top of page

Władysław Edelman - dwa opowiadania



Gałązka oliwna

Jestem prostym, szarym człowiekiem, mieszkańcem średniego miasta, niczym się nie
wyróżniam. Nie mam specjalnych zdolności, ale też i nie odbiegam jakoś specjalnie w
dół. Tak myślę. Średni wzrost, średnia uroda, średnie wykształcenie. Ze zdrowiem też
raczej średnio. Tylko do zarobków wysokości średniej krajowej bardzo mi daleko. Ludzie
najczęściej nie zwracają na mnie uwagi, gdziekolwiek się pojawię, jakby mnie tam nie
było, jakbym był przezroczysty.
Niedawno, kiedy wracałem z pracy, zauważyłem, że coś się dzieje. Dwie postaci
stojące na poboczu zakurzonej drogi gestykulowały gwałtowne, wykonywały nerwowe
ruchy, kłóciły się. Było za daleko abym coś usłyszał, podszedłem więc bliżej. Nie
zauważyli mnie, co mnie specjalnie nie zdziwiło. Teraz widziałem już wyraźnie. Tak, to
było Dobro walczące ze Złem. Dobro ubrane było w biały frak czy smoking, białe buty,
na głowie tkwił biały cylinder. W dłoni trzymało gałązkę oliwną, którą wymachiwało. Zło
miało na sobie czarny garnitur i czarne buty.
Obie strony konfliktu krążyły wokół siebie, poszturchiwały, zaczepiały. Krzyczeli
coś, ale nic nie mogłem zrozumieć. W końcu zaczęli się bić. Podszedłem jeszcze bliżej i
starałem się do nich zagadać.
- Halo - krzyknąłem. Tak nie można, musicie się porozumieć, przekonać
wzajemnie i raz na zawsze zaprzestać walki, która was wykańcza.
Starałem się grzecznie, ale zdecydowanie przemówić im do rozsądku. Wreszcie
mnie dostrzegli, zatrzymali na chwilę, zamilkli i wpatrywali błyszczącymi oczami.
- Nie wtrącaj się - powiedziało Zło cedząc słowa. Zajmij się swoimi sprawami. Nie
masz nic do roboty?
- Przestańcie - powiedziałem. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje... Jak długo już tak
się bijecie?
- Od tysięcy lat - odpowiedzieli zgodnym chórem. Tembr ich głosów także był
bardzo podobny.
Zrobiłem głęboki wdech, zebrałem się w sobie i ruszyłem wolno w ich kierunku z
otwartymi ramionami, układając w myślach przemowę, którą ich pogodzę. Tak, to byłoby
coś, zasłużyłbym się dla ogółu, dla ludzkości.
- Stój gnojku, ani kroku dalej! - krzyknęło Dobro.
- Ale jak to, dlaczego, ja przecież... - próbowałem coś powiedzieć, wytłumaczyć,
że niczego złego nie mam na myśli.   
- Chcesz w ryja? - dorzuciło. Spojrzeli na siebie i zaśmiali się złowieszczo. A
właściwie to kto cię tu prosił? Kim do cholery jesteś, że się wtrącasz do cudzych spraw?
Zamurowało mnie. Ze strachu nie mogłem zrobić żadnego ruchu. Podeszli powoli
do mnie i zaczęli krążyć wokół, jak dzikie zwierzęta zanim dopadną ofiarę. Nagle Zło
kopnęło mnie w kostkę. Dobro dało bolesnego kuksańca w bok, i - niby dla żartu -
uderzyło gałązką oliwną w twarz. Zapiekło. Udałem, że to nic, uśmiechnąłem się tylko
gorzko. Dostałem w drugi policzek. Zło zaczęło się głupkowato śmiać, spojrzeli na siebie
porozumiewawczo, zaczęli mnie szarpać i popychać, tak że latałem od jednego do
drugiego, jak bezwolna, szmaciana kukła.
Sytuacja wymknęła się spod kontroli, zrobiło się niebezpiecznie. Kiedy po raz
kolejny upadłem, doszedłem do wniosku, że i tak niczego nie wskóram, trzeba brać nogi
za pas. Podnosząc się z ziemi wziąłem garść piachu i sypnąłem jednemu i drugiemu w
oczy. Zyskałem tym chwilę przewagi i zacząłem uciekać. Strach dodawał mi sił, jednak
oni byli niezwykle szybcy. Zrzucili marynarki i gnali za mną jak opętani, ramię w ramię,
byli coraz bliżej, gdy nagle okazało się, że droga się skończyła a ja jestem na krawędzi
urwiska. Spojrzałem w dół, było niebezpiecznie stromo, ze zbocza sterczały głazy i
korzenie. Ponieważ moi oprawcy zbliżali się z każdą chwilą, zaryzykowałem,
przywarłem brzuchem do zbocza, wczepiłem się w nie pazurami i zacząłem zsuwać.
Nagle stopy znalazły jakieś oparcie. Grunt był tak ukształtowany, że nie mogłem
ich zobaczyć i oni mnie pewnie też nie widzieli. Słyszałem tylko nad głową głupi rechot i
poklepywanie się po plecach. Byli przekonani, że mnie pokonali, że spadłem w
przepaść. Odczekałem chwilę, głosy zaczęły się oddalać. Znalazłem jakieś korzenie i
gałęzie, które pomogły mi się wspiąć, podciągnąć. Wyjrzałem ostrożnie zza krawędzi.
Szli jak dobrzy kompani, otrzepując się wzajemnie z kurzu. Po drodze podnieśli
porzucone wcześniej części garderoby, ale pomylili je. Dobro było teraz czarno-białe a
Zło biało-czarne. Zło miało też na głowie biały cylinder. Kiedy jeszcze trochę się oddalili,
trudno było ich rozróżnić, stali się jedną, szarą masą.
Wygramoliłem się na powierzchnię obolały, miałem siniaki i zadrapania.
Spostrzegłem, że nie mam lewego buta. Leżał nieopodal. Zrobiłem kilka kroków,
włożyłem go i z trudem zawiązałem. Tuż obok leżała złamana w pół gałązka oliwna.
Podniosłem ją. Jakoś dziwnie pachniała piołunem...


