top of page

Radek Wiśniewski – Bany Ukraińskie (26)

  • 29 mar
  • 10 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 31 mar


Dzień 142. Gniew

Rakieta "Kalibr" to nie jest rupieć z magazynów, równie niebezpieczny dla obsługi jak i
zaatakowanego. To nie jest Ch-22 którym można celować w cele wielkości lotniskowca. To rosyjska odpowiedź, mniej-więcej, na amerykańskie "Tomahawki”. "Kalibr" to pocisk do wystrzeliwania z okrętów w celu rażenia celów naziemnych o znanym położeniu. Niektóre wersje to pociski sub-balistyczne, które mają tzw. wysoki profil lotu, a inne wersje mają niski profil lotu, kiedyś mówiło się na nie "pociski manewrujące", takie co to lecą nisko, omijają przeszkody terenowe, żeby nie złapała ich za szybko wiązka radaru obrony przeciwlotniczej.
Tak, to sprytna broń. Droga i skuteczna. Stworzono ją po to by z zaskoczenia przenikała przez obronę przeciwlotniczą przeciwnika i raziła operacyjnie i strategicznie ważne cele na jego zapleczu, żeby pozbawiła go zdolności stawiania oporu.
Te zapasy "Kalibrów" w Rosji nie są wielkie. I cel musiał być wybrany starannie. Bo nowych Rosja sobie za dużo i za szybko nie wyprodukuje. To mogło być znane centrum dowodzenia, obóz szkoleniowy wojska, zakład remontowy czołgów, centrum łączności wrogiej armii, skład amunicji, baza lotnicza. Ale nie.

Ze wszystkich celów jakie można było wybrać dla precyzyjnej rakiety wybrano centrum miasta - dom handlowy, szpital i - no tak - Dom Oficera. U nas w Brzegu też jest Klub Garnizonowy i Hotel Garnizonowy. W Hotelu od dawna nie mieszka żaden wojskowy, bo zamieniono go na mieszkania, a w Klub jest jedną z kilku niewielkich instytucji kulturalnych na mapie miasta, z salą widowiskową na jakieś sto osób, salami do prac, prób, małym studiem nagraniowym. Dobry cel?
Nie.
Nasz Klub nie byłby dobrym celem, bo jednak tam jest za małe zagęszczenie cywilów. Dla rosyjskiej rakiety dobrym celem jest miejsce gdzie jest dużo cywilów. Cywile nie potrafią się kryć, reagują opieszale na alarmy, a czasem w ogóle nie reagują bo ciągle masz w głowie tę myśl, że cel wojskowy jest gdzieś daleko, przecież ja idę na zakupy, kto by strzelał do sklepu, domu kultury, teatru? I po co? I to jeszcze drogą, kierowaną rakietą? Przecież to bez sensu.

Iryna tuż przed atakiem zrobiła film swojej córeczce Lizie. Liza pchała wózek. Ten wózek potem znalazł się na zdjęciach z ataku. Na zdjęciach były buciki małej Lizy. Nie widać było reszty Lizy bo pewnie szczegóły były zbyt drastyczne. Mama Lizy podobno straciła nogę, lekarze walczyli o jej życie. W każdym razie takie informacje są na dzisiaj rano, że nie przeżyła. Inne informacje wskazują, że Mama Lizy żyje, że ma obie nogi i ręce, ale nikt z bliskich jej nie powiedział o śmierci dziecka.
Myślenie w takich chwilach to gangrena.

Szedłem dzisiaj z samochodu na stacyjkę Wrocław Psie Pole, myślałem o tym czy z nogą czy bez – miałbym w ogóle chęć żyć, gdyby w ataku rakietowym zginęły moje dzieci?
A potem patrzyłem na wąski peron na stacji, a na peronie ludzie w wyrównanym szeregu, bo peron powiadam wąski, nie ma jak się ruszyć, szczególnie jak na sąsiedni peron wjeżdża osobowy do Oleśnicy i przywozi ludzi pracujących w zakładach lotniczych Collinsa, dawniej PZL Hydral czy w WZL tam, nieco dalej. I myślałem co by było jakby tak kierowana rakieta "Kalibr" miała jako cel tę stację właśnie teraz, kiedy osobowy z Oleśnicy jeszcze nie odjechał, ludzie, którzy z niego wysiedli jeszcze się nie rozeszli, ale już wjeżdża osobowy z Oleśnicy do Wrocławia wiozący ludzi do pracy w drugą stronę.
Stacja mała, niepozorna, ofiar dużo.

