Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Claudia Masin – trzy wiersze
Paryż, Teksas Chciałabym opowiedzieć ci o tym, co widzę mówić ci o opuszczonych hotelach pojawiających się znikąd pośrodku drogi, niczym samotne zamki, których mosty zwodzone dawno temu wysadzono w powietrze. Chciałabym opowiedzieć ci to, co widzę, ale nie sposób odnaleźć bólu, który zniżyłby się do tego, by dać się opisać. Czy warto więc podejmować tak długą podróż, by przejść z jednego krańca ciszy na drugi? Nie sposób też milczeć całkowicie: wiem, że w końcu do ciebie zadzwonię, tak jak wzywa się kogoś, gdy jest się w ciemności, bez pomocy głosu, drżeniem podobnym do tych świetlików, które uderzając w szybę samochodu na szosie, rozpadają się, rozpryskując małą chmurę pyłu i światła, i to — być może — jest ich wyobrażenie spotkania. Nakarmić kruki Dzieci, podobnie jak koty, potrafią widzieć w ciemności. Strażnicy, którzy wiedzą, że nie mogą dać się oślepić własnym snom, spędzamy godziny tkając cieniutką sieć wokół naszego lęku. Później, wiele lat później, mówiłaś mi, przychodzi zapomnienie i możemy spać spokojnie. Ja jeszcze nie zapomniałam. Każdej nocy wymieniamy się opowieściami jak klejnotami. W tej ci do twarzy, ta pasuje do twojej skóry, do twoich oczu: Była sobie dziewczynka tak maleńka, że mieściła się w dłoni. Gdybym była tą dziewczynką — myślę sobie — wybrałabym życie w twojej dłoni. Mogłabyś ją zacisnąć i zostawić mnie z niczym, ale każda dobra historia potrzebuje tragedii, nieoczekiwanego zwrotu. Nie chcę, by nadszedł koniec twojej opowieści, by noc dobiegła końca. Nie wiem, co znajduje się po drugiej stronie. Życie jest obrazem, który stopniowo się zaciera, tracąc kontury dzień po dniu. Dorastanie to przejście od wyraźnego obrazu do zniekształcenia. Chcę pozostać dzieckiem, by zachować wzrok. Duch roju Ja także boję się samego siebie. Stałem się potworami, których bałem się jako chłopiec, tymi spod łóżka, spod samej podłogi domu, które pracowały całą noc, by zniszczyć to, co za dnia zostało wzniesione z całym wysiłkiem świata. Niszczyć to, co było całe: pracę, ich pracę, jak każdą inną, jak pracę prawa grawitacji, jak pracę serca, które tłoczy krew do tętnic, jak pracę pszczół zbierających miód albo zatapiających żądło, cokolwiek trzeba, by przetrwał gatunek. Ja także boję się samego siebie, ja także chciałbym czasem krzyczeć, gdy na siebie patrzę. Przeraża widok twarzy zmarłych we własnej twarzy, niepohamowany impuls plemienia, by rozpalić ogień pośrodku lasu, by rozproszyć ciemność, owszem, ale też by rozprzestrzenić pożar za sobą, pośród drzew, które nie potrafią uciekać ani się bronić, i spalają się tam, gdzie zostały postawione. Kto nie był choć raz drzewem czującym ogień w korzeniach, w korze, wspinający się niczym żmija, niezdolnym by go powstrzymać, kto nie był choć raz tym, który podłożył ogień z zajadłością i niewinnością, a uświadomiwszy sobie rozmiar katastrofy, nie był już w stanie się zatrzymać. Odrzucam to wszystko: plemię i las i prawa które spadają jak jak grad kamieni na ciało tego, kto mówi nie, kto nie zamierza zostać, przyjąć, że nie da się żyć, nie raniąc zwyciężonej już cząstki tego, kogo kocha się najbardziej. Wybieram odosobnienie, jaskinię, gdzie nie dosięgnie cię moja ręka, która jest ręką ojca mojego i matki mojej, wszystkich moich przodków, bo jestem ulepiony z kawałków, których nie chcę, bo jestem formą, jaką przybiera w człowieku krzywda wyrządzona przez tych, którzy byli tu przede mną i wyrzekam się: wyrzekam się tego zadania. Z miłości i odrazy zabieram z sobą to, co mi dali, i ukrywam przed twoim wzrokiem, odchodzę tam, gdzie nie będę mógł cię dotknąć i utrwalić linii czasu, która zaciska się niczym boa wokół samej siebie, splata się i zaczyna od nowa. Ja mówię nie, nie chcę rzucać się na szczątki rannego zwierzęcia, wolę umrzeć z głodu niż wbić zęby w ciebie, w ciebie, która byłaś moją nadzieją, że nie będę tym, kim jestem i dopóki istniejesz będziesz mnie chronić przed wściekłością rozpętaną, straszliwą, która zaprowadziłaby mnie do miejsca początku, do serca roju bezlitosnego, skąd przez całe życie będę uciekał. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Claudia Masin (ur. 1972) – argentyńska poetka i psychoanalityczka.
