top of page

Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (7)



28 marca 2022. Sisu, co to znaczy sisu? A właśnie to

Po fazie szoku, mobilizacji, adrenaliny zawsze przychodzi jakiś rodzaj osłabienia, spowszednienia, przesilenia. To normalne, nie ma się co tego bać. 
Ważne jest to, co się udaje wpisać na stałe do planu. Także tutaj - na zafronciu.
Tropić trole, być dobrym dla gości, złym dla ości.
Pamiętać o drugiej granicy. 
Nie zamykać oczu na hipokryzję naszych polityków.
Jakoś im nie wierzę. Oto nagle są zdziwieni zachowaniem swojego kolegi Orbana.
Serio nie wiedzieli z kim sie spotykali w Madrycie?  Nie wiedzieli że Salvini Putini miłośnikiem wielkomoskwy jest?  I Lepenica? I serio Orbanem są zaskoczeni? 

Coś mi się zdaje, że chcieli mieć Budapeszt u siebie i dalej chcą mieć. Tylko im wstyd bo okazało się, że mimo jątrzenia - Polacy stanęli za Ukrainą.
I jakoś tak muszą jechać jak im społeczeństwo zagra.
A w tej bandzie, która nami rządzi kto niby miał wcześniej serce do Ukrainy? 
Nikt.

Trochę kpili, trochę lekceważyli, trochę jątrzyli.
I nagle stali się strasznie dzielni? Chyba na swojej dzielni.

Zatem wpisać sobie wytrwanie, czujność i dzielność do planu dziennego.

Czytałem znowu u jakiegoś analityka, że zły koniec tej wojny to tylko kwestia mobilizacji kacapów, że mogą czapkami pozakrywać Ukrainę.

Akurat kiedy kacapy zwijają swoją strategiczną ofensywę pojąwszy że Sum, Charkowa, Kijowa, Czernihowa nie zdobędą.  Kiedy poranek zaczyna się od wiadomości, że baćka dalej się nie ruszył.  Że Mariupol mimo nieludzkiej przewagi nadal się broni. 

Tak. Ruskie ich czapkami pozakrywają. Acha. Tylko skad te czapki wezmą? 
I kto im łapy rozbuja.

Gdyby tak miało być, to by to już zrobili raczej, nie? 

Tymczasem wypływają coraz ciekawsze historie z tamtej strony. Trudno oceniać ich wiarygodność, ale jakoś dziwnie pasuje, jakby to powiedział Król Julian. Poczytajcie.

"Siły rosyjskie starają się odzyskać jak najwięcej zniszczonego sprzętu, który udało się ewakuować z pola walki ale również przywrócić do użytku zasoby które znajdują się w magazynach. Na przykład na lotnisku we wsi Klimove (obwód briański), 35 km od granicy z Ukrainą utworzono bazę naprawczą.  Obecnie rosyjski punkt serwisowy próbuje „uruchomić” znaczną ilość sprzętu pochodzącego z długoterminowych składowisk. Stan tego sprzętu jest w większości skrajnie niezadowalający, co uniemożliwia jego pełne wykorzystanie.
Głównym problemem są kradzieże. Z wozów bojowych całkowicie skradziono urządzenia optyczne i elektronikę zawierającą metale szlachetne. W szczególności 4. Dywizja Pancerna Federacji Rosyjskiej stwierdziła, że ​​z 10 zmagazynowanych czołgów tylko jeden jest mniej więcej w stanie operacyjnym. Reszta jest "zdekompletowana". Niektóre z nich nie mają nawet silników.
Według dostępnych informacji, dowódca 13. pułku czołgów 4. dywizji czołgów Federacji Rosyjskiej zastrzelił się ze względu na fatalny stan jego oddziału skrajnie odbiegający od teoretycznych założeń."

To byłby kolejny kacapski dowódca stracony na śmierć. I kolejna opowieść o tym,  jak to 

na papierze siła, 
a w zderzeniu kiła.

Zatem owszem, kiedy czytam analityka, że pokonanie Ukrainy to tylko kwestia mobilizacji zasobów kacapskiej państwowości to generalnie się zgadzam. Tak owszem jest to kwestia mobilizacji.

A skoro możliwości mobilizacyjne wyglądają jak powyżej, to powiem, owszem, można zmobilizować w sowietenlandii pewnie i kolejne dwieście tysięcy ludzi i posłać ich na front w transporterach bez radia i celownika i liczyć, że trupami i złomem zasypie się Ukrainę.

