top of page

Jarosław Soja – dwa opowiadania


Na żywo


Nigdy bym nie zgadł, że ze wszystkich rzeczy, które straciłem po udarze, najbardziej będę tęsknił za gwizdaniem. Strasznie dziwne. Stoję oparty o framugę drzwi do domu, patrzę na trawnik, na ogrodzenie, na rosnące z boku dęby, próbuję powstrzymać drżenie mięśni prawej ręki, tej na której opieram ciężar ciała. Bezskutecznie.
Za chwilę sięgnę po kulę opartą o ścianę obok, ale jeszcze przez chwilę chcę poudawać, że nic tak naprawdę się nie stało. Że pół roku temu nie obudziłem się z dziwnym uczuciem rozlewającym się w czaszce, tępym bólem, za którym podążał chłód, odcinający prąd i świadomość. Nie było żadnego szpitala, nigdy nie leżałem w sali 403, wpatrując się przez godziny w jasnobeżowy sufit, nie czułem jak ślina wypływa mi z niedomkniętych ust, jak spływa w dół, po nieogolonym policzku na poduszkę obleczoną w spraną, flanelową poszewkę. Ani razu nie płakałem, nie wyłem z bólu po sesji z rehabilitantem. Stoję w progu i przymykam oczy. Marcowy wiatr chłodzi coraz gorętsze mięśnie,
może wytrzymam minutę dłużej.
Czy udar mnie zaskoczył? Takie pytanie zadał mi jeden z lekarzy, młody chłopak,
zadał to pytanie i spojrzał na mnie oczekując odpowiedzi. Do tej pory nie rozgryzłem go, nie
wiem czy był po prostu głupi, czy może te białe kitle tak na ludzi działają, założysz jeden i
wydaje ci się, że nawet twoje pierdnięcia są warte uwagi. Czy udar mnie zaskoczył. Miałem
ochotę go wyśmiać, nawet spróbowałem, ale jedynie się oplułem. To było niedługo po, dziś
poszłoby mi lepiej. Ale dziś tego pytania by mi nie zadał, prawda? Dziś nie jestem już leżącym w łóżku krwotokiem, przypadkiem do nauki dla nieogarniętych matołków, którym tatuśkowie załatwili wejście na specjalizację po linii rodzinnej. Dziś już potrafię ustać na obu nogach i przejść kilka kroków bez laski. Tylko to cholerne gwizdanie.
Ale tak, udar mnie kurwa zaskoczył. Nie miałem zaplanowanego niczego na tę sobotę, wypadł nagle, pilny przypadek, sprawa nie cierpiąca zwłoki. Ale jeśli mam być szczery to większą niespodzianką była próba ubezwłasnowolnienia mnie przez żonę. Byłą-niedługo-żonę. Nigdy nie była bystra, mogła mnie dokończyć poduszką, jeśli chodziło jej o pieniądze, ale spanikowała i wezwała pogotowie. To był jej ostatni ludzki odruch. Mówiła mi, że jej nie doceniam i rzeczywiście, nie przypuszczałem, że porwie się na próbę przejęcia firmy w takim momencie. Dobrym do tego, nie neguję, ale tak… emocjonalnie trudnym. Nie wyszło jej, oczywiście.
Jacek przyjechał do szpitala. Był u mnie w tę pierwszą sobotę, niedzielę i poniedziałek. Operacja zakończona powodzeniem. Będę żył i nawet nie zamienię się w warzywo. Wtedy się pożegnał i już więcej go nie widziałem. Mówił coś o córkach, o zajęciach, ale kłamał. Nie chciał już dłużej być koło mnie, ani matki zresztą też. Próbowała go wciągnąć w ten idiotyzm z ubezwłasnowolnieniem, ale bez efektu. „Nie będę się mieszać w ich sprawy” - tak powiedział. Ich sprawy. Tak jakby to nie dla rodziny, to wszystko, każda przepracowana godzina, przecież to dla nich.
Nieważne. Dziś to już nieistotne. Stoję na własnych nogach, stoję pewnie i z dnia na dzień będę czuł się silniejszy. Odruchowo składam usta i dmucham, kropelki śliny lądują mi na brodzie. Pies
przebiega kilka metrów ode mnie, nie zwraca na mnie uwagi.
– Do domu – chrypię, ale sam się lewo słyszę.


