top of page

Maciej Melecki – sześć wierszy 

  • 27 cze
  • 8 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 28 cze


Kursy wstrzymań 

Wszechwładne roszczenia zakresu pustki przybierają postać siarczystych razów
Padających ze strony kontrolnych poczynań, kiedy jest się niedaleko zamaskowanych
Sideł, w przetoce superlatyw podsuwanych jako możliwość dogodniejszego
Funkcjonowania w tej bezdusznej zawiesinie, kaprawej niczym pęk wygiętych
Szprych, podświetlanej przez gęsto rozsiane punkty obserwacji, ukrytej oceny jawnych
Poczynań korodującej mazi, tamującej otwarte rewiry, gdzie swobodne ciążenia
Omijają pokryte płyciznami rafy zgnębień, na jakie tutaj, w jej odmęcie, skazany jest
Każdy, kto chciałby zaznać prostszych kierunków w swym mimowiednym zatraceniu,
Kroków wchodzących wprost w czyjeś usta i rzutkich gestów traktowanych jako

Bezpośrednie kontry wobec zasupłanych rylcem nicości miejsc, wydeptywanych
Przez mechaniczne czynności, gdyż każde wykroczenie poza to nasadzone ci koryto
Skutkuje okrawaniem możliwości dostępu, tarasowaniem prostackim zwarciem z byle
Jakim, chłamliwym momentem czyjeś zaciekłej uwagi na dobycie jak największych 
Sposobów jarzmienia innego. Plamy każdego skrętu są rozwłóczonym podnośnikiem,
Zgrzybiałem podłożem dla najmniejszej woli manewru, ponieważ lokujemy się w
Przechodnich przepustnicach, bez promienia mogącego zmniejszyć kąty odchylenia
Od coraz bardziej pełzającego w oku pionu, jakby w innej nawie rumoru było mniej
Złudnych odniesień do takiego dryfowania w pomrocznym przyspieszeniu, tym
 
Rozproszonym składowisku beznogich skłamań, rozwartych odstępów od przekątnej
Mety, która jest rwącym, mierniczym zwidem w tej okalającej nasz zew wyrwie. 
Dokładnie cztery lata temu, już o tej porze, wypadłeś poza ten ościsty łuk, nadziany
Na trzpień ponownej ucieczki, jakby na początku następnego końca, kiedy dwugodzinna
Rozmowa stała się ponownym zaczątkiem sturlałego losu, albowiem byliśmy na
Wzajemnym holu, nakłuwani prątkami zaniku, przeszywani czepliwymi smugami skaz,
W klasterze powrotu na zmierzwiony brzeg, po każdym odpływie w motowidło
Jątrzenia. Druciany sztych takich rozładowań wciąż mieści mi się w dłoni, jakowyś
Piekący amulet upiornego teraz, wtedy i zawsze indziej, gdyż byliśmy sobie na opak
 
Przekazywani przez cudze wargi drgań. Kursy jałowych wstrzymań przeciążają każdą
Wybraną na chybił trafił toń, niosą poza demarkację danego odwłoku chwili, aż po
Pierwsze doznanie usterki, zamieniające się prędko w chroniczny spad, kręte wezgłowie
Brzasku, kiedy piędź tego samotnego pochówku jest trzypokojowym mieszkaniem,
Na barku zniweczenia przenoszonym w coraz niższy poziom rdzewiejącego odkosu,
Bym mógł tylko przebywać w niezwrotnym świście zwapniałego okamgnienia. Bezludne
Cienie, marsowe pogwarki, chroboty prochu wieka, okulałe sygnały nadawane znikąd,
Ziemiste echa z waszych podwoi utraconych stron, w przygodnym rzucie poza spoistość
Fazowego trwania. Porwane transmisyjne pasy nie przenoszą już żadnych innych ogarków,