- Circe Maia – sześć wierszy
Krótkie słońce W ostatniej godzinie słońca promienie przeszywają powietrze, wybierając: „ten tak, ten nie”. Większość pozostaje w cieniu; te wybrane lśnią złocistą korą. Wznosząc się, światło sięga innych liści, te opuszcza i oświetla jeden w oddali. Nie ma już czasu, by tam dotrzeć. Kto wie? Chodźmy. Kwiecień Ten dzień tak pełen dzieciństwa, zielone kapsułki eukaliptusa na ziemi, pośród liści. Dobry zapach, chłodny i stary, prowadzi za rękę, niesie z sobą, spacery w słońcu i po parku w wietrznym kwietniu. Patrząc tak na chodnik i słuchając szelestu liści, nad głowami; zbierając kapsułki i wciągając aż do duszy ich dawną woń, można, — czasami, owszem, można — otworzyć drzwi zamknięte do dni odległych; poranki w słońcu i powietrze czyste, rześkie, drewniane ławki na skraju parku, opustoszałe chodniki, mocny, chłodny wiatr prosto w twarz, a w dłoni ciepło matczynej dłoni. Przejrzyste medium Najlepiej byłoby nie myśleć zbyt wiele o nich, o słowach. One przychodzą tak czy inaczej i nie jest to aż tak istotne. Są jak szyby, okna i należałoby je czyścić z uwagą, właśnie dlatego. Nie malować ich — cóż byś za nimi ujrzała? — i nie zdobić. Patrząc na ozdobę w oknie, nie wyjrzałaś na zewnątrz. Najkrótsze spojrzenie byłoby przynajmniej wystarczające by dojrzeć światło po drugiej stronie. Tak, tamto światło z zewnątrz na przechodzącej twarzy. Logos Wszystko ma swoją miarę. Troszeczkę i nie więcej. Nie za dużo. I nie nic. Ile odmierzono, ile wystarczy. Niezbędna krótka przyjemność, konieczna Słuszna radość. Nie ta pożerająca radość istnienia, lecz wątła radość bycia tak czy w inny sposób: to, co „przyjemne”. Niezbędny Słuszny ból. Słuszny gniew — nie za wielki — i blady smutek — wyblakły — by zwilżyć — lecz nie przemoczyć, ostrożnie — osnowę dni. Ta kobieta Tę kobietę budzi płacz: wstaje na wpół uśpiona. Przygotowuje mleko w ciszy przerywanej drobnymi odgłosami z kuchni. Spójrz, jak otula swój czas i w nim żyje. Jej godziny gęsto splecione utkane są z wytrzymałych włókien niczym rzeczy prawdziwe: chleb, owies, wyprane ubrania, robótki na drutach. Każda godzina rodzi kolejne i wszystkie są stopniami, po których się wspina, a one rozbrzmiewają. Wychodzi i wraca, i się porusza, a jej czyny ją rozświetlają. Za moim głosem Za moim głosem — słuchaj, słuchaj — inny głos śpiewa. Przychodzi z tyłu, z daleka; przychodzi z pogrzebanych ust i śpiewa. Mówią, że nie umarli — słuchaj ich, słuchaj — póki wznosi się głos, co o nich pamięta i śpiewa. Mówią, że żyją teraz w twoim spojrzeniu (podtrzymaj ich swymi oczami, swymi słowami, podtrzymaj ich swym życiem, aby nie zginęli, aby nie upadli) z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Circe Maia (ur. 1932) – urugwajska poetka, tłumaczka, eseistka i nauczycielka. Laureatka licznych nagród literackich, w tym Premio Nacional de Poesía de Uruguay oraz Premio Bartolomé Hidalgo.
- Grzegorz Olszański – trzy wiersze
Sceny z życia ekologów Pomyśl o środowisku zanim wydrukujesz ten wiersz. Sceny z życia klimatologów W związku z globalnym ociepleniem najokrutniejszym miesiącem w roku nie jest już kwiecień, lecz marzec. Dlaczego piszę? Skrypt na potrzeby podwieczorków literackich. Poziom B1 (by G.O. mixed by M.A.) Dlatego. Aby. Żeby. Bowiem. Dlatego, bo zawsze chciałam odpowiedzieć na takie pytanie. Aby moje słowa nabrały wyrazów. Żeby oddać sprawiedliwość światu, a koledze pieniądze. Bowiem zawsze chciałam mówić w swoim imieniu. Bowiem zawsze chciałam pisać w imieniu innych. Bowiem zawsze chciałam tworzyć w imieniu innych pod własnym nazwiskiem. Dlatego, że reszta wcale nie jest milczeniem. Aby pokonać nicość czyhającą w każdym atomie świata. Żeby spłacić długi i wyrównać rachunki. Aby zapisać teraźniejszość nim ta rozpłynie się w niebycie. Aby zatrzymać przyszłość nim ta przejdzie do przeszłości. Aby odprawić rytuały żałobne i ceremonie pogrzebowe. Dlatego, że nigdy nie miałem za wiele do powiedzenia, ale do napisania już tak. Aby znaleźć swoje miejsce w świecie przedstawionym. Żeby hollaka hollaka blango bung bosso fataka. Żeby moje nazwisko budziło strach na maturze. Żeby moje imię wzbudzało lęk na egzaminach. Żeby anatomowie mowy i patolodzy języka mieli materiał do badań. Dlatego, że miałem kredyt, debet i trzy dukaty w portfelu. Aby muza, która mnie odwiedzi miała urok Kate Moss. Żeby agent, które do mnie przyjdzie miał dwa zera przed cyfrą. Dlatego, że niewiele przeczytałem, ale wiele przeżyłem. Dlatego, że niewiele przeżyłem, ale wiele przeczytałem. Dlatego, że też uważam, iż język powinien wypowiedzieć wszystko co pomyśli głowa (a moja myśli sporo). Bowiem. Żeby. Aby. Dlatego. Grzegorz Olszański (ur. 1973) – poeta i krytyk literacki, profesor UŚ w Katowicach. Współtwórca grupy poetyckiej Na Dziko. Autor m.in. tomów Tamagotchi w pustym mieszkaniu (Nagroda im. K. Iłłakowiczówny), Starzy nieznajomi (nominacja do Nagrody „Silesius”) oraz Wiersze na zaliczenie (2025).
