Eliza Studzińska – Pomarańcza
- 27 cze
- 4 minut(y) czytania
Urodziłem się dokładnie trzydzieści lat temu pierwszego czerwca 1957 roku. Moja matka
dzień przed porodem zafarbowała włosy na rudo. Kolor wyszedł ponoć pomarańczowy i matka
niechętnie robiła sobie ze mną zdjęcia choć były one i tak czarno-białe, bo nie mieliśmy
nowoczesnego aparatu fotograficznego. To dlatego nie mam ich z pierwszego tygodnia życia nad
czym ubolewam. Czekała aż kolor włosów „się spierze”. Ojca nie znałem. Kiedy nauczyłem
się mówić i zapytałem babkę, gdzie jest tatuś powiedziała: „Krasnoludki go zabrały”. To dlatego
znienawidziłem bajkę o Śnieżce.
Byłem wychowywany przez dwie silne kobiety. Przeżyły wojnę i żyły w komunie. No nic
tylko Nobel z każdej dziedziny życia: walki o pokój, papier toaletowy w łazience i schabowego w
niedzielę. Dla mnie to bohaterki codzienności. A życie to tylko i aż codzienność.
Matka pracowała jako sekretarka w biurze Milicji Obywatelskiej. Nie podobało się to babce,
ale nie robiła matce wyrzutów, bo ceniła sobie profity, płynące do rodzin komunopracowników.
Za to ja szybko dojrzałem politycznie i ideologicznie różniłem się od moich opiekunek. Nie
epatowałem co prawda przed nimi swoją antyreżimową postawą, bo nie chciałem robić przykrości
mej komunistycznej matuli która, chyba by podlizać się samemu Kremlowi, farbowała teraz włosy
wręcz na czerwono. Wtedy to ja zacząłem unikać z nią wspólnych fotografii.
Na szczęście w szkole trafiłem na kilkoro opozycyjnych nauczycieli, którzy nauczyli mnie
obok alfabetu, tabliczki mnożenia i rosyjskiej gramatyki także krytycznego myślenia oraz czytania
ze zrozumieniem. Wiele im zawdzięczam. Właściwie wszystko. Matka, odkąd zaczęła pracę dla
milicji, wydeptywała ścieżki dla mojej kariery u swoich przełożonych.
Jakże wielki musiał być jej zawód, kiedy po maturze w 1975 roku głosem stanowczym
i nieznającym sprzeciwu powiedziałem matce i babce: „Idę na filozofię”. Jedliśmy wtedy obiad.
Rosół. Za słony. Makaron niedogotowany. Polska. Zniewolona. Polacy uwięzieni we własnym
państwie.
Jedyną moją radością w komunistycznej ojczyźnie były narodziny syna w karnawale
Solidarności. Przyszedł na świat dokładnie wtedy, kiedy Lech Wałęsa wskrabywał się na płot
Stoczni Gdańskiej a ja, oglądając to na żywo, modliłem się żeby nie spadł oraz o to, by żona miała
dobry poród. Byłem pewien, że mój syn będzie żył w niesłonej Polsce i dobrze ugotowanym
ustroju. Teraz ma siedem lat, na imię Leszek i poznaje litery, przeglądając „bibułę”.
Karnawał Solidarności się skończył, żona zmarła przy porodzie, wcześniej babka i matka.
Zostałem sam na świecie z małym człowiekiem, któremu czytałem bajkę o Śnieżce i
krasnoludkach, pragnąc by polubił od dziecka to, w co teraz „bawił się” jego ojciec, czyli
Pomarańczową Alternatywę.
Muszę nadmienić, że ostatecznie nie zostałem filozofem a dentystą. Pragnąłem, by moi
rodacy mieli piękne uśmiechy. Wśród tego smutku, szarzyzny i marazmu niech lśnią ich białe
zdrowe zęby.
Jest Dzień Dziecka. Nie zaprowadziłem Leszka do szkoły. Ten zaczął płakać, bo pani
obiecała dać im cukierki i lizaki.
– Syneczku, a chcesz być dzisiaj krasnoludkiem?
– Tatusiu, ale krasnoludki są tylko w bajce o Śnieżce.
– Obiecuję, że dzisiaj je spotkasz. Co więcej, sami zamienimy się w krasnoludki. Zrobimy
sobie czapeczki.
– Wow, tatko, tak, tak zróbmy!
Przyniosłem „bibułę” i pomarańczową farbę. Zrobiliśmy czapeczki i wyszliśmy z domu.
