top of page

Znaleziono 695 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Maciej Krotke – sześć wierszy

    Hurtz Nawiedza mnie ciasto kiwi Kupione w dziewięćdziesiątych Na 5th Avenue w Nowym Jorku Kupione w Agricoopie przy Towarowej Do którego na tylnym kole motocykla typu cross Wjechał przez szybę I wrzuciwszy skrzynkę wódki na plecy Drugą szybą wyjechał Jeden z tych osiedlowych błędnych fantastów O rozmachu Spielbergów Wypełniających sobą siatkę lokalnego świata Rozpiętą między ramionami Matek wieszających pranie Na sznurach od gruszek do antonówek Które istnieją Nigdy nie byłem w Nowym Jorku Zawsze byłem słuchaczem tych Historii z pogranicza Opowieści z tygla światów Gaszę papierosa w kawiarnianej popielniczce I myślę że on wtedy wyjeżdżając z tego sklepu Wjechał prosto w paradygmat samotności w jądro ciemności Kwestia osoby zblazowane myśli skupione i czujne na chwilę przed szturmem jedna za drugą gęsto jak oddział AT pod drzwiami Czysto! - nienie, - ia, - enie, skuty leniem na glebie spełniam się w tym samym w czym spełniali się moi przodkowie mówi do kamery po łokcie w glinie słowa z tyłu za plecami setki książek „na grzbietach – ktoś sprejem – STARFUCKER” w czyichś spełnieniach zamkniętych w calach przegląda się między wierszami pikseli w nieruchomym nie - chceniu garncarz lepi wyrazy „ta kurtka z wężowej skóry jest symbolem mojej indywidualności” odbija się łuską w matrycy telewizora wieszak w przedpokoju jest pusty Ewolucja (przepoczwarczenie) w teledysku powtarza się kilka tych samych ujęć kobieta wynurza się spod wody mrugając oczyma cięcie i od nowa przekształca się w siebie /ktoś w komentarzach zauważa docięcie kafelka do zaokrąglenia wanny i wyraża uznanie dla pracy glazurnika/ dotarło do mnie niedawno że musiałem być głównym świadkiem wszystkich momentów własnych przeistoczeń jednak nic z tego nie pamiętam a wiem przecież że były bo jestem kimś zupełnie innym ale wciąż tym samym a przede mną jeszcze zwierzoczłekoupiór stoi w pierwszym rzędzie od tych wszystkich lat jest naocznym świadkiem nie komentuje Za każdym razem (21 gramów) Nowo wypowiedziany budynek Wkupuje się w łaski przestrzeni. Nieoswojenie ścian jeszcze z okolicznym powietrzem. Niewpasowanie w pustą formę po tamtym. Robotnicy grzebiący feralnego dnia Przy tonach gruzu twierdzą, Że ubyło dwadzieścia jeden gramów - Tak jest za każdym razem – mówi jeden spod kasku. Deweloper zaciera przestrzeń i dolewa oliwy. Ciekawe, czy do wyburzania zastosowano Wrecking ball z Miley Cyrus w natarciu? I czy jej usta zjadły szminkę? I czy oczy to weneckie lustra? Zależy, z której strony na to spojrzeć. Do dziś nie wiem, czy wtedy, lata temu z tobą, To, co leżało przy rondzie na chodniku, To był kamień, czy gumka do ścierania Szara jak dzień? A może tego w ogóle nie było? Był śnieg, to mam w głowie na pewno. Ale czy wtedy? I will always want you... Kamienica, której odebrano głos. Widzę ją w telefonie. Mam ten przywilej półwieczny, że mogę Grzebać w coraz głębszej studni I zawsze coś wynajdę. Tak jest za każdym razem – mówi jeden z podcastu. Świeżo rozżuta guma do żucia wypluta na zwłoki majora Grossa …pi ękn ie program liczył piętnaście minut z czego czołówka siedem trzy minuty napisów końcowych ruszyły o czasie trwały do końca po czym wjechały na stację w La Ciotat cedząc Maurerem „wypierdalać” małymi literami ktoś napisał coś czego nikt nie przeczytał przypisami ktoś przypisał coś do czegoś i otarłoby się o pominięcie gdyby nie sucha nitka w porze deszczowej wystająca z włóczkowego kapcia w przededniu wszystkich śniętych ryb słodkowodnych o tajemniczo brzmiących pseudonimach Sander Lucioperca albo Perca Fluviatilis wiedzących ale nic nikomu nie mówiących że człowieka można zniszczyć ale nie można pokonać odkręć to w końcu żeby stało otwarte żeby było jak było strzepnij bakterie wraz z meniskiem wypukłym kompotu z truskawek w butelce po mleku połowę ubyło rozlało się mleko rozlazło się Kurw a a mi ał o być t ak… Życie (a potem było jak dawniej) ktoś wlokował zaczętego hot doga w balustradę przy sąsiednim budynku i tkwił tak w papierowej torebce zobaczyłem to chwilę potem jak utraciłem dwuwers myśli i próbując go przywołać wyjrzałem przez okno kierowca przed czerwonym światłem palił papierosa i wypuszczał dym ponad opuszczoną szybą nie czułem zapachu ale wiedziałem że jest widziałem go szarym przejrzystym jak chwilę został gdy tamten odjechał a potem było jak dawniej /ciekawe jak doszło dziś do pewnego zdarzenia przejedzony prozą leżałem na wersalce oglądając coś na kanale poetyckim odłożyłem na chwilę telefon chcąc napić się wody butelka wyślizgnęła mi się z rąk uderzając w ekran tak dodało subskrypcję/ ten dwuwers odszedł nie odnalazłem znaczenia ale wiedziałem że jest widziałem je szarym przejrzystym jak chwilę zostało gdy ja odjechałem a potem było jak dawniej Maciej Krotke (ur. 1976) – absolwent filologii polskiej Uniwersytetu w Białymstoku, laureat XXXIII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. J. I. Kraszewskiego (Biała Podlaska 2017, kategoria proza). Teksty publikował w piśmie literackim „Epea”, gazecie literackiej „Migotania”, e-dwutygodniku literacko-artystycznym „Pisarze.pl”, magazynie „Latarnia Morska”, miesięczniku literackim „Akant”. Mieszka w Białymstoku.