A wtedy wszystko zależy od ukraińskiego sisu.

Nie wiecie co to jest sisu? 

No ja też nie wiedziałem. 

Zaczęło się od tego, że znajoma,  Dorota Kyntäjä zamieściła na FB zdjęcie pieska na wietrze i śniegu, nieco rozmiękłym, a zarazem zamarzającym i napisała, że to jest "sisu". I nie wiedziałem czy to piesek jest sisu, czy ten śnieg jest sisu, czy ten deszcz jest sisu. Pytałem o to też Tapaniego  Kärkkäinena, ale jakoś skrywali moi znajomi Finowie ten sekret, co to jest sisu. Aż  końcu mi wytłumaczyli, bo nie ustępowałem, że sisu to jest wytrwałość i zaciętość. 
To jest to, co daje fińskiemu narciarzowi siłę do biegu wiele kilometrów chociażby burza, śnieg, deszcz, lód i ogólna dupa.

Przypomniało mi się jak podchodziliśmy kiedyś z córcią do Doliny 5 Stawów Polskich. Był roztop, a my nawet bez raczków. A tu jęzory lodu w lesie takie, że szliśmy trzymając się korzonków, kamyczków, gałązek.  Lód w lesie, który nie pozwala podejść do Doliny Pięciu Stawów Polskich, pomyślelibyście? Chodzę po górach od dziecka, ale takiego deptania w tamtym miejscu tiptopkami nie pamiętam.

Pod ostatnim podejściem na próg doliny, tam gdzie zimą się skręca w stronę Litworowego okazało się że śniegu już nie ma tyle ile by się chciało i są tylko dwie lodowe ścieżki - jedna koło Siklawy a druga ta czarnym szlakiem letnim. Litworowy bez śniegu odpada. Wybraliśmy te drugą ścieżkę, letni czarny.

Ale doszliśmy do miejsca, gdzie był tylko jęzor lodu i zero podtrzymania z obu stron, powiedziałem dziecko, możemy iść, ale nie musimy, możemy zejść do Starej Roztoki, tam zawsze są miejsca noclegowe, pójść sobie na następny dzień na wycieczkę do Morskiego Oka czy coś. A dziecko wtedy powiedziało:
- Spróbujmy jeszcze do tego zakrętu. - i w oczach - teraz to wiem - dziesięciolatka miała właśnie sisu. A ja w sercu poczułem dumę, wiecie, mało mi żeber nie wyrwało.
Brak myśli o poddaniu, mimo że nikt by nie miał żalu, honor był, zaszliśmy w tych warunkach naprawdę daleko. Trasę na godzinę i 45 minut szlifowaliśmy już czwartą godzinę. To zacięte - spróbujmy jeszcze od zakrętu. To jest sisu. Sisu - czyli wszyscy kapitulują we wrześniu, my wytrzymamy do października. Na przykład. 
Zatem kiedy pojawiły się zdjęcia z Trościańca odbitego przez 93 Brygadę "Chołodnyj Jar", a na zdjęciach co najmniej dwie zniszczone haubice samobiżne "Msta" - pomyślałem to jest sisu.

Wiem, miało nie być już analogii. Ale co poradzić, że tak słabo sobie radzę z niezwykłością tego zjawiska. Nie wiem czy jest kozackie słowo na ten upór. Mama mówi - "czarne podniebienia". Finowie mówią - sisu.
Jestem pewien, że pojawi się jakieś nowe słowo na tę zaciętość, na ten spokój, determinację.
Wszyscy jesteśmy dłużnikami ukraińskiego sisu.
Teraz i zawsze i na wieki wieków.


Koniec marca albo uśmiech numeru

W związku z tym, że powiedziane jest w dobrej księdze aby umacniać braci i siostry swoje, no to przy poniedziałku dwa dowcipy. Jeden w obrazku, który objaśnię na końcu.
Najpierw mój ulubiony dowcip frontowy, który, jak to dowcip, przerysowuje coś do absurdu, żeby powiedzieć coś istotnego. No więc jedzie przez Ukrainę kacapska kompania strzelecka, zmechanizowana. Siedzą chłopaki w tych swoich BTR-ach, i na tych BTR-ach, bo nie wszyscy się zmieścili, wiadomo, awaryjność.
Jadą, jadą, droga długa, błotnista i nagle na wzniesieniu drogi patrzą - stoi jeden Ukrainiec - w jednej ręce kałach, w drugiej NLAW. Nic nie mówiąc kacapy porzucają wozy i spierdalają przez step, przez bruzdę wiosenną ile sił w nogach, szeroko rozsypując się po polu, żeby trudniej było trafić, a Ukrainiec za nimi z okrzykiem bojowym.
I tak biegną i jeden kacap dysząc nagle mówi do drugiego:
- Ty, to jest jakieś głupie, nas jest stu, a on jeden, czemu my przed nimi spierdalamy?
A ten drugi kacap dysząc:
- Abo to wiesz któremu z nas pierwszemu przyjebie?