- Marcin Zegadło – sześć wierszy
[...] Czytam Philippa Jaccotteta, który porównuje siebie i swoją żonę - we wspólnej starości, we śnie, wciąż w jednym łóżku - do dwóch płynących obok siebie łodzi, które wraz z nurtem krzywej czasu oddalają się w kierunku coraz bliższego portu i myślę o mnie i o tobie śpiących w odrębnych ciemnościach, o których pisałem w wierszu dwie dekady temu przeczuwając nieoceniony dar utraty i harmonię, która przychodzi w miłości, po którą sięga się wiedząc o wiele więcej niż należy wiedzieć, żeby ufać. Myślę o wielkiej obietnicy, która wydarza się, kiedy przyglądasz się płynącej wodzie albo kiedy łapiesz w płuca horyzont w blasku spokojnej wędrówki. Opowiadam ci o Królestwie, które się nie wydarzy w innej chemii niż ta z nieopisanych wiązań, w sekrecie, w zdradzie, w udręce. A przede wszystkim w ciszy. 28.05.2026 [...] ...i jeszcze fragment z Bierdiajewa o nocy, bardziej żywej niż dzień, że oto nocą otchłań staje się nagle dostępna, a przecież każdy obłęd ma w sobie jej uważne spojrzenie, które czujesz na skórze jak chłód ciemnej piwnicy. Mieliśmy swoje porachunki z gniewnym Bogiem, a zgody szukaliśmy w książkach, w kurzu i roztoczach, podczas gdy tajemnica, która zwykle zawstydza powagą, od której lubimy się odwracać, działa się w locie pszczoły, trzasku gałęzi, która pęka pod stopą, w martwym pisklęciu, któremu przygląda się nasza kilkuletnią córka nie wiedząc, że w mętnej źrenicy trupka tamta otchłań mruga do niej gwiazdką, którą przed zaśnięciem zobaczy na niebie. 30.05.2026 [...] Zapach kwitnących akacji sprawia, że nagle przystajemy przeczuwając, że to jest właśnie ta wzniosłość, której należy się wstydzić, a przecież przychodzi do nas takie życie, przed którym kiedyś nie było odwrotu w kulturę organizacji, w dialektykę i ukąszenia; życie, które brało się w bezsilności, w smutku albo w zachwycie - bezbronnym i bezmyślnym jak dziecko posłane do sakramentów. Jeżeli wciąż pragniesz pozostać wierny tamtej chwili, powinieneś wiedzieć, że nie dotyczą nas bardziej niż zmarzniętych zwierząt - głód i pragnienie, pewność i brak pewności, niepokój i głęboki oddech, w którym na dnie powietrza wciąż rodzą się Królestwa, które później przychodzą do wiersza i kwitną lub giną bez wieści. 02.06.2026 [...] Nasze niedokończone sprawy czyniły z nas cudzoziemców z niepokojem szukających drogi, w odległej epoce, kiedy jeszcze nie mogliśmy liczyć na elektronikę, która odwróciła nasz wzrok od gwiazd i księżyca, a przecież wciąż szukamy go na niebie wstydliwie próbując ukryć przed światem, że jeszcze potrafi nas zachwycić odrobina kiczu, który ma w sobie urok dziecka przejętego banałem prawdy z podręcznika. Ostatecznie i tak spieramy się o sens tej podróży, który zawsze jest bardziej kwestią wiary, niż poniesionych kosztów. Dlatego nasza ciekawość oddala nas od siebie i wyręcza w miłości zamiast przyjąć burzę skarży się w pozwach jak w listach, które odnajduje się po latach niewysłane. Chodzi o ckliwość, Królewno, jej fałszywe proroctwo. W tobie wirują roje pszczół. We mnie obraca się ziemia. 05.06.2026 [...] Tamte przygody z grawitacją, kiedy spędzaliśmy dni na pochyłych wzgórzach zachwyceni rzędami chałup i zapachem zwierząt w jasnym świetle wczesnych jeszcze wakacji. Wielkie odkrycie chleba, który nie czerstwieje, cukier na gęstej warstwie śmietany, ucieczka z łąki przed burzą, diabeł nabity na widły, wystrugany z kawałka drewna rewolwer, chłopcy kąpiący się w rzece, dziewczyna pachnąca miętówką, skarby w ziemi pod szkiełkiem. Dobry świat w obrotach barwnej kuli, kiedy czas wydawał się stojącą wodą, a pragnienie było bezwstydne i proste. Byłem oszołomiony. Byliśmy. Słowo, którego wstydzę się użyć w wierszu, a przecież jeżeli istnieje do niczego innego nie służy. Spokój. 05.06.2026 [...] Więc jednak ponownie - sakramenty. Nawyki w stożkach. To co istotne broni się przed upadkiem, a przecież zawsze upada chociaż tak bardzo starasz się ocalić coś z tego w opowieści. Na przykład jakiś Bóg, z którym masz konszachty lub jego gniewna wersja pod powieką dziecka, które zasypia po pierwszej spowiedzi. Nasza kwietnia córka sypiąca płatki w niespiesznej procesji, nasz syn cytujący Hitchensa - gniewny i odwrócony. To co przychodzi do nas w trwaniu drzew jest tym samym, co opowiada nam katedrę - gra podjęta ze świadkiem albo bal czarownic. Wola albo ochota, które bierzesz na siebie, kiedy wreszcie zaczynasz rozumieć, że zamiast eksplozji bardziej możliwy jest splendor, zamiast zachwytu - podziw, a rzeczy, które uprawiasz w kolekcjach to jest dowód istnienia kogoś, kto przepadł bez imienia, a świat niezmiennie - domaga się wdzięczności. 05.06.2026 Marcin Zegadło (ur. 1977) – poeta, publicysta, recenzent. Wydał osiem zbiorów wierszy: Monotonne Rewolucje (2003), Nawyki Ciał Śpiących (2006), Światło powrotne (2010), Cały w słońcu (2014), Hermann Brunner i jego rzeźnia (2015), Zawsze Ziemia (2018), Martwe i Ozdobne (2022) oraz Tak pięknie ci umarłem (2024). Współpracował z „Gazetą Wyborczą” i „Newsweekiem” publikując teksty o książkach oraz publicystykę społeczno-polityczną. Prowadzi bloga recenzenckiego Księgozbiry. Wiersze i prozę publikował w czasopismach literackich. Jego wiersze tłumaczone były na język ukraiński, serbski, czeski i hiszpański.