Zostają tyko rzeczy powleczone lepkim, przezroczystym osadem, wyblakłe żłobienia,
Walizki spakowane znoszonym czasem i podeszwy rozdeptane progami. Skawalona
Ruda ustania przewyższa szalę tego migotu, dzięki czemu kolejny przyrost widma
Staje się wymiernym poruszeniem w tej zagrodzie pełnej chybień i odstrzelonych zjaw,
Wądole coraz bardziej rozszczepianej jaźni, naprzeciw masywnej zawieruchy, fundowanej
Przez chciejstwo skarlałych mar, czego inaczej nie mogliście dożyć, mając swoje rany 
Drążone smużystymi pętlami przez sparszywiałe okresy kneblowania wszelkich niezgód. 
Opadowe plany w brudowniku zmarnienia są wirowym ruchem na dnie waszej poprzecznej Fali, sterowanej zmiennymi prądami zapylenia, skąd nie dochodzi tutaj żadne inne tam.  


Obrót stopni 

Pętle nowych oznak zacieśniają się na grdyce każdego gestu, wyzwalając jeszcze
Bardziej szatkujący strach, twardniejący w swej krytycznej masie niczym
Zmrożony dyszel, do którego jesteśmy coraz bardziej przytraczani poleceniami
Karnych nawisów, u wyjścia z dookolnego rejwachu pylącej swą ruchliwością
Mierzwy, jedynej już macierzy, uwięzłej na końcu coraz krótszego oddechu, by
Jeszcze bardziej sukcesywnie docierało odcięcie szans w głąb przeżartego osierdzia,

Owych grudowatych minut, jakie odliczane są przez chaotyczne kierunki, braków
Możliwości przeskoku, wyminięcia samego siebie, kiedy jednoskalowość zawierania
Cię w sinym markerze przepadania staje się jedyną już przepustnicą ujścia w
Spieczonym pogruchotaniu aż po wijącą się kostniejącymi powidokami spadzistą dal.
Ciernisty przepływ poszarpanych obrzeży. Kłucia i podcięcia. Rundy pełne rojeń,
Przewidzenia spiralnych prześwitów, cyrkulacje resztek omamów, i już za niedługo

W grząskiej luce zatrzymania usztywni się najlichsza wiotkość, już za moment 
Nastąpi obrót wszystkich pokonanych stopni, już poza rozszczepieniem odkosu,
Na samym spodzie wykopu, w oszalowaniu próżnią i marskością wytracenia,
Zeskrobanie obłożnego cienia z poprzeczki tego rozstrojenia, mierne osiąganie
Pozbawionej narożników lotności, poza stałością namacalnego przyciągania. Stępienie 
Komór. Przewleczenie szpuntem zgrozy. Wyboisko dźgającego zewsząd zerwania.


Miernik zbłąkań 

Marznące mgły przedostają się przez okopcone tlejącymi się sprzęgłami flanki
W sam środek chaotycznych przesunięć tektonicznych płyt, uwolnionych od osi
Dryfującej w poprzek spopielonego nieba, dzięki czemu zapadła szczęka dali
Przestaje bezwolnie kłapać i nikt nikomu nie przychodzi już z nikłą pomocą,
Ogrodziwszy się swoją watoliną smutku i chełpliwych radości wynikłych z 
Jeszcze jednej rundy po bezdrożu swego domkniętego wrzaskiem dnia, na końcu
Którego znajduje się para zwłok zakłutych przez swego syna. Porowate wszczęcia
I prędkie reakcje na skasowanie strony, jej dogłębnej zawartości kanciaście
Spierzchłych lat, akumulują spoczywający na dnie snu zewłok zewu, lecz i tak
Czujesz się jakbyś wykopywał przerdzewiałe wiadro, pełne robaczywej gliny i dalsze

Posuwanie się po spadzistej spirali okazuje się rozpięciem płachty nad skurczami
Gęstniejącego powidoku, z którego zieje szkielet zawalonej stodoły, jednonocnego
Schroniska dla przepalonych gwiazd, kiedy nieustannie zaludnia się ten wieczny
Przedsionek doczesnego piekła i po kolei opuszczamy siebie w tym bezładnym
Wspinaniu się aż po wierzchołek zaniku, tamowani gencjaną obsypanego igliwiem 
Piasku przesypującego się między rozwartymi palcami unieruchomionej lodoszreniami
Dłoni, kiedy rozkuwa to skobel szarego bielma, dzięki czemu policzalnym staje się każdy
Krok odwrotu. Nie mieliśmy nigdy żadnego falstartu, ponieważ nie wybiegało się po coś
W osmotyczny prześwit zwabiającej doń atrakcyjnej pustki, kawałkowały nas tylko

