top of page

Łukasz Szopa – dwa opowiadania



Tarantino

Późne lato albo wczesna jesień. Ogródek knajpy której nazwy nie pamiętam. Ale nic dziwnego – nigdy nie byłem w tej części starówki, zaprowadzony przez moich przyjaciół i gospodarzy tego weekendu – Svena, Borisa, i jego siostrę Maję.
Maja odebrała mnie z dworca autobusowego kochanym fiatem uno, w którym miałem niewiele więcej miejsca niż w autobusie z Wiednia. Odebrała mnie, gdyż bardzo oboje lubimy balkon na dziewiątym piętrze, z widokiem na Sawę. To bardzo proste, lecz trudno to teraz wytłumaczyć, to kolejna nielogiczna i wcale nie skomplikowana bałkańska historia. Powiem tyle, że Sawa w zależności od pory dnia zmienia barwę, podobnie jak metalowa balustrada balkonu.
Pomysł był taki, jeszcze przy śniadaniu, by zrobić niespodziankę Nedimowi – naszemu wieloletniemu przyjacielowi z Mostaru, który teraz regularnie bywa w Zagrzebiu. Nie z powodu muzyki czy poezji, a kobiety. I z którym od późnych latach 90tych w Bośni, gdy łączyliśmy i dzieliśmy nasze pasje kobiet i pasje poezji w przyjaźni jak z westernów Sergio Leone (tych bardziej mrocznych, ale z odrobinkami humoru). Nedim, z którym wypiłem niejedną kawę, i nie tylko. To miała być niespodzianka, gdyż nic nie wiedział o moim wypadzie do Zagrzebia, a był umówiony z moją trójką na kawę właśnie w tym lokalu.
Gdzieś między dwunastą a pierwszą – gdyż spóźniamy się oczywiście wszyscy niezależnie od siebie – niespodzianka jest. Ale na krótko, gdyż na Bałkanach w sumie nie ma niespodzianek, są momenty, takie i inne. Sekunda zdziwienia na jego twarzy i w oczach schowanych za malutkimi okularami, mocne przyciśnięcie się do siebie i słowa „Kako si, šta ima brate...“. Po kilku minutach siedzimy w piątkę, jakby tych kilku lat przerwy nie było, jakby słońce świeciło nad Hercegowiną i jakby obok przepływał nie ruch turystów i sobotnich spacerowiczów, a Neretwa. Kawa, kawa, piwo, poezja, kawa, piwo, loza, literatura, kawa, muzyka, piwo, Marko, loza, kobiety aktualne, kawa, Zagrzeb, Pula, kawa, piwo, kobiety byłe, poezja, kawa podwójna i loza, plany, znów muzyka. Nic o filmach, mało o przeszłości, nic o przyszłości, wiele o przyjaciołach i pismach literackich, dowcip z wyraźną przewagą nad nostalgią.
Tym lepszy dowcip, że moi przyjaciele postarali się o niemal identyczną niespodziankę dla mnie. Z tym, że to ja przejąłem rolę zdziwionego na sekundy Nedima, a przede mną pojawił się – w towarzystwie Gorana – Mesza. (O tym, że Marko się dziś nie pojawi, mówię z góry.)
Kontynuujemy rozmowę, jedyną istotną zmianą jest dodatkowy stolik i krzesła. No i kolejne piwa.
Nie jest niespodzianką, że takie spędzanie popołudnia wcześniej czy później oznacza wyskok do WC. Przypadek (nie przypadek! - jesteśmy na Bałkanach!), że w tej samej chwili stoimy z otwartymi rozporkami obok siebie, lejąc do dwóch z trzech pisuarów. W ciszy wdychając mieszankę zapachu uryny i amoniaku, spoglądając na szaro-białe kafelki przed sobą.
- Powiedz, Mesza - zaczynam po kilkunastu sekundach - Po co to było? - Znów mała przerwa.