  • Magdalena Rak-Suska – trzy wiersze

    Smutek zalewa mnie powoli drży lekko i sączy się jak z rany mam go w oczach i koniuszkach placów zupełnie jakby kreślił moje kontury jest silniejszy gdy widzę jak ludzie odchodząc zwracają sobie poduszkę czy koc bo po co mi poduszka na której leżałaś albo kubek na zimową herbatę lepiej go potłuc na kawałki aby nikomu nie powiedział że kiedykolwiek byliśmy razem Przeprowadzka …na nowo odkryć swoje małe miejsca lokalną piekarnię drogę do biblioteki po książki o stratach i dobrym życiu i sklep gdzie sprzedają zielone długopisy by lepiej zapamiętać wszystko co przeczytam przyjrzeć się czule kruchym częściom siebie zawiesić nowe wspomnienia na pustej ścianie określić co nienazwane i trwać… mam przecież kota który przeżywa ten sam koniec świata co ja Moja terapeutka ona mówi „potwory z szafy już wyszły” (pewnie jest jednym z nich) barwy zmieniły odcienie a czas nie przystanął z głową pod poduszką (nigdy tam nie zaglądała) pyta „gdzie jestem” gdy włóczę się między myślami sprytna jest czyta z moich oczu i nie wierzy w zapewnienia rozbiera mnie do prawdy jak krzyczę „nie dotykaj” i wystawia na paniczny atak bezbronności ona w fantazjach uczy mnie umiaru ja jej na to „kim będzie Alicja bez swojej Krainy Czarów?” Magdalena Rak-Suska – pasjonatka nauki, w szczególności dziedzin nauk społecznych. Psycholożka i socjolożka. Czasem pisze wiersze, przeważnie o tym, co jest człowiekowi najbliższe – o przeżywaniu i doświadczaniu samego siebie. Publikowała na łamach „Helikoptera” i krakowskiej „Miniatury”.

  • Michał Kaczmarek – trzy wiersze

    Kawalerka nie miała w życiu łatwo zbudowana w latach osiemdziesiątych trzaskanie drzwiami płacz dziecka odwracała wzrok od wersalki którą mdli na widok plamy moczu co działo się w łazience nie chciały wiedzieć meble kuchenne ani przedpokojowe wystraszone odgłosami wymiotów wasze relacje ociepliły się kiedy zostałeś sam żona i syn odeszli piłeś rzadziej mniej drastycznie czyściłeś włosy z pająków ozdabiałeś do dzisiaj wspomina szachownicę z pionkami przyklejoną do ściany nowa właścicielka irytuje wyrywa zęby obdziera ze skóry kawalerka tęskni za wieczornym słuchowiskiem w radiu nieudolną publicystyką pisaną koniecznie piórem wiecznym na kartkach rozdzieranych drugiego dnia Data której nie pamiętam podmiot liryczny w tym wierszu po kilku wierszach o śmierci ojca pisze o narodzinach a narodziny miał szczęśliwe ominęła go wojna na osi czasu na tyle daleko od wkroczenia wojsk że chwalił Rosjan lata dziewięćdziesiąte niespełniona obietnica dobrobytu przekleństwa w kierunku prowadzącego główne wydanie Wiadomości napaści na Ukrainę nie doczekał bombardowanie Belgradu słyszał od czasu do czasu zmiana pracy z łaziennego na magazyniera zakup żaluzji rozbudowa osiedlowego parkingu nie miał w czyim imieniu ani o co walczyć wybrał kulturę wysoką zakrapianą alkoholem pamiętaj synu Nalepa był kurwa najlepszy ze wszystkich obiecałem że dam ci w mordę podmiot liryczny nigdy nie dostał w mordę dlatego umie wybaczyć wersalka krótka rozmowa tego brakuje najbardziej Prawie rozumiem dwudziestoletni chłopak na rosyjskiej prowincji gdyby chciał i próbował nikt by nie uwierzył w Ukraińców cierpiących pod ostrzałem płacz matek strach dzieci okrągła tempa twarz muskularne ramiona drewniana chata na chwałę wielkiej Rosji toaleta pod gołym niebem na chwałę wielkiej Rosji nieutwardzona droga na chwałę wielkiej Rosji powołany na front myśli o korzyściach skradzionych telewizorach zgwałconych kobietach dowódca mówi można używać nie przynieść robactwa one nie myją dopiero na chwilę przed dociera prawda o wilkach w czasie planu krwawej obrony zasadzka w lesie odzyskać terytorium obronić młode rozszarpane ścięgna nadjedzone jelita inaczej niż zwykle ciało nie wzbudza litości tylko niedowierzanie ma w sobie coś z czułych dotknięć palców które w tej jednej chwili gładzą tak samo skrawki skór Michał Kaczmarek (ur. 1986) - nauczyciel języka angielskiego. Publikował w pismach i na portalach, między innymi : „Śląsk”, „eleWator”, „Projektor”, „Polska Canada”, „Pro Libris”, „Protokół Kulturalny”, „Migotania”, „Gazeta Kulturalna”, „Akant”, „Afront”, „Pisarze.pl”, „Helikopter”, „Tlen Literacki", „artPAPIER", „Szpol”, „Wytrych", „Wobec", „Szorty”, „Zupełnie Inny Świat”. Jego wierszy oraz ich interpretacji można posłuchać w „Poczcie Poetyckiej” PR Koszalin.