- Janusz Radwański – Muzykanty
Metal ist krieg Powiedzieli sobie, że jak po tym festiwalu nic nie ruszy, to rzucają metal. Nie ruszyło i poszli w wesołkę. Wpadamy do nich lata potem po maszynę do dymu. Jeśli była tu jakaś walka, to nie ma już po niej śladu. Jest kalendarz zapełniony na dwa lata naprzód. Jest ich pytanie: pijecie bimber czy czystą? Jest nasza odpowiedź: tak. Keep on rockin’ in the free world Grają już po przedszkolakach, ale jeszcze przed mażoretkami. Wierzą, że cała ta jasność i dobro wróci do nich odbite od czegoś. Bo wróci, ale tak, że gdyby wiedzieli jak, to prosiliby o oddalenie tego kielicha. Ale teraz jest teraz, a wtedy i tak jej powiedzą: dobrze, że już jesteś. Dobranoc, sąsiedzie Smutno na pogrzebie to każdy głupi umie zaśpiewać, mówiła i rzeczywiście, starała się robić to pogodnie. Ja na to mówiłem wariantywność folkloru, ludzie mówili różnie, ale na pogrzeby trochę bali się ją zapraszać a trochę żal im było, że się boją. Dożynki, straż Jak się chłopaki nie ugotują w tych kombinezonach, to nie wiem, ale mają niezłe chłodzenie, niezłe chłodzenie i smarowanie im się należy, każdy wie, jak brzmi rozginana blacha, jaka niespodzianka jest w rozbitym jajku, więc niech mają trochę cienia, trochę smaru, ludzi wokół, którzy nie wiedzą i nie dowiedzą się nigdy. Bitka Biją mocno, jakby chcieli wwiercić się pięściami przez brzuch pod żebra, jakby chcieli się upewnić, że tam, pod kośćmi i mięśniami wszystko jest miękkie i ciepłe i nie ma czego się bać. Janusz Radwański (ur. 1984) – wydał książki z wierszami: Księga wyjścia awaryjnego (2012), Chałwa zwyciężonym (2013), Kalenberek (2017) Święto nieodległości (2018), Śpiewnik szantowy (2022), arkusz poetycki Żylety (2022) i przekłady: Pawło Korobczuk Kajfuj, kajfuj (2019), Ołeksij Czupa Piędź (2020), Wołodymyr Bynio Tak jest zapisane (2022), Daryna Hładun Radio «Wojna» (2022) oraz Jurij Zawadski Nie pytają (2023). Muzykant ludowy, muzealnik. Mieszka w Kolbuszowej Górnej.
- Mariusz Sambor – pięć wierszy dla MM
niebieskie szpilki to nie wysoka kobieta z miasteczka Horton to kobieta w niebieskich szpilkach to kobieta samotna to kobieta cały dzień składa wszystkie rozrzucone puzzle i tak to prawda nie umiem się pozbierać to przecież nic takiego to tylko młody wieloryb w Bałtyku powoli odchodzi to naprawdę najwygodniejsze szpilki w jakich przyszło mi kłuć twoje poranione pomysły twoje poronione pomysły Miły myślę a kiedy kopię synkowi piłka leci w samo okienko bramkarz bezradnie rozkłada ręce jeden obcas poddaje się i tylko czy ja czy my ale nie ci dawni tylko my nowi i dobrze wiesz ten tramwaj tam samego ciebie nie zabierze skandal w derbach Pragi kibice na murawie mecz Slavia Sparta dwóch piłkarzy zaatakowanych a ty mówisz że nie wiesz co dalej i że czy w ogóle gdy do zakończenia pozostało zaledwie trzy minuty i czy ze mną czy z tamtym i czy wracamy mecz to też życie i że samo pisze scenariusze sędzia dolicza aż dziesięć minut a my z Chrobrym już wygrywamy tak znowu czuję że i my też i wcale nie bo dwie nasze bramki i że tamten mecz przerwany Jaroslav Tvrdik uważa przedwczesne przerwanie meczu ze Spartą za najgorszą sytuację jakiej kiedykolwiek doświadczył jednak jako prezes Slavii szanuje decyzję rywala w takiej sytuacji Slavia zachowałaby się podobnie travel 8.1 doświadczenie głębokiego odczuwania braterstwo i miłość wdech uważa pan że różnimy się od zwierząt? nie mamy futra? wydech nie mamy smutnych oczu łosi koty patrzą somnambulicznie wdech to niepokojące nie odzyskamy świadomości pani mi się bardzo podoba zaplanowany czas podróży nie powinien ulec zmianie 4.1 jaka intymność? ktoś ordynarnie usiłował dać mi w zęby szum morza szelest suchego piasku to ma być intymność? beze mnie? poszukiwanie czasu wertykalnego czasu horyzontalnego przestrzeń pustka po horyzont twoje włosy zapach to ma być nasza trwała konstrukcja Sopot liście nieduże ledwo zielone latawce ich pierwsze majowe loty na uwięzi tak potrwa do jesieni w końcu odlecą jeszcze raz czytam twój nowy wiersz inne niż wcześniejsze słowa ledwo widoczne w deszczu jak norweska flaga na rękawie twojej kurtki mokre kosmyki włosów spod kaptura zarys nosa przedwojenne torpedownie na zatoce tak sobie wszystko wyobrażam kawa stygnie w Krakowie a mnie już więcej nic nie obchodzi nawet kiedy czeska policja informuje o zatrzymaniu mężczyzny podejrzewanego o zuchwałą kradzież czaszki Świętej Zdzisławy z Lemberka Galapagos wielkości piłki golfowej malutka i niebieska jak twoje ulubione szpilki chociaż przecież nie są z Galapagos oto ośmiornica której dotąd nie znaliśmy zachwycają się członkowie ekspedycji próbujesz mnie skarcić okna są otwarte na polu znowu koszą mówisz na dworze dobrze odpowiadam ale to tylko wiersz to nie jest nawet nasze życie urojone wiedziałam że to coś naprawdę wyjątkowego Janet Voight z Muzeum Historii Naturalnej w Chicago entuzjazmuje się prawie jak ja tyle się wokół dzieje kapitan statku z hantawirusem już na kwarantannie w Polsce prezydent liderem rankingu zaufania rodacy lubią pluć sobie w twarz rzadką śliną tyle się wokół nas dzieje Mariusz Sambor – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary (2021), powieści psychologicznej I wszyscy go opuścili… (2021), zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach (2022) oraz epistemologicznego komedio-dramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie (2023). W roku 2025 ukazały się jego dwie książki poetyckie Rzeka/ Taniec oraz PRZED/MIEŚCIE (SPP o/Kraków). Jesienią 2026 ukaże się nowa powieść Siwy i ja. Autor jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oddział w Krakowie.
