne okolice, tylko trochę nie tego, co nie, po prostu? - No łatwo się tam nie żyje, zanieczyszczenie środowiska, brudne powietrze - Mały coś bredzi, wpatrując się w swoje glany - Ale ludzie charakterni? Co nie? - Poprostu ciśnie temat, nie wiadomo po co - Zanieczyszczenie powietrza, smog - Jaki kurwa smok, smok to był na Wawelu czy gdzieś w Krakowie - Poprostu zaczyna kolejny trans. A propos, kto był w tym roku na Jarocinie. No, żesz kurwa mać, dobry w tym roku Jarocin, po prostu Czad i Mogadziszu. Weźmy TSA, lubię ja ich, jeden dobry polski zespół, się nie można doczepić, na scenie jak półnagie wikingi byli. I napierdalali, Wcześniej to tylko słodkiego miłego życia jebane Kombi, Maanam może być, ale co to ma wspólnego z nami, Buenos, Aires kurwa jakie Beunos. Ale na ten przykład taki Oddział Zamknięty, Ten Wasz świat – świetny numer, a ich teledysk po prostu bomba, obszarpani kolesie wloką się po zjebanym osiedlu. Były tam jakieś skargi, protesty, że jest chujnia. Także ten tego, po prostu TSA śpiewało o wolności, ale w tym roku na Jarocinie to dopiero było, jak Siekiera zaczęła grać, to cała załoga sie wjebała pod scenę, tysiąc ludzi robiło pogo, wzniecając kurz do samego nieba. To już nie był tylko sprzeciw, to otwarta wojna, zlekceważenie starego porządku. Czegoś takiego chyba po prostu jeszcze nie było, młyn był zakurwiście duży, wszyscy byli szarzy od tego pyłu i kurzu, wyglądali jak jakieś prehistoryczne plemię, które używa gliny do malowania ciał. I kręcili się w koło tego młyna, dziko podskakując i obijając się od siebie, ci po padli, byli od razu podnoszeni z pola tej dziwnej walki o wolność. z tej masowej ekspresji buntu wobec tego co jest. Co jest narzucone, zdjęte być może, co ciasne, w szwach się rozrywa. Kurwa po prostu Idzie wojna , idzie wojna, idzie krwawa rzeź. Milicja czmychnęła w popłochu, się szczury poukrywały w jebanych kątach. Mentownia jebana. Po prostu nie znoszę konfidentów, skurwysyny mają te gumowe pałki bo im nie staje. Jaja im pourywali to i są tera takie wredne. najobrzydliwszego czynu i słowa się nie wstydzą. A co na to ich matki. Matki zbrodniarki, wyrodne matki. Parszywe kukły. Siedzimy sobie nad Wisłą, pod jakimś mostem, na zielnym pastwisku. Niczego nam nie trzeba, jesteśmy jako ta trzoda niebieska, a może bydło. Tylko pasterza nam brak. I jakby spod ziemi pojawiają się pasterze niebiescy, pastuchy w mundurach. Milicja obywatelska. Strażnicy pokoju społecznego, ci co oddzielają wilki od owiec. Nawet jeśli niektóre owieczki przebrane za wilki, to pasterze wyglądają na niebieskie chuje. - Sierżant Pastuszko, Mlilicja Obywatelska - wąsik nad tłustymi warami porusza się do rytmu szczekanych słów - Jebane psy - mruczy pod nosem Łysy - A witamy panów milicjantów uprzejmie, czym chata bogata, gość w dom Bóg w dom, jak to mówiom po prostu - Poprostu pod mostem jedzie ze swoją nawijką z mostu. - Dokumenty - ten drugi, gołowąs, głowonóg, się odzywa. Nic nie rozumiejące, tępe oczka. To się podnosimy z murawy zielonej, jak drużyna rugby po przerwie. - A panowie milicjanty dzisiaj tak tu sobie spacerują, miło tu i przytulnie - Poprostu wie jak zagaić rozmowę, żeby się rozeszło po kościach - Tak tu sobie siedzimy, śpiewamy harcerskie piosenki, szczególnie te huculskie, płonie ognisko i szumią knieje - Co wy mi tu pierdolicie, stul ryj do kurwy nędzy, dokumenty pokazywać - wąsik nie zna się na żartach, a i konwersacja