Pośmialiście się? 
To teraz objaśnienie rysunku poniżej.
Napis na obrotowej płycie brzmi "Czarnobajewka".
Podpis u góry rysunku "Sezon 6, seria 1".

Czarnobajewka to lotnisko koło Chersonia, na którym co kilka dni kacapy ustawiają w rządkach śmigłowce, samoloty, wozy sztabowe, centra łączności, stacje radiolokacyjne.
Do tego putlery umieściły wokół lotniska sztaby wszystkiego co miało z Chersonia uderzać na Mikołajów i Odessę, czyli między innymi: 22. Korpusu Armijnego, 7 Dywizji Desantowo-Szturmowej, 127. Samodzielnej Brygady Wywiadowczej i 20. Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej a do tego jeszcze dowództwo ogólne odeskiego kierunku operacyjnego.

Dane z 22 marca 2022 mówią, że Czernobajewka była atakowana na różne sposoby siedem razy. Raz artą, raz rakietami. I tak popali się kilka dni, kacapy znowu ustawiają swoje cuda techniki. I znowu jeb, dup, ciul. I tak w kółko.
Jak to mówił jeden ukraińskich żołnierzy do kamery kilkanaście dni temu - to nie walka, to nie robota, to przyjemność!


Koniec marca 2022. Kwestia poezji  

Jest coś głęboko poruszającego w ich zaufaniu do wiersza, poezji właśnie teraz. 
Nie, że teraz nie będziemy pisali, bo jest wojna, bo się nie da. 
Odwrotnie. Teraz jest potrzebny wiersz. W okopach, ruinach, w piwnicy.

Pamiętam dawno temu zapytałem przyjaciela czemu nie piszesz wierszy, tu i teraz, przecież zawsze chciałeś pisać, teraz masz siłę, czas, materiał. A on powiedział zdanie z tych, które zostają w głowie i huczą latami, jakby zdanie było sercem a głowa dzwonem. I jakby przy każdym poruszeniu głową zdanie odbijało się od ścian dzwonu, głowy.

- Żeby pisać poezję a nie technicznie dobre wiersze trzeba być szczerym, być w porządku samemu ze sobą. 

Zamilkliśmy obaj. Bo co tu mówić. Dwóch facetów co się znają po dwadzieścia parę lat, jak ci dwaj rabini, co to jeden wie już wszystko, drugi też wie wszystko i o czym tu gadać. Siedzieliśmy na ławeczce gdzieś przed jakimś blokiem w średniej wielkości mieście w Polsce, był ciepły wieczór, on palił, ja nie.

Technicznie sprawny wiersz można napisać. Ale poezja wymaga podstawowego poukładania się z własną wiarygodnością.

Dowód nie wprost, ale znaczący, jakby komukolwiek brakowało argumentów, dowodów. Te wiersze znad karabinu. Czyjeś albo swoje, pisane ukradkiem jak status na FB, odpowiednik niegdysiejszego notatnika, kartki, etykiety z puszki po konserwach, kawałka mydła, na którym można wyryć wiersz, nauczyć się na pamięć i zmydlić, żeby nikt nie widział.

I jest w tym coś równie poruszającego jak to ratowanie psów, kotów, papużek. Pisał Rebe Radwański, że to jest starcie cywilizacji. Z tej strony zamiast zabrać srebro, maszynę do pisania, pierzynę, laptopa raz za razem ktoś zabiera kota, psa, ptaszka, świnkę. Życie jest życie. Przyjaciel jest przyjaciel. Byliśmy razem tam, będziemy tu.

A tamci nawet poległych nie chcą zebrać i pochować jak ludzi. Orki, mówią na nich w Ukrainie. Orki. 

I z tymi wierszami podobnie. 

Człowiek prawy śpi spokojnie w nocy, a jak umiera to we śnie, bez krzyku agonii, bez szarpaniny, mówiły babcie. Nic nie mówiły o pisaniu wierszy.