  • Dorota Kieras - Dusza wzlatująca, dusza spadająca

    Czy dusza wtedy wzlatuje, kiedy człowiek czuje się i zachowuje jakby był uskrzydlony? Z Jankiem było tak, że ciągnęło go do góry. A dokładniej, ciągnęło go w góry. Najpierw było chodzenie po Tatrach. Potem przyszła kolej na wspinaczkę skałkową. Jak mówił, pierwszy raz wspinał się jeszcze jako 12-latek, w harcerstwie. A potem jakoś to poszło. Pasja. Kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy, nieustająco się śmiał. I opowiadał oczywiście o górach „chcesz, pojedziemy razem, nic się nie bój, nauczę cię jeździć na nartach i wspinać po górach. Tylko jedźmy!” – powtarzał. Pojadę, myślałam. Pojadę, choćby nie wiem, co się działo. Któregoś dnia, po wykładach, odwiedziłam go w domu. Chwilę oglądałam jakieś zdjęcia, przekomarzałam się, jak łatwo rozwiązać równanie, z którym on sobie nie radził. Ha, byłam nawet dumna z siebie, że umiem rozwiązywać matematyczne łamigłówki. Tak mi się tylko wydawało. W sekundzie Jan pokazał mi, że obliczenia można zrobić prościej. I sto razy szybciej. I znowu się śmiał. Na chwilę wyszedł do kuchni i szeptał o czymś ze swoją mamą. Słychać było zamieszanie, ruch, przeszukiwanie szafek, odgłosy szeleszczących torebek, zasuwanych suwaków, jakby pakowania. Pakowania? Okazało się, że spakowali mi plecak na wyjazd. - Jedziesz ze mną w góry? - pytał Janek. - Kiedy? - Dzisiaj. Chcę sprawdzić jedno miejsce na sylwestra, jedź ze mną! – wołał, nie zważając na moja zaskoczona minę, dumny, że udała mu się niespodzianka. - Nie mogę – odparłam – Bardzo bym chciała, ale muszę wracać do domu. Na pierwszy wyjazd i naukę podstaw wspinaczki i zjazdów pojechaliśmy do podmiejskiego lasu. Zapisałam się na kurs wspinaczki skałkowej, bo Jan był jednym z instruktorów. Zrobiłam to dla niego, nie z jakiejś pasji do wspinaczki. Zupełnie nie miałam pojęcia, w co się pakuję. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że od tej z pozoru błahej decyzji zmienią się radykalnie dwa życia: moje i jego. Ale kto jest w stanie przewidzieć, że życiową decyzję podejmuje się właśnie teraz, właśnie tu. Że dziś odmieniasz wszystko albo zamieniasz wszystko. Otwierasz drzwi albo je zamykasz i nawet nie wiesz, jakie to ważne. - No, zjeżdżaj, śmiało, nie bój się! Zjeżdżaj! Uważaj, bo lina, jak się przesunie, odparzy ci ramię – wołał Jan, siedząc na drzewie i instruując kursantów, jak należy zjeżdżać w kluczu. Wystraszony chłopak, we flanelowej koszuli i dżinsach, patrzył ze szczytu wysokiego dębu, jakby zastanawiając się, czy aby na pewno nie ma tu innej drogi zejścia na ziemię. Tamtego dnia, podczas szkolenia w lesie, trzeba było umieć wyłapać spadający pień, który symulował spadającego wspinacza, wejść po przyrządach na drzewo i zjechać potem po linie, w kluczu, czyli bez przyrządów. Udało mi się wykonać zadanie, choć sukces był raczej połowiczny: zgodnie z przewidywaniami, odparzyłam ramię przy zjeździe. Lina podziałała niczym gorący pręt przyłożony do skóry. Rana zrobiła się natychmiast. Bolało. Zabolało tego dnia jeszcze raz, mocniej. Zobaczyłam nagle, że Jan, siedzący na drzewie, rozprawia wesoło z jakąś dziewczyną. Rzucała się od razu w oczy: miała na sobie żółtą koszulkę i żółte kalesonki, wyglądała jak kanarek: drobniutka i żółta. O tym, że roztaczała wokół siebie nieodparty urok Jan przekonał się pierwszy. Ja – niedługo potem. Uświadomiłam sobie, że nie patrzy już na mnie swym rozbawionym wzrokiem. Tak naprawdę to przestał w ogóle patrzeć w moją stronę. Dusza wzlatująca, poleciała w ramiona tamtej dziewczyny, na wiele lat. A ja, jak na rozkochaną w literaturze studentkę przystało, zaczęłam pisać wiersze. O tęsknocie, o tym, że jego dotyk jest największym szczęściem i o tym, że jesteśmy jak Tristan i Izolda: wtedy szczęśliwi, gdy żyjemy w rozłączeniu, w oddaleniu. Że najważniejsze to tęsknić i marzyć, wspominać i cierpieć, gdy ukochana osoba jest daleko. Te wierszyki podrzucałam mu czasem, wyobrażając sobie, że się zachwyci albo przynajmniej zrozumie moje intencje i wróci do mnie. Wieczorami