jakoś tak przychodzi mu z trudem. Na salonach nie bywa, musi być. Słowa tylko żołnierskie, szczere, serdeczne. - Kurwa, dokumenty pokazywać, bo was wszystkich skleimy na dołek i w zaciszu wam pokażemy, gdzie jest miejsce takich pasożytów społecznych. - Na Żuławach? - dopytuje się Poprostu - Zamknąć ryje do chuja wafla, pierdolone brudasy. Ja to bym takich pod mur i do wora - wąsik się trochę zagotował. - Panie sierżancie, ku chwale ojczyzny, miej pan wzgląd na to, że my w wieku szkolnym ciągle. - A papieroski i piwko to w ramach wycieczki szkolnej? Ten tu gołowąs jest w waszym wieku, a już wziął odpowiedzialność za siebie, i obywatelsko się udziela, na czynie społecznym był i coś tam robił. Pożyteczny jest i pensję pobiera, narzeczoną ma a i dziecko ma na myśli Kurwa Łysy próbuje sobie to wszystko poukładać, te życiowe plany głowonoga, jego ambicje i widać że nie starcza półkul mózgowych, trzeba by uruchomić tą trzecią, żeby to wszystko pochytać. Zatem puszczamy te słowa mimo, ulatują w chmury te ich durne bzdury. - Fuck off - mruczy Łysy, ale tak tylko do siebie - Co tam mruczysz, po polskiemu się nie lubi mówić? Tylko po kapitalistycznemu? - Nie, nic, już pokazuje legitkę, o tu jest szkolna taka, licealna, ze zdjęciem, bardzo proszę, pieczątka jest, podbita , aktualna. To nic, że orzełek ma główkę przekręconą w drugą stronę, pewnie na zachodnią stronę. Łysemu się nie chciało iść do sekretariatu i sam sobie podbił legitymację dwudziestogroszówką, prawie ten sam rozmiar. No tylko ten orzełek patrzy gdzie indziej. Ale chuj z tym, to drobiazg. - Ściągać mi tu te paski, rekwiruję to jako broń-złośliwie rozkazuje wąsik - Panie sierżancie, niechże się pan ulituje po prostu. Mały już widzi, że to na nic, te ich prośby i próbuje kopnąć swój naćwiekowany pasek gdzieś na bok, gdzieś, gdzie go nie zauważą te dwa pastuchy niebieskie. - Widziałeś ty go, jaki cwany. Podejdźże tu kole mnie koleżko. Oszukać władzę ludową ty chciał? Nieładnie. I nagle, bez ostrzeżenia, wprawnym ciosem uderza Małego w sam środek klatki piersiowej, w miejsce zwane splotem słonecznym, który chyba tak się nazywa, bo po uderzeniu następuje ciemność. Urywa się kontakt ze słońcem, układem planetarnym, miejscem we wszechświecie no i z całą załogą. Ciemność jeno następuje. I bezdech. Nie ma światła, nie ma powietrza, jest ból. Mały leży na trawie jak połamany manekin, próbując zaczerpnąć powietrza w puste płuca. Zachłystuje się w końcu powietrzem, ale od razu wymiotuje. Reszta w milczeniu obserwuje te zmagania z ludzką fizjologią. Egzekucja. Teraz każdy dostaje na do widzenia milicyjną pałką po dupsku. I won wiśta wio, komu w drogę temu czas. Pastuchy rozgoniły nielegalną demonstrację nihilizmu i abnegacji zagrażającą zdrowej tkance społeczeństwa. Ku chwale ojczyzny i ludu pracującego miast i wsi. Ewakuacja w stronę Starówki, nie kanałami, ale trotuarami. Ranni są wśród nas, Mały odczuwa skutki milicyjnego pouczenia. Coś tam bredzi, nogami powłóczy i w ogóle nie halo. Łysy musi go trochę holować, bo Małemu coś się roi. A to o powstaniu, a to król Trzeci Waza, coś mu nie styka pod czaszką. Rozpłatany splot słoneczny, dezintegracja, się Mały ewidentnie cofnął w ewolucji. Ostał się mu ino cienki sznureczek świadomości. Anime. Ani be. Tu chwilami mu błyska jakieś światło latarni nie morskiej tylko ulicznej, teraz czerwone, trzeba czekać. O już żółte. Oczekiwania czas się