Będziemy mieli co tłumaczyć i wydawać, próbując zrozumieć co się wydarzyło tego roku w Ukrainie.

I to też jest bitwa, w której Ukrainki i Ukraińcy wygrali. Może dlatego, że byli poukładani ze sobą, z poczuciem własnej wiarygodności.

Chociaż może powstaje jakiś dedykowany wojsku federacji poemat o operacji specjalnej, albo o wzięciu szturmem Mariupola?

Może nawet będzie technicznie dobry.

Ale mi zostanie w oczach i uszach recytująca wiersz Jurija Izdryka - Krystyna Kudriawa w mundurze, ładująca w rytm fraz wiersza magazynek:

"kiedy rozpacz i trud, strach, zwątpienie i ból ścisną serce głuchą żałobą
odkupienie odczytaj z ruchu jej warg:
«nie martw się 
jestem tu
jestem tu z tobą»"

I szczęk wsuwanych do magazynka kolejnych pocisków.
I nie, wiersz się pod tym nie załamuje.

To codzienna mowa się załamuje. Sprawozdawcza mowa codzienna nie jest w stanie tego wypowiedzieć. I ja wierzę temu wierszowi i żołnierce ładującej swoją broń w rytm wiersza. 

Jeszcze na Majdanie, szli z poezją na barykady i w kurz płonących opon. Znali swoje wiersze, swoich poetów, poetek na pamięć, a gdy ich nie znali to stwarzali ten język na nowo. Bez lęku i nabożnego drżenia, że poezja jest niemożliwa. Jakże to niemożliwa, skoro jest. Czasem zostaje jako jedyna, kiedy wydawałoby się nie da się tego opisać. Nie musi być zaraz wielka, ale musi być, bo mowa się załamuje, pęka i odsłania swoje kości, mięśnie, nerwy. I tylko poezja może posklejać to wszystko na nowo w jakiś świat. 

Jest blisko, jest pod ręką tak samo jak wycior do lufy, rolka bandaża, sznurówki butów, zapasowy magazynek. Wraca na kwaterze po powrocie z walki, nie opuszcza przy kopaniu okopu, przewożeniu rannych, ewakuacji ludzi, ewakuacji kotów.

To bardziej przeczucie, niż myślenie, kiedy budzę się w środku nocy (tak to zdarza mi się teraz niemal codziennie) i nasłuchuję głosów.
Ja mogę się mylić
one - nie. 

Im się wierzy.
Nie pytaj dlaczego. 

Po prostu.


1 kwietnia 2022. Sen o odsieczy Mariupola

Przegrupowanie, powiadacie?
Będzie ze dwa tygodnie tego przegrupowania. I jakoś nowych postępów nie ma, poza tym, że katują Mariupol. Tyle potrafią.

Ogólnie cofają się - a nie przegrupowują - z tego obszaru na zachód i północ od Kijowa. Tam się toczyły ciężkie walki z cyklu złapał Kozak Tatarzyna a Tatarzyn za łeb trzyma. Ruskie chciały zdobywać Kijów, ale wyszły wąskim relatywnie klinem i zamiast odciąć miasto od zachodu to sami co chwila byli zagrożeni odcięciem. Nie dali rady, teraz się cofają. Opuścili Czernobyl, Iwankowkę, Irpień, Buczę. 

Podobno sprzętu na drogach tyle, że traktory nie nadążają holować.

Czernihów raczej musi być na siłę deblokowany, chyba nikt się tam nie cofa sam, chcieliby zrobić z Czernihowa drugi Mariupol. 

Sumy, Trościaniec, Ochtyrka tamte cęgi już zniknęły. Wokół Charkowa tylko strzelają z artylerii, bo nic więcej nie potrafią na razie.

Pomiędzy Sumami a Czernihowem był ten zagon pancernej armii gwardyjskiej co szedł na Browary po dwóch osiach, między innymi przez Konotop, a ściślej chyba wokół Konotopu bo ja do tej pory nie wiem czy ten Konotop był wzięty czy nie. I ten zagon też się zwija od południa i od zachodu ku granicy.

Od Charkowa pod Kijów - nie pykło. To żadna deeskalacja ani przegrupowanie, to regularny wpierdol.

Przypomnę, że czwartego czy piątego dnia wojny jak królika z kapelusza putlery wyjęły na Białorusi niejakiego Janukowycza, który miał być osadzony na stolcu z Kijowie, żeby "dokończyć kadencję".