- Dlaczego tak to napisałeś, tak ostro, tak bezkompromisowo, tak przesadnie, tak krwawo i z detalami, jakbyś pisał scenariusz dla Tarantino???
Chodzi o jego komentarz w trwającej od kilku tygodni (mailowej) dyskusji o dom w zachodniej części miasta. Dom, w którym przed wojną mieszkała babcia Nedima i Fedji, a – czego wcześniej nie wiedziałem – babcia cioteczna Meszy i Miliego. Do tego momentu nie wiedziałem, że wszyscy oni są tak ze sobą spokrewnieni.
Krew - no właśnie. W czasie wojny pewnego dnia do domu wpadli jacyś ustasze czy może po prostu chorwaccy gangsterzy. Masakrując, rozstrzeliwując, zabijając nie tylko babcię, ale i jeszcze kilka osób przejęli dom.
No i teraz, pięć lat po zakończeniu wojny, dom wrócił do właścicieli – czyli szerokiej rodziny Nedima, Fedji, Meszy, Ilvany, Miliego i tak dalej. Właściwie do ich rodziców, którzy jednak postanowili od razu przekazać dom, ale i decyzję co z nim zrobić „generacji niżej“. Więc zaczęła się i trwała długa dyskusja. Nie tyle o pieniądze czy prawa użytkowania, co o samo przeznaczenie: wyremontować i się tam wprowadzić, tworząc jakby komunę artystów? A może wykorzystać miejsce na klub literacko-artystyczny, alternatywne lokum dla siebie i innych, z warsztatami, na występy i imprezy, z kafejką czy barem?
Wtedy do akcji wkroczył Mesza ze swoim mailem. Właśnie ten najspokojniejszy z nich, z nas (gdyż do dyskusji dołączono też mnie i Borjanę), wrażliwy i delikatny, a nie jakiś „bałkański macho“, walnął maila w którym opisywał nawet bardziej drastycznie niż Leone i Tarantino tamto miejsce po masakrze (dopiero po kilku dniach pozwolono rodzinie zająć się zwłokami, po czym mieli się „tu więcej lepiej nie pokazywać“). W jego opisach ściekała ze ścian krew, pachniało zaschłą od kilku dni krwią, odpryski czaszek i kłaki kleiły się wbite kulami do ścian. Po czym stwierdził, że w tym właśnie miejscu, w tych ścianach, nie wyobraża sobie żadnej z opcji – ani mieszkania, ani klubu, ani niczego. „Nie w domu, w którym...“ (i znowu seria drastycznych i krwawych opisów).
- Przecież wiesz i wiedziałeś, że nam tego nie musisz mówić, tak pisać. - ponaglam go do odpowiedzi, do reakcji. - No, okej, może dla mnie, Marka czy Borjany to było coś, czego nie wiedzieliśmy, i czego na pewno nie widzieliśmy na własne oczy. Ale po co rzucasz takimi słowami w stronę Ilvany, Nedima, Fedji?… Czy było to naprawdę konieczne?
- Było.
- ??? - chwila konsternacji, dawno opróżniliśmy pęcherze, powoli zamykamy rozporki, teraz stojąc twarzą w twarz. - Bo?
- Bo musiałem to kiedyś, jakoś z siebie wyrzucić, jakoś się tego pozbyć. - mówi spokojnie, jakby opisywał jakąś sesję rehabilitacji kolana po latach. - Musiałem, i to był ten moment, kiedy nadarzyła się okazja, a i miało to sens. Musiałem właśnie, tak jak mówisz - „tarantinowsko“ - to wszystko wyrazić, tamte obrazy, chwile, to całe wspomnienie.
- I co, teraz lepiej?
- Lepiej, dzięki.
Wracamy do stolików jakby nic, zamawiamy po podwójnej kawie i wódce, w międzyczasie dopijając resztki piw w naszych butelkach, włączając się w rozmowę o najbliższym festiwalu w Belgradzie.
Maja ma dziś piękną, mocnoniebieską bluzkę bez rękawów.