dłuży, zielone znaczy można iść. Lewą marsz. Lewa, lewa, lewa, ciaśniej ściśnijcie światu na gardle proletariatu palce! A teraz prawa, prawa, prawa. Marsz, marsz Dąbrowski, nie rzucim ziemi, skąd nasz, jeszcze Polska nie, jeszcze po kropelce. Polska gola. Waza patrzy w dół ze swojego słupa. Nasz on, rodzimy jogin. Czego on tam wyczekuje, przecież może się wprowadzić do wyremontowanego zamku. Se porządzić, porozstawiać po kątach. W końcu król. Stolik, bułka, bułka z makiem. Może z pasternakiem. Bułki z pasternakiem? Co on jest ten pasternak, gryka, pała? Same zagadki. Świadomość Małego jest zminimalizowana do małego płomyka Chi, ledwo się tli, Łysy jest jak Charon, który usiłuje przeprowadzić go na drugi brzeg Styksu. Krakowskie Przedmieście, Kopernik zatroskanym wzrokiem wodzi za tymi dwoma zagubionymi w kosmosie. Chciałby im pokazać drogę, ale ma skamieniałe usta. Tylko palcem nieznacznie wskazuje kierunek na dworzec. - Do Bytomia. Dwa szkolne. Grzegorz Domher (ur. 1967) – ukończona filozofia na UJ. Mieszka w Malezji.

  • Zbigniew Głos – pięć wierszy

    Według Miłosza każdy wiersz powinien pomieścić historię jednego człowieka A skóra? Będę miał zakwasy, ale dowiem się o tym dopiero jutro Przyszedł ostatni. Dżinsy zbyt szerokie nawet jak na obecne młodzieżowe standardy. Bluza z kapturem o kilka numerów za duża. Krótkie loki, jak małe pejes, podskakiwały śmiesznie na jego głowie, gdy grał z nimi w kosza. A jednak przyciągał wzrok. Niepokoił. Coś nie pozwalało oderwać od niego myśli. Gdy zdjął bluzę, płaski, umięśniony brzuch. I tylko nabrzmiałe, dojrzewające piersi, dwa młode gołąbki ukryte pod tak obcisłym topem, że wydawało się, iż eksplodują za chwilę, zdradziły ją. Kim jest? Kim będzie? Co kiełkowało w nim, jeszcze ukryte przed nią samą? Kotłujące się przed lotem, nerwowo pulsujące przed złożeniem w ofierze zadośćuczynienia, za grzech, którego nie popełniły. Komunikaty i apele Dowiedziałem się dzisiaj, że kolega mojego wuja kilka dni temu został znaleziony, że powiesił się, w wózkarni. Przeczytam jutro o martwym łabędziu z Gniezna, w żołądku którego znaleziono, trzy kilogramy niestrawionego chleba. Być może, jeżeli będzie sekcja zwłok, znajdą w ciele kolegi mojego wuja kilkadziesiąt kilogramów niestrawionego kłamstwa chwilówek i nie tylko. Ale i tak nikt się nie dowie: Pomimo przeprowadzonej sekcji zwłok, nie udało się jednoznacznie ustalić przyczyn zgonu UWAGA! UWAGA! APELUJEMY O TO, ABY CZŁOWIEKA, ABY LUDZI NIE KARMIĆ KŁAMSTWAMI! Fotele w pendolino w dużo większym stopniu otaczają pasażera - Czyta pan poezję? I od razu chciałem rzucić tym szeroko otwartym oczom, cisnąć w rozdziawione usta kamieniem – słowem – chlebem, że nie, że już dawno nie, wcale nie czytam poezji, to poezja czyta mnie. Ale się wystraszyłem, że wyznanie to będzie za bardzo poetyckie to jest prawdziwe – Tylko czasami, odparłem atak. Wygodnie oparłem się o dwa niewinne słowa. I znowu udało mi się oprzeć pokusie. Do Jacka D. Łazarza Z gówna bata nie ukręci, choćby Poeta w polityce. Gówno, wszak, to samo, tylko muchy się zmieniają. Poeta pamięta! Poeto pamiętaj: Śmierdzieć nie przestaniesz. Na starość powie: Niemłody byłem, a głupi. Zbigniew Głos (ur. 1980) – ukończył teologię na UAM. Nauczyciel (religii). W młodości współpracownik lokalnych gazet. Tam publikował pierwsze próby literackie. Proza poetycka publikowana na łamach „pkp.zin”. Hobby: filozofia, teologia.