A potem przeczytasz, że to pomyłka. siergiej pizda ławrow opowie światu, że to była pomyłka. Albo że tam byli naziści. Aneta pisze, że w rosyjskich socjal mediach radość wręcz eksploduje, zwykli Rosjanie piszą, że nawet jeżeli tam nie było nazistów to na pewno ci cywile mieli nazistowskie poglądy. Nazistowskie czyli jakie?
Czy wystarczy nie chcieć być Rosjaninem, by być przez rosjanina uznanym za nazistę?
A jakie poglądy miała mała Liza i jej mama?
Może po prostu chciały żyć i być szczęśliwe?
Czy wystarczy chcieć żyć i być szczęśliwym, żeby zwykły rosjanin uznał ciebie za nazistę i chciał ciebie zabić rakietą samosterującą "Kalibr"?
Taka to jest wojna, pomyślałem kiedy w oknie pociągu mignęły mi lory kolejowe z wielkimi pojazdami z oznakowaniem Bundeswehry. Kilka ciągników ewakuacyjnych, trochę ciężarówek a nawet traktor. Pomyślałem - acha, Niemcy wysyłają logistykę. Bo jakby wysłać co innego to mogłoby strzelać, a jak poucza Izaak Babel - jak się strzela to można nawet trafić człowieka.
Jedni strzelają do żołnierzy, wysadzają składy amunicji, a inni kierowanymi rakietami
wystrzeliwanymi z okrętów celują w centra miast pełne cywilów. Bo nawet nie strzelają w nocy, kiedy centra miast są puste, ale za dnia, kiedy wiadomo, że jest tam pełno ludzi. Przy czym strona atakowana nie ma jak adekwatnie odpowiedzieć i mimo zaklęć o rusofobii wygłaszanych przez wszystkich Coehlów i papieży tego świata - jakoś jeszcze żadne centrum handlowe w Moskwie, Twerze, Wołgogradzie, Petersburgu, Irkucku nie zaznało tego co zaznał Kramatorsk, Czasiw Jar, Kremenczuk, Mikołajów.
Czeczeńcy na miejscu Ukraińców, tamci Czeczeńcy, nie mówię o tiktokowej armii Kadyrowa - by się
nie pierdolili w biegu. No i się nie pierdolili. Jak Rosja zrównała im z ziemia kraj to napadli na szpital,
potem na teatr w Moskwie. Nie pochwalam terroryzmu i nigdy nie będę pochwalał, bo jednak jest
różnica między zasadzeniem się na czołg, a wysadzeniem autobusu z cywilami. Ale to nie znaczy, że
nie rozumiem skąd się bierze.
Podobno Rosjanie są dumni, że świat widzi w nich orków, sami mówią na Ukraińców i Ukrainki
"elfy", bo elfy to rasa która ma wyginąć. A orków trzeba się bać. I to jest dla nich fajne. Jara ich to.
Idąc przez Park Staszica z dworca do pracy o tej porze spotykam głównie ludzi z psami. W cichości
ducha i chyba bardziej z odruchu składam jakiś poranny pacierz. Ale trudno powiedzieć, żebym się
modlił, raczej porządkuję myśli, budzę się, trzeźwieję z niewyspania, a jeżeli jest jakiś wielki
dyspozytor ruchu w tym pięknym świecie, gdzie kierowane rakiety szukają aktywnie wózków
dziecięcych - to myślę - niech widzi mnie na radarze, właśnie wystartowałem w swój codzienny lot,
niech widzi, chociaż cholera wie czy to dobrze, że mnie widzi. Może lepiej i bardziej etycznie dla
niego byłoby uznać, że chce dobrze, ale jest ślepy.
Ale kiedy dzisiaj chciałem coś w myślach wymamrotać, słowa zaczęły się wykrzywiać i zamieniały
się w przekleństwa i te oczy. Z oczami jednak coś mi się podziało. Dobrze, że tylko ludzie z psami, na
odległość. Dobrze, że jeszcze wiem co to jest w ogóle - płacz. Ale to nie był płacz świadomy, był mimowolny.
To był gniew. Bo nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby za zbrodnie wojenne odpowiedział jakikolwiek
rosyjski wojskowy. Nigdy. Kiedy u nas zdarzyło się Nagnar Khel - to przy wszystkim złym co się
stało - sprawa trafiła przed sąd. Sprawa była wałkowana latami. Nie było mowy o tym, że jaka tam
zbrodnia, tam byli talibowie, a nawet jeżeli ich nie było to wioska im sprzyjała.
Szansa, że dowódca okrętu podwodnego, z którego wczoraj wystrzelono kierowane "Kalibry" trafi
przed sąd jest żadna, chociaż na pewno w czasach Bellingcata, Oryxa i wielu innych samodzielnych,
samorządnych grup białego wywiadu - ustalenie kto, skąd strzelał, z jakiego zakładu pochodziła
wystrzelona rakieta, jakiej była wersji i jaki był skład osobowy załogi okrętu, z którego ją wystrzelono
- nie będzie stanowiło wielkiego wyzwania.
Oczywiście szansa, że Ukraińcy dopadną okręt podwodny jest żadna. Okręty NATO tego nie zrobią.
No chyba, że przypadkiem ktoś na pokładzie tego okrętu rzuci niedopałek w maszynowni. To się
ostatnio w rosji dziwnie często zdarza. Niedopałki.
Ale sądu nie będzie. To wiadomo. Chyba że sąd ostateczny, ten o którym rzadko myślę, zastanawiając
się nad tym czy w ogóle adresat mojego cichego porannego pacierza istnieje. Bo przecież go nie
słyszę, a gdybym usłyszał - to bym najpierw poszedł do psychiatry.