Spotkaliśmy się z innymi „krasnoludkami” w centrum miasta. Leszek był zachwycony. W
przeciwieństwie do mnie bajkę o Śnieżce lubił najbardziej. Ja też, po codziennej lekturze, polubiłem
tę bajkową postać.
Byli praktycznie wszyscy moi przyjaciele. Zdziwili się, że zabrałem ze sobą Leszka. Uważali, że
narażam dziecko na niebezpieczeństwo. Wiedziałem, że będzie milicja. Byłem świadomy, że
dziecko może się wystraszyć, znienawidzić krasnoludki i Śnieżkę. Jednak ja liczyłem na odwrotny
efekt. Pragnąłem, by zapamiętał ojca jako niezłomnego patriotę, kochającego ojczyznę na równi z
nim.
– Tatko – powiedział Leszek – Tu jest lepiej niż w szkole! Tak zabawnie panowie w
mundurach ganiają krasnoludki! Śnieżka umarłaby ze śmiechu!
– Tak syneczku, żyjemy w zabawnym kraju. Dzisiaj to krasnoludki są rycerzami w tej naszej
polskiej bajeczce.
– Leszku! Co tu robisz? Czy pan postradał zmysły?! - odwróciłem się. Stała tam
zbulwersowana nauczycielka.
– O! A pani nie psuje słodyczami zębów dzieciom w szkole? - zapytałem zaczepnie.
– Wypraszam sobie! Zgłoszę pana na milicję!
– Proszę. Tu ma pani cały pluton milicjantów. Tylko są teraz trochę zajęci.
– Antyrządowe demonstracje nie są dla dzieci!
– A dla krasnoludków? - drwiłem w najlepsze.
– Proszę nie kpić!
– A pani dlaczego nie w pracy?
Nagle zamilkła i spoważniała.
– 1 czerwca 1980 roku poroniłam. Dzień Dziecka spędzam na cmentarzu.
Zamurowało mnie. Odjęło mi mowę i niespodziewanie dla samego siebie powiedziałem do niej:
– Czy możemy pójść z panią na cmentarz?
Tym razem to ja ją zaskoczyłem.
– Dobrze – powiedziała.
Szliśmy w milczeniu. Leszek też milczał. Był za mały, by wiedzieć co to znaczy „poronić”, ale to
bystry chłopiec i wiedział, że to coś przykrego. Tymczasem doszliśmy na miejsce.
– Proszę wybaczyć. Na grób mojego dziecka pójdę sama.
– Jasne, oczywiście.
Rozstaliśmy się.
– Synku, jak już tu jesteśmy to pójdziemy na grób prababci, babci i mamy.
Na płycie grobu stały trzy znicze. Miały jeszcze trochę parafiny i dobry knot. Wyjąłem zapałki i
zapaliłem je
– Pomódlmy się za ich dusze.
– Ale ja nie chodzę na religię do kościoła, nie znam modlitw. Mogę poprosić tylko Boga, by
trafiły do śnieżnego nieba Śnieżki.
Miałem ochotę zapłakać. Postanowiłem wysłać Leszka przy następnej okazji do kościoła. Nagle
zaczęło padać.
– Zdejmijmy czapeczki krasnoludków i połóżmy je na grobie.
– Tatko, ale wtedy zmokniemy!
– Leszku, zrób to, o co cię tata prosi.
Zrobił. Tym symbolicznym gestem miałem nadzieję, że dobry Bóg przebaczy mojej babce i matce
grzech „bratania” się z milicją. Z ta sama milicją, która teraz gania za opozycjonistami w czapkach krasnoludków.
Moja żona była opozycjonistką. Matka jej nienawidziła. Specjalnie przesalała rosół, kiedy mieliśmy
przyjść. Chciałem pogodzić je po śmierci, decydując się na ich wspólny grób razem jeszcze z
babką. Teraz dzielą ziemię, znicze i czapki krasnoludków. A my świętujemy Dzień Dziecka na
cmentarzu bez cukierków i lizaków tylko ze słonymi jak rosół łzami. I wtedy coś sobie
przypomniałem. Tak. Miałem to cały czas w kieszeni kurtki. Prezent dla Leszka na Dzień Dziecka.
Prawdziwa pomarańcza u progu lata, którą dostałem od pacjenta marynarza w podziękowaniu za
wyleczenie „piątki”.
– Synku, proszę. Pomarańcza jest zdecydowanie lepsza od cukierków. Zobaczysz,
zwyciężymy i pomarańcze będą w Polsce przez cały rok!