  • Małgorzata Dobosz – trzy wiersze

    *** nie wiem jak to się stało gra przestała mieć znaczenie albo zaczęła znaczyć zupełnie coś innego ktoś (chyba on) wpuścił na boisko tyle małych piłek ilu było graczy no i każdy zajął się własną niby nareszcie ale jakoś do płaczu wtedy on wtoczył jeszcze jedną podpisał i ona chciała nas zmiażdżyć jak nasza wcześniej jego chciała, tyle że jego była naprawdę zjawiskowa i zamiast zejść wytknąć mu albo chociaż się wkurwić staliśmy zauroczeni niskie ciśnienie przestaję walczyć z uzależnieniem sięgam po Pismo Święte jak po kawę niech mnie o to głowa nie boli krótki mocny kawałek z rana potem latte z wózka 10 przystanków i każdy Alaska na 11 amstafy zostały z tyłu jest za to pancerny zawał może ją z tego wyliżą tribute dostałam pocztówkę na której stoi Sz. P. Poetka moje imię nazwisko i mój adres a z tyłu "jeden z najciekawszych (zostałam poinformowana po stronie z adresem) szkiców Egona" facet który wygląda jakby chciał sobie głowę odkręcić malutki podpis i data 1914 dalej "gramy w katalońskie kości z czeską śliwowicą, ale mamy w planach Austrię" - świetny film! nad śmietnikiem wisi pielucha z kupą małego Chrisa juniora ojciec jest zawiedziony w sklepie Laurenta manager zdecydował wysprzedać stare garnitury pojawiło się widmo tabunu Małgorzata Dobosz ur. w 1980 – czyta, od Rumiego po Janicky'ego. Żyje w Walii.

  • Marcin Mielcarek – Dom w spadku

    Martyna przyjechała na pogrzeb ciotki z Londynu. Bliska rodzina nie istniała, a z dalszej prawie nikt się nie pojawił. Nie wyprawiono stypy, a po uroczystości na cmentarzu pojechała prosto do domu, który przypadł jej w spadku. Nigdy wcześniej w nim nie była. Ciotki też właściwie za bardzo nie znała. Budynek miał dwa piętra nie licząc poddasza i przynależała do niego całkiem spora działka, ogrodzona drewnianym płotem. Dom znajdował się w dobrej dzielnicy pod miastem, w dzielnicy w większości zamieszkanej przez bogatych starców. Martyna usiadła na ganku, a potem nagle wstała i wzięła ogrodowy wąż. Zaczęła podlewać hortensje, nucąc jakąś radiową piosenkę zasłyszaną wcześniej w taksówce. Pomyślała, że tak właśnie powinno wyglądać jej życie, a nie jako kelnerki jednej z pubów za wodą. Pewna starsza para zatrzymała się pod jej furtką. – Jesteśmy znajomymi Agaty – powiedzieli. – Nasze szczere kondolencje. – Proszę, wejdźcie – zaprosiła ich Martyna. Weszli do domu i Martyna ugościła ich kawą. Jakiś czas nieznajoma kobieta opowiadała anegdoty o ciotce, które nie były ani zabawne ani ciekawe. W końcu podeszła do jednego z wazonów w chińskim stylu, w którym stały zwiędłe róże i powiedziała: – Zawsze mi się podobał ten wazon... – Może go sobie pani wziąć. – Naprawdę? – Tak. – Nie chcę pani okradać... – Proszę go przyjąć. – Pięknie dziękuję. Kobieta wyjęła suche badyle i wrzuciła je do kosza w kuchni. Wyglądało na to, że zna ten dom bardzo dobrze, na pewno lepiej niż Martyna. Porozmawiali jeszcze chwilę i sąsiedzi w końcu sobie poszli. Jakieś dziesięć minut później przyszła inna para staruszków. – Bardzo nam przykro z powodu Agaty – powiedzieli. – Dziękuję. Ci również opowiadali jakieś kiepskie historyjki. – Piękny jest ten obraz w korytarzu – skomentowała kobieta z plamami wątrobowymi na dłoniach. – Proszę go wziąć. – Nie mogłabym. – Nalegam. Zdjęli go ze ściany, a kiedy udali się w stronę wyjścia, ktoś inny zapukał do drzwi. – Dzień dobry, słyszeliśmy co spotkało Agatę, bardzo