chodziłam pod jego dom. Trzeba było przejść dróżką obok cmentarza, minąć ciąg garaży i wreszcie zadrzeć głowę i odliczać okna: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. „Świeci się, jest więc w domu” – myślałam, bojąc się wdrapać na to piąte piętro i zastukać do drzwi. Musiało wystarczyć, że jest. Potem wracałam do domu… Po wypadku zobaczyłam się z Janem tylko raz. Dowiedziałam się o tym niemal po roku od zdarzenia. Stało się to podczas malowania kominów. Jan, doświadczony już alpinista, pracami na wysokościach zarabiał na życie. Na całkiem wygodne życie. Tamtego dnia nie zauważył, że kabel, przez który płynął prąd, rozłączył się. Jan dotknął go nieopatrznie. Szarpnięcie i nagły upadek w dół. Kilka miesięcy przeleżał nieprzytomny w szpitalu. Gdy się obudził, nie pamiętał niczego, a najmniej ostatnie chwile przed wypadkiem. Pojechałam tamtego roku, już po wypadku, do jego miasta, gdzie akurat odbywał się Karnawał Sztukmistrzów. Spacerowaliśmy wśród kuglarzy i cyrkowców, podziwialiśmy magika, który zamknął się w wielkim balonie. Obserwowaliśmy spacerujących po linie, rozwieszonej pomiędzy lubelskimi kamieniczkami. Ale widziałam, że dusza Jana już nie ekscytowała się już podniebnymi wyczynami. Kiedyś i on mógłby być wśród tych śmiałków, co po linie, bez strachu, chodzą jak anioły po niebie. Tego dnia zobaczyłam człowieka zmarnowanego, smutnego. To nie był mój Jan! Jakby zupełnie ktoś inny. Z zapałem opowiadał o czymś, co wydawało mi się zupełnie pozbawione sensu. - To nie ten sam człowiek - powracała natrętna i smutna myśl - Gdzie się podziałeś Janie? Odnalazł się jeszcze tego samego dnia, kiedy przedstawił mi swojego syna, Kamila. Gdy ściskałam rękę młodego chłopca, zobaczyłam w nim właśnie owo „coś”. Ten sam szelmowski uśmiech, te same, jakby kocie ruchy i tembr głosu, kosmyk odsuwany z czoła takim samym, jak u jego ojca niegdyś, gestem. Dusza wzlatująca, zdaje się, beztrosko i zupełnie nie wiadomo jak, wpadła w ciało tego chłopca. Wraz z tą duszą, w tajemniczy sposób przeniesioną, przeszła na Kamila ojcowska miłość do gór, do wspinaczki, a jednocześnie także brak lęku i absolutne lekceważenie dużej wysokości. Kamil tak jak ojciec, był alpinistą. - Dusza spadająca przyszła tu coś dokończyć, co zostało niedokończone z poprzedniego życia. Nie udało się z Janem, udało się z Kamilem… - rzekła biała czarownica, którą poprosiłam, by mi wyjaśniła, jak to możliwe, że jeden człowiek zmienił się w drugiego, jeszcze za życia. Bo takie miałam wrażenie. Czy to ona kazała Kamilowi usiąść na parapecie, nogami na zewnątrz? Na jedenastym piętrze? - Ach, jaki Kraków piękny z wysoka - powtarzała dusza. - Nie bój się, patrz! – wołała. - Nie boisz się, bo widzisz, jak jest wspaniale! Pięknie było nawet wtedy, gdy Kamil poczuł, że ręka obsuwa się, że nie może już chwycić parapetu. Że niebo się oddala i że zmienia się w błyskawicznie zbliżające się, szare płyty chodnika. Dusza spadaaa… Jan osiwiał w jedną noc. Widzę go, bo znowu jestem w jego mieście. Nie, jeszcze nie podchodzę. Gdzie mój śliczny chłopiec, śmiały i radosny? Widzę starego człowieka, szarego na twarzy, w szarej kurtce, ze zwieszonymi ramionami. Jakby całą swoją postawą chciał powiedzieć: kazałaś mi czekać, no to czekam. A ja stoję po drugiej stronie placu jak wmurowana. Jakby widok Jana odebrał mi siły do zrobienia choćby kroku. Cóż teraz począć mam z tym smutnym Janem, który pozostał bez duszy? Oddał ją synowi, na próżno… Patrzę, jak stoi, przezroczysty w tej szarości. Jakby chciał zniknąć w jednej chwili. W całej postawie jest jedna, wielka rezygnacja. Nie, nie rezygnacja. To dojmujący smutek. Chciałam się z nim spotkać, tylko czy dam radę podejść do niego? Dorota Kieras (ur. w 1966) – publikowała wiersze i recenzje książkowe. Pisze też opowiadania i teksty piosenek. Dziennikarka i redaktorka. Autorka wywiadów z pisarzami, muzykami, ludźmi teatru. Pracowała w miesięcznikach, tygodnikach, dziennikach. Śpiewa w chórze Camerata Varsovia. Ulubione miejsca: Beskid Wyspowy i Lazurowe Wybrzeże.