I myślałem o aniołach pomsty,
myślałem o nich jakby były realne
Mówiłem "idźcie dzisiaj w pola,
naostrzcie dobrze kosy, noże, bagnety
wypolerujcie głowice optyczne rakiet
nasmarujcie dobrze zamki armat
karabinów, granatników
idźcie w pola,
idźcie w lasy
czekajcie przy brodach
czuwajcie w jarach
trwajcie w gotowości
za każdym załomem muru
niech wam nie drgnie powieka
niech wam nie zadrży ręka
niech zło wraca tam skąd przyszło
do piekła.

Dzień 143. Strach, lęk, niepokój i pająki

Pyta się kumpel, co ja mam powiedzieć znajomemu, jest z Ukrainy, mówi, że się boi i że mu wstyd, że nie wrócił, ale że ciągle myśli o tym, że ma czwórkę dzieci. Myślę nad tym od kilku dni, co kumpel ma powiedzieć znajomemu i nie wiem, nie mam żadnej mądrości, bo przecież sam czuję strach, zwyczajnie się boję, że ten walec, który powoli, to prawda bardzo powoli toczy się przez Ukrainę, zacznie się toczyć po naszej ziemi.
Albo jakiś inny walec. Bo zawsze gdzieś na świecie toczy się jakiś walec. Nie ma świata bez walca.
A chwilowo najważniejsze są kadry z Winnicy, Kremenczuka, nasłuchiwanie wieści, przykładanie
ucha do ekranu, monitora. Nasze oczy stały się uszami.
Ja wiem, że analitycy mówią, że to nie ma sensu, że NATO by zmiotło tę przereklamowaną armię
Rosji raz, dwa trzy. I pewnie tak by było. Ale myślę też, że z NATO jest jak z psychologiem z
dowcipu, jaki opowiadaliśmy sobie na drugim roku.
Pytanie:
- Ilu potrzeba psychologów do wkręcania żarówki w kiosku?
Odpowiedź:
- Wystarczy jeden, ale musi być zajebiście zmotywowany