nam smutno – oznajmili od wejścia. – Zapraszam do środka. Rozejrzeli się po domu i skomplementowali dywan w korytarzu. – Bardzo bym chciała taki dywan – powiedziała sąsiadka z białymi jak śnieg włosami. – Idealnie pasowałby u mnie w domu. – Niech go pani sobie weźmie. – Mówi pani poważnie? – Tak. Pół godziny później dom pełen był znajomych Agaty, ludzi z okolicy i z daleka. Wszyscy wchodzili, mówili kilka słów o zmarłej, a potem rozglądali się i pytali czy mogą wziąć to albo to albo tamto. – Agata miała taki piękny słomiany kapelusz, zawsze wyglądała w nim bajecznie. Czy mogę go zabrać? – Proszę. – A to krzesło? Czy możemy wziąć to bujane krzesło? Agata lubiła na nim czytać powieści kryminalne. – Tak. – A ten stary czajnik z gwizdkiem? Herbata którą Agata z niego parzyła zawsze smakowała wybornie. – Śmiało. Potem już padały zwykłe, suche pytania. – Ten piękny obrus można zabrać? – Jest wasz. – Zestaw sztućców będzie potrzebny? – Możecie wziąć. – A co z tym kocem? – Proszę bardzo. – A wycieraczka pod drzwiami? – Śmiało. W domu zaczęli pojawiać się nagle ludzie, którzy po prostu wchodzili i zabierali co im pasowało, nie wymawiając przy tym żadnego słowa. Raczej nie byli to żadni znajomi Agaty. – Telewizor odłóżcie – powiedziała Martyna, do jakiejś młodej pary. – Jest stary, damy za niego pięć stów. – Dobra. – A kanapę możemy wziąć? – zapytali inni. – Nie. – Damy dwieście. – Okej. – A samochód? Samochód możemy zabrać? – rzucił jakiś facet. – Auto zostaje. – Tysiąc złotych dam. – Auto zostaje. – Dwa. – Auto zostaje. – No to trzy tysiące. – Nie ma mowy. Ktoś i tak znalazł kluczyki i chwilę później odjechał żółtym fiatem w siną dal. Dwóch facetów wynosiło lodówkę z całą jej zawartością. Zabierano meble, demontowano szafki w kuchni, ściągano lustra, rozkręcono wielkie łóżko z baldachimem. Ktoś nawet zgarnął starego, czarnego kota razem z kuwetą. Ludzie robili harmider, kłócili się między sobą o fanty, w ogóle nie przejmując się nową gospodynią. – Zabieram te buty. – A ja płaszcz. – Ja wezmę tę lampę. – Zaklepuję toster. – My bierzemy pralkę. – To ja wezmę suszarkę. Godzinę później wielki tłum po prostu się ulotnił i Martyna została w domu sama w towarzystwie nagich ścian i na wpół zerwanej podłogi z dębowych desek. Ktoś ośmielił się nawet pozabierać wszystkie drzwi wewnątrz domu. Plastikowe okna na szczęście pozostawiono. Martyna wyszła przed dom i usiadła na betonowych schodach, bo ławeczkę na ganku też wyniesiono. Chwilę później dwóch małych chłopców na hulajnogach zatrzymało się obok furtki. Jeden z nich pokazał na dom palcem i powiedział: – Tutaj kiedyś mieszkała taka stara głupia baba. Teraz nie żyje. Potem odjechali. Martyna wstała, złapała za wąż i wróciła do podlewania hortensji. Zaczęła nucić piosenkę z taksówki. Na razie nie zamierzała wracać do Londynu. Marcin Mielcarek (ur. 1996) - absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pełnoprawny debiut opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki w "Twórczości". Autor zbioru opowiadań pod tytułem Parada myśli nocnych. W 2022 roku powieściowy debiut Sztuka latania – książka nominowana do nagrody Lubuskiego Wawrzynu za rok 2022 w kategorii "proza". Laureat 8 Konkursu literackiego o tematyce zielonogórskiej – pierwsze miejsce za opowiadanie Koty nie piją whisky. Stypendysta Miasta Zielona Góra na rok 2023 w dziedzinie literatury. Literacko – brudny realista. Mieszka w Zielonej Górze.