  • Mariusz Ropczyński – pięć wierszy

    Ziele Budynek starej nastawni, w ruinie od ponad ćwierć wieku, od dawna owiany był tajemnicą (miało w nim dojść do morderstwa). Dziś mało kto tędy przechodzi, wszędzie pleni się ziele. Na Boga, cóż więc tu robię w niedzielne południe? Raz w życiu Pobiłem się jeden jedyny raz w życiu: poszło o występ na akademii, rolę Feriego Acza (Nemeczek zupełnie nie wchodził w rachubę). Już wtedy ta męska chęć przewodzenia? Znój Słońce nad lasem już nie oślepia. Wsłuchuję się w słowa sąsiada: w nocy ktoś poprzewracał mu ule, przetrzebił całą hodowlę. Przykro mi teraz patrzeć jak płacze; oddał jej w końcu sporą część życia. Podniesie się z tego szybciej, niż myślę. Z okładki książki z wierszami Nagich ludzi uchwycił ktoś w biegu. Ileż się naraz rodzi skojarzeń! Wyłączyli latarnie Wyłączyli na noc latarnie. Wojna w ten sposób dotarła też tutaj. Skręcam więc trochę na pamięć, znosi mnie na pobocze (duszę mam na ramieniu). Gdyby się trafił nagle przechodzień, byłoby przecież za późno. Za późno. Całość Film kończy się happy endem. Zbieram puste naczynia, czytam raz jeszcze wiadomość: nie chce, by mówić do niej zdrobniale, zżyma się na tę poufałość. Zły biorę to wszystko na siebie: upór, strach, szorstką czułość. Przyjąć bym mógł znacznie więcej. Spytaj mnie, proszę, o serce. Mariusz Ropczyński (ur. 1976) - publikował w „Odrze”, „Akcencie”, „Frazie”, „Kwartalniku Literackim Wyspa”, „Helikopterze”, „Wydawnictwie J”. Autor trzech zbiorów wierszy: Bez rezerwacji (Nowa Ruda 2015), Kwestia wyboru (Nowa Ruda 2017), Obfitość traw (Kraków 2020). Laureat konkursów im. Georga Trakla i Kazimierza Ratonia. Mieszka w Nowym Sączu.

  • Marcin Mielcarek – Dom w spadku

    Martyna przyjechała na pogrzeb ciotki z Londynu. Bliska rodzina nie istniała, a z dalszej prawie nikt się nie pojawił. Nie wyprawiono stypy, a po uroczystości na cmentarzu pojechała prosto do domu, który przypadł jej w spadku. Nigdy wcześniej w nim nie była. Ciotki też właściwie za bardzo nie znała. Budynek miał dwa piętra nie licząc poddasza i przynależała do niego całkiem spora działka, ogrodzona drewnianym płotem. Dom znajdował się w dobrej dzielnicy pod miastem, w dzielnicy w większości zamieszkanej przez bogatych starców. Martyna usiadła na ganku, a potem nagle wstała i wzięła ogrodowy wąż. Zaczęła podlewać hortensje, nucąc jakąś radiową piosenkę zasłyszaną wcześniej w taksówce. Pomyślała, że tak właśnie powinno wyglądać jej życie, a nie jako kelnerki jednej z pubów za wodą. Pewna starsza para zatrzymała się pod jej furtką. – Jesteśmy znajomymi Agaty – powiedzieli. – Nasze szczere kondolencje. – Proszę, wejdźcie – zaprosiła ich Martyna. Weszli do domu i Martyna ugościła ich kawą. Jakiś czas nieznajoma kobieta opowiadała anegdoty o ciotce, które nie były ani zabawne ani ciekawe. W końcu podeszła do jednego z wazonów w chińskim stylu, w którym stały zwiędłe róże i powiedziała: – Zawsze mi się podobał ten wazon... – Może go sobie pani wziąć. – Naprawdę? – Tak. – Nie chcę pani okradać... – Proszę go przyjąć. – Pięknie dziękuję. Kobieta wyjęła suche badyle i wrzuciła je do kosza w kuchni. Wyglądało na to, że zna ten dom bardzo dobrze, na pewno lepiej niż Martyna. Porozmawiali jeszcze chwilę i sąsiedzi w końcu sobie poszli. Jakieś dziesięć minut później przyszła inna para staruszków. – Bardzo nam przykro z powodu Agaty – powiedzieli. – Dziękuję. Ci również opowiadali jakieś kiepskie historyjki. – Piękny jest ten obraz w korytarzu – skomentowała kobieta z plamami wątrobowymi na dłoniach. – Proszę go wziąć. – Nie mogłabym. – Nalegam. Zdjęli go ze ściany, a kiedy udali się w stronę wyjścia, ktoś inny zapukał do drzwi. – Dzień dobry, słyszeliśmy co spotkało Agatę, bardzo nam smutno – oznajmili od wejścia. – Zapraszam do środka. Rozejrzeli się po domu i skomplementowali dywan w korytarzu. – Bardzo bym chciała taki dywan – powiedziała sąsiadka z białymi jak śnieg włosami. – Idealnie pasowałby u mnie w domu. – Niech go pani sobie weźmie. – Mówi pani poważnie? – Tak. Pół godziny później dom pełen był znajomych Agaty, ludzi z okolicy i z daleka. Wszyscy wchodzili, mówili kilka słów o zmarłej, a potem rozglądali się i pytali czy mogą wziąć to albo to albo tamto. – Agata miała taki piękny słomiany kapelusz, zawsze wyglądała w nim bajecznie. Czy mogę go zabrać? – Proszę. – A to krzesło? Czy możemy wziąć to bujane krzesło? Agata lubiła na nim czytać powieści kryminalne. – Tak. – A ten stary czajnik z gwizdkiem? Herbata którą Agata z niego parzyła zawsze smakowała wybornie. – Śmiało. Potem już padały zwykłe, suche pytania. – Ten piękny obrus można zabrać? – Jest wasz. – Zestaw sztućców będzie potrzebny? – Możecie wziąć. – A co z tym kocem? – Proszę bardzo. – A wycieraczka pod drzwiami? – Śmiało. W domu zaczęli pojawiać się nagle ludzie, którzy po prostu wchodzili i zabierali co im pasowało, nie wymawiając przy tym żadnego słowa. Raczej nie byli to żadni znajomi Agaty. – Telewizor odłóżcie – powiedziała Martyna, do jakiejś młodej pary. – Jest stary, damy za niego pięć stów. – Dobra. – A kanapę możemy wziąć? – zapytali inni. – Nie. – Damy dwieście. – Okej. – A samochód? Samochód możemy zabrać? – rzucił jakiś facet. – Auto zostaje. – Tysiąc złotych dam. – Auto zostaje. – Dwa. – Auto zostaje. – No to trzy tysiące. – Nie ma mowy. Ktoś i tak znalazł kluczyki i chwilę później odjechał żółtym fiatem w siną dal. Dwóch facetów wynosiło lodówkę z całą jej zawartością. Zabierano meble, demontowano szafki w kuchni, ściągano lustra, rozkręcono wielkie łóżko z baldachimem. Ktoś nawet zgarnął starego, czarnego kota razem z kuwetą. Ludzie robili harmider, kłócili się między sobą o fanty, w ogóle nie przejmując się nową gospodynią. – Zabieram te buty. – A ja płaszcz. – Ja wezmę tę lampę. – Zaklepuję toster. – My bierzemy pralkę. – To ja wezmę suszarkę. Godzinę później wielki tłum po prostu się ulotnił i Martyna została w domu sama w towarzystwie nagich ścian i na wpół zerwanej podłogi z dębowych desek. Ktoś ośmielił się nawet pozabierać wszystkie drzwi wewnątrz domu. Plastikowe okna na szczęście pozostawiono. Martyna wyszła przed dom i usiadła na betonowych schodach, bo ławeczkę na ganku też wyniesiono. Chwilę później dwóch małych chłopców na hulajnogach zatrzymało się obok furtki. Jeden z nich pokazał na dom palcem i powiedział: – Tutaj kiedyś mieszkała taka stara głupia baba. Teraz nie żyje. Potem odjechali. Martyna wstała, złapała za wąż i wróciła do podlewania hortensji. Zaczęła nucić piosenkę z taksówki. Na razie nie zamierzała wracać do Londynu. Marcin Mielcarek (ur. 1996) - absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pełnoprawny debiut opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki w "Twórczości". Autor zbioru opowiadań pod tytułem Parada myśli nocnych. W 2022 roku powieściowy debiut Sztuka latania – książka nominowana do nagrody Lubuskiego Wawrzynu za rok 2022 w kategorii "proza". Laureat 8 Konkursu literackiego o tematyce zielonogórskiej – pierwsze miejsce za opowiadanie Koty nie piją whisky. Stypendysta Miasta Zielona Góra na rok 2023 w dziedzinie literatury. Literacko – brudny realista. Mieszka w Zielonej Górze.