Rewanż

Zawsze dziwiłem się, jak to możliwe, że mieścimy się w siódemkę, czasem dziewiątkę przy tym małym stoliku na zewnątrz kafejki „U Mary“, schowanej o pół uliczki w lewo tuż przed Starym Mostem. Po prawej stronie nadbrzeża, jak mówi się w Mostarze, w ogóle nie wspominając nazwy rzeki. Zresztą, w środku też nigdy nie było dużo więcej miejsca. O ile pamiętam, nigdy nie siedzieliśmy w środku. Nikt nigdy nie siedział w środku. Nawet zimą, która tutaj jest albo tak chłodna od wiatru, że nikt nie wychodzi z domu, albo słoneczna jak pierwsze dni wiosny udające lato. Po długiej zimie. Nawet barman i właściciel – który wcale nie nazywał się Mara, a Nino, ani pomagająca mu czasem Amela stronili od wnętrza. Chyba że naprawdę trzeba było komuś zaparzyć kawę, donieść piwo, czy opróżnić popielniczki. Co, jako stali goście, oprócz ostatniej usługi – przeważnie załatwialiśmy sami.
Był sierpień. Czyli dość gorąco, i rozmowa ciągnęła się niechętnie, lecz beztrosko i pogodnie jak dymek z pół wypalonego dżointa. Co prawda Nino nadal nie zainwestował w przeciwsłoneczne parasole (i tak nie byłoby na nie miejsca), lecz piętro i dach sąsiedniego budynku zatroszczyło się o wystarczający cień dla naszej siódemki. Marko, Nedim, Amela, Marija, Mesza, ja, Mili.
Po chwili, czyli jakiś dwóch godzinach, dołączyli Arma i Ilvana. Nino siedział niecałe dwa metry obok, na taborecie przy wejściu, udając że interesują go funkcje telefonu.
Mimo że nie było mnie tu ponad rok, rozmowa i tak toczyła się nie o „nowościach“ tu czy tam, a o sprawach wiecznej wagi: poezja, muzyka, piłka nożna.
Nedim i Arma relacjonowali wczorajszy dzień, czyli mecz półfinałowy pucharu Bośni-Hercegowiny, który odbył się niecałe tysiąc metrów stąd na stadionie w zachodniej części miasta. Co tam „mecz“! - to było derby! Derby między Zrinjskim a Veležem.
Mecz, derby, wydarzenie niecodzienne. Nie tylko gdyż zespoły z jednego miasta. (Choć słowo „jedno miasto“ w przypadku Mostaru było nadal bardzo jeszcze teoretyczne). Zespoły z dwóch przeciwległych brzegów Neretwy, z dwóch części miasta jeszcze kilka lat temu przedzielonych nie tyle rzeką, co linią frontu domowej wojny. A szczególnym „smaczkiem“ był fakt, że stadion Zrinjskiego o którym mowa był przed wojną domem Veleža, a Zrinjski nowo reaktywowanym małym klubem z Medjugorje. Z wybuchem bośniackiej wojny w 1992 rozgrywki oczywiście przerwano, a gdy dodatkowo w 1993 wybuchł w Mostarze i w innych częściach kraju konflikt między Bośniakami i Chorwatami – w efekcie podobnie jak wypędzono z „zachodniej“ części miasta dziesiątki tysięcy „nie-chorwackich“ mieszkańców, wygnano także Velež – a na ich stadion przeniósł się Zrinjski. Nic więc dziwnego, że atmosfera od lat była w tej kwestii w mieście mocno napięta, że nie powiedzieć nienawistna, mimo zakończenia wojny pod koniec 1995 roku.
No a teraz to derby – tak wypadło w pucharze, że obie drużyny teraz „spotkały“ się nie tylko w rozpisce, ale… w mieście.
Nedim opowiada, jak to wczoraj wyglądało. By dostać się na stadion, oddalony od jego „nowego“ mieszkania o niecały kilometr, musiał wędrować z dwa kilometry na wschód miasta do dworca głównego, gdzie specjalne autobusy zabierały chętnych kibiców i widzów, by przewieźć ich tuż pod stadion na zachodnią stronę. Pod ostrą eskortą nie tylko policji, ale i międzynarodowej ekipy wojsk SFORu. I podobnie z powrotem. W obu przypadkach pod ostrym atakiem kamieni nacjonalistycznych kibiców i nie tylko ze strony chorwackiej, i – jak dalej ciągnie Nedim – nabuzowanych, wściekłych jak zamknięte w klatce psy kiboli Veleža, którzy najchętniej wyskoczyli by z autobusów by w roku 2000 kontynuować zakończone miejskie potyczki.
Słucham tak i słucham, aż nie wytrzymuję:
„Nedim, ty głupolu!! Po coś się tam pchał!!! Przecież ciebie futbol nigdy nie interesował, ani jakieś okazje do rozróby. Nie znosisz tych kiboli, tych idiotów. Wiedziałeś chyba że tak może być. Potrzeba ci tego było?...“ - i sam wściekły na niego rozgniatam resztki papierosa w niezauważalnie wymienionej i czystej popielniczce.
Nedim zastanawia się chwilkę, kilka sekund. Które mijają dziwnie długo. W jego oczach, kryjących się za malutkimi okularkami, widzę stanowczość, resztki złości a nawet agresji, ale i przeblaski pogodnej ulgi.
„Wiesz...“ - i nie tylko teraz pierwszy raz Nedim opowiada mi o swoich wojennych przeżyciach, ale i nam wszystkim – oprócz siostry Ilvany i kuzyna Miliego, którzy znają tę historię pewnie lepiej niż on sam. Ale opowiada to przy wszystkich. Jakby właśnie na to czekał, by „Poljak Szopa“ przyjechał w odwiedziny po roku, i postawił tak niemądre i ważne pytanie. Nedim, który niemal nigdy nie opowiada nic osobistego, który wydawał się niezdolny do wyznań.
Jest jednak nadal zdolny do tej słodkiej dozy bośniackiego humoru, może sarkazmu. Jak szczypta kardamonu w kawie.
„Bo chciałem tam, na tym stadionie, być po raz pierwszy jako widz.“
I potem już całkiem na luzie, jakby był dziadkiem opowiadającym wnukowi „stare dzieje“, przypomina czas, gdy po wybuchu walk między Chorwatami a Bośniakami został razem z ojcem i Milim internowani, podczas gdy reszta ich rodziny została wypędzona do „wschodniej“ części miasta. A oni spędzili na tym stadionie - razem z kilkuset innymi mężczyznami i nastolatkami - kilkanaście dni bez jedzenia, z minimalnymi dawkami wody. Był maj.
A ja nawet nie pytam o wynik.

Łukasz Szopa (ur. 1973) – poeta, prozaik i tłumacz pomiędzy polskim, niemieckim, i jugosłowiańskim. Wiersze publikował w Polsce, Austrii, Bośni i Hercegowinie, Chorwacji, Danii, Serbii, Czarnogórze. Opublikował zbiory poezji Roadmovie (2000) oraz wspólnie z Mehmedem Begićem Film (Mostar, 2001), zbiór opowiadań Kawa w samo południe (Szczecin, 2010), oraz powieść podróżniczą Fioletowy plecak i trzy herbaty (2016). W latach 2016 - 2023 członek Komitetu Obrony Demokracji, publikacja tekstów i wywiadów w tematyce społeczno-politycznej. Mieszka w Berlinie i Włosieniu (woj. dolnośląskie).

bottom of page