Zwycięzca


Wszedł do niewielkiego pomieszczenia zaraz za metalowymi bramkami z czytnikiem, otwartych dla całej świty, tych wszystkich sekretarzy, teczkowych i łysiejących czterdziestolatków, myślących że wciąż mają szansę na wielką karierę, jeśli tylko będą wystarczająco blisko. Charakteryzatorka zerwała się na nogi i schowała telefon do kieszeni luźnych jeansów. Z lekką satysfakcją zauważył, że trzęsą się jej ręce. Czy to ona pudrowała go za opozycyjnych czasów? Nie, niemożliwe, to było piętnaście lat temu, a ona wyglądała jakby ledwo zdała maturę. Ciekawe, czy gdyby któraś ze starej ekipy miała dzisiaj dyżur, to też trzęsłyby się jej ręce. Miał nadzieję, że tak. Drobne rzeczy, trzeba zawsze zwracać uwagę na drobiazgi, one mówią więcej od socjologów w okularkach. Jajogłowi mają swoje tabelki, ale
koniec końców liczy się intuicja.
On ją miał i jej ufał.
Podkład, korekta kości policzkowych i wystarczy. Chciała jeszcze podkreślić wargi, „Delikatnie, pięknie wyjdzie na ekranie” ale odesłał ją kiwnięciem dłoni. Za duże ryzyko. Był za niski, żeby móc sobie pozwolić na podobne ekstrawagancje. Musiał być męski. Mundur, chciał mieć mundur, ale to już nie te czasy. Gdyby wyszedł przebrany za żołnierza, wzbudziłby tylko śmiech. Jaruzelski miał prościej, czasy były prostsze, ludzie szanowali uniformy.
Teraz do reżyserki. Przeszedł przez akwarium, oszklony hall z palmami w donicach, wjechał ruchomymi schodami na górę, za nim cały korowód żałosnych pionków, którzy nigdy nie osiągną niczego godnego uwagi. Nikim tak bardzo nie gardził, jak ludźmi za jego plecami. Bezkręgowcami, wijami bez właściwości, przylgami żerującymi na cielsku jego sukcesu. Czuł jak go spowalniają, plączą się między nogami, skaczą z piskiem, walczą, okładają się nibynóżkami, skarłowaciałymi płetwami, taplają w śluzie, idą za nim w granatowych garniturach, liczą na posady i bonusy. Jego najwierniejsza armia. Opleciona siecią znajomości i haków, tak gęstą, że już niemożliwą do rozerwania. Nikt nikomu nie zrobi krzywdy, nikt do niczego nie dotrze, na zawsze już uwięziony w tym paśniku.
Nie, tych ludzi się nie obawiał.
Dwa lata temu odwiedziła go dziennikarka. Wygrała za wywiad z nim jakąś nagrodę. I słusznie, bo podeszła go jak nikt od dawna. Rozmawiali po angielsku, to też uśpiło jego czujność, ale mówił dużo, zdecydowanie za dużo. Mówił o opozycji, zatrzymywanej na czterdzieści osiem godzin, bitej, bezwolnej i beznadziejnej.
- Czy boisz się ich? - zapytała.
Roześmiał się. Nie, ich też się nie bał. Strach zabija duszę, gdzieś przeczytał.
- Opozycja sprawia problemy, ale problemy to tylko zadania do rozwiązania przy pomocy narzędzi, które mam do dyspozycji. Czy szewc się boi naderwanej podeszwy? To przecież jego praca, przywrócić butom ich naturalną formę i funkcję. Ja podobnie, jestem szewcem, mam narzędzia i z nich korzystam. Zrobiła z tego nagłówek. Całkiem chwytliwy. Miała talent.
Drzwi do reżyserki były zamknięte. Jeden z minogów skoczył do przodu i je otworzył, usuwając się z drogi. Ciemne pomieszczenie z ogromnym oknem, przeszkleniem na studio, w nim podest z godłem, dwie flagi z tyłu, udrapowane tło w kolorach narodowych. Żadnych kwiatów, palmy wykluczone, tylko biel i czerwień. Wszystko zalane intensywnym światłem podwieszonych u sufitu reflektorów. Kamery po drugiej stronie, w cieniu. Wrócił spojrzeniem do reżyserki. Ogromna konsola z dziesięcioma ekranami i tylko jeden człowiek, który właśnie zauważył świtę wypełniającą jego przestrzeń, do której w normalnych warunkach niemal nikt nie miał wstępu. Wzrok pracownika telewizji odbity w jednym z wyłączonych ekranów utkwił w najważniejszym gościu. Konieczna reakcja, czas na podjęcie decyzji ekstremalnie krótki, zaciskającą się szczęka, mięśnie pod policzkami