  • Zbigniew Głos – pięć wierszy

    Według Miłosza każdy wiersz powinien pomieścić historię jednego człowieka A skóra? Będę miał zakwasy, ale dowiem się o tym dopiero jutro Przyszedł ostatni. Dżinsy zbyt szerokie nawet jak na obecne młodzieżowe standardy. Bluza z kapturem o kilka numerów za duża. Krótkie loki, jak małe pejes, podskakiwały śmiesznie na jego głowie, gdy grał z nimi w kosza. A jednak przyciągał wzrok. Niepokoił. Coś nie pozwalało oderwać od niego myśli. Gdy zdjął bluzę, płaski, umięśniony brzuch. I tylko nabrzmiałe, dojrzewające piersi, dwa młode gołąbki ukryte pod tak obcisłym topem, że wydawało się, iż eksplodują za chwilę, zdradziły ją. Kim jest? Kim będzie? Co kiełkowało w nim, jeszcze ukryte przed nią samą? Kotłujące się przed lotem, nerwowo pulsujące przed złożeniem w ofierze zadośćuczynienia, za grzech, którego nie popełniły. Komunikaty i apele Dowiedziałem się dzisiaj, że kolega mojego wuja kilka dni temu został znaleziony, że powiesił się, w wózkarni. Przeczytam jutro o martwym łabędziu z Gniezna, w żołądku którego znaleziono, trzy kilogramy niestrawionego chleba. Być może, jeżeli będzie sekcja zwłok, znajdą w ciele kolegi mojego wuja kilkadziesiąt kilogramów niestrawionego kłamstwa chwilówek i nie tylko. Ale i tak nikt się nie dowie: Pomimo przeprowadzonej sekcji zwłok, nie udało się jednoznacznie ustalić przyczyn zgonu UWAGA! UWAGA! APELUJEMY O TO, ABY CZŁOWIEKA, ABY LUDZI NIE KARMIĆ KŁAMSTWAMI! Fotele w pendolino w dużo większym stopniu otaczają pasażera - Czyta pan poezję? I od razu chciałem rzucić tym szeroko otwartym oczom, cisnąć w rozdziawione usta kamieniem – słowem – chlebem, że nie, że już dawno nie, wcale nie czytam poezji, to poezja czyta mnie. Ale się wystraszyłem, że wyznanie to będzie za bardzo poetyckie to jest prawdziwe – Tylko czasami, odparłem atak. Wygodnie oparłem się o dwa niewinne słowa. I znowu udało mi się oprzeć pokusie. Do Jacka D. Łazarza Z gówna bata nie ukręci, choćby Poeta w polityce. Gówno, wszak, to samo, tylko muchy się zmieniają. Poeta pamięta! Poeto pamiętaj: Śmierdzieć nie przestaniesz. Na starość powie: Niemłody byłem, a głupi. Zbigniew Głos (ur. 1980) – ukończył teologię na UAM. Nauczyciel (religii). W młodości współpracownik lokalnych gazet. Tam publikował pierwsze próby literackie. Proza poetycka publikowana na łamach „pkp.zin”. Hobby: filozofia, teologia.