  • Mariusz Ropczyński – pięć wierszy

    Ziele Budynek starej nastawni, w ruinie od ponad ćwierć wieku, od dawna owiany był tajemnicą (miało w nim dojść do morderstwa). Dziś mało kto tędy przechodzi, wszędzie pleni się ziele. Na Boga, cóż więc tu robię w niedzielne południe? Raz w życiu Pobiłem się jeden jedyny raz w życiu: poszło o występ na akademii, rolę Feriego Acza (Nemeczek zupełnie nie wchodził w rachubę). Już wtedy ta męska chęć przewodzenia? Znój Słońce nad lasem już nie oślepia. Wsłuchuję się w słowa sąsiada: w nocy ktoś poprzewracał mu ule, przetrzebił całą hodowlę. Przykro mi teraz patrzeć jak płacze; oddał jej w końcu sporą część życia. Podniesie się z tego szybciej, niż myślę. Z okładki książki z wierszami Nagich ludzi uchwycił ktoś w biegu. Ileż się naraz rodzi skojarzeń! Wyłączyli latarnie Wyłączyli na noc latarnie. Wojna w ten sposób dotarła też tutaj. Skręcam więc trochę na pamięć, znosi mnie na pobocze (duszę mam na ramieniu). Gdyby się trafił nagle przechodzień, byłoby przecież za późno. Za późno. Całość Film kończy się happy endem. Zbieram puste naczynia, czytam raz jeszcze wiadomość: nie chce, by mówić do niej zdrobniale, zżyma się na tę poufałość. Zły biorę to wszystko na siebie: upór, strach, szorstką czułość. Przyjąć bym mógł znacznie więcej. Spytaj mnie, proszę, o serce. Mariusz Ropczyński (ur. 1976) - publikował w „Odrze”, „Akcencie”, „Frazie”, „Kwartalniku Literackim Wyspa”, „Helikopterze”, „Wydawnictwie J”. Autor trzech zbiorów wierszy: Bez rezerwacji (Nowa Ruda 2015), Kwestia wyboru (Nowa Ruda 2017), Obfitość traw (Kraków 2020). Laureat konkursów im. Georga Trakla i Kazimierza Ratonia. Mieszka w Nowym Sączu.

  • Dorota Kieras - Dusza wzlatująca, dusza spadająca

    Czy dusza wtedy wzlatuje, kiedy człowiek czuje się i zachowuje jakby był uskrzydlony? Z Jankiem było tak, że ciągnęło go do góry. A dokładniej, ciągnęło go w góry. Najpierw było chodzenie po Tatrach. Potem przyszła kolej na wspinaczkę skałkową. Jak mówił, pierwszy raz wspinał się jeszcze jako 12-latek, w harcerstwie. A potem jakoś to poszło. Pasja. Kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy, nieustająco się śmiał. I opowiadał oczywiście o górach „chcesz, pojedziemy razem, nic się nie bój, nauczę cię jeździć na nartach i wspinać po górach. Tylko jedźmy!” – powtarzał. Pojadę, myślałam. Pojadę, choćby nie wiem, co się działo. Któregoś dnia, po wykładach, odwiedziłam go w domu. Chwilę oglądałam jakieś zdjęcia, przekomarzałam się, jak łatwo rozwiązać równanie, z którym on sobie nie radził. Ha, byłam nawet dumna z siebie, że umiem rozwiązywać matematyczne łamigłówki. Tak mi się tylko wydawało. W sekundzie Jan pokazał mi, że obliczenia można zrobić prościej. I sto razy szybciej. I znowu się śmiał. Na chwilę wyszedł do kuchni i szeptał o czymś ze swoją mamą. Słychać było zamieszanie, ruch, przeszukiwanie szafek, odgłosy szeleszczących torebek, zasuwanych suwaków, jakby pakowania. Pakowania? Okazało się, że spakowali mi plecak na wyjazd. - Jedziesz ze mną w góry? - pytał Janek. - Kiedy? - Dzisiaj. Chcę sprawdzić jedno miejsce na sylwestra, jedź ze mną! – wołał, nie zważając na moja zaskoczona minę, dumny, że udała mu się niespodzianka. - Nie mogę – odparłam – Bardzo bym chciała, ale muszę wracać do domu. Na pierwszy wyjazd i naukę podstaw wspinaczki i zjazdów pojechaliśmy do podmiejskiego lasu. Zapisałam się na kurs wspinaczki skałkowej, bo Jan był jednym z instruktorów. Zrobiłam to dla niego, nie z jakiejś pasji do wspinaczki. Zupełnie nie miałam pojęcia, w co się pakuję. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że od tej z pozoru błahej decyzji zmienią się radykalnie dwa życia: moje i jego. Ale kto jest w stanie przewidzieć, że życiową decyzję podejmuje się właśnie teraz, właśnie tu. Że dziś odmieniasz wszystko albo zamieniasz wszystko. Otwierasz drzwi albo je zamykasz i nawet nie wiesz, jakie to ważne. - No, zjeżdżaj, śmiało, nie bój się! Zjeżdżaj! Uważaj, bo lina, jak się przesunie, odparzy ci ramię – wołał Jan, siedząc na drzewie i instruując kursantów, jak należy zjeżdżać w kluczu. Wystraszony chłopak, we flanelowej koszuli i dżinsach, patrzył ze szczytu wysokiego dębu, jakby zastanawiając się, czy aby na pewno nie ma tu innej drogi zejścia na ziemię. Tamtego dnia, podczas szkolenia w lesie, trzeba było umieć wyłapać spadający pień, który symulował spadającego wspinacza, wejść po przyrządach na drzewo i zjechać potem po linie, w kluczu, czyli bez przyrządów. Udało mi się wykonać zadanie, choć sukces był raczej połowiczny: zgodnie z przewidywaniami, odparzyłam ramię przy zjeździe. Lina podziałała niczym gorący pręt przyłożony do skóry. Rana zrobiła się natychmiast. Bolało. Zabolało tego dnia jeszcze raz, mocniej. Zobaczyłam nagle, że Jan, siedzący na drzewie, rozprawia wesoło z jakąś dziewczyną. Rzucała się od razu w oczy: miała na sobie żółtą koszulkę i żółte kalesonki, wyglądała jak kanarek: drobniutka i żółta. O tym, że roztaczała wokół siebie nieodparty urok Jan przekonał się pierwszy. Ja – niedługo potem. Uświadomiłam sobie, że nie patrzy już na mnie swym rozbawionym wzrokiem. Tak naprawdę to przestał w ogóle patrzeć w moją stronę. Dusza wzlatująca, poleciała w ramiona tamtej dziewczyny, na wiele lat. A ja, jak na rozkochaną w literaturze studentkę przystało, zaczęłam pisać wiersze. O tęsknocie, o tym, że jego dotyk jest największym szczęściem i o tym, że jesteśmy jak Tristan i Izolda: wtedy szczęśliwi, gdy żyjemy w rozłączeniu, w oddaleniu. Że najważniejsze to tęsknić i marzyć, wspominać i cierpieć, gdy ukochana osoba jest daleko. Te wierszyki podrzucałam mu czasem, wyobrażając sobie, że się zachwyci albo przynajmniej zrozumie moje intencje i wróci do mnie. Wieczorami chodziłam pod jego dom. Trzeba było przejść dróżką obok cmentarza, minąć ciąg garaży i wreszcie zadrzeć głowę i odliczać okna: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. „Świeci się, jest więc w domu” – myślałam, bojąc się wdrapać na to piąte piętro i zastukać do drzwi. Musiało wystarczyć, że jest. Potem wracałam do domu… Po wypadku zobaczyłam się z Janem tylko raz. Dowiedziałam się o tym niemal po roku od zdarzenia. Stało się to podczas malowania kominów. Jan, doświadczony już alpinista, pracami na wysokościach zarabiał na życie. Na całkiem wygodne życie. Tamtego dnia nie zauważył, że kabel, przez który płynął prąd, rozłączył się. Jan dotknął go nieopatrznie. Szarpnięcie i nagły upadek w dół. Kilka miesięcy przeleżał nieprzytomny w szpitalu. Gdy się obudził, nie