Wychodzi na to, że dokończyć to on może robienie kupy. 

I to dobry news dla niego.

Myślę, że gdyby ruskie zdobyły Kijów po niewyobrażalnie krwawym szturmie i osadziły w jego ruinach jakiegoś Janukowycza, to jego dni byłyby policzone. Myślę, że by go tam utłukli kamieniami i pięściami. I jakby poszedł zrobić kupę, to by go spłuczka własnego kibla udusiła w trakcie.

Nikt już nie wspomina o największym osiągnięciu strategicznym Władimira Ciulewicza Hujlera - tak nastraszył Baćkę Łukaszenkę, że ten nie ruszył ani jednego żołnierza w kierunku Ukrainy. I jak dotąd jedyny oddział białoruski walczący na Ukrainie to Батальён "Кастуся Каліноўскага".

Drugie wielkie osiągnięcie Wołodi to fakt, że nawet Kazachstan powiedział mu – baw się sam. Ba, Kazachstan próbuje grac swoje i pokazać, że jest niemal europejskim, szanującym reguły gry państwem – na tle putlerowskiej Moskowii.

Trzecie niesłychane osiągnięcie geopolityczne Władimira to fakt, że nawet Japonia się obudziła i powiedziała, okej, to może pora pogadać o naszych Kurylach, coście nam zajebali w 1945? O Sachalinie jeszcze nikt nie wspomina, ale kto wie?

W odpowiedzi Władimir Siurkowicz Fiutin ogłosił wielkie manewry na Dalekim Wschodzie które objęły całe… trzy tysiące żołnierzy. Demonstracja siły godna sił zbrojnych Sri Lanki. Japońskie Siły – nomen omen – Samoobrony liczą około ćwierć miliona etatów. Więcej niż wszystko co putlery zebrały do agresji na Ukrainę 

więc myślę, że samuraje 
trzymają się ze śmiechu za jaje.

Jedno wyszło putlerowi. Poparcie społeczne kacapskiego społeczeństwa wzrosło mu do 83%. Żal mi w tym wszystkim odważnych Rosjan pod biało-niebiesko-białą flagą nawiązującą do tradycji Nowogrodu Wielkiego. Zdaje się, że potrzeba jeszcze więcej trumien wracających z Ukrainy. 

Z tej okazji dwa ukraińskie Mi-24 przeleciały nad granicą i podpaliły skład paliw pod Biełgorodem, gdzie dzień wcześniej w tajemniczych okolicznościach wyleciał w powietrze skład amunicji.

Przypadek?
Nie sądzę.

Oczywiście to wszystko nie oznacza, że nie można z regularnego wpierdolu wojska nie wyprowadzić ku przegrupowaniu i kolejnemu uderzeniu. Sytuacja nawet ku temu skłania. Z punktu widzenia butlerów, widzę to tak, że:
1. Walimy we wszystko co cenne, krytyczne na Ukrainie z tego co nam zostało z zapasów broni średniego i dalekiego zasięgu. Te wszystkie kalibry, toczki, iskandery. Promocja na demolkę trwa do wyczerpania zapasów. Bo w tym nie chodzi o żadne wojskowe cele, ale o to aby zdemolować Ukrainę, żeby się odbudowywała kolejne 30 lat.
2. Korzystając z tego, że nam nieźle – na tle – poszło na południu, przerzucamy tam wszystkie siły jakie mamy w łapach, uzupełniamy poborowymi, sprzętem z rezerw i rzucamy do ostatecznej bitwy u wrót Mordoru.
3. Miażdżymy przeciwnika na lewym brzegu Dniepru i ogłaszamy że już oto stajemy się pokojowym gołąbkiem i teraz gotowiśmy na rozmowy pokojowe. Emanuel Macron połyka z radości telefon komórkowy i drży z rozkoszy ilekroć włączy się alarm wibracyjny. Niemcy znowu mogą handlować.

Co mogą zrobić Ukraińcy?

Wahałbym się jednoznacznie coś stwierdzić, tak ta wojna jest inna od wszystkich, których byłem świadkiem na odległość, o których czytałem. Ale skorzystałbym z zalet tzw. położenia środkowego.

Zapytacie co to takiego?