I z tym NATO – to tak samo. To raz.
A po drugie dopatrywanie się logiki, sensu, rozumności w działaniach federacji rosyjskiej to gruba
przesada. Jaki był sens militarny ataku na centrum handlowe w Kremenczuku? W budynek
mieszkalny w Czasiw Jarze? W centrum Winnicy?
Odezwał się ostatnio dyskutant, że Ukraińcy opierając swoją obronę o miasta tym samym
rozmieszczają swój sprzęt w pobliżu miast czy nawet w miastach i wtedy no jakby można się pomylić,
więc sami się proszą. Swoją drogą nie wiem o co mieli by opierać obronę Ukraińcy? Miasta, teren
zabudowany zawsze sprzyjał obrońcy, nie atakującemu. Ale uwaga była tak niby a'propos Winnicy.
No dobra tylko centrum Winnicy jest 400 kilometrów od linii frontu, na zdjęciach z Winnicy nie
widziałem żadnych czołgów, samochodów pancernych. Widziałem przewrócony wózek dziecięcy.
Widziałem na filmie dziewczynę jak płaci za coś kawiarni, kartą, po czym następuje podmuch.
Nie ma w tym logiki, nie ma żadnego sensu, nawet — a może szczególnie — wojskowego. Jest próba
siania strachu. Terror, czyli zarządzanie strachem. Nie mamy hamulców, zrobimy wam to, czego się
boicie, ale nie wiecie gdzie i kiedy, więc żyjcie tak, jakby to mogło się zdarzyć zawsze i wszędzie.
Nie ma w tym logiki, bo owszem, różne państwa prowadzą wojny, realizują wojenne interesy, ale
wiedzą też, że nie jest im potrzebna łatka tępych morderców, mimo że wojna to strach i śmierć. Ale
dlaczego jak już ktoś strzela rakietą, nawet kierowaną to w nocy? Bo w nocy mniej przypadkowych
ludzi jest w rejonie celu, mniej postronnych ofiar. I nie zawsze chodzi o humanitaryzm, ale o to, że
nikomu w kadrze z wojny nie jest potrzebny ranny czy martwy cywil. Bo to osłabia wsparcie dla
wysiłku zbrojnego.
Nie boisz się, że taka Winnica jutro zdarzy się u nas, pyta znajomy. Pewnie, że się boję.
Powiedz coś pocieszającego, pisze ktoś inny, ty zawsze coś potrafisz powiedzieć, jakbyś się nie bał.
Boję się tak jak wszyscy a zarazem wiem, że dopóki szyby sklepu na Nadodrzu które są akurat na
wprost wrocławskiej elektrociepłowni nie wyleciały z hukiem połamane na tysiące ostry, tnących
mięso kawałków – nie wiem co to jest strach.
Najgorsze jednak to bać się strachu wyobrażonego. Lękać się lęku. Zatem owszem, boję się,
odpowiadam koledze, który się pyta czy nie boję się o dzieci, bo przecież dzieci.
Boję się.
Dlaczego w takim razie nie piszesz o tym, pyta kto inny, że potrzeba pokoju? Ależ potrzeba pokoju.
Prawdziwym pragnieniem każdego wojownika jest pokój. Wojownika, nie bandyty. Ale nie wierzę w
pokój z irracjonalnością, z kimś kto nie działa z sensem, kto nie kieruje się elementarna logiką. Można
się targować gdy w grę wchodzą interesy, gdy ktoś wie, że straci, ale może zyskać. Z Hitlerem pokój
był niemożliwy i – tak używam argumentum ad hitlerum – z obecnie panującym w Rosji – też nie ma
pokoju. On zresztą działa według tego samego schematu.
Nie jesteśmy zainteresowani wewnętrznym sprawami Austrii (rok 1935), glurp, przełknęliśmy Austrię
raz dwa (1938). Sudetenland oznacza kres naszych żądań terytorialnych (1938), eeeeep, bekamy po
wtrężoleniu Czechosłowacji, nota bene z niesławnym udziałem nieszczęsnej Polski.
I tutaj tak samo, jedno się mówi, drugie się robi, zielone ludziki, wypożyczone na wakacje zestawy
"Buk", którymi zestrzeliwuje się cywilny samolot, a sprawcy do dzisiaj nieosądzeni. Zajmuje się
Krym, przeprowadza referendum, z którego protokoły do podtarcia dupy się nie nadają bo za brudne.
W Sewastopolu 115% głosuje za przyłączeniem do federacji, ale teraz to już koniec, naprawdę więcej
nie będę chciał wpierdalać sąsiednich państw.
Acha.