  • Łukasz Szopa – sześć wierszy

    Inishore Z prawej po przekątnej zbliża się nieregularnie, we mgle, rdzawawy załamany w połowie wrak, osiadły 1962 kilkanaście metrów od spokojnych fal. Tuż po stopami, z lewej, wśród wyrastających wiecznie kamieni, mijam złożone okrągłe krowie gówno, z którego jeszcze unosi się lekko para. Kilka metrów przede mną stary woźnica, czeka na turystów oparty o jeden z kamiennych murków, które z lotu mewy są siecią rzuconą na wyspę. Judenfriedhof Worms Kamienie nagrobków – tylko pionowe: wolność dla zmarłych, którzy, nie przytrzaśnięci, przemienili się w trawę, w mlecze, tu i tam w sosny i brzozy. Kamienie – i ta odwaga, by pozwalać ich cieniom – przez tysiąclecie – pochylać się, wykrzywiać, i 27. maja, o 15:40, być gdzie indziej. Kamienie – na kamieniach malutkie, większe, to stosy, to pojedyncze, i naiwna wiara w znaki i w słowa: pod niektórymi wyblakłe karteczki (prośby, upomnienia?). Przy wyjściu dwie starsze panie: „Sind Sie ein Jude?” System jedynkowy Gdy zauważyłem ją, (wracałem z zakupów, i wyboru, czy 18 SFr zostawić w „Balkanmarkt Rugova”, czy w „Getränkemarkt Zum Nikolić”) błądzącą po zalanej deszczem mapie, wskazałem hostel i wyprorokowałem, że będziemy w jednym pokoju. A jednak A. Nie „E”, jak zrozumiałem, i „e” zamiast „i”. Amelie. Gdy wchodziła na łóżko na tyłku nie odbiło się „T”, i należała do plemienia tych, którzy nie pytają „skąd”. Połączyła nas fascynacja detalem. Gdy wróci, będzie konstruować samoloty. Amelie buduje samoloty! (Chciałem przekonać ją do tramwajów, by tak mieć szansę kiedyś jej dotknąć) Amelie nie zbuduje tramwaju. Detale. Detale i cuda. Poezja, fale TV, obrazy z podróży, mikroprocesory. System jedynkowy. „Isn´t it strange, that one and one give zero?“ Christiania, Noc Druga Siedzimy już na zewnątrz piekła. (Bosch nie znał jednego: Ociekających beznadzieją masek z Grenlandii.) Stół inny niż ten rok temu. Jeden dalej obok. Przyciągamy jak wtedy Bladych. Zepsute ryby. Inhaluję chłód. Siada przy mnie po turecku. Z prawej. Ma twarz. Mówi, że Koreanką. Ani słowa więcej. Uśmiech. Ja donoszę Tuborg Grøn. Ona - uśmiech. Tuborg Grøn. Uśmiech. Tuborg Grøn. Uśmiech. Blisko, lecz jest już po stronie nieba. Które wkrótce wschodzi. Erazm i zima Wędrówka oczu po górskim krajobrazie lekko pomiętej „Süddeutsche Zeitung“ z 2. stycznia. (ostre, wąskie, boczne światło żarówki trójkątnymi cieniami zwiększa stoki, pogłębia doliny). Skradziona drewniana skulptura Erazma z Rotterdamu, jako przypadkowa ozdoba na dziobie statku, zawędrowała w 1598 do Japonii, gdzie w buddyjskiej światyni czczono jej oblicze. Mimo wyświechtanych kapci marzną lekko stopy, łykam wypłowiałą zieleń rumiankowej herbaty. Samuel śpi. Dziś ulepił pierwszego żółwia ze śniegu. Karla śpi. Dziś pierwszy raz widziała blask śniegu. Pod Brueglem Starszym Pamiętasz? Pod „Zimowym pejzażem z łyżwiarzami i pułapką na ptaki” było gorąco. Kołdra lekka jak śnieg na dachach, ślizgawką kwadrat z prześcieradłem, twoje pojedyncze włosy jak czarne bezlistne gałązki, i chaos, choć tylko dwie postacie. Nie wiesz, że teraz wisi tam dwa lata starszy „Pejzaż z upadkiem Ikara”. Słońce oślepiające chłodem, bezczasowe. Morze zachłannie głodne, bezlitosne. Obojętność okrętów i tubylców. Samotna długa noga Ikara. Łukasz Szopa (ur. 1973) - poeta, prozaik i tłumacz pomiędzy polskim, niemieckim, i jugosłowiańskim. Wiersze publikował w Polsce, Austrii, Chorwacji, Bośni i Hercegowinie, Danii, Serbii i Czarnogórze. Opublikował zbiory poezji Roadmovie (Kartki, Białystok 2000) oraz wspólnie z Mehmedem Begićem Film (Alternativni Institut, Mostar, 2001), zbiór opowiadań Kawa w samo południe (Forma, Szczecin, 2010), oraz powieść podróżniczą Fioletowy plecak i trzy herbaty (Novae Res, 2016). W latach 2016 - 2023 członek Komitetu Obrony Demokracji. Mieszka w Berlinie i Włosieniu na Dolnym Śląsku.

