Marcin Wróblewski – sześć wierszy
- 27 cze
- 2 minut(y) czytania
nie patrz na czajnik
światło tamtych dni
nie pozwala mi się obudzić.
fizycy z Toronto twierdzą,
że absorpcja fotonów zachodzi
w czasie ujemnym.
noc dzisiejsza
nie pozwala mi zasnąć.
fizycy z Toronto
jeszcze o tym nie wiedzą.
nawłoć
nie wierzę, że umrę staro.
czytałem śmierć.
widziałem
jej rozrzedzone tęczówki
spływające
po nieogolonej twarzy.
opuszczanie szpitala,
jak wygrzebywanie się
z ciasnego symulatora.
wdech.
ciężarówka.
wydech.
papieros.
wdech.
nie wierzę,
że umrę staro.
buty
cięte i karczowane tyle razy
rośnie do dziś,
pod oknem.
sam je sadził,
bo lubił zieleń.
łamał bzowe gałązki,
brał miarę
i jechał do sklepu komarem.
przywoził zawsze –
z cielęcej skóry.
później
jego oczy
nie odbijały już
tej zieleni.
ubywało go
z każdym
kwantem.
moment obrotowy
moja matka
– szypułka.
gdy wychodziliśmy z domu,
wycierała mi policzki
poślinionymi palcami.
mój ojciec
– pień.
lubiłem się na niego
wspinać,
choć trudno, zbyt gładko.
ja
– koło zębate
rzucone w piach.
powięź
ukryci w cieniu łask zapominacie
o słabej skórze dojrzałych gruszek,
pod którą pręży się wszystko,
czym możecie się stać
w tym
i w następnym eonie.
błogosławieni,
którzy odrąbali sobie
piątą część kodu.
albowiem zatrzymało ich
trzecie pianie koguta.
jeszcze pamiętają
jak wydrążone było słowo.
niech wasza mowa będzie
ciałem dębu,
w które wkręcono śrubę.
skraj
gdy napiszę algorytm,
który ostatecznie rozwiąże kwestię
Boga,
uklęknę i w skromnej modlitwie
przyrzeknę sobie
nie iść już nigdy do lasu.
zwiedziony wstydem ciszy,
wonią ziół i igliwia mógłbym
bezwiednie usiąść na mchu
lub podejść do dziupli w pniu.
to byłby mój koniec.