Tępo lite oznajmienia jeszcze jednej straty, której przyczyną była zawiłość każdej
Pospolitej rzeczy, chciwość lub bezwzględność jej właścicieli, obopólna marskość
Sztywnych reguł, na które, w istocie, nikt się nie godził, mimo uznania warunków ich
Jednostronnych konsekwencji. Trzynasty dzień z rzędu, kiedy wszystko dzieje się na
Opak, bo inni coś od ciebie tylko chcą, nie dając ci w zamian większej przerwy na
Wyprostowanie w głowie pozginanych płóz, którymi mógłbyś zjechać do jakiejś
Bocznej nawy najbliższego zapadliska, stamtąd nawigować swą tułaczkę w bardziej
Przyziemnym akordzie rozmijania się z niczym innym, owym nieco bardziej spłowiałym
Kikutem cudzych mniemań. Manewruje tobą ślepe manto, coraz gwałtowniejszy wymach

Sterczącego progu, na tej elipsoidzie zmarnienia, kiedy krach jest tylko zaczątkiem
Płaskiej ósemki mety, wirującej jak sadza nad ognikiem, w tym rozłożystym grynszpanie
Wymierania kierunków innych trajektorii, gdyż wszelkie oznaki krążenia zawłaszcza
Rosnące uwięźnięcie w biegnącej w poprzek półkul bruździe doczesnego wytracenia.
Ruletka w klepsydrze. Bezoki chów długi jak prasownica wstrzymań. Biegun zimna jest
Tylko ułamkiem tego stałego układu skostnienia, jedynego już pola naszych nieustannych
Przemian w dookolne nicestwienie, jakby każda sekunda nie tylko przybliżała oddalenie
Się od lejowatych wzniesień, lecz i także rozcinała aortę zwidu aż po jego wapniejący
Rdzeń. Kolczaste fale zbłąkań przetykają zator tego zejścia i drenują w tobie szpik. 


Pytajnik koła 

Szybkozmienne piargi coraz bardziej stromych odchyleń w rabunkowy nurt
Ciężkostrawnego dictum wywołują mętną odrazę do wszelkich stałych postaci
Tego skrawka trwania, ziarnistych mar, kierujących się płytkimi potrzebami
Zanurzenia w brei swoich rozszczepionych  oczekiwań, dzięki czemu możliwy
Jest jeszcze do utrzymania dystans w tym pytajniku koła, którym jesteśmy
Rozjeżdżani we wszystkie szpotawe strony tego graniastego docisku. Czołowe
Uderzenia w ścieśnione haki, wiszące nad najbliższym rogiem, prędko wybudzają
Z bieżącej komy, w tym przetrącanym wiązkami fioletu dniu powszechnego 
Rozstroju mieści cię bowiem szachownica z muldami pól, stąd nieustannie
Pionizujące turbulencje, w poprzek głowni każdego okrojenia przez szpadel
Natychmiastowych zwrotów o kąt padania na płask, jakby już tylko przeczołgiwania

Dawały szansę na wydostanie się z tego dookolnego zatarasowania zasiekami
Pospólnych wdrożeń, gdyż okupuje cię nieustannie grząska gawiedź spragnionych
Letnich uciech, na końcu cypla nie krótszego niż dyszel mgnienia, podmywanego
Z trzech stron szlamem coraz to nowych roszczeń, jakby wystarczyło tylko przekręcić
W tej szczelinie klucz, by poczuć się rozwartym jak dławiąca kość. Niedawne
Wiraże były parosekundową fatamorganą na kamienistych łachach, prędko wytrawioną
Żrącą miksturą z łoju i potu, zaraz na początku ponownej tułaczki po rozdzielającym
Nie tylko oddech progu, kiedy awaria narzyna w tobie wybór i wymuszone na nią
Reagowanie zdejmuje z ciebie powałę tego uwięźnięcia w surowym załomie, jeszcze
Jedno więc puste okrążenie po nowiu mety, nadziewanie się na tępe ostrza niskich
Poleceń. Trajektoria nierównych złamań przenosi w lity odwłok pustkowia, między

Odstępami zionie chłód mroku, drabiny leżą w poprzek każdej dziury, grabiejemy bardziej
Niż konary ściętych drzew, na tym osolonym poletku płynnych podrygów rozgrywa
Się pomroczny przesył wymiennych części dalszych następstw, kawałkujących
Razów, coraz bardziej przybierających na sile skośnych podmuchów, które odsłaniają
Tylko gnilne podłoże. Sam środek upadłościowej masy ruchliwych czerwi, kamień
Graniczy przepadnięcia, ścierne nasypy kierunkujących celów, to kolejny przybór
Płóz, na których musisz ustać, by nie zostać wciągniętym w boczną lukę ostatecznego
Odrętwienia, rozproszony po obu stronach lustra aż po fermentujący obrys, w porze
Nieostania się na jednej z kilku krawędzi, będąc już tylko zamurowanym echem. Akord
Tego stanu właśnie wydaje swój przedostatni zgrzyt. Uprzęże i obroże zapełniają
Magazyny. Nakładanie ich zacznie się zaraz po triumfalnym ogłoszenie spreparowanych
Wyników, niemających nic wspólnego z panującymi nastrojami. Głębia tego ujścia jest

Coraz bardziej sucha, koryto urywa się bowiem za najbliższym meandrem, zawiązuje
W sobie ołowiany supeł, a jej tory zakrzywione są aż po najbliższy brzask, w którym
Obudzimy się w potnym strachu, zaholowani przez cudze wybroczyny do wspólnej
Stajni, gdzie będziemy wysłuchiwali ogłaszanych o każdym z nas wyroków ślepej woli.
Żadnego więc odjęcia nie będzie. Do zatrzymania akcji dojdzie zaraz po nasadzeniu
Chomąta, obrok będzie jedynym miąższem, pustynną strawą, którą każą jeść każdemu
W kuckach. Byliśmy na ruchomym skrzydle zjawień, w niecce otorbionej grzbietami.
Szliśmy w przesiece spiekoty na drugi brzeg i dopiero tam rwał się za nami sygnał,
Byliśmy więc niedosięgli dla lassa tutejszego zapadnięcia w kostną mierzwę, jakby
Plastikowe worki nie miały być ostatnią powłoką. Próżnia to jeden wielki zaczep.
Przemiał staje się coraz szybszym wirnikiem zdławienia. Wykrawanie i odrzucanie
Poszerza w sercu pasy nieużytków, arterie wygiętych pionów. Jałowieje tego szpik.     
 

Niedoliczony trach 

Ostatnie momenty względnej równowagi, ostatnie krypty niedosuniętych 
Szczelin, mrowiące drążenie w boku, jakby to już była końcowa runda po 
Spękanym pokładzie, w zaczernionym mgnieniu oka nieustannie śledzącego 
Rujnację cząstek kładącego cię w poprzek rozpadu. Przesączenia piołunu 
Spływają z lotnych gaz w rozwarte muldy pozostałej niewiadomej. Będę 
W osunięciu, namierzany od wewnątrz przez wziernik losu, niegotowy na
 
Przyjęcie odczytu, rejestru zgromadzonych strat, albowiem stopowanie 
Zagiętymi poręczami jest tylko oswajaniem się z przepływami w żyłach drzazg, 
Samo wytrąceniem z osi przechodzącego w gnilny poziom nawału. Orzeczenia 
Wyzute już z wszelkich alternatyw prowadzą w przeciągły odmęt, gdzie pływają 
Przeżarte rdzą sita, nikły opór kończy się osadem białego nalotu, którym powleka się
Język, i o niczym już nie decyduje rwący brak, seria skasowanych racji, kubik skłonień
 
Do zaprzestania trybu chroniącego przed zasklepieniem żrącego łożyska. Wyparowana 
Sól, wytracony przepust, wyzerowana mać. Dławiący wszystek trzpień, błotny 
Pęcherz u spodu każdego oderwania. Nigdy nieprzeszacowany krach spłaszcza 
Resztki ciążenia i przyspiesza zaognienie, odcinając szansę wydostania się poza 
Kurczącą pętlę wyroku, kiedy suma wszystkich wyborów staje się perzyną
Tych poronionych lat, śluzą przesłaniającą po każdym widmowy ślad jego bycia.   

  
Plenność 

Kończenie bieżących rund nigdy nie miało nic wspólnego z ich początkiem,
Przybierało tylko różne postaci wytracenia dzięki pojawianiom się oznak rychłej
Zmiany, parodniowego bólu, spadku ciśnienia, niepomnażaniu innych odnóg,
Kiedy rozpościera się ona w zaczątku ostateczności i przestaje już tylko
Dawać o sobie znać, stając się przewlekłym drążeniem. Bezwyjściowość jest
Spiętrzonym składowiskiem znoszonych z wielu miejsce rzeczy, portalem, przez
Który przechodzi się wciąż z powrotem w zamknięty obieg swego zniweczenia,
Niemierzony żadną potencjalnością czyhającej za węgłem nieżytu straty kolejnej
Szansy na zatrzymanie ulotności, odjęcia mięsa od kości świtu stającej w gardle,

Niczym przekłucie błotnej błony przesuszonym igliwiem. Ostrokoły plennych emocji
Rozpraszają kokoniastą powłokę tylko na moment chronicznej nieuwagi i są
Szybkozmiennym przejawem szybko opadającego szybowania pod wirującą kopułą
Mózgu, utrzymania jego w ryzach niewyjaśnionych skurczów, twardniejących
Powidoków w okowach przyspieszonego upadku, smużącego drgania strzelistej
Wskazówki, będących w efekcie komasacją skutków nieważkości wyborów
Przynoszących krótkotrwałe przerwy w zasysającym bezwzględnością nurcie
Rwącego zaniku, zabierającym naszą wyboistą przydrożność donikąd, które

Nieustająco zacieśnia najbliższe wyjścia, abyśmy mieli w sobie wieczny kontrast
Rozpoznania skracającego się w nas pozostania w pionie wobec nieustannych
Zapalnych ognisk, zginający nas momentalnie w pół, gdyż wszelkiego rodzaju
Pustki już od dawna wydrążyły swoje korytarze, by za każdym razem mogły być
Przetłaczane arteriami kluczącego w nas pomylenia, jakim ostatecznie okazało się
To życie na ostrzu nożna rozkrawającego wnętrza tego chromego uwięźnięcia.
Gotowalnia sekund  pozostałych do domknięcia granicznego etapu buzuje coraz
Bardziej. Rdzenie krzyżują się z hakami. Krąży we mnie żrące wieko litu. Będę

Przeczołgiwał się przez ościsty garb aż do pokruszenia spalonych piszczeli i czaszki,
W nasłuchu braku jakichkolwiek odzewów, spodziewając się już tylko przybojów czkań
I mdłych burknięć, bełkotów podawanych jako jasne wykładnie wymiarów grążenia
W ościenności zapadania się aż po ziemisty przechył w głąb piołunowego bieguna, kiedy
Lodoszreń stanie się jedynym tego podłożem. Karbowanie wyrokami nigdy nie ustaje.
Pozostaje tylko odliczanie momentu nastania kiereszującego wypiętrzenia, zmarnienia
Resztek przytroczenia, w grobostanie wielojedni, bez odroczenia, gdy rozruch nie
Będzie już możliwy. Zwiększona żyzność dziur. Niezwrotność przepastnych wtrąceń. 

fot. Ewa Kotarbińska
fot. Ewa Kotarbińska

Maciej Melecki (ur. 1969) – autor tomów wierszy, m.in.: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie (2005), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013), Inwersje (2016), Prask (w języku czeskim, 2017), Bezgrunt (2019), Druzgi, Przeciwujęcia (2024), Chłodnie (2025), Przyrost strąceń – wybór wierszy 2016 – 2024 (2026) oraz tomów prozy: Gdzieniegdzie (2017), Nigdzie indziej (2021), Żywe mumie (2023). Mieszka w Mikołowie.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page