  • Marcin Sas – dwa wiersze

    wahania nastroju każdy ma okresy historyczne nikt nic nie pamięta historyczne nie pamięta Dziki pies i włóczęga W zrozumieniu tego człowieka był nam potrzebny pies, kiedy chciał dorosnąć zapominał rzucał kości wypadła wygrana wypadła przegrana daliśmy mu dorosnąć nie spotkaliśmy się przypadkiem który rządzi porządkiem opuszczonej stacji kiedy patrzył nam w oczy: chciałem być brzydki kiedy byłem ładny chciałem być brzydki miałem ładne oczy będąc brzydkim marzyłem o kątach prostych i wszystkim czego nigdy nie zrozumiałem mówił: wyjechać podróżować uciec to samo i cicho opuścił grę wsiadł do pociągu czekaliśmy mówiąc niewiele i zapomnieliśmy o tym stoliku w pijalni ząb został wybity i nie zostało mądrości tylko denko wrócić w nocy przesuwając kość ściągnąć koc, uśmiechnąć się zagrać znów wypić piwo na koniec przyśnili się rodzice pieniądze dziewczyny i wszystkie pociągi I nigdy więcej dzikich rzek nigdy nigdy Utraty czy Wisły. Marcin Sas (ur. 1983) - poeta, publikował w czasopismach literackich, ostatnia książka poetycka Księżyc pod sufitem (Convivo, 2022), autor projektu muzycznego ‘całkiem miły separatyzm’, zajmuje się muzyką elektroniczną. Mieszka na przedmieściach Warszawy.

  • Marcin Zegadło – sześć wierszy

    44. Jeżeli mamy umrzeć razem, na co byliśmy umówieni, powinnaś wiedzieć, że w tamten niedzielny poranek wyszedłem z domu nie myśląc o śmierci i miłości. A przecież stała się śmierć i stała się miłość, które nie zmieszczą się do wiersza bo wiersz to nie jest kosmos, tylko mieszkanie, w którym ktoś czeka, innym razem nikogo tam nie ma. Dlatego, kiedy pytasz, dokąd szedłem, chciałbym, żebyś zapytała, skąd wracam, a ja odpowiem, że droga to jest taka wstążka którą wiąże się koniec z końcem albo rzuca się ją na wiatr i patrzy. 37. Uwierz mi. To nic osobistego. Dom stoi tak jak stał. Dzieci śmieją się i płaczą na przemian. To co miało spłonąć na wiór – spłonęło. To co miało przetrwać - przetrwało. Dlatego niczego nie mogę ci obiecać poza śmiercią w ogniu, który najpierw zabiera, a później oddaje i wtedy mówi się: zacznijmy od początku. I albo się zaczyna albo nie. 36. Styczeń bez śniegu. Horyzont widziany z wysoka. Pijesz słodką herbatę, a przecież narzekasz, że przytyłaś. Wyglądamy przez okno mając za plecami dom, który robiliśmy budząc się i zasypiając na przemian, przekonani o własnym istnieniu. Zupełnie jak chore dzieci, którym mówi się: "To minie". A śmierć i tak przychodzi żeby kraść im pościel. Bo to jest taka zabawa, że tobie zostają kropelki śliny na sutkach, mnie kilka przedmiotów, których nie mogę dotknąć. 29. "To jest taka noc, że się nie śpi" –- mówi ojciec. A tobie śni się pożar, który wstaje z martwych, żeby się ojciec mógł przy nim wygrzewać. "Bierzcie dzieci z życia okruszki, skrawki, plamki. Ja jestem proch, a was pali światło odbite od wody" –- pisze nam ojciec w liście jakby sobie urządził prywatne zaświaty, a przecież żaden Bóg ojca nie przytulał, kiedy się nad nim kołysał szpital jak chmura lizolu. A ty śnisz ćmy uwięzione w dłoniach. Biorę te ćmy do wiersza, bo kiedyś obiecałem ci napisać wiersz o takiej śmierci, o której mówi się: "Nie bój się. Już po wszystkim. 19. Czytaliśmy wiersz Roberta Hassa o pierwszym roku małżeństwa, ten który tak lubisz i wtedy powiedziałaś: "Mogłabym już nigdy nie zasypiać". Zawiesiłaś głos tak, jakbyś chowała walizkę do szafy. Ja poszedłem do kuchni po herbatę, której jak zawsze nie zdążyłaś wypić, zanim wystygnie. Przez resztę nocy tkwiliśmy w bezruchu przyglądając się sobie jak zwierzęta, które zrzucają w ciemności miękkie futra i stygną. 17. Kiedy czekaliśmy aż umrze dowiedziałem się, co to jest mikrokrążenie i dlaczego nie goją się rany. Nie wiem gdzie wtedy był i czy pod jego powieką wirował sen, ale jeśli tak – chciałbym żeby to był ten o latawcach, które puszczamy na wiatr w czerwcowy wieczór. Mam osiem lat i krzyczę: “Ucieknie nam, poleci do nieba, tato!” A on uśmiecha się, poprawia okulary i mówi: "Nie bój się Nie bój". Tak jakby trzymał cały świat na sznurku. Marcin Zegadło (ur. 1977) - poeta, recenzent, publicysta, autor siedmiu tomów wierszy, ostatnio wydał Martwe i Ozdobne (2022), ósmy tom wierszy ukaże się na początku przyszłego roku. O książkach pisał do „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka”.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page