- Lesław Nowara – pięć wierszy
Maria M. (z cyklu: Portrety trumienne) Rozłożyła się na kocu Na kocu w żółte i czerwone pasy jej biała skóra odcina się jak od ciemności jej skóra biała jak kinowy ekran chłonie światło w jej skórze światło ginie zamieniając się miejscami z ciemnością Stopę ma ułożoną na stopie nogi złamane w kolanach Gdyby nie ręce zapięte pod głową wyglądałaby jak ukrzyżowana Dzielą ją tylko trzy łokcie od myszy polnej rozbieranej przez szpitalne mrówki A ona rozłożona na kocu nie jest jeszcze rozbierana Choć minęła godzina od kiedy na kocu zaczęła się rozkładać Ale jest gotowa Na samą myśl o gwoździu przechodzą ją potliwe dreszcze Na samą myśl o krzyżu otwierają jej się ramiona I rozprostowują palce Czuje na sobie cień który jest ciężki i dziwnie znajomy Czuje w sobie cień który wnika głęboko w jej światło Który unosi ją w ciemność jak pochodnię Zimne piekło Zaczynając od opuszków palców i nie kończąc w ustach z których i tak tylko chłód i oddech studzienny i z których słyszę tylko mój głos odbity głucho od lodowego dna piekło w tobie jest zupełnie zimne Nie ma ciepło w tobie nie ma w tobie jest jest tylko nie ma i pewnie to wszystko nie ma co jest w tobie jest przeznaczone dla mnie Takie jest całe to twoje piekło w którym nie ma nawet Śmierć jest tylko życie moje życie które sobie odbieram teraz z twojego ciała które dla mnie jest zupełnie niezdatne do życia Czarna Kropka 1. Przechylając tę butelkę do końca coraz wyraźniej widzę na dnie Czarną Kropkę Więc w tej sukience do kostek taka wąska w biodrach bez trudu przeciśniesz się nawet przez szkło? 2. Przez twoją skórę prześwitują twarze mężczyzn Widzę je gdy nachylam się nad tobą jak nad filiżanką i napełniam gorącym Odwzajemniasz się obejmując mnie ustami i opuszkami palców Czy to ciepło które czuję pochodzi z twoich ust i rąk? Noemi K. (z cyklu: Portrety trumienne) Wiedziała, że za sobą ma połowę życia, lecz nie przypuszczała, że to już ta druga połowa, z której zresztą prawie nic już nie zostało. Tak z dnia na dzień, we własnym mieszkaniu, została pogrzebana żywcem, przygnieciona bryłą powietrza jak granitową płytą. Próbowała krzyczeć, lecz z jej ust wydobywały się tylko bezgłośne bańki, podobne do wypalonych zniczy. Zdołała się wyczołgać, ale drzewa przed domem, zbite się w ciasny kordon, nie pozwalały się przedrzeć. Uderzała pięściami w konary i pnie, lecz słychać było tylko głuchy odgłos, jakby waliła w membranę bębna lub wieko trumny. Zanim wszystko ucichło, gdzieś w oddali słychać było jeszcze górniczą orkiestrę, monotonny głos księdza, stłumione szlochanie kobiet, szelest rozwijanych z celofanu kwiatów. I już. Sabina W. (z cyklu: Portrety trumienne) – Zabiorę ci tylko minutę – powiedziała sąsiadka, przychodząc, jak zawsze, bez zapowiedzi. I faktycznie, zabrała tylko jedną minutę, której jednak nigdy już jej nie oddała. Jakie znaczenie ma jedna minuta, skoro w każdej godzinie jest ich aż sześćdziesiąt? Przecież co najmniej czterech minut potrzeba, by ugotować jajko, piętnastu minut nie żal na wymoczenie się w wannie, a czterdzieści pięć z trudem wystarcza na jedną tylko połowę meczu. Ta brakująca minuta, która Sabina zgodziła się oddać, zaczęła odtąd wypełniać puste miejsce po sobie, zabierając po jednej minucie wszystkim jej krewnym i znajomym. Odtąd ciasta były pieczone o minutę za krótko, filmy w telewizji zaczynały się o minutę wcześniej, a goście przychodzili na minutę przed czasem. Każda godzina, pozbawiona tej jednej minuty, także i w jej zegarku zaczęła odtąd chrobotać jak wyszczerbiona. Zdążyłaby na pociąg, gdyby wyszła z domu o minutę wcześniej, gdyby przyjechała o minutę prędzej, nie zamknięto by jej przed nosem okienka na poczcie, a co dzień rano mogłaby pospać o minutę dłużej, mieć minutę więcej na wypicie kawy. Od tej pory na ostatnią minutę już nie mogła niczego zostawiać, wpadać gdziekolwiek w ostatniej minucie, w jedną minutę uporać się z czymkolwiek. Po tej jednej, zabranej minucie, wokół Sabiny nagle zapadła się cała przestrzeń. Nie było już niczego, do czego dotrzeć mogłaby w minutę, nie było już niczego o minutę drogi. To co dotąd było zawsze tak blisko, oddaliło się teraz od o minutę świetlną, zaciskając wokół niej pierścień, który wypełniła zupełna ciemność. Ciemność, w którą zapadały się też wszystkie dźwięki, nie pozostawiając po sobie niczego, co by było choć trochę podobne do znanej jej ciszy w milczeniu lub milczenia w ciszy. fot. Michał Buksa Lesław Nowara (ur. 1963) – poeta, felietonista, recenzent literacki. Ostatnio wydał: Ość wieloryba (2020) i Przed nami jeszcze potop (2023). Mieszka w Gliwicach.
- Marcin Wróblewski – sześć wierszy
nie patrz na czajnik światło tamtych dni nie pozwala mi się obudzić. fizycy z Toronto twierdzą, że absorpcja fotonów zachodzi w czasie ujemnym. noc dzisiejsza nie pozwala mi zasnąć. fizycy z Toronto jeszcze o tym nie wiedzą. nawłoć nie wierzę, że umrę staro. czytałem śmierć. widziałem jej rozrzedzone tęczówki spływające po nieogolonej twarzy. opuszczanie szpitala, jak wygrzebywanie się z ciasnego symulatora. wdech. ciężarówka. wydech. papieros. wdech. nie wierzę, że umrę staro. buty cięte i karczowane tyle razy rośnie do dziś, pod oknem. sam je sadził, bo lubił zieleń. łamał bzowe gałązki, brał miarę i jechał do sklepu komarem. przywoził zawsze – z cielęcej skóry. później jego oczy nie odbijały już tej zieleni. ubywało go z każdym kwantem. moment obrotowy moja matka – szypułka. gdy wychodziliśmy z domu, wycierała mi policzki poślinionymi palcami. mój ojciec – pień. lubiłem się na niego wspinać, choć trudno, zbyt gładko. ja – koło zębate rzucone w piach. powięź ukryci w cieniu łask zapominacie o słabej skórze dojrzałych gruszek, pod którą pręży się wszystko, czym możecie się stać w tym i w następnym eonie. błogosławieni, którzy odrąbali sobie piątą część kodu. albowiem zatrzymało ich trzecie pianie koguta. jeszcze pamiętają jak wydrążone było słowo. niech wasza mowa będzie ciałem dębu, w które wkręcono śrubę. skraj gdy napiszę algorytm, który ostatecznie rozwiąże kwestię Boga, uklęknę i w skromnej modlitwie przyrzeknę sobie nie iść już nigdy do lasu. zwiedziony wstydem ciszy, wonią ziół i igliwia mógłbym bezwiednie usiąść na mchu lub podejść do dziupli w pniu. to byłby mój koniec. Marcin Wróblewski (ur. 1980) – poeta i fotografik. Wydał trzy książki poetyckie: Zimne Ognie (2023), Brama (2023) i Widać nóż (2025). Publikował w „Toposie”, „Odrze”, „Epei”, „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Konkursu Literackiego „Limesu” (2023). Dwukrotnie wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla (2023, 2024). Mieszka pod Nałęczowem.