pamiętał niczego, a najmniej ostatnie chwile przed wypadkiem. Pojechałam tamtego roku, już po wypadku, do jego miasta, gdzie akurat odbywał się Karnawał Sztukmistrzów. Spacerowaliśmy wśród kuglarzy i cyrkowców, podziwialiśmy magika, który zamknął się w wielkim balonie. Obserwowaliśmy spacerujących po linie, rozwieszonej pomiędzy lubelskimi kamieniczkami. Ale widziałam, że dusza Jana już nie ekscytowała się już podniebnymi wyczynami. Kiedyś i on mógłby być wśród tych śmiałków, co po linie, bez strachu, chodzą jak anioły po niebie. Tego dnia zobaczyłam człowieka zmarnowanego, smutnego. To nie był mój Jan! Jakby zupełnie ktoś inny. Z zapałem opowiadał o czymś, co wydawało mi się zupełnie pozbawione sensu. - To nie ten sam człowiek - powracała natrętna i smutna myśl - Gdzie się podziałeś Janie? Odnalazł się jeszcze tego samego dnia, kiedy przedstawił mi swojego syna, Kamila. Gdy ściskałam rękę młodego chłopca, zobaczyłam w nim właśnie owo „coś”. Ten sam szelmowski uśmiech, te same, jakby kocie ruchy i tembr głosu, kosmyk odsuwany z czoła takim samym, jak u jego ojca niegdyś, gestem. Dusza wzlatująca, zdaje się, beztrosko i zupełnie nie wiadomo jak, wpadła w ciało tego chłopca. Wraz z tą duszą, w tajemniczy sposób przeniesioną, przeszła na Kamila ojcowska miłość do gór, do wspinaczki, a jednocześnie także brak lęku i absolutne lekceważenie dużej wysokości. Kamil tak jak ojciec, był alpinistą. - Dusza spadająca przyszła tu coś dokończyć, co zostało niedokończone z poprzedniego życia. Nie udało się z Janem, udało się z Kamilem… - rzekła biała czarownica, którą poprosiłam, by mi wyjaśniła, jak to możliwe, że jeden człowiek zmienił się w drugiego, jeszcze za życia. Bo takie miałam wrażenie. Czy to ona kazała Kamilowi usiąść na parapecie, nogami na zewnątrz? Na jedenastym piętrze? - Ach, jaki Kraków piękny z wysoka - powtarzała dusza. - Nie bój się, patrz! – wołała. - Nie boisz się, bo widzisz, jak jest wspaniale! Pięknie było nawet wtedy, gdy Kamil poczuł, że ręka obsuwa się, że nie może już chwycić parapetu. Że niebo się oddala i że zmienia się w błyskawicznie zbliżające się, szare płyty chodnika. Dusza spadaaa… Jan osiwiał w jedną noc. Widzę go, bo znowu jestem w jego mieście. Nie, jeszcze nie podchodzę. Gdzie mój śliczny chłopiec, śmiały i radosny? Widzę starego człowieka, szarego na twarzy, w szarej kurtce, ze zwieszonymi ramionami. Jakby całą swoją postawą chciał powiedzieć: kazałaś mi czekać, no to czekam. A ja stoję po drugiej stronie placu jak wmurowana. Jakby widok Jana odebrał mi siły do zrobienia choćby kroku. Cóż teraz począć mam z tym smutnym Janem, który pozostał bez duszy? Oddał ją synowi, na próżno… Patrzę, jak stoi, przezroczysty w tej szarości. Jakby chciał zniknąć w jednej chwili. W całej postawie jest jedna, wielka rezygnacja. Nie, nie rezygnacja. To dojmujący smutek. Chciałam się z nim spotkać, tylko czy dam radę podejść do niego? Dorota Kieras (ur. w 1966) – publikowała wiersze i recenzje książkowe. Pisze też opowiadania i teksty piosenek. Dziennikarka i redaktorka. Autorka wywiadów z pisarzami, muzykami, ludźmi teatru. Pracowała w miesięcznikach, tygodnikach, dziennikach. Śpiewa w chórze Camerata Varsovia. Ulubione miejsca: Beskid Wyspowy i Lazurowe Wybrzeże.

bottom of page