No bo tak. Putlery, żeby wprowadzić na nowo strzępy oddziałów wycofywanych spod Kijowa, Czernihowa do walki na południu, mówiąc obrazowo – muszą jechać naokoło. Nie wiadomo czym jechać. Bo taki sprzęt pancerny, na gąisennicach to jednak się zużywa, dlatego na dłuższych przemieszczeniach się go wozi na lorach samochodowych albo kolejowych. A to jest kupa czasu. Wycofać z Ukrainy do miejsca gdzie można załadować na lory, załadunek, przewóz, rozładunek i domarsz do nowych pozycji wyjściowych. Niemcy w to umieli. Ale wiele dekad temu.

Ukraińcy mają tą drogę przegrupowania o wiele krótszą, bo nie jadą naokoło Ukrainy, bo są w Ukrainie. Mają też wyższe morale, bo właśnie wygrali. I może coś takiego z dala od naszych oczu się dzieje. Może dlatego nie domykają tych potencjalnych „kotłów” na zachód i wschód od Kijowa. Liczą dni i godziny.

Zaciągnięcie okrążenia to dodatkowe straty i czas, bo przeciwnik będzie się wtedy bronił do końca bo nie ma nic do stracenia. No i okrążenie np. na oko patrząc trzech czy czterech brygad to konieczność zaangażowania ze swojej strony sił nieco większych. A Ukraina nie ma nieskończonych rezerw. Musi umieć liczyć.

Głównie – liczyć na siebie.

Zatem zostawili jednostki do kąsania i gryzienia – tak projektuję, stawiam tu hipotezę, nie wiem tego – żeby kacapstwo nie miało poczucie, że odchodzi swobodnie, ale żeby ciągle ponosiło straty i czuło nacisk. 

Może też chodzi o moralny wydźwięk widoku cofającego się przez granicę potoku zdezelowanej armii, co w przypadku blokady informacyjnej może mieć większe znaczenie niż wzięcie do niewoli pięciu czy sześciu tysięcy ludzi. Tym bardziej, że te pięć czy sześć tysięcy nie wróci do mateczki Moskowii nie opowie co tam się działo.

Nadążacie jeszcze?

Zatem za cofającym się przeciwnikiem, zamiast puszczać główne siły – puszcza się harcowników, czambuły łuczników konnych, oszczepników. 

Regularna armia przesuwana jest właśnie na południe, żeby być tam szybciej niż putlerowskie rezerwy. Żeby tam pobić – niewątpliwie już zmęczone wojska, zdobywców Czornobajewki i Chersonia, oprawców Melitopola i Mariupola. 

Tam zresztą już się coś zaczęło. Ruskie były pod Mikołajowem a teraz idą kontrnatarcie od Krzywego Rogu i od Mikołajowa właśnie w stronę Chersonia i Kachowki. Coś się zaczęło dziać na północ od drogi Zaporoże-Mariupol.

Nie wiem czy to odsiecz Rohirimu dla obleganego Minas Tirith. 
Bardzo bym chciał. 
Śnię o tym.

Świt i oto a wzgórzu za umęczonym miastem pojawia się najpierw groty jednej włóczni, potem drugi, trzeci i wychodzi na tyły orków nagle cała kawalkada Rohanu.

Wiem, pierwszy kwietnia właśnie mija, ale ja myślę cały dzień o Mariupolu.

Chciałbym wierzyć, że odsiecz dla Mariupola jest w drodze. W każdej innej sytuacji powiedziałbym – nie ma szans, oni są skazani na zagładę, będą się bronić, przejdą do legendy, ale nie ma szans.
Zatem nie budźcie mnie z tego snu zanim pójdę spać. Dajcie mi chwilę śnić o odsieczy Mariupola.

Na wzgórzach za miastem pojawia się lśniący w promieniach słońca jeden grot spisy, przypadkowy odbity promień trafia w oko jakiegoś orka strzelającego z czołgowej armaty na oślep po wypalonych wrakach budynków mieszkalnych i niedowierzanie na jego pysku zamienia się w zaskoczenie a zaskoczenie w strach. Za jednym błyskiem na podniesionej lancy błyskają kolejne. 

Powiedziałbyś morze skrzy się po sztormie gdy patrzysz pod słońce, tyle tych odbić na ostrzach.

Słychać jak grom rogi, setki rogów, w które dmą sygnałowi i okrzyk z tysięcy gardeł
– Śmierć!

(albo Слава Україні!)









Radosław Wiśniewski  (ur. 1974) – animator, promotor literatury piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.

Comments


bottom of page