- Anna Nowaczyńska – sześć wierszy
sensor pachną majerankiem pola równo ścięte nad miętową rzeką rozpuszcza się mgła ciepło skóry paruje niczym oddychający listopadowy poranek leżę zarzucona słowami prażone migdały wpadają między usta lusterko odbija niebo nasiąknięte chmurami na sznurku skręca się pobladłe prześcieradło gołębie zjadają w milczeniu mlecze i przekwitnięty rzepak ktoś zarzyna cielaka skrzypi pękająca skóra nie mogę nie wracać do ciebie w sennym ogrodzie ważki z błękitnymi skrzydłami polują jest ostatni dzień lata rozpierająca okno śliwa wtłacza zielone ramiona jest duszno niedbale przerzucasz kartki kilka tubek akwarel ma sklejone wargi słońce wspina się po sukience jest dobrze tylko ta gorycz w szklance wiatr wrzuca żwir we włosy ciemnieją palce od nanoszenia konturu na autoportrecie i serce robi też się czarniejsze (tyle śmierci) trzeba zapakować gorzkie owoce (wciąż zgrzyta w nim piasek z wybrzeża a rybi zapach powoduje skurcze) przepłynąć pod mostem zrzucić do rzeki pudełko zapomnieć teraz gdy w śródziemnomorskim słońcu usiłuję pozbierać myśli jak rozsypany ryż z podłogi rozpięte płótno staje się ziemią jej część w większości niezajęta zasianymi plamami światła Bretonki schodzą z obrazu stukając drewniakami modlą się o owies dla zwierząt i mój spokój a ja codziennie chodzę nad rzekę i oglądam przepołowione ceglaste skorupiaki Wybór [dziki smutek wisi nad kominkiem pachnie jeszcze śmiercią prowincja świeci zielonym księżycem] jestem matką to rola przewidziana nie dla mnie chyba nie potrafię być gniazdem na żywe ptaki piszę w pralni tam przynajmniej jest ciepło powieść to wrzód ropieje i rozprzestrzenia się po całym ciele a potem zlewa w jedno wolę opowiadania oddzielanie włos od włosa słodkie mikroświaty jak gałązki drobnych winogron pełznie po lustrze konik polny z niewyskrobanym miąższem teraz piszę więcej stale przerabiam rozdziały powieść staje się kobietą z pełnymi biodrami na razie jej krew przepływa w inną aortę i mimo że jej dom jest tylko wspomnieniem porannym różem na policzku startym nieopatrznie łokciem to tkwi w niej drzazgą jak choroba matki mam w ustach obierki a przecież jestem całością z niewyskrobanym miąższem chciałabym chcieć bardziej brzydzę się połowami wielorybów [z wrześniem tutaj bardziej odczuwam chłód] wracam do Reykjaviku jesienią na lotnisku jestem jak ryba wyrzucona na brzeg z trudem łapię przeźroczyste powietrze okna błękitnych domów nad zatoką parują od gorących źródeł na ich spiczastych dachach gnieżdżą się motyle z brunatnymi skrzydłami rysuję grubą (antracytową) kreskę na powiece wygląda jak krzywy masyw Esja i choć trzeszczy pocerowana skóra brzydzę się połowami wielorybów Anna Nowaczyńska - z wykształcenia bibliotekarz-informacja naukowa, z urodzenia lublinianka. Mieszka w Warszawie. Publikowała m.in. w „Akcencie”, „Toposie”, „Studium” czy „Dwutygodniku”. Członek SPP. Uczestniczka zarówno zbiorczych jak i indywidualnych wystaw malarskich. Autorka dwóch tomów poetyckich: Bezcennik (2012) oraz rzeczy niepozorne (2016).
- Przemysław Znojek – Krampus
Grudzień jest naznaczony kolorem czerwonym. Drzwi zamknęły się za nim z chrzęstem, już na klatce schodowej usłyszał, wracające niczym echo słowa: „Nie trzaskać drzwiami!” Niespecjalnie przejmował się zdaniem innych, pozostawał w hełmie astronauty, przez który przebijały się tylko poniektóre słowa, tworząc przezroczyste dziury w misternej konstrukcji psychiki dziecka. Krople potu kryły się pod zwichrzoną grzywką, szalik szczelnie przylegał do kurtki puchowej, nawiązującej krojem do tych, które nosili amerykańscy żołnierze stacjonujący w Arktyce. W oczekiwaniu na przyjazd windy, kręcił się w miejscu, aż do momentu osłabnięcia błędnika, powodującego, że szpitalna zieleń ścian wirowała, gdzieniegdzie tylko skrupulatnie uszyta pajęczyna zakłócała ten jednostajny obraz. Gdy dźwig wreszcie przyjechał, wszedł do środka, nacisnął chropowaty, metalowy guzik z cyfrą O po czym poślinił palec, czując na ustach posmak żelaza, przypominający nieco krew. Na myśl o tym, co zrobi zaczerwienił się, wyglądał teraz jak typowe dziecko z typowego Miasteczka, jednego z szesnastu, tworzącego twór zwany górnolotnie państwem. Wybiegł z klatki schodowej, przypominającej prostokąt zbudowany z szarych, betonowych klocków, ruszył przed siebie z misją, czując dumę mieszającą się z podnieceniem. Świat pomalowany został na podobieństwo zimy - kolorami białymi i czarnymi, wszystko dookoła wydawało się smutnie monochromatyczne. Krajobraz stracił na wyrazistości. I tylko chłopiec zyskiwał na tym zjawisku, gdy świat tracił swą ostrość, nabierał ją za pośrednictwem rumianych policzków smaganych przez mroźny, ostry wiatr, kolor jego włosów zmieniał się w jednej chwili z blond anielskich w ciemnobrązowe, tęczówki pomniejszały się i płonęły blaskiem ciemnej barwy, jak gdyby w tej jednej chwili, ktoś wstrzyknął mu w oczy mililitr atramentu. Szedł szybkim krokiem podnieconego dziecka, pokonywał strome schody zwinnie, czując na sobie wzrok mężczyzny siedzącego na różowej poduszce, wypełnionej piórami, które wysypywały się na czarno-biały chodnik, przez sekundy jeszcze wirowały w powietrzu, prezentując swoje wyćwiczone akrobacje, pragnąc poklasku i zainteresowania, jednak nikt ich nie dostrzegał, choć znakomicie widać je stąd, z góry. Siedzący obrócił głowę w drugą stronę, kiedy chłopiec go mijał, jego ostre rysy twarzy i zbyt długi, spiczasty nos nie budziły nadmiernej sympatii.Przechodząc obok niego poczuł zaniepokojenie. Dziecko mocno chwyciło za klamkę sklepowych drzwi, przy tym uwieszając się na niej, te otworzyły się delikatnie, uchylając przestrzeń ciepłą, pełną zapachów owoców, warzyw oraz śledzi moczonych w octowej zalewie, sprzedawanych na wagę w foliowych woreczkach. Lada sklepowa, kiedyś biała, dziś jak cały świat szara, miejscami czarna, a na niej znajdowały się przesuszone, zaniedbane kobiece dłonie, wypełnione tandetnymi pierścionkami z butelkowozielonym i burgundowym oczkiem. Postać kobiety z perspektywy lady wydawała się dla chłopca niewyraźna, rozmazana, na dłoniach skupił całą swoją uwagę, to one powitały go przyjaznym gestem, zapraszając do zakupów. Nie odrywając wzroku od dłoni sprzedawczyni wycedził swoją formułkę wcześniej nauczoną na pamięć: „Papierosy proszę, dla dziadka”. Palce kobiety najpierw zamknęły się tworząc pięść, po chwili otworzyły się w porozumiewawczym znaku. Rozmazana postać oddaliła się na chwilę, tylko po to, żeby położyć na brudnej ladzie paczkę papierosów w kolorze białym i czerwonym. Dłoń na ladzie uchyliła się w ten sposób, żeby można było położyć na niej jeden banknot i kilka cięższych monet. Wychodząc spostrzegł, że przy witrynie sklepu leży pusta różowa poduszka, a obok niej wirują w rytm podmuchów wiatru białe piórka. Ruszył w stronę dziesięciopiętrowego bloku i przechodził obok strzeżonego parkingu, kiedy ktoś jego imię wypowiedział na głos. Za budką parkingu dostrzegł cień postaci. Zbliżył się do budki, okienko otworzyło się delikatnie, usłyszał trzask podniesionego szkła, a w nim ukazały się wyraźnie męskie dłonie, spracowane i zaniedbane z czarnym brudem pod paznokciami. Głos wypowiedział jego imię w sposób entuzjastyczny, zawierając pewną prośbę: „Zapytaj (tutaj pada kolejne imię) czy nie ma pożyczyć 100 zł, do końca miesiąca, wiem tamtego nie oddałem, nie było okazji, miałem pecha, wiesz kiepski miesiąc, ale teraz będzie inaczej, widzisz odegram się, znam jego patent, proszę ja ciebie”. Rumieniąc się odpowiedział, że nie wie, że musi zapytać, ale na pewno przekaże. Wyrazu twarzy mężczyzny nie mógł dojrzeć, albowiem szyba zaparowała, wyraźnie widział tylko, że zielonkawe żyły na chudych przedramionach zaczęły się poruszać, nawet tatuaż rysowany tym samym żylastym kolorem drgnął kilkakrotnie, unosząc ku górze znak przypominający kotwicę przechodzący w literę P. Odwrócił wzrok od niego, kierując się w stronę wybranej klatki schodowej z wejściem zabezpieczonym domofonem, w którym plastikowe przyciski nadpalone zostały papierosami. Dotknięcie tych guzików sprawiało ból, przeszywający dreszczem elektrycznym całe ciało, powodujące spalenie się nerwów i ścięgien. Tym samym przekroczenie progu klatki schodowej zdawało się niemożliwe. Chłopiec wyraźnie zbladł, wśród padającego obficie śniegu jego policzki utożsamiały się z grudniowym opadem. Nie mógł wrócić do domu, z góry widziałem, jak pierwsze łzy pociekły z jego ciemnych oczu, w chwili spadania na biało-czarną powierzchnię asfaltu stawały się soplami lodu, tak przejrzystymi, że prawie niewidocznymi dla niewprawionego obserwatora. Gdy rozbijały się o brudny bruk słychać było dźwięk przypominający pękającą skorupkę jajka. Stał tak chwilę, wyobcowany i nieobecny, niczym nie poruszająca się marionetka, a płatki śniegu rozpoczęły kolejną część swoich swawoli w podmuchach lekkiego wiatru, aż nastała zmiana, słońce pożegnało się z szeroką widownią, odchodząc za horyzont i ustępując miejsca rogalowi księżyca, wtedy nastąpił przełom. Stan wszechogarniającego marazmu zmienił przypuszczalnie mężczyzna, postać rozmazana w wichurze śnieżnej, kontrastująca głęboka czerń odróżniała go w zimowym krajobrazie. Stanął nieoczekiwanie obok chłopca, z góry wyglądał niczym olbrzym przy dziecku – przypominał swą sylwetką Podstrychonia. Poczuł na wątłym ramieniu silną, niczym niedźwiedzia łapa rękę, obrócił się, jednak jego wzrok pozostawał rozmazany przez łzy i silny wiatr dotykający rzęs jego oczu. Widział przed sobą postać ciemną, wysoką, a zarazem na tyle rozmazaną, że nie potrafił dostrzec szczegółów. Prawdopodobny mężczyzna odezwał się głosem cienkim, nieco syczącym, jak gdyby zmagał się z wadą wymowy: „Czemu tu stoisz?” Chłopiec poślinił zastygłe od mrozu wargi, po czym odpowiedział: „Nie mogę wejść do domu”. „Tu mieszkasz? O widzisz, to wejdziemy razem, w końcu jesteśmy sąsiadami”. Nie mógł skojarzyć, z którego piętra pochodzi ten człowiek, jednak po tym jak w dziecinny sposób sforsował domofon, szybkimi ruchami przyciskając wydawałoby się niedziałające guziki, ogarnął go tak nadzwyczajny podziw, że zapomniał o swoich początkowych wątpliwościach. Bez wahania przekroczył próg klatki schodowej, oddychając zwycięsko, ponieważ znajdował się w miejscu, które tak dobrze znał. Chłopiec szybkim tempem przebiegł po kamiennych schodach, zatrzymał się tuż przy windzie, wychylił się nieco, żeby zobaczyć, co w tym czasie robi mężczyzna. Nieznajomy otworzył drzwi piwnicy i zniknął, nie zamykając ich za sobą. Szpitalna zieleń kolejny raz zamknęła go w sobie, teraz rozpływał się w niej. W tym czasie dzień zmienił się z nocą, kartka z kalendarza, wiszącego na korkowej tablicy, z zaznaczoną na czarno cyfrą pięć, oderwała się samoistnie, a pod nią ukazała się rzucająca się w oczy czerwona szóstka. Odzyskał przytomność i znów otworzył oczy, żółtawe światło z niedoczyszczonego klosza padało wprost na niego. Przywołał windę metalowym przyciskiem, a zimny chłód metalu przeszył go na wylot. Zrobiło mu się zimno, a podmuch ostrego wiatru odbił się od ściany budynku, podzielił na kilka mniejszych, które przez niedocieplone szpary w oknach dotarły na klatkę schodową. Gdzieś w kącie zawirowała jeszcze pomięta kartka papieru z cyfrą pięć, kurz osiadający na obdartych skrzynkach pocztowych uniósł się ku sufitowi. Jasne światło kabiny dźwigu wreszcie dotarło na parter dziesięciopiętrowego bloku, poczekał jeszcze moment na charakterystyczne zgrzytnięcie po czym nieśmiało uchylił ciężkie drzwi, wszedł do środka i znów zamknął na jakiś czas oczy. Palcem wskazującym lewej dłoni odnalazł pulpit z przyciskami, jednak ku jego zdumieniu wszystkie plastikowe guziki zostały nadpalone, nie nadawały się do użytku. Mimo to winda ruszyła, początkowo wznosząc się ku górze, by nagle stanąć, w okolicach któregoś półpiętra, wracając z powrotem na parter. Gdy gotów był opuścić kabinę i udać się schodami do mieszkania, dźwig nagle zjechał niżej, zaczął zastanawiać się, co się dzieje, przecież parter stanowił najniższy punkt windy, pod nim ulokowane były już tylko piwnicę, ale do nich winda nie docierała. Kto i kiedy uruchomił to połączenie, dlaczego nic o tym nie wiedział? Zdarzało mu się schodzić do piwnicy w towarzystwie dorosłych, nigdy samemu. Dźwig zjechał poniżej parteru i zatrzymał się gwałtownie, przyparł plecami do ściany windy, popchnięty ostrym procesem hamowania. Chwilę stał nieruchomo, niczym marionetka bez lalkarza, po czym postanowił uchylić drzwi windy i zobaczyć, co dzieje się w piwnicy. Otoczyła go ciemność, gdzieniegdzie przebijana przez wpadający w czerwony kolor pobłysk. Przypominał on dziecięcą zabawę w teatr cieni, gdzie z dłoni formowało się postacie mające przedstawiać zwierzęta. Poszedł za uciekającym kształtem przypominającym płomień, mijał kręte korytarze złożone z drzwi zabitych deskami, zapach zbutwiałego drewna przepełniał je, nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz tu był, pamiętał tylko, że zanosił wraz z Dziadkiem sanki. Podłoga po której stąpał zaczęła robić się grząska, trzymał się ściany, żeby nie osunąć się w ciemną otchłań, przyciskał się do niej dziecinnym, wątłym ciałem z całych sił, kroczył za kształtem płomienia na suficie. Zbliżał się do celu swej piwnicznej wyprawy, zapach zbutwiałego drewna przechodził w tym miejscu w mieszaninę ostrej woni piżma połączonego ze spalającą się gwałtownie zapałką. Zauważył ją w ciemności. Postać przypominająca sylwetką mężczyznę, stała tyłem do sporych rozmiarów wiklinowego, zamykanego kosza, upychając kolorową poduszkę, w blasku stojącego w kącie, kaflowego pieca, mogło się zdawać, że różową. W powietrzu zawirowały cztery pióra, które przylgnęły do brudnych kafli. Postać obróciła się do dziecka, nie pokazując twarzy, schowanej pod czarnym kapturem. „Czekałem na ciebie”, zabrzmiał syczący, nieprzyjemny głos. Chłopiec nie odpowiedział. „Robię dla ciebie miejsce”, wskazała na wiklinowy kosz. Wypowiadając te słowa, postać ściągnęła kaptur, a oczom dziecka ukazała się twarz zdeformowana, pokrytą bruzdami, ze spiczastym, długim nosem, głową zakończoną kępką końskiego włosia, z pod której wystawały dwa minimalistyczne rogi, jeden z nich ewidentnie ułamany przy końcu. „Właź”, syknął przerażająco czarci pomiot, wskazując na wiklinowy kosz. Chłopiec w somnambulicznym nastroju, powolnym krokiem zbliżył się do stworzenia, mocniej zamykając drgające powieki. Posłusznie wykonał polecenie, wszedł do kosza, po czym zwinął się w kłębek, a ciemna postać zamknęła wieko dopychając ciało drewnianą pokrywką. Przemysław Znojek – literaturoznawca, bohemista, historyk kultury. Zajmuje się problematyką mniejszości narodowo-etnicznych w obrębie literatury. Zarówno w działalności badawczej, jak i próbach prozatorskich, poszukuje odpowiedzi na pytanie: kim jest człowiek–inny, wyobcowany, żyjący na peryferiach społeczeństwa. Publikował w „Projektorze”, „Składce” oraz w „Gazecie, która musi się ukazać”.