W resztce cygara mdłym ogniku
Pływała Lwa Albionu twarz:
Nie rozmawiajmy o Bałtyku,
Po co w Europie tyle państw?
Polacy? – chodzi tylko o to,
Żeby gdzieś w końcu mogli żyć…
Z tą Polską zawsze są kłopoty –
Kaleka troszczy się i drży.
Lecz uspokaja ich gospodarz,
Pożółkły dłonią głaszcząc wąs:
Mój kraj pomocną dłoń im poda,
Potem niech rządzą się jak chcą.

„Jałta”, Jacek Kaczmarski

Zatem nie wiem wcale więcej od Was, którzy mnie czytacie, w każdym razie niewiele więcej niż jest i
tak powszechnie dostępne. Może wcześniej trochę więcej czytałem o wojnie, więc trochę więcej
rozumiem z militariów, ale powiadam, wystrzeliłem w życiu może z 50 pocisków, kilka razy rzucałem
skorupą granatu F1, raz siedziałem w czołgu, raz w kapsule ratunkowej statku, trochę żeglowałem,
trochę biegałem po lasach, górach, czasem nocą, czasem bez szlaku. Ale nie jestem nikim specjalnym.
Popełniam błędy. Ostatnio ktoś mi wytknął na, że napisałem, że Niemcy mieli białe krzyże na
czarnych pancerzach, a pancerze były ciemnoszare, podał nawet numer katalogowy farby wedle
regulaminu. No widzicie. A na zajęciach bywa, że wydają się raz szare, a raz czarne. To prawda błąd,
trzeba było sprawdzić raz trzy zanim się coś palnie.
Także popełniam błędy, to już wiadomo, czasem także rzeczowe. Literówek, interpunkcji, ortografii –
nie liczę.
Boję się czasem, czuję lęk, niepokój, zmęczenie, wyczerpanie.
Szczególnie gdy zostaję sam o poranku z twarzami dzieci, które zginęły przedwczoraj w Winnicy i nie
mam żadnych nowych wieści, płonących składów amunicji. Wtedy zostają tylko ich twarze.
„Żeby chociaż nie były tak bardzo podobne do naszych dzieci” - napisał Janusz Radwański w jednym
ze swoich wierszy.
Chodzą wieści i plotki. Na przykład takie, że wywiad ukraiński już zna personalia oficerów, którzy
wydali rozkazy, którzy naciskali spust. Znajomy mówi, że na telegramie chadzają już i numery
telefonów do gnoi. Ale zdaje się, że są poza zasięgiem słusznego odwetu.
Próbuję się czymś zająć. Znajomy poprosił o wiersze do pisma literackiego, a ja od 143 dni nie piszę
wierszy. Nic nie piszę, nic nie czytam. Bo te 143 dni nastąpiły po pół roku gehenny i hańby na granicy
polsko-białoruskiej.
Jestem tylko przekaźnikiem. Nic więcej. Częścią pajęczej nici. Tak lubiliśmy o tym mówić w czasie
złej jesieni, ponurej zimy. Jesteśmy pajęczakami, bo pajęcze nici gdy zmierzyć to proporcjonalnie są
silne, cholernie silne. Niby odgarniasz je z twarzy jednym ruchem, ale jednak lepią się, rozciągają i w
miejsce jednej sprytne pająki zaraz napinają kolejną, niestrudzenie, znów i znów. Zacząłem cenić
pająki. Nie to, że cieszę się ich towarzystwem, ale szanuję. Wynoszę na zewnątrz, chociaż wiem, że
wrócą, zdejmuję pajęczyny odkurzaczem, ale pająka nie ruszam.











Radosław Wiśniewski – animator kultury, poeta, prozaik, aktywista społeczny.


     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page