Lusterko wsteczne

Jan był zwykłym, małym chłopcem. Z pozoru niczym szczególnym się nie wyróżniał,
jednak miał cechę niezwykłą - był odwrotnością samego siebie. Lustrzanym odbiciem.
Prawą rękę miał po lewej stronie, lewą po prawej. Podobnie było z nogami. Inne części
jego ciała także były zamienione. To, co chłopcy mają zwykle z przodu, Jan miał z tyłu.
Nie, nie chodzi tu o tę jedną część, o której myślicie. Jan cały przód miał z tyłu, a tył z
przodu!
Do siódmego roku życia, nikt tego nie zauważył, nawet jego rodzona mama,
która, jak każda matka, zna swoje dziecko od podszewki. Może wzięło się to stąd, że
nigdy pod podszewkę nie zaglądała, a może z tej przyczyny, że Marianna do zbyt
rozgarniętych nie należała. Studiowała wprawdzie medycynę, ale Jan urodził się, zanim
na wykładach omawiane były części składowe chłopców, nie miała więc skali
porównawczej.
Z budową dziewczynek, a następnie kobiet, zapoznała się organoleptycznie.
Natomiast budowy Januarego, ojca Jana, w tym rozmieszczenia jego poszczególnych
elementów absolutnie nie znała, bo i skąd. Zaszła w ciążę przez przypadek. Ot, chodziła
sobie, chodziła, to tu, to tam, na dyskotekę, do kin, barów, marketów, to i w ciążę sobie
zaszła, sama nie wiedząc jak i kiedy.
O tym, że January jest ojcem Jana, zorientowała się, kiedy obaj mężczyźni
spotkali się przypadkiem podczas zakupów. Było to w galerii handlowej na schodach
ruchomych, którymi January jechał w dół, z zakupioną właśnie kostką margaryny
mlecznej, zaś Marianna z Janem w górę, z koszykiem malin. I nagle Mariannę coś
uderzyło. Była to margaryna, którą January nieopatrznie wypuścił z rąk. Następnie
uderzyło ją niesamowite wprost podobieństwo obu panów. Z tym, że jeden był mały, a
drugi duży, poza tym byli identyczni. Jan był zresztą częścią Januarego, co było
widoczne na pierwsze rzut oka.
Także rzut dyskiem oraz oszczepem, bo January był sportowcem. Ale niczym nie
rzucał, gdyż porzucił sport, kiedy się zorientował, że może to prowadzić do śmierci,
kalectwa lub innych groźnych chorób. Na przykład świerzbu. A tego nie lubił. Lubił żyć.
Uwielbiał też maliny, dlatego ona mu z kosza... wiecie co było dalej, bo ktoś to już
wcześniej opisał.
I w ten oto, nieoczekiwany sposób, rodzina połączyła się węzłem. Marynarskim
zresztą, bo January zaraz po tym jak zerwał ze sportem, związał się z marynarką.
Marynarka była dość zniszczona, pruła się tu i tam, więc przydała mu się poznana
niedawno Marianna, która pamiętała ze studiów jak się robi szwy chirurgiczne. Szwy
udały się nad wyraz.
Odtąd cała rodzina chodziła razem, bo Marianna połączyła się z Januarym
węzłem małżeńskim, a z synem Janem połączyła ich więź rodzinna. Kłopot był tylko w
tym, że Jan miał wszystko odwrotnie, chodził więc tyłem. Ale i na to znalazł się sposób,
gdyż January zamontował mu lusterko wsteczne i odtąd wszyscy żyli długo i
szczęśliwie, czego i Państwu życzę.










Władysław Edelman (ur. 1952) – autor opowiadań, humoresek i wierszy nagradzanych na wielu konkursach. W 2022 roku wydał Anomalie, za chwilę ukaże się tomik poezji Niepotrzebne skreślić. Jest członkiem Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów, Literackiego Kabaretu HALLO oraz grupy Minimalist Photography. Mieszka w Zielonej Górze.

Comments


bottom of page