zagrały.
To wszystko dostrzegał niemal na żywo. Widział realizatora, przejrzał go jak nagiego
ślimaka. Bodziec reakcja, nic więcej. Zaraz wstanie z krzesła, zacznie nas nieporadnie witać,
zaproponuje zwiedzanie. Podszedł do siedzącego i położył mu dłonie na ramionach w momencie, w którym mężczyzna podrywał się do góry.
– Proszę siedzieć - powiedział. Ojcowski ton, uspokajający, ale jednocześnie jednoznacznie komunikujący pozycję.
– Dzień, dzień dobry - Realizator zamarł i nic więcej już nie zdołał powiedzieć. Świetnie.
– Mam tylko jedną prośbę - Delikatnie podbita intonacja, to nie jest prośba, i wszyscy w pomieszczeniu mają to wiedzieć. - Proszę wykonywać dziś swoją pracę z pełnym
zaangażowaniem i profesjonalizmem.
– Oczywiście! - Odpowiedź wystarczająco szybka, sens tej krótkiej wymiany zdań dotrze do realizatora później, na razie rozluźnia się i kiwa głową. Wszyscy jesteśmy zadowoleni, wszyscy mamy jeden cel, do pracy.
Wyjściu towarzyszy niewielkie zamieszanie, mała próba przepchnięcia się z trzeciego szeregu do drugiego, nieudany mikro zamach stanu, łokcie poszły w ruch, gniecione drogie marynarki, deptane ręcznie szyte buty. Na więcej ich nie stać. Jakże nimi pogardzał. Stworzył tego pozbawionego inteligencji jamochłona sam, osobiście, tymi rękami, bezbłędnie eliminując najdrobniejsze choćby zagrożenie i gdy dzieło było zakończone, chciał im wszystkim roztrzaskać mordy. Krzesłem właśnie mijanym, chwycić i je połamać na tych zerach. Rozbijać łby, łamać nosy, aż posadzka lepiłaby się od ich krwi. Pozbieraliby się, sprawdzili, kto przeżył, a kto nie i natychmiast ustalili nową hierarchię. I dalej za nim kuśtykali.
Wszedł do studia. Sam. Nikt nie miał tu wstępu razem z nim. Scenografia nie zmieniała się od lat.
Stanął za podium, ułożył na nim dłonie i spojrzał w obiektyw. Władzę stracić można na wiele sposobów, ale zdobyć tylko w jeden, u źródła. Tutaj, samotnie, przed milionami ludzi. Przekonać, jak mały krętacz, do oddania czegoś, czego nawet nie wiedzą, że posiadają. Bardzo niewielu jest w stanie zaakceptować w pełni tę prawdę. Poznał mnóstwo mocnych w gębie teoretyków, którzy wiedzieli, mówili i pisali, ale nie byli zdolni do prawdziwego zrozumienia i zaakceptowania wniosków, jakie płynęły z ich własnych słów. Przez przeszkoloną ścianę dostrzegł świtę, tę bezmózgą, pozbawioną
kręgosłupa masę i poczuł, że musi złapać się uchwytów zamontowanych wewnątrz podium, niewidocznych z zewnątrz. Oparł się na nich, dając ulgę nogom i przymknął na moment oczy.
Coraz częściej myślał o śmierci. Nie bał się jej. Kiedy jesteś u władzy, zgon oznacza wygraną. Przechytrzył wszystkich, trwał najdłużej jak to było możliwe, pies ich jebał. Spojrzał w oko obiektywu, martwe i oceniające.
– Myślisz, że obchodzi mnie ich opinia? - powiedział na głos. – Nie kpij, liczy się tylko władza. Którą mam ja. Tylko ja. I będę ją mieć do końca. Te ścierwojady mogą się potem upaść na moim trupie, dlaczego ma mnie to obchodzić? Ważne jest Tu i Teraz, a potem niech to wszystko spłonie w cholerę.
Kropla potu spłynęła po potylicy, otarł ją odruchowo, rozmazując podkład.
– Teraz ja rządzę.
Czerwone światło zamigotało, kanał między studiem a realizatornią był otwarty.
– Za dwie minuty wchodzimy.
– Jestem gotowy.








Jarosław Soja (ur. 1980) - z wykształcenia prawnik, w przeszłości polityk, obecnie programista. Literacki debiutant